Bal na powitanie jesieni

 





Cz.1 - Panna Szydełko 

  Panna Katarzyna zawsze z podziwem i sympatią patrzyła na rudowłosą, wesołą gospodynię Hannę w gospodzie "Pod złotym liściem". Obserwowała zwinne ruchy Hanny, zachwycała się jej pogodą ducha a od niedawna nowo odnalezionym szczęściem. Zbyt nieśmiała, by zagadnąć, zbyt we własne kompleksy uwikłana siedziała sobie czasami popołudniami w gospodzie, w cieniu wielkiego, dębowego kontuaru i zajmowała się szydełkowaniem. To ono było jej największą pasją i spełnieniem artystycznej duszy. Potrafiła całymi dniami dziergać i tworzyć wspaniałe wzory misternych kwiatków, liści, gwiazdek, kształtów fantastycznie posplatnych winorośli i schowanych między nimi ptaków, motyli oraz nieistniejacych w rzeczywistości stworzeń. A chociaż była małomówna i w żaden sposób nie udzielała się towarzysko, to nie chciała siedzieć w domu sama. Pragnęła towarzystwa ludzi, choć nie potrafiła nawiązywać z nimi bliskiej zażyłości.

   Jej szydełkowane obrusy, serwetki, stroiczki, makatki, firaneczki ozdabiały nie tylko gospodę w miasteczku ale także wiele poważanych, bogatych domów w odległym mieście. Poza niewielką renciną to te robótki właśnie stanowiły główne źródło jej utrzymania. Jesienna w nastroju i barwie, delikatna, skupiona, zawsze pochylona nad swym kordonkiem, samotna pani w nieokreślonym wieku. Nazywano ją Panna Szydełko, bo prawie nikt nie pamiętał o jej prawdziwym imieniu.

   Panna Szydełko miała swoje marzenia. Pragnęła choć raz w życiu zatańczyć na prawdziwym balu. Było to dziwne, zważywszy na jej nieśmiałość. Ale Katarzyna umiała pięknie tańczyć, choć nikt w miasteczku nie miał o tym pojęcia. Nauczyła się na profesjonalnym kursie kiedyś tam, w młodości. Był jakiś chłopiec, którego wtedy tak bardzo kochała i dla niego właśnie była w stanie góry przenosić. Ale on nie chciał od niej żadnych gór. W ogóle nie chciał niczego a na balu maturalnym tańczył z najładniejszą koleżanką z klasy. To marzenie jednak nie odeszło wraz z młodością. Katarzyna często w zaciszu domowym  tańczyła przed lustrem  i wyobrażała sobie siebie w ramionach księcia z bajki. A zupełnie niedawno usłyszała przypadkiem, że gospodyni planuje wielką zabawę na przywitanie jesieni. Mieli się zejść na nią stali, zaprzyjaźnieni bywalcy gospody "Pod złotym liściem" oraz niektórzy sympatyczni mieszkańcy miasteczka. Przygrywać miała kapela cygańska, specjalnie na tę okazję zaproszona z drugiego końca kraju. 

- Swoją drogą, to nieco dziwaczny pomysł, by organizować bal na powitanie pory roku, której wiekszość ludzi przecież nie lubi a często się jej nawet obawia - sarkała w duchu, gdy Wędrowiec ze śpiewem na ustach malował wnętrze kuchni i bielił sufity a gospodyni pląsała wokół niego, uwijając się ze ścierka, zmiotką i łopatką. Wspólnymi siłami odnawiali teraz gospodę. Od dawna było jej to potrzebne, ale Hanna będąc wcześniej sama nie czuła się na siłach by brać się za tak poważne prace. Teraz najwidoczniej ubyło jej lat a przybyło energii, pomysłowości i determinacji do działania.

- Witają jesień, bo chyba każda pora roku spędzana we dwoje może mieć swój urok i blask. A ta jesień jest ich pierwszą wspólną, a więc przez to cudowną i godną uczczenia - zrozumiała nagle  Katarzyna i pomyliły jej się oczka, gdy z rzęs skapnęła nagle nieposłuszna łza. 
- Oni tak tańczą przy tej robocie, jakby już na jakimś balu byli! - szepnęła sama do siebie i przeniosła się ze swoją robótką w sam kącik gospody. Głupio jej było tak siedzieć i patrzeć na tamtych dwoje, ale jednocześnie ta para przyciągałą ją jakimś ciepłem, jakimś wytęsknionym magnetyzmem. Proponowała oczywiście wcześniej pomoc tym dwojgu , ale gospodyni słyszeć o tym nie chciała. A wręcz przeciwnie. Postawiła przed Katarzyną kubek pachnącej herbatki malinowej. Podała ciasteczka imbirowe i prosiła by się nie przejmowałą ich tupaniem, bieganiem i ogólnym rozgardiaszem.

- Katarzyno! Twoja obecność w gospodzie bardzo dobrze mi robi! - wyznała, ściskając serdecznie pannę Szydełko.
- Uwielbiam zerkać na Ciebie od czasu do czasu, gdy siedzisz taka piękna w swoim twórczym skupieniu,tak spokojna i pełna cichych, delikatnych zamysleń a spod twoich tanecznych palców wychodzą w tym czasie istne dzieła sztuki! - powiedziała dziś rano, gdy Katarzyna na widok trwajacego w najlepsze remontu chciała wycofać się dyskretnie zaraz po wejsciu do gospody.

- Hmm...tanecznych palców! - z lekkim przekąsem uśmiechnęła się na wspomnienie tych słow stara panna.
- Umiałabym zawirować, zakręcić się całą sobą. Potrafiałbym tak zatańczyć, że wszyscy by oczy w słup ze zdziwienia postawili - zachichotała głośno a Hanna, odrywajac się na chwilę od skrobania ściany spojrzała na nią ze zdziwieniem.

- Ale któż chciałby tańczyć ze starą, poszarzałą od codzienności panną Szydełko? Kto chciałby patrzeć na jej pląsy i kto nie wyśmiewałby jej w duchu? - postawiła sie natychmiast do pionu kobieta i jeszcze bardziej pochyliła głowę, by nikt nie mógł dostrzec mieszaniny uczuć malujących sie teraz na jej twarzy.


- Katarzyno, czy mogłabyś zrobić dla mnie na szydełku kilkanaście masek balowych? - wyrwało ją nagle z zamyślenia pytanie, zadane przez gospodynię.

- Masek balowych? - wyjąkała zdumiona - Czy to będzie bal maskowy?

- Tak sobie wymyśliliśmy to z Wędrowcem - odrzekła gospodyni i nie wiadomo dlaczego zarumieniła się, popatrując w stronę okna, spoza którego dostrzec można było jej ukochanego, naprawiajacego stare, drewniane okiennice gospody.

- A jakie to mają być maski? - zapytała odważnie Katarzyna i z ciekawością popatrzyła w zielone oczy gospodyni.

- Myślę, że takie małe, misterne, by nie zasłaniały twarzy lecz by stwarzały aurę tajemnicy i pobudzały ciekawość. Właściwie, to liczę na Twoją wyobraźnię, Katarzyno. Masz niesamowity talent i wiem, iż wszystkich zadziwisz. A chciałabym by każdy gość tej wrześniowej zabawy miał jakiś znak rozpoznawczy zrobiony właśnie przez Ciebie. Coś prawdziwie magicznego. Często Cię obserwuję i uważam że powinnaś wreszcie zabłysnąć, szydełkowa czarodziejko! - powiedziała życzliwie gospodyni i z czułością pogładziła delikatny, misternie wydziergany obrusik leżący przed nią na kontuarze.

   Pannę Szydełko ogarnęła fala ogromnej wdziecznosci za tak niespodziewanie miłe słowa a jednocześnie dziwnej, niepohamowanej goryczy. Bo owszem, chciałaby zabłysnąć, ale zupełnie inaczej! I już miała odmówić, bo jakoś wcale nie chciało jej się robić niedorzecznych masek, dla tych, co będą się tutaj świetnie bawić, podczas gdy ona gdzieś tam, sama... Ale zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć gospodyni zbliżyła się do niej i przysiadła na brzeżku ławy, kładąc przed Katarzyną zieloną kopertę.

- A oto Twoje zaproszenie na bal, Katarzyno. Będziesz moim gościem honorowym. I ja i Wędrowiec bardzo serdecznie Cię zapraszamy! A za Twoje maski, jeśli się zgodzisz zapłacę Ci nazajutrz po balu. Mam teraz mnóstwo wydatków w związku z remontem i samą zabawą. Rozumiesz, prawda? - gospodyni uśmiechała się do Katarzyny i spoglądała wyczekująco w jej orzechowe oczy.

- Rozumiem i zgadzam się! Oczywiście, że się zgadzam! - odrzekła Katarzyna i w nagłym przypływie odwagi wyciskała serdecznie zdumioną tym gospodynię. A potem szybko zwinęła swoją robótkę, do przepastnej kieszeni szarej sukni schowała kopertę z zaproszeniem i z rozwianym włosem pobiegła do domu. W myślach tańczyły jej dwa zdania: Zatańczę  nareszcie na prawdziwym balu. I zrobię sobie cudowną maskę - kto rozpozna wtedy we mnie szarą Pannę Szydełko...?   


Cz. 2 - "Pani Teresa" 

  Mieszkanka domu z czerwonymi dachówkami, Pani Teresa jak zwykle czuje lęk przed nadciągającą jesienią a po niej zimą. Boi się nadchodzącej z nimi chłodnej melancholii, poczucia samotności i powracającej fali wspomnień o Nim.
Ma tylko swojego wiernego, lecz przecież starego już kota, który wiernie dotrzymuje jej towarzystwa i spogląda wnikliwie w oczy, wyczytując z nich wszystkie jej uczucia oraz rozumiejąc dobrze kolory duszy. I właściwie to dobrze im razem przy kominie o szarej godzinie...
   Pani Teresa jesień swego życia spędza pracowicie. Tak pracowicie, jak tylko się da. Robota zagłusza myślenie oraz tępy, nawracający ból w sercu. Tęsknotę.
Kobieta sprząta ludziom mieszkania, dorabiając w ten sposób do skromnej emerytury urzędniczej. A że jest porządna, wytrwała i dokładna ma dość dużo zleceń. Ostatnio dowiedziała się od pani Emilii, żony piekarza Wacława, iż ognistowłosa właścicielka gospody „Pod złotym liściem”-  Hanna ma zamiar urządzić bal na przywitanie jesieni.

- Pewnie chce rozruszać jakoś klientelę i przyciągnąć nowych gości do swej gospody. Jej interes nie kręci się najlepiej. Ludzie zbiednieli, posmutnieli, zamknęli się w sobie i w większości wieczorami siedzą w domu zamiast spotykać się i bawić gromadnie, jak dawniej… - pomyślała pani Teresa, pucując okna w salonie piekarzowej. Przed oczami miała zwłaszcza jeden, ważny dla niej wieczór, który spędzała z Nim w pachnącej sosnowym drzewem i rozgrzanej ogniem z kominka gospodzie.  Tańczyli, wtuleni w siebie bezpiecznie, zapominając o całym świecie. Na skrzypkach przygrywał im cudnie rosyjskie romanse jeden z utalentowanych gości Gospodyni(zresztą dawna, wielka miłość Hanny). A potem pili czerwone, grzane wino, patrzyli głęboko w swe oczy i chcieli, by ten moment trwał wiecznie.
   Chwilę potem pani Teresie runął cały świat na głowę. Aleksander cichym, drżącym z tłumionych emocji głosem powiedział żonie o strasznej diagnozie, o której sam wiedział już od jakiś dwóch tygodni. O swej chorobie, przed którą nie ma ratunku. Patrząc serdecznie w jej oczy mówił o czasie, który im został i powinni go spędzić możliwie jak najpiękniej.
- Razem, póki się da. Jeszcze tyle cudownych dni przed nami – wyszeptał z wiarą i mocą.

Ale to „razem” nie trwało wcale tak długo, jak sobie zaplanował. Zimę spędzała już samotnie…

- Gdyby Gospodyni nie poświęcała tak wiele uwagi temu przybyłemu nie wiadomo skąd mężczyźnie, temu Wędrowcowi a zajmowała się więcej swą gospodą, to na pewno jej interes lepiej by szedł! – ni stąd ni zowąd stwierdziła w duchu, wyżymając ścierkę i z trudem łapiąc oddech, bo znowu ta uparta drzazga w sercu przypomniała o sobie.

- Skąd u mnie takie złośliwe myśli?! – zgromiła siebie zaraz potem – Przecież ta kobieta nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn. Kilku ich się tu przewinęło a żaden nie zagrzał długo miejsca przy jej boku. A biedna Hanna też przecież ma prawo do chwili radości i zapomnienia. I powinna próbować, póki jest jeszcze młoda i ma w sercu chociaż cień nadziei na miłość. Ja przynajmniej swoją w pełni przeżyłam. I mam dobre wspomnienia. To naprawdę dużo. Tylko trzeba jeszcze przywyknąć do samotności tak samo, jak przywyka się w końcu do starości – mruknęła, wzdychając ponuro i przysunąwszy sobie krzesło usiadła na nim ciężko, zapatrzywszy się na przechadzających się po rynku nielicznych turystów.

- Takie piękne miasteczko a popada w zapomnienie. Więdnie, jak niezauważony przez nikogo delikatny, parkowy kwiatek. Kolejka już się tu nie zatrzymuje. Autobusy prawie puste. I tylko ludzie wciąż do pracy i z pracy. Chyba nikt już tu wierszy nie pisze. Nikt nie śpiewa tych wspaniałych, melodyjnych piosenek z dawnych lat... – westchnęła, oparłszy czoło o chłodną ścianę.

I znowu wróciła myślami do właścicielki gospody, Hanny. Córki jej serdecznej koleżanki z dawnych, szkolnych lat, Doroty. Ile się kiedyś razem nabiegały po dzikich ogrodach i nad rzeką. Ile się nachichotały z Dorotką, zerkając w głąb studni przy rynku. Pamięta, jak brały się za ręce i tańczyły beztrosko wśród kropel z fontanny a Tereska naśmiewała się z grubiutkiej koleżanki, która usiłowała nawet wycinać hołupce.

- „Ta Dorotka, ta malusia, ta malusia
   Tańcowała dokolusia, dokolusia…! – podśpiewując, szczupła Tereska dokuczała tamtej a potem piszcząc uciekała przed rozeźloną dziewczynką aż do parku.

Potem dorosły a ich drogi rozeszły się i tylko z rzadka spotykały się właśnie w gospodzie, która od pokoleń należała do męża Doroty.
Hanna odziedziczyła gospodę po rodzicach, którzy zginęli młodo w tragicznym wypadku samochodowym. Po tym fakcie miasteczko długo nie mogło otrząsnąć się z fali plotek i bolesnych rozmyślań o podstępnym, niesprawiedliwym losie.

- Skąd, mimo smutków i tragedii w życiu, skąd mimo tylu sercowych zawodów, jakich doświadczyła ta kobieta znajduje w sobie tyle radości i ufności, by urządzać bale? Czy to tylko naiwność i  egzaltacja? A może to właśnie dowód dojrzałości i niezatapialnej umiejętności cieszenia się życiem? – zapytała siebie samą pani Teresa, zabierając się za ciąg dalszy zleconej roboty. Ale jakoś jej to dzisiaj nie szło. Znów spojrzała na dobrze stąd widoczną studnię przy rynku. Kiedyś, jako młoda dziewczyna wierzyła, że studnia potrafi spełniać życzenia.
- I chyba to moje największe spełniła… - zaszeptało coś w jej głowie, a nieoczekiwana łza głębokiej ulgi spłynęła po policzku.

Obok studni przechodziła właśnie jakaś kobieta. Szła pogodnym, tanecznym krokiem a jej fioletowo-błękitna spódnica falowała jak radosny strumień. W dłoni niosła opuszczoną do ziemi, kolorową parasolke i pozwalała by strumienie cichnącego właśnie deszczu obmywały jej twarz. Pani Teresa przysłoniła oczy dłonią, bo rozbrykane promienie słoneczne, gotowe właśnie przebić się przez chmury i pomalować świat tęczą zaświeciły prosto w szyby, które myła, oślepiając ją na chwilę więc nie bardzo mogła teraz rozpoznać, któż to spaceruje tak lekko.

- Ach, to przecież Gospodyni! Gdzież ona idzie? – zdziwiła się pani Teresa, dostrzegając ze zdumieniem, iż rudowłosa kobieta puka do drzwi stojącego naprzeciwko domku z czerwonymi dachówkami.

- Czyżby szukała mnie? – zdumiała się a upewniwszy się, iż tak jest w istocie odchrząknęła i schrypniętym głosem zawołała:

- Pani Hanno, Haniu! Tu jestem! U piekarzowej!

Gospodyni usłyszawszy jej nawoływania uśmiechnęła się szeroko i trzymając w dłoni jakiś zielony, podłużny prostokąt papieru zbliżyła się do balkonu piekarzowej.

- Dzień dobry pani Tereso! Jaka tam ze mnie pani! Przecież zna mnie pani od dziecka! – odkrzyknęła pogodnie, wycierając wierzchem dłoni mokrą od wrześniowego deszczu twarz.

- Mam do pani dwie sprawy. Czy mogłaby pani zejść do mnie na moment? Ubłociłam kalosze i nie chcę tam piekarzowej nabrudzić – poprosiła Hanna, wiedząc o tym, że drugiej takiej pedantki jak piekarzowa Emilia w miasteczku nie ma. A teraz stała pod oknem żony piekarza i zadzierając wysoko głowę patrzyła z podziwem na wzorowo wypucowane okna.

- Już schodzę! – pani Teresa wytarła dłonie w fartuch, poprawiła chustkę na głowie i jak mogła najszybciej podążyła do płomiennowłosej, sympatycznej kobiety na dole.

- Droga pani! Otóż chciałabym serdecznie prosić o rzecz następującą. Po pierwsze potrzebuję pomocy w gruntownym sprzątaniu po remoncie, który kończę właśnie w mej gospodzie.
- Bo widzi pani, urządzam wkrótce u siebie bal na powitanie jesieni i chciałabym by było wówczas u mnie jak najpiękniej. To dla mnie bardzo ważne – dodała Hanna, ni z tego ni z owego oblawszy się rumieńcem.
- Pewnie będziemy z gośćmi w większości biesiadować na zewnątrz. O ile pogoda dopisze, oczywiście! Jednak, gdy się ochłodzi albo w razie deszczu gospoda musi być gotowa na przyjęcie wielu zaproszonych, miłych memu sercu osób.
- Czy znalazłaby pani trochę czasu by na początku przyszłego tygodnia pomóc nam nieco z porządkami? Słyszałam, że nikt w miasteczku nie zrobi tego lepiej i dokładniej niż pani, kochana pani Tereso! – Gospodyni uśmiechnęła się niezwykle miło a pani Teresa zrozumiała, iż w ustach tamtej to nie jest żaden pusty komplement, lecz wypowiedziana szczerze, pełna podziwu opinia. Dlatego kiwnęła od razu głową, chętnie zgadzając się na pomoc w sprzątaniu gospody.

- Rzecz jasna, zapłacę ile tylko sobie pani zażyczy. Dobrze wiem, że sprzątanie po malowaniu to trudna i żmudna praca – powiedziała jeszcze tamta i zanim pani Teresa zdołała cokolwiek odpowiedzieć Hanna uściskała ją serdecznie i patrząc jej prosto w oczy szepnęła:

- A ta druga moja prośba jest taka, by zechciała pani przyjąć zaproszenie na ten bal. Będę bardzo szczęśliwa mogąc panią gościć i posłuchać wraz z innymi pani pięknego śpiewu!

Pani Teresie aż zakręciło się w głowie z wrażenia.

- A skąd Ty Haniu wiesz o tym, że ja śpiewam? A właściwie śpiewałam kiedyś, dawno temu. Bo teraz już głos nie ten. I w ogóle nie bardzo już się chce – wyjąkała spłoszona a nawet wzburzona odezwaniem tamtej kobieta.

- Mama mi wiele razy o tym opowiadała. Podobno śpiewałyście sobie razem w dzieciństwie a potem należała pani nawet do jakiegoś zespołu muzycznego i występowaliście nie raz w dawnych czasach w naszym parkowym amfiteatrze! – tłumaczyła się szybko gospodyni nieco zmieszana wzburzeniem tamtej.


Pani Teresie mnóstwo gorączkowych, rozlatanych myśli przebiegało w tym momencie przez siwą, okrytą kwiecistą chustką głowę.

- Przecież odkąd Jego nie ma już nie śpiewam, bo dla kogo i po co? Przecież ludziska śmialiby się ze mnie, gdybym się odważyła znów publicznie wystąpić. To nie ma najmniejszego sensu. Jestem już stara. Nie mnie pchać się na bale, na występy. Wygłupiać się! – krzyczało coś w niej trwożliwie. A wówczas szalony wiatr znienacka porwał z jej głowy chustkę i dmuchnął śmiało w pukle gęstych, popielatych, jak jesienna mgła włosów. Zawirował nimi odważnie. Wziął je w w roztańczone,  szalone sploty.  Dodał im głębokiej barwy. Zaszumiał w głowie jak mocne wino. Nagle zrobiło jej się ciepło i dziwnie radośnie. Jakiś ciężar zniknął z piersi. Jakiś dawno zapomniany, migotliwy blask młodości wniknął w duszę. A czarodziejski, niepokorny wiatr rozwiał też nieoczekiwanie dla niej samej stado uparcie dręczących myśli i obaw. I wówczas spontanicznie uściskała zapatrzoną w nią z podziwem młodą kobietę, biorąc z jej rąk zieloną kopertę z zaproszeniem.

- A zresztą! Dlaczegóżby nie? Przyjdę na Twój bal i spróbuję znowu zaśpiewać! Dziękuję Ci Haniu, że o mnie pomyślałaś! – wyszeptała a zaraz potem, wracając już na górę do swych obowiązków, uśmiechała się sama do siebie, nucąc sobie cichutko popularną melodię z dawnych lat:

- „Jak szybko płynie życie, jak potok płynie czas. Za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas…”

   A po chwili odchrząknęła i jej śpiew popłynął z pełną mocą. Dźwięcznie. Radośnie. Jak woda w wzburzonym strumieniu aż przechodnie przystaneli zdumieni pod domem piekarza, dziwiąc się odkąd to niczym nie wyróżniająca się dotąd piekarzowa Emilia tak pięknie umie śpiewać?! 

Cz. 3 - "W cukierni pana Pierniczka 

 Od kiedy Joasia przychodziła prawie co dzień do cukierni pana Bazylego, zwanego przez wszystkich panem Pierniczkiem minęło mu jakoś zmęczenie i to dziwne, starcze odrętwienie w jakie popadł ostatnimi laty. Odłożył na razie sprzedaż cukierni, tłumacząc się rozczarowanemu tym, a gotowemu na jej nabycie piekarzowi Wacławowi, że jednak musi tę sprawę jeszcze dogłębnie przemyśleć.
Panu Bazylemu wróciły rumieńce na twarz oraz dawno zagubiona werwa w mięśnie.

- A może wcale nie jestem jeszcze taki stary? Może tylko mi się zdawało? – zastanawiał się nieraz spacerując po rynku miasteczka i przyglądając się z sympatią jego mieszkańcom.

   Od wiosny już kilka razy odwiedził Joasię i jej mamę w ich malutkim, skromnym mieszkanku. Za każdym razem przynosił ze sobą kawałek pysznego ciasta albo ukochane przez wszystkich pierniczki. Pojawiał się ze swoim ciepłym uśmiechem oraz opowieściami z dawnych, dobrych lat. Czas nie płynął kiedyś tak szybko. A ludzie mieli zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Wieczorami lubili zbierać się razem, słuchając ciekawych historii i baśni opowiadanych przez starszych. A teraz? Ech, szkoda mówić! 

   Jakie to szczęście dla niego, iż mógł poznać tę rezolutną dziewczynkę oraz jej skromną, dobrą mamę. Ponieważ jego wzrok już nieco szwankował a żadne okulary nie pomagały uwielbiał gdy Joasia czytywała im na głos fragmenty ciekawych ksiażek przygodowych i podróżniczych oraz ukochanych przez wszystkich baśni. Niekiedy tak bardzo wciagała ich akcja tych opowieści, że potem bawili się w trójkę w odgrywanie najciekawszych scenek z  ulubionych lektur i na kanapie, niczym na tratwie ratunkowej opływali cały świat mierząc się po drodze z syrenami, rekinami i straszliwymi smokami. Oczy lśniły im wówczas pełnym emocji blaskiem a rumieńce na policzkach wskazywały na to, że wszystkim im bardzo się ta zabawa podoba. Tylko mama dziewczynki martwiła sie nieraz , by wesołemu cukiernikowi ten nadmiar iście dziecięcych szaleństw w końcu nie zaszkodził. Przecież miał juz swoje lata i powinien na siebie uważać. Jednak gdy tylko ośmieliła się zwrócić mu na to uwagę i odrobinę przystopować te wieczorne, beztroskie harce,  pan Pierniczek parskał niecierpliwie i tylko mocniej zawiazywał na głowie czarną opaskę, w której udawał groźnego pirata a potem rzucał się w odmęty, po błyszczący na dnie skarb Atlantydy!
   Matka Joasi, Barbara też na szczęście zupełnie doszła do siebie po przebytej chorobie i teraz ze zdwojoną mocą pracowała stukając codziennie przez wiele godzin swoją starą maszyną do szycia. Pan Bazyli patrzył z podziwem na tę drobną, delikatną kobietę, która tak dzielnie dawała sobie radę z utrzymaniem domu i z wychowaniem córeczki na mądrą, a przede wszystkim dobrą osobę. Nie mogła jej poświęcić tyle czasu, ile by chciała, ale Joasia nie narzekała. Pomagała mamie w czym tylko się dało. A to materiał w czasie cięcia przytrzymała. A to zmiotła ścinki kolorowych tkanin spod stoliczka. A to wyszukiwała odpowiedni odcień nici. I to właśnie dziewczynka była odpowiedzialna za donoszenie klientom zamówionego towaru. Kilka razy w tygodniu biegła więc do mieszkań w kolorowych kamieniczkach przy rynku i stukała do drzwi, by podać zapakowane w szary papier pakunki i odebrać za nie należność. Dlatego mnóstwo osób ją znało i lubiło. Jednak tak wiele tych zamówień na nowe rzeczy do uszycia nie było. Chociaż pani Barbara była wspaniałą, dokładną, pełną pomysłowości i kreatywności osobą, to gdzieżby wygrała z ofertą sklepową?! 

     W tych wielkich sklepach przecież wszystko można było dostać o wiele taniej. A to właśnie śmiesznie niska cena stanowiła dla potencjalnych nabywców najważniejszą zaletę. Cóż z tego, że była to przeważnie tandetna chińszczyzna z przyszytymi oszukańczo kolorowymi metkami z całego świata? Co z tego, że po pierwszym praniu ubrania rozciągały się, traciły kolor i szyk? Cena zwyciężała! Toteż pani Barbara ratowała się przeróbkami starych rzeczy. Rzadziej szyciem eleganckich kostiumów dla pań nieco szerszych w biodrach oraz czasami ślicznych fartuszków szkolnych dla dziewczynek. 
   Dlatego kobieta zdawała sobie sprawę, iż krawiectwo to na pewno nie jest zawód dla jej córeczki. Przecież świat zmieniał się bezustannie i odchodził coraz bardziej od rzemieślniczej rzetelności oraz indywidualizmu. Barbara cieszyła się, iż Joasia uczy się cukiernictwa u sympatycznego pana Bazylego. Zawsze to lepiej posiadać jakąś praktykę, umieć więcej i mieć w przyszłości możliwość wyboru zawodu a nie być zmuszoną do wykonywania dzień w dzień nielubianych, monotonnych czynności. Barbara była dumna ze swego wrażliwego, uczynnego dziecka. Na dodatek Joasia pilnie się uczyła, migiem czytała wszystkie nowości z biblioteki i nie poddawała się panującym obecnie modom na markowe ciuchy, szpan i techniczne nowinki z zagranicy. Zresztą i tak nie byłoby ich na nie stać, a więc matce ciężar spadał z piersi, iż córka nie domaga się żadnych nowoczesnych gadżetów i wystarcza jej to, co miały.
   A miały siebie. I to było najważniejsze dla matki i córki. Bo przecież jeszcze do wiosny tego roku pani Barbara ciężko chorowała i długo nie było pewności, czy kiedykolwiek jeszcze zasiądzie do swej maszyny do szycia. Nie pomagały żadne leki. W kobiecie z każdym dniem gasł blask i nie miała sił, by podźwignąć się z dna smutku i pustki, w którą popadła.
   Aż wreszcie czarodziejska Wiosna i Joasia przywróciły ją do normalnego życia. I znowu potrafiła się uśmiechać i widzieć w otaczającej ją rzeczywistości sens i barwy.

   Od dwóch tygodni krawcowa miała zdecydowanie więcej pracy, co bardzo ją cieszyło i dawało nadzieję, na chwilową przynajmniej poprawę ich skromnego bytu. Otóż w gospodzie "Pod złotym liściem" szykował się wielki bal i ludziom na gwałt potrzebne były jakieś odpowiednie na ten dzień kreacje. Paniom marzyło się by ubrać na tę okazję długie do kostek, kwieciste suknie. Najlepiej powiewne i miękkie czy też szeleszczące taftą jak z romansów dla dorastających panienek. A panowie potrzebowali barwnych koszul, zwężenia czy też poszerzenia długo nie noszonych eleganckich spodni czy całych garniturów. Nagle okazało się, że nic, co można było dostać w sklepach nie bardzo pasuje na taki bal. I mieszkańcom miasteczka odnalezionych myśli raptem przypomniało się, że mają u siebie wspaniałą krawcową, która prawie z niczego potrafiła zrobić naprawdę coś. I odnaleźli w sobie przy tej okazji dawne marzenia, wspomnienia oraz schowane na dnie szafy stare, niemodne ubrania, które przy odrobinie starania raz jeszcze mogły zabłysnąć.

  Także panu Pierniczkowi oczy śmiały się na myśl o balu. Ostatniego wieczoru odwiedziła go Gospodyni ze swym ukochanym Wędrowcem i długo siedzieli razem popijając kawę, zagryzając ją ciasteczkami i ustalając słodkie menu na planowaną przez nich wielką zabawę.
   Z boku stała Joasia, lukrująca pierniczki i ozdabiająca je orzeszkami a także kandyzowanymi owocami. Przysłuchiwała się z ciekawością rozmowom starszych i serce waliło jej młotem z wrażenia i przejęcia. Przecież jeszcze nigdy nie była na takim balu! Dużo tylko czytała o takich pięknych, dalekich od zwykłej rzeczywistości chwilach i jej samej marzyło się, by kiedyś, gdy dorośnie, zawirować w białej sukience pośród innych, odświętnie ubranych gości.

- Radzę Wam, moi kochani byście na ten wieczór przygotowali dla gości przede wszystkim dużo uśmiechu i serdeczności. Nie warto się tak przemęczać i wykosztowywać. Ludzie, jak się roztańczą i rozśpiewają, to nie w głowie im będzie jedzenie! – mówił jak zwykle prosto i uczciwie miły pan Bazyli, patrząc z przyjemnością na sympatyczne twarze Gospodyni i Wędrowca oraz dostrzegając jak bardzo są tym wszystkim przejęci.

- No tak!Ma pan oczywiście rację! – zaśmiał się Wędrowiec.
 -Na uśmiechu na pewno nam nie zbywa! – dodał ściskając serdecznie dłoń zapatrzonej w niego miedzianowłosej kobiety.
- Ale czymś poczęstować gości przecież trzeba. Już zaplanowaliśmy, co podamy jako główne dania. To będą pieczone kiełbaski, prawdziwki w śmietanie, chleb ze swojskim smalcem i z ogórkami kwaszonymi oraz zapiekane z ziołami chrupiące ziemniaczki. Nie mamy tylko pomysłu na ciasta – wyznała Gospodyni, patrząc z nadzieją w szare oczy cukiernika.

- No dobrze! Wobec tego upieczemy z Joasią pierniczków i kruchych ciasteczek, bo to zawsze ludziom smakuje i wygodnie się je. Przyda się też placek ze śliwkami. No i mnóstwo czekoladowych serduszek. Co Wy na to kochani? A Ty, co myślisz Joasiu? Damy radę? – pytał staruszek, zerkając z miłym uśmiechem na Joasię i przywołując ją ku sobie.

   Dziewczynka otarła dłonie w kolorowy fartuszek, który zawsze ubierała na siebie podczas pracy u pana Bazylego a potem z lekką nieśmiałością podeszła do dorosłych, przyglądając się ciekawie gościom cukiernika.

- Och! Z taką dużą, dzielną pomocnicą na pewno wszystko się uda! – zawołał wesoło na jej widok mężczyzna z sumiastym wąsem, zwany przez wszystkich Wędrowcem.
- Przecież widać, że robota aż pali się tej dziewczynce w rękach. Czy mógłbym spróbować chociaż jednego z tych zachwalanych pierniczków? – zapytał jeszcze, śmiejąc się przymilnie i z lubością zaciągając zapachem słodkich, korzennych wypieków.

- No pewnie! – zawołała dziewczynka i przyniosła całą tacę świeżo polukrowanych pierniczków, którymi zaraz wszyscy zaczęli się zajadać i zachwalać pod niebiosa ich niepowtarzalny smak i aromat.

- A jutro z rana zamierzamy wpaść do Ciebie i Twojej mamusi Joasiu! Też mamy pewną prośbę do was obu oraz oczywiście zaproszenia na bal – rzekła pełnym ciepła głosem Gospodyni i z przyjemnością zauważyła, jak wielką radość sprawiła tym dziewczynce.

   Po zmierzchu w miasteczku odnalezionych myśli niewielu mieszkańców wychodziło z domu. Ale w większości kamieniczek trwały już pełne entuzjazmu rozmowy o nadciągającym balu. Tymczasem w cukierni, pochyleni nad talerzem ze świeżutkimi, kruchymi ciasteczkami siedzieli blisko siebie serdeczni, przyjaźni ludzie i słuchali opowieści Pana Pierniczka o dawnych, dobrych czasach. O spełnionych i niespełnionych marzeniach mieszkańców miasteczka. O wspaniałych balach, rautach i przyjęciach. O wesołych, pełnych nadziei i radości ludziach, których teraz na świecie jakby coraz mniej. A może jednak nadal istnieją, tylko pochowali się w swych domach, jak smoki i krasnale w ciemnych pieczarach?  Tak sobie szeptali, rozprawiali, marzyli a wreszcie Joasia wyciągneła ze swego plecaczka wyszperaną w antykwariacie, pachnącą starym kurzem i jaśminową herbatą książkę i już po chwili zatonęli w kolejnej, facynującej lekturze.

   A kiedy nocny mrok granatową materią zupełnie spowił uliczki miasteczka stara wróżka Konstancja, siedząca dotąd w cukierni na obrazie u boku babki Eulalii i jak zwykle rozgrywajaca z nią późną partyjkę szachów nagle coś nieoczekiwanego wyszeptała do ucha przyjaciółki. Eulalia też miała wiele do powiedzenia w tym względzie. Ich tajemnicze szeptanki trwały dość długo. A uradowanym swym pomysłem staruszkom oczy lśniły mocniej niż lampy uliczne.Wreszcie obie cichutko zeskoczyły z obrazu i niezauważone przez nikogo, trzymając w dłoniach rąbki swych szerokich spódnic wyfrunęły przez okno, by zajrzeć do gospody "Pod złotym liściem". Tyle się tam miało dziać przecież! Najwyższy czas przyłączyć się do przygotowań!


Cz. 4 - "Inni mieszkańcy" 



   W miasteczku odnalezionych myśli było oczywiście wiele osób niezbyt zadowolonych lub też zupełnie obojętnych wobec niezwykłego dla tego sennego zazwyczaj miejsca wydarzenia, czyli mającego się odbyć wkrótce w gospodzie „Pod złotym liściem” balu.  W przypadku niektórych z niechętnych balowi mieszkańców, ich brak życzliwości był zupełnie zrozumiały, gdyż nie każdy musi przecież lubić takie rozrywki,  rozbawionych, czyli zanadto hałaśliwych ludzi, wielkie zmiany, ruch, zgiełk czy też jakiekolwiek zaburzenie codziennych rytuałów. Takie nagłe, choćby nie wiadomo jak radosne zdarzenia burzą spokój, odbierają poczucie bezpieczeństwa, zanurzenia w mglistym bezczasie oraz wrażenie nie wyróżniania się z tłumu. Ale najczęściej po prostu nie zmieniają niczego. 

- Są, jak krótkotrwała, niegroźna burza, która na moment oczyszcza powietrze, dając złudną nadzieję zmian na lepsze a potem jak zwykle wszystko wraca do normalnego, codziennego stanu.To tak samo, jak z intensywnymi barwami liści we wrześniu i paździeniku. Przez jakiś czas cieszą oczy i serca, mamiąc świat swym krótkotwałym blaskiem i cudownym ciepłem a ledwo się człowiek obejrzy, wszystkie gałęzie są już nagie i bezlistne. Smutne jak samotne życie, jak zapowiedź końca wszystkiego...- pogrążał się w zgryzocie naczelnik poczty, Anastazy, spoglądając przez okno na ubrane w przebogate, barwne listowie klony, kasztanowce, jawory i dęby.

  W zeszłym tygodniu po długotrwałej, wyniszczającej chorobie odeszła jego ukochana żona, patrzył więc teraz z poczuciem krzywdy i rozgoryczenia na wszystko wokół a najbardziej na roześmiane mieszkanki miasta, poszukujące po sklepach nowych dodatków do swych balowych kreacji, lub co gorsza, dyskutujących o balu w jego obecności, na poczcie. Myślał wówczas o swojej Wandzi, która nie miała szansy by doczekać takich radosnych chwil i odeszła czując ulgę, że nareszcie skończy się jej męka. Jej przyjaciółki do ostatniej chwili chciały być przy niej. Koleżanki z poczty. Z chóru kościelnego. Sąsiadki z tej samej kamienicy.

-Wydawało się, że tak mocno przeżywają jej stratę, a teraz proszę, jak się bawią. Jak się cieszą i krygują przed wystawami sklepowymi. Już zapomniały o swojej najlepszej koleżance. Byle dalej! Świat się przecież toczy jak gdyby nigdy nic. Tylko Jej już nie ma – zasępiał się Anastazy, stemplując listy i przesyłki.
- Rozpacz, bezsilność, żal, krzywda, tęsknota, złość! - wołały głośnym stukiem uderzenia stempla pana Anastazego. Jednak jego twarz wyrażała nadal chłodną uprzejmość, opanowanie i urzędowe zaangażowanie. A więc nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co tak naprawdę czuje ten mężczyzna. Był taki jak zawsze.Schowany za urzędowym uniformem i nic nie wyrażającym, przylepionym do ust uśmiechem.

   Inną osobą, odczuwającą żal i gorycz na myśl o balu była pani Aniela. Już dawno nigdzie nie wychodziła. Zakupy robił jej mąż, Ksawery. On też zajmował się większością spraw domowych. Dbał o nią jak umiał najlepiej, ale przecież nie wróci jej sprawności w kalekich nogach. Nie sprawi, by ten znienawidzony, zdezelowany wózek inwalidzki pewnego dnia okazał się zbędny i wylądował jako stary rupieć na śmietniku.

- Po co w ogóle mówił mi o tym balu? Teraz będę sobie wyobrażać, jak ludzie się tam bawią, jak cieszą. A ja tu, przykuta do swoich bibelotów, sweterków dzierganych na drutach,porannej  kawki z rogalikiem! – irytowała się, patrząc na wszystko, co było jej bliskie a jednak w takich jak ten momentach, po prostu obrzydłe.

   A dlaczego Ksawery w ogóle ośmielił się wspomnieć swej żonie o balu? Otóż wiedział, że jej ulubionymi programami telewizyjnymi były te o tańcu. Nieraz godzinami potrafiła przerzucać kanały byleby znaleźć jakiś film muzyczny, pokaz tańców towarzyskich czy chociażby migawki z gimnastyką artystyczną w tle. Nieraz dziwiła go ta masochistyczna wręcz pasja Anieli. Ale jednocześnie pamiętał, iż przed wypadkiem żona uwielbiała spotkania towarzyskie, a w młodości zabawy taneczne i potańcówki w remizie. Teraz miała możliwość, by znowu zobaczyć to wszystko na własne oczy. Poczuć atmosferę zabawy. Rozerwać się.

- Rozerwać się! – parskała z irytacją, gdy przypominała sobie jego pełną nadziei twarz w chwili, gdy komunikował jej wieść o balu i o tym, że mogliby sie na niego we dwoje wybrać.
- I miałabym zepsuć tym Bogu ducha winnym ludziom całą radość z tego niezwykłego wieczoru?! Jak można nie rozumieć tak prostych rzeczy?! Owszem, lubię popatrzeć sobie na kręcące się po parkiecie pary. Ale po co mnie mają oglądać?!– krzyczała, zrzucając przy tym niechcący na podłogę filiżankę z resztką kawy i patrząc potem z mieszaniną satysfakcji i wstydu na zbierającego bez słowa kawałki porcelany Ksawerego.

   Żyła też w miasteczku pewna rodzina, która ledwo wiązała koniec z końcem a matka starała się jak mogła by było co dzieciakom do szkoły na drugie śniadanie dać. Przeważnie był to chleb ze smalcem. I tak dobrze, jak na to wystarczało. Bo czasem szły do szkoły na głodniaka i dopiero po powrocie mogły zjeść pożywnej zupy ziemniaczanej, czy chwycić jakąś kromkę suchego chleba.  Ich matka, Łucja, otrzymywała zapomogę od gminy, ale było to śmiesznie mało zważywszy na ich potrzeby oraz na Karola, jej męża pijaka, który podkradał z domu, co tylko mógł, byleby starczyło mu na kolejne piwo, cokolwiek zawierającego w sobie odrobinę alkoholu. Owszem, jej mąż miewał czasami dobre tygodnie, kiedy nie pił nic i zarzekał się, iż więcej wódki do ust nie weźmie, że wszystko się zmieni i będzie nareszcie przykładnym ojcem rodziny. Bardzo chciała mu wierzyć. Wiedziała przecież, iż jej niewiara podcina mu skrzydła. A dla niego każdy powód był dobry by wrócić do nałogu. Lecz przez cudowny czas jego abstynencji ich dom nareszcie przypominał prawdziwy dom. Bo Karol łapał się każdej roboty w miasteczku, byleby pomóc rodzinie i odkupić swoje winy. A gdy siedział w domu gotował dzieciom obiady, sprzątał, naprawiał wszystkie usterki, próbował bawić się z dziećmi a nawet robić dla nich latawce i koniki na biegunach. To był dla rodziny zawsze wspaniały, lecz niestety krótkotrwały okres. Potem Karol robił się nerwowy. Coraz częściej znikał z domu na dłużej. Przesiadywał w gospodzie albo po prostu na ławce przed sklepem spożywczym. Aż któregoś wieczora jakiś z jego koleżków przyprowadzał go do domu nieprzytomnego, pijanego w sztok i wówczas kołomyja zaczynała się od nowa. I tak toczyło się ich życie.
   Biedna Łucja najmowała się do wszelkich możliwych prac. Mimo trawiącego jej stawy reumatyzmu i rozległych żylaków na nogach sprzątała sklepy, aptekę i hurtownię spożywczą. Wszystko dla swych pięciorga dzieci. Wszystko, byleby jakoś odwrócić ten zły los. Niekiedy pani Teresa, znajoma z sąsiedztwa prosiła Łucję o pomoc w sprzątaniu mieszkań. Albo zajmowała się jej młodszymi dziećmi w czasie, gdy Łucja pracowała. Ostatnio jednak, pewnie z powodu zbliżającej się jesieni, Łucja czuła się bardzo źle i zwyczajnie nie miała siły, by pracować tak ciężko, jak dotąd. Na dodatek Karol znów przepadał na całe dnie i nie wiadomo, gdzie przebywał, z kim pił, jak się czuł.

   Łucja nie lubiła gospody. Uważała, że to miejsce przynosi więcej szkody miasteczku niż korzyści. A gdy usłyszała o zbliżającym się balu jej irytacja jeszcze się zwiększyła.
- Balów się Hannie zachciało! Mało się ludzie na co dzień napiją? Po co jeszcze wymyślać jakieś nowe powody do sięgnięcia po kieliszek? Ot, pazerna i nieczuła z niej widocznie kobieta – szeptała, sama do siebie, szorując podłogę w sklepie obuwniczym i mimochodem słuchając podnieconych szeptów klientek o zbliżającym się balu.
Kobieta sama nigdy jeszcze w gospodzie nie była. Uważała ją za zwykłą mordownię. Miejsce podłe, obrzydłe i służące tylko wyciąganiu z uczciwych ludzi pieniędzy. Nie trafiały do niej żadne ciepłe słowa o właścicielce gospody, Hannie.

- Miła i wesoła? Dobrze się jej powodzi, widocznie! Nie ma bandy wiecznie głodnych dzieciaków na głowie oraz męża moczymordy! – odpowiadała nie raz Teresie, która usiłowała powiedzieć jej coś dobrego na temat Hanny.
- A jeśli nawet i jest tak sympatyczna, jak mówisz i urządza ten bal dla podobnych sobie ludzi, to cóż mi z tego? Nie dla mnie jakieś bale i imprezy. Czasem nie mam już nawet siły by umyć się przed snem. Ledwie dzieciakom pomogę lekcje odrobić.
Dziury w spodniach i rajtuzach im pozaszywać. Obrać ziemniaki na jutro. Gary pomyć i już jest północ. A ja padam. A rano trzeba jak zawsze wstać i znowu jakoś się toczyć…

   Łucja nie wiedziała o tym, że nie tylko jej mąż odwiedza czasami gospodę. Robił to także coraz częściej najstarszy jej syn, trzynastoletni Wojtek. Chodził tam ostatnio by odrabiać lekcje w dobrze oświetlonym elektrycznym kinkietem kącie. Pomagał nawet w sprzątaniu po niedawnym remoncie. Lubił to czyste, przyjazne miejsce, w którym czuł się bezpiecznie i spokojnie. W domu rodzinnym miał poczucie, że udusi się w tej atmosferze nerwów, irytacji, biedy, wiecznych utyskiwań matki, bełkotów ojca i pałętających się wciąż pod nogami siedmioletnich bliźniaków, swego najmłodszego rodzeństwa. 
   Wojtek miał jeszcze jeden ważny powód, dla którego ostatnio był częstym gościem gospody. Otóż pojawiała się w niej prawie codziennie Joasia, córka tej krawcowej z miasteczka.
Dziewczynka podobała mu się od dawna, ale nie miał nigdy odwagi by do niej zagadnąć. Patrzył tylko na nią z daleka i podziwiał jej urodę jasnowłosego elfa oraz serdeczny uśmiech i bezpośredniość w obejściu. Joasia była o rok od niego młodsza. Wiedział o tym, bo chodzili do tej samej szkoły i czasami na przerwach patrzył na nią jak stała otoczona wianuszkiem koleżanek. Jak śmiała się wesoło i rozprawiała o balu.

O balu…To była dla niego jakaś abstrakcja i rzecz rodem z filmów amerykańskich. Wolałby by wszystko było w gospodzie po dawnemu. To dawało mu zawsze poczucie równowagi, stałości i bezpieczeństwa.
- Na szczęście bal przyjdzie i przejdzie – wzdychał chłopiec zerkając na szykującą wszystko na ten wielki dzień Gospodynię oraz na uwijającego się wraz z nią Wędrowca.
- Potem wszystko będzie przecież po dawnemu…

   Wędrowiec lubił tego cichego, nieśmiałego chłopca.  Czasem pochylał się nad jego zeszytem z rachunkami i wskazywał palcem, gdzie był błąd. Innym razem prosił o przeczytanie pisanego przez cały wieczór w pocie czoła wypracowania i chwalił Wojtka za styl oraz bogaty zasób słownictwa.  W zamian chłopak garnął się do wszelkiej pomocy, ale nie chciał brać za to żadnych pieniędzy, mimo tego, iż jak wszyscy dobrze wiedzieli, jego matce nie przelewało się. Hanna wciskała mu niekiedy na siłę do kieszeni parę groszy, by miał na bułkę czy kefir.

   A Wędrowiec patrzył na chłopca z mieszaniną sympatii i dziwnego, bolesnego żalu w oczach. Bo gdyby wszystko było dobrze, gdyby los był dla niego życzliwszy, to jego syn byłby teraz w wieku Wojtka…Niestety, wszystko ułożyło się tak a nie inaczej. Był sam. Jest sam…Nie, nie jest już teraz przecież sam. Jest ta cudowna kobieta, która odmienia jego świat. Jest ta dobra teraźniejszość, która oby trwała jak najdłużej…Tak pragnął by Hanna była szczęśliwa! By w ogóle wszyscy mogli być tak szczęśliwi, jak on przy Hannie.

   A właśnie wczoraj jego Ukochana, obserwując zapatrzonego w Joasię Wojtka wyszeptała Wędrowcowi do ucha, że sama też była kiedyś tak zakochana w pewnym chłopcu z klasy. Ale nigdy nie miała śmiałości by mu o tym powiedzieć. I do tej pory pamięta siłę tego swojego pierwszego uczucia.

- Może to i dobrze zresztą, że mu wtedy o tym w żaden sposób nie dałam znać. Bo może moje losy potoczyłyby się zupełnie inaczej? Bo wyobraź sobie, iż ze ślicznego, towarzyskiego Karolka wyrósł potem znany w na całe miasteczko pijus i utracjusz, ojciec Wojtka -  Karol. Ten sam, który często przesiaduje u nas w gospodzie – wyznała, tuląc się do Wędrowca i patrząc ze współczuciem na Wojtka, pochylonego nad zeszytem do języka polskiego.

- Czyli mimo wszystkich meandrów życia i smutków, które nie omijały Cię w przeszłości los miał Cię jakoś w opiece, moja Ty dzieweczko w falbaniastej spódnicy! – roześmiał się Wędrowiec, całując ją serdecznie.
- A swoją drogą Wojtkowi przydałoby się jakoś pomóc. Niech się chłopak nie męczy! - westchnął, chwilę potem.

- Pewnie, że bardzo chciałabym mu pomóc. W ogóle całej jego rodzinie przydałaby się nareszcie jakaś zdecydowana odmiana na lepsze. Ale nie mam pomysłu jak to zrobić – westchnęła Hanna, biorąc się za obieranie cebuli i pociągając przy tym raz po raz nosem.

- Haniu! Wszystkim nie dasz rady pomóc, choćbyś bardzo chciała. Tutaj przydałaby się jakaś dobra wróżka albo przynajmniej skuteczny lek przeciw alkoholizmowi.
- Ale, co do Wojtka i Joasi, to przecież da się coś jednak zrobić. Nie sądzisz moja kochana? – z tajemniczym uśmiechem zapytał mężczyzna i wziął drugi nóż oraz cebulę, a potem posiekał ją w try miga.

- Wolę się w takie rzeczy nie wtrącać. Co ma być, to będzie. Pamiętaj, że dobrymi chęciami piekło jest często wybrukowane. Lepiej nie bawmy się w nic takiego, proszę! – szepnęła Gospodyni ocierając oczy.

  Wędrowiec nic nie odpowiedział. Miał jednak już swoje plany i bardzo życzliwe względem Wojtka zamierzenia. Postanowił jednak o niczym Hannie nie mówić.

- Jeszcze o tym wszystkim pomyślę – zakończył więc rozmowę i wysiąkał nos, bo i jego cebula bardzo już w oczy piekła.

   Ich rozmowę słyszała oczywiście wróżka Konstancja, która ostatnio była częstym gościem tego miejsca. I aby nie być widzialną przysiadała się do różnych staroświecko ubranych osób na fotografiach zawieszonych tu i ówdzie na ścianach gospody. Tam zastygała w sztucznych pozach i niewinnie przysłuchiwała się rozmowom gospodarzy i gości. Wiele już wiedziała. Wiele rzeczy czekało na nią do zrobienia. Nie ze wszystkim zdąży. Nie wszystkiemu podoła.

 - Ale co nieco przynajmniej spróbuję zrobić! Niewiele to też coś! 
 - Ha! Ludzie myślą, że dobre wróżki potrafią wszystko. Ale ja jestem już bardzo starą wróżką i wiele z moich czarów już się zwietrzało. Straciło swą moc, jak wino w źle zakorkowanej butelce. A Eulalia tylko przez całe dnie grałaby w szachy czy w remika, siedząc w ciepłej, pachnącej piernikami cukierni swego wnuka. Nie chce jej się ze mną po miasteczku latać i wsłuchiwać w marzenia jego mieszkańców. Głucha jak pień się robi albo i wygodniej udawać jej głuchą. Wszystko na mojej głowie! Jak zwykle! – utyskiwała starowinka.

- A psik! – kichnęła nagle, gdy do jej zadartego noska doleciała ostra woń cebuli.

   Wszyscy zgromadzeni w ciepłym wnętrzu karczmy jak jeden mąż rozejrzeli się skąd dobiegł ten dziwny dźwięk. Ale nikt nie dostrzegł Konstancji ukrytej za dziwacznym, greckim postumentem, z którym dawni mieszkańcy miasteczka bardzo lubili się kiedyś fotografować…

Cz. 5 - "W oczekiwaniu"


W oczekiwaniu na bal wszystko nabiera innego koloru, wymiaru, wyrazu. Bo chociaż wiele można w życiu balów przetańczyć, to ten będzie zupełnie do innych niepodobny. Bal czczący pogodną jesień, przemiany w życiu, miłość, spełnienie, dojrzałość, nowe kolory oraz serdeczne ciepło i bliskość między ludźmi. Życie, które jest,  po prostu.


   A co ostatnimi czasy robi Gospodyni z Wędrowcem? Wczoraj od świtu przez kilka godzin zbierali grzyby. Dwa wielkie kosze prawdziwków i maślaków. Oczyszczali je w kuchni do wieczora, większość przeznaczając do zjedzenia w dniu balu a resztę nawlekając na nitki i wieszając na strychu w gospodzie.

    Był też wczoraj w gospodzie Karol...Nie były to jednak zwykłe odwiedziny w jego dawnym stylu. Ot wypić parę głębszych, podumać nad losem człowieczym, zagrać parę rundek w bilard i pójść chwiejnym krokiem do domu. W Karolu zaszła tego wieczoru jakaś dziwna, tajemnicza wręcz przemiana i zachowywał się zupełnie inaczej niz do tej pory...Jak to było?

    Przyszedł tuż przed zmrokiem. Markotny jakiś. Zasępiony. Zamówił jak zwykle duże piwo z wkładką a potem usiadł przy barze tępo wpatrując sie w złocisty napój. Od kilku dni miał dziwne myśli. Ogarniały go jakieś czarne przeczucia. Lęk przed dalszym życiem i przed sobą. Totalna niechęć i pogarda  do samego siebie. Widział, jak źle jest odbierany w domu. Jak dzieci coraz bardziej unikają jego towarzystwa a Łucja krzywiąc się z bólu, który utkwił w jej stawach robi co do niej należy, na niego tylko burcząc czy też w ogóle traktując jako zbędny mebel. Nawet Wojtek, jego pierworodny, ukochany syneczek widząc go niedawno w gospodzie po prostu wyszedł, zwijając w pośpiechu swoje zeszyty i książki. Głowa pękała od kraczących myśli Karolowi gdy szedł w poniedziałek do swego ulubionego w miasteczku miejsca - "gospody "Pod złotym liściem". Ciepło tu było zawsze, przyjaźnie i spokojnie. Liczył na to, że tutaj jego skołatane nerwy się wyciszą. Napije się i powróci do żywych. Ale nie. Było mu jeszcze gorzej. Widział jak Hanna, dawna jego szkolna koleżanka układa sobie pięknie życie z tym przybyszem ze świata, zwanym Wędrowcem i myślał sobie, że on zmarnował nie tylko swój los, ale i całej swojej rodziny. Że jego Łucja też przecież mogła być przy nim szczęśliwa. Była kiedyś taką śliczną, zakochaną w nim na zabój, wesołą kobietą. A dzisiaj...? Ech, strzep człowieka z niej został! 

   Ścisnął głowę pięściami, bo zdało mu się, że jakieś natrętne muszyska z ogromnym bzykiem usiłują wedrzeć mu się boleśnie  w każdy nerw, w każdą komórkę znękanego ciała. 

- Jestem nikim! Nikim! - krzyczało coś w nim bezlitośnie a widok piwa na kontuarze w dziwny sposób nie koił jego zmysłów a przeciwnie, rozsierdzał swym niezmiennie miodowym kolorem i beztroskimi bąbelkami, unoszącymi sie raz po raz ku górze.

- Nie jesteś nikim! Od dzisiaj wszystko będzie dobrze! - usłyszał nagle nie wiadomo skąd cichy, ciepły, pocieszajacy szept. 

Włosy powstały mu na głowie. Rozejrzał się przerażony.

- No tak! Słyszę głosy! Zaraz zatańczą wokół mnie białe myszki! Pierwsza faza delirki! - przestraszył się okropnie a serce zadudniło mu potężnym miechem kowalskim.

- Karolu, jeśli nie napijesz się dzisiaj tego swojego piwa, to obiecuję ci, że nie napijesz się żadnego alkoholu już nigdy więcej. Wytrzymaj tylko do jutra a wszystko bedzie dobrze! - usłyszał znowu ten kobiecy głos. Zdało mu się, że to jakaś staruszka odezwała się do niego. Ale przecież żadnej staruszki w gospodzie nie było!

Jęknął a zimny dreszcz lęku przebiegł mu po plecach. Rozejrzał się wokół, ale w gospodzie prócz paru klientów płci męskiej nie dostrzegał nikogo więcej. Tamci zresztą zajmowali sie w tej chwili grą w bilard i popijaniem swoich ulubionych napojów. Gospodyni z Wędrowcem robili coś razem na zapleczu. Słyszał, jak stukają myte sztućce i talerze. Pachniało grzybami. Dochodził do niego delikatny śpiew Hanny, która od wiosny bardzo lubiła nucić piosenki z dawnych, młodzieńczych lat.

- Tu jestem! Na portrecie na ścianie. Tuż obok ciebie. Przypatrz się dobrze Karolu, a dostrzeżesz moją zieloną spódnicę i zółty, słomkowy kapelusik - coś znowu zaszeptało w pobliżu. Wówczas, nie wierząc  w to, iż to robi zerknął na portrecik w sepii. Wówczas na małym, oprawionym w sosnowe ramki zdjęciu, wśród ustawionych w sztucznych pozach sztywnych panach w cylindrach i paniach w ogoniastych sukniach zauważył zupełnie nie pasującą do nich dziwaczną, małą staruszeczkę, błyskającą żywym kolorem na drugim planie fotografii. Przetarł oczy, ale widziadło nie znikało.

- Jestem tu Karolu, czy tego chcesz czy nie! - zaśmiała się staruszka, zeskakując raptem z obrazka i przysiadając się do niego jak gdyby nigdy nic. Zapachniało jaśminem, różami i miętą. Zadzwoniło głosem ostatnich, wrześniowych świerszczy.

Karol zamiast przerazić się ostatecznie nagle uspokoił się, zrozumiawszy iż to tylko dziwaczny sen. Jak się obudzi wszystko wróci do normy.

- Miejmy nadzieję Karolu, że nic już nie wróci do twojej zwykłej normy. Przecież mierzi cię już to życie pijaka. Oznajmiam ci niniejszym, iż własnie dzisiaj jest twoja wielka szansa! Największa i może ostatnia. Jeśli do jutra nie weźmiesz alkoholu do ust, to odrzucisz go już na zawsze! Obiecuję ci to solennie, mój drogi chłopcze! - powiedziała z mocą kobieta, wpatrując się intensywnie w jego oczy.
Zakręciło mu się w głowie od tego jej spojrzenia. Serce natomiast zadrżało nagłym wzruszeniem albowiem zrozumiał, że ma przed sobą najprawdziwszą wróżkę. Tę, o której zawsze opowiadał bajki swoim dzieciom. Tę samą, która podobno od dawna opiekowała się miasteczkiem odnalezionych myśli, będąc jego dobrym duchem i odwieczną legendą.

- Konstancja...?Wróżka Konstancja?! - zapytał nieśmiałym szeptem, dotykając delikatnie rąbka jej szeleszczącej spódnicy. 
- Cieszę się, że mnie poznałeś Karolu. Widywałeś mnie często w dzieciństwie a potem wyrosłeś, zaćmiewając sobie wzrok alkoholem, zmartwieniami i bezsilnością.
- Ale jeszcze wszystko może wrócić na dobrą drogę. Jeszcze nie raz opowiesz swoim dzieciom bajki o mnie. Ale śpiesz się, bo dorastają i coraz więcej goryczy rozrasta się czarnym bluszczem w ich sercach. Tylko ty możesz zrobić z tym porządek, najpierw oczywiście pomagając sobie. Zamknij na chwilę oczy, proszę. Zasieję teraz w twojej duszy nowe kwiaty. Nie daj im zginąć, proszę...
Szept ucichł a mężczyzna posłusznie przymknął powieki i trwał na stołku barowym czując, że dzieją  się w nim jakieś kolorowe przemiany, jakieś czary prawdziwe, ogarniając go dawno nie odczuwaną radością i uczuciem niezwykłej ulgi. 
A gdy po kilku minutach otworzył oczy staruszki nie było obok niego. Nie dostrzegł jej także na wiszącym ponad nim obrazku. Naprzeciw natomiast stał Wędrowiec i wpatrywał się w niego z niepokojem.

- Panie Karolu! Karolu! Czy coś sie stało? Źle sie pan poczuł? Tak pan zbladł Może pomóc panu wyjść na zewnątrz? - pytał z troską mężczyzna spoza kontuaru a Hanna dotykała spoconego czoła Karola swą kojąco chłodną dłonią.

- Tak, tak! Powinienem już pójść do domu! Najwyższa pora! - sapnął zagadnięty i próbując powstać tak niezgrabnie oparł się o ladę, że wylał całe swoje piwo.
- Och! Przepraszam! Bardzo przepraszam! Taki niezgrabny jestem! - wykrzyknał zawstydzony.
- Proszę dać mi tylko jakąś ścierkę.Ja posprzątam to wszystko Haniu!
- Ależ nie trzeba! Ja sobie ze wszystkim poradzę. Niczym się nie martw Karolku. Wędrowiec odprowadzi Cię zaraz do domu. Położysz się, wyśpisz i obudzisz jak nowonarodzony! - zapewniała go życzliwie uśmiechnięta kobieta a jej Ukochany zdecydowanie wziął Karola pod ramię i nie przyjmując do wiadomosci żadnych protestów wyszedł z nim w srebrzysto-granatową ciemność wrześniowego wieczoru.
Długo i spokojnie po drodze rozmawiali. Jak przystało na dwóch mądrych, wrażliwych mężczyzn, którzy wiele przeróżnych doświadczeń życiowych mieli poza sobą, wiele krzywd doznanych i zawinionych leżało im na sercu a nigdy jeszcze nie było okazji i chęci by tak dogłębnie się przed kimś wygadać. Nie śpieszyli się więc wcale na tym wrześniowym, nocnym spacerze. Miasteczko przyświecało im serdecznymi mrugnięciami okien. A wróżka Konstancja, lecąc na umówione spotkanie do jednego z mieszkań przy rynku owiała ich przez chwilę cudnym zapachem dzikich róż i jaśminu.

   Następnego dnia Wędrowiec z Gospodynią rozprawiając o niezwykłych wydarzeniach poprzedniego wieczoru zrywali ostatnie, letnie, łąkowe kwiaty i pierwsze, jesienne lście. Wyszukiwali te najbarwniejsze. A każdy kwiat był jak pożegnalny pocałunek lata. A każdy liść jak tkliwe przywitanie jesieni. Zgromadzili  całe naręcza. Te uzbierane położyli w cieniu i chłodzie strumienia. Potem ułożą je w wazonach najpiękniejszych wspomnień. Postawią na stołach w gospodzie i będą cieszyć się, spoglądając na nie i w swoje oczy, pełne szczęścia, rozmigotania i ciepła. A w zbieraniu kwiatów pomagali im Wojtek z Joasią. To był pomysł  Hanny. A może razem wpadli na niego?


   Akurat wybierali się na łąkę, gdy ujrzeli nadchodzących od strony miasteczka znajomych nastolatków. Pierwsza szła Joasia, podśpiewując sobie i zrywając po drodze poczerwieniałe liście jeżyn. Kilkanaście metrów za nią, niby to czegoś ciekawego wypatrujac pod stopami, podążał Wojtek. Hanna popatrzyła porozumiewawczo na Ukochanego, on zerknął na nią. I już wiedzieli co trzeba robić.

- Joasiu! - zawołała Gospodyni - Jak dobrze, że Cię widzę!Właśnie wybieramy się z Wędrowcem po kwiaty, liście  i ozdobne owoce do przystrojenia stołów w dniu balu. A prawdę mówiąc, nie bardzo wiemy, gdzie można znaleźc te najpiękniejsze, te wymarzone. Przydałby się nam jakiś przewodnik.  Ale Ty pewnie nie masz teraz czasu na spacery po lesie? - zapytała niewinnie.
- Właśnie, że mam sporo czasu! Lekcje nam dzisiaj skrócili bo jakaś awaria prądu w szkole była. Pomyślałam więc, że może tutaj na coś się przydam! - odkrzyknęła dziewczynka, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Bardzo się przydasz! Marzy mi się, by poza kwiatami stoły w gospodzie ozdabiały także owoce kaliny, tarniny i jarzębiny. Nie wiesz może gdzie w okolicy można je znaleźć?Podobno Ty żyjesz za pan brat z naszym lasem i orientujesz się dobrze w terenie? - zagadnęła Gospodyni, gdy już dziewczynka podeszła do otwartch wrót, wiodących ku gospodzie.
- Gdzie rosną kaliny, to wiem na pewno! Jest taka zarośnięta nimi dróżka między laskiem brzozowym a polami. Ale co do jarzębin i tarniny...Dawno już ich w okolicy nie widziałam, niestety! - odrzekła Joasia, śmiesznie marszcząc czółko.
- Ale ja wiem gdzie je znaleźć! - wykrzyknął tryumfalnie Wojtek, widząc znaki, jakie dawał mu Wędrowiec.
- Całkiem niedaleko od tego lasku brzozwego!Trzeba tylko przejść nad strumieniem a za nim jest taka porośnięta krzewami równina. Zeszłej jesieni widziałem tam mnóstwo dorodnych jarzębin i wielkich krzewów tarniny! Chętnie pokażę!
- No to wodzu, prowadź! -  zawołał Wędrowiec, wręczając mu wiklinowy koszyk oraz kozik do przycinania gałązek.

I tak poszli razem, w czwórkę, poprzez wrześniowy, wilgotny, pachnący grzybami i niedawnym deszczem las. A ciepłe promienie przbijające się przez ostatnie chmury malowały na ich twarzach piegi, uśmiechy i rumieńce. Na początku Wojtek szedł obok Joasi w milczeniu. Potem Joasi nagle jakaś szyszka spadła na głowę, więc zachichotała poszukując wzrokiem między gałęziami świerku jakiejś figlarnej wiewiórki. Pierwszy dostrzegł ją chłopiec. Pokazał dziewczyce jej rudą kitkę, migającą wesoło wśród zieleni. Pobiegli za nią oboje śmiejąc się i nawołując psotnicę. Hanna z Wędrowcem zwolnili kroku i podążali z tyłu, kucając raz po raz i znajdując w igliwiu dorodne maślaki oraz miodowe główki podgrzybków. Grzybów wszak nigdy dość! Aż wreszcie doszli nad strumień i tam postanowili odpocząć. Dzieci poszukując jarzębiny bawiły się beztrosko w chowanego na polanie i w rzadkim lasku leszczynowo-brzozowym. Czas zatrzymał się dla nich i przysnął sobie smacznie między więdnącymi już kwiatami mięty i dziurawca. Zrobiło się raptem bardzo ciepło. Tak, jakby to był lipiec a nie początek drugiej połowy września.

   Nasi Gospodarze zzuli więc gumowce i z ochotą weszli do płytkiej wody. Dali wytchnienie bosym stopom. Dali chłód rozgrzanym policzkom. Dali sobie dobry, spokojny czas przed wielkim dzianiem. To wprawdzie lodowata woda, ale ileż przyjemności przynosi znużonym wędrówkom nogom. Jak cudownie koi zmysły i wycisza natrętny brzęk myśli o tym, co jeszcze trzeba zrobić. A do pierwszego dnia jesieni przecież już bardzo blisko!



   Wreszcie z uzbieranymi w lesie kolorowymi skarbami wszyscy razem wrócili do gospody, by zrobić sobie i dzieciom gorącą herbatkę lipową a potem odpoczywać w cieple kominka i patrzeć poprzez tańczące płomienie w dal. A w dali czeka bal. I radość, którą chcą dzielić ze swoimi gośćmi, z przyjaciółmi. I jeszcze wiele innych, dobrych rzeczy.

  Gospoda juz prawie gotowa na swój wielki dzień. Remont skończony. Wszystko pięknie posprzatąne. W kuchni na piecu od wczoraj  powolutku pyrka bigos.  Joasia ze swoją mamą  kilka dni temu przyniosły zamówione u nich nowe zasłony i firaneczki. Pomagały Hannie upiąć je ładnie w małych okienkach. Przystrajały szydełkowymi obrusikami i makatkami ściany gospody. Nadały jej wnętrzu nowy blask i nastrój. A w dniu balu pomogą też w roznoszeniu potraw i w obsłudze gości. Barbara sama wpadła na ten pomysł, widząc jak wiele roboty czeka jeszcze Gospodynię.


- Haniu droga! Tobie też należy się przecież trochę oddechu i zabawy. A tak we trzy uwiniemy się szybko ze wszystkim i będzie czas na to by usiąść, pośpiewać i potańczyć - powiedziała, ściskając niewiele starszą od niej, dawną, szkolną koleżankę.

- Jak to we trzy?! - oburzył się Wędrowiec - A ja?! Przecież nie będę tylko siedział i czekał na oklaski!Też chcę się na coś przydać!

- Och, kochany mój! Dziękuję Ci za dobre chęci, ale Ty wiesz czego oczekuję od Ciebie najbardziej w dniu balu! Nikt lepiej niż ty nie zajmie się naszymi gośćmi. Nie przywita, nie zachęci do jedzenia, picia i zabawy. Rozruszasz towarzystwo. Zaśpiewasz, wierszem zagadasz. Nieśmiałe panie do tańca porwiesz a panom dasz dobry przykład. Wiesz, że liczę na ciebie! - zawołała  Hanna, układając świeżo zerwane klonowe liście w glinianych wazonikach.

 Wędrowiec, któremu bardzo spodobały sie jej pomysły natychmiast porwał w tany roześmianą od ucha do ucha Joasię i zakręcił z nią szalonego młynka po odnowionej, pachnącej świeżą farbą izbie.


- Wojtku! A ty przyjdziesz na bal!? - zapytał siedzącego jak zwykle w kącie chłopca, który udawał, że nie widzi tych radosnych pląsów, ale tak naprawdę trawiła go zazdrość oraz wstyd, że nie umie być tak śmiały, swobodny i spontaniczny, jak Wędrowiec.

- Nie wiem, czy mama się zgodzi. Ostatnio denerwuje się, gdy zbyt późno wracam wieczorem do domu. - odrzekł chłopiec ponuro -  A poza tym nic tu po mnie!

- Co do mamy, to się nie martw! Jutro wpadnę do was i poproszę, by pozwoliła Ci pomóc nam w dniu balu. Myślę, że i twój tata nie będzie miał nic przeciw temu. Bo potrzebujemy twojej pomocy i to bardzo! Znasz przecież wszystkich w miasteczku. Będzisz mi podpowiadał jak nazywają się goście na balu, żebym się nie zbłaźnił i nie nazwał jakiejś Kaśki Teklą a Tekli Kaśką - zachichotał psotnie mężczyzna z sumiastym wąsem i pociągnął z wielkiej szklanicy łyka ożywczej lemoniady.



   A co w ostatnim tygodniu robi panna Szydełko? Szydełkuje, rzecz jasna. Lecz zajmuje się tym w swoim małym mieszkanku, gdyż chce aby jej maseczki były dla wszystkich wielką niespodzianką. Tak bardzo się cieszy na pierwszy dzień jesieni. Odczuwa w związku z tym dniem młodzieńcze podniecenie, niecierpliwość a także lekką tremę. Bo człowiek zawsze tak się czuje, gdy wreszcie ma zdarzyć się to, na co przez całe życie czeka.  Pragnie tego i boi się jednocześnie. Czy rzeczywistość sprosta jej marzeniom? Czy może lepiej, bezpieczniej by było, gdyby można zatrzymać czas i wrócić do tego, co było od zawsze? Do cichej, niezauważanej przez nikogo panny Szydełko zajętej swoimi codziennymi, zwykłymi robótkami oraz własnymi myślami? Ale nie da się już niczego odwrócić. Już wszystkie maseczki szydełkowe są gotowe prócz tej jednej, jedynej. Tej, którą Katarzyna robi dla siebie. Będzie prześliczna. Będzie zaskakująca. Odmieni ją i da nadzieję na odmianę życia. Tego przeciez właśnie pragnie, mimo wszystkich niepokojów i lęków.



   Nie wiadomo czy na bal zdążą przybyć Jan z Krystyną. Ci sami, którzy odnaleźli sie nad rzeką dzieciństwa i zaleczyli wzajem swoje rany, dając sobie powód do życia i nowej wiary we wspólną przyszłość. Teraz podróżują po świecie.Chłoną go wszystkimi zmysłami. Wolni jak ptaki i młodzi jak wiosna, która mimo nadciagającej jesieni wciaż tętni w ich żyłach siłą, nadzieją i optymizmem. Ale tęsknią za swoim miasteczkiem. Więc kto wie? Może zrobią wszystkim niespodziankę i przybędą na czas? 

   A co z panią Teresą? Przeglada swoje niemodne, pachnące lawendą suknie i zeszyty z wierszami oraz tekstami piosenek. Słucha starych, winylowych płyt z młodych lat. Uśmiecha sie do siebie i cicho podśpiewuje. Czasem otrze jakąś nieposłuszną łzę. Czasem westchnie z tęsknoty za swym Aleksandrem. Przypomnienia o tym co było i minęło cieszą, ale i bolą jednocześnie.  Są jak kasztany, które trzeba wyłuskać z kłujących otoczek by dotrzeć do ich gładkich, miedzianych, przynoszących kojący dotyk wnętrz. 

-Trzeba wydobywać na światło dzienne te uparte wspomnienia by uporać się wreszcie ze sobą samą i by przeszłość pozwoliła mi nareszcie na otwarcie furtki przyszłości - rozmyślała.

Kot spoglada na panią Teresę  ze zdziwieniem, bo dawno nie widział tyle blasku w oczach swojej pani. 
-Co to się dzieje? - mruczy, wchodząc bezceremonialnie na jej kolana, gdy kobieta zastyga nad wyblakłym ze starosci zeszytem pełnym lirycznej poezji. Zeszyt spada. Kot rozsiada sie wygodniej. Jego pani gładzi go czule i zatapia się w marzeniach...


   A co robi las i łąka? Żyją, wciąż jeszcze kwitną, oddychają każdą chwilą. Śpiewają wodą, niebem, deszczem i powietrzem. Upajają zapachem i ostatnimi, gorącymi promieniami słońca. Chłoną wszystkimi zmysłami jesienną wilgoć i obietnice niekończących się wzruszeń oraz długich zamyśleń. I też czekają. Chcą by ktoś zgłębiał ich sekrety. Chcą, by śpiewano o nich letnio-jesienne piosenki. Chcą by pisano o nich wiersze. Bo tyle jest jeszcze do odkrycia. Tyle do poznania. Trwa czekanie i przepływ dobrych obłoków.

   A stara wróżka Konstancja wraz z prababką Eulalią ukryte wśród trzcin i tataraków rozmawiają z wiatrem prosząc go serdecznie o cichy, ciepły, pogodny wieczór wrześniowy. Wieczór wyczekiwanego przez wszystkich balu. Wiatr przekomarza się z nimi i dmucha chichotliwie w ich pomarszczone twarze. One zaś śmieją się tak melodyjnie a przy tym niezwykle cichutko,iż tylko wrześniowe, najwytrwalsze w swym muzykowaniu świerszcze słyszą tę dziwną  pieśń . Kilka wieczorów staruszki spędzały na wróżeniu z obłoków oraz liści i już wiedziały, że niebo będzie w przeddzień balu zupełnie bezchmurne. Pojawi się wówczas na nim błyszcząca jak diament gwiazda, która spełni życzenia tego, kto ją zauważy. A w gospodzie za sprawą serdecznej magii znajdzie się wiele zaskakujących gości ze świata, z czarodziejskich snów oraz zza mgły pożegnań i powitań.


   Gdzieś z oddali nadchodzi powoli, lecz tanecznie tabor cygański. Jeszcze go nie widać. Jeszcze wciąż ma do przemierzenia sto mostów i dróg. Ale zbliża się, niosąc swą gorącą, pełną miłości muzykę i słoneczne barwy z całego, przemierzonego dotąd świata.


   A gdy zapada wieczór Wędrowiec z Gospodynią odpoczywają od dziennego zawirowania, siedząc na ławeczce pod czereśnią z tyłu gospody. Szepczą coś do siebie przytuleni i niewidzialni dla ludzi. Widzi ich tylko ksieżyc oraz wróżka Konstancja, która przelatuje właśnie nad nimi, zmierzając w stronę cukierni pana Pierniczka. Posyła im z góry swój magiczny uśmiech. A oni czując to tulą się jeszcze mocniej i z wdzięcznością spoglądają w granatowo-fioletowe, pełne obietnic i niespodzianek niebo. Patrząc w dal o czymś sobie cichutko opowiadają. Coś zamierzają. Snują swoje ciche, owiane nitką babiego lata plany. O czym szepczą? Och, to już ich słodka, wrześniowa tajemnica...


Cz.6 - "Pan Bartłomiej Smok"


  A w drewnianej chatce na skraju lasu mieszkał drwal - pan Bartłomiej Smok. Całkiem już posiwiały, ale dziarski i krzepki, potężnej postury i jeszcze potężniejszego ducha. Sam zbudował sobie tę chatkę i sam w niej gospodarzył. Ale wcale nie czuł się samotny. Towarzystwa dotrzymywał mu jego stary, dobry przyjaciel - owczarek Rudy.

   Pan Bartłomiej cenił sobie swoją wolność i niezależność. Mógł robić co tylko chciał i kiedy chciał. Nie miał przy sobie żadnej zrzędliwej baby, która kazałaby mu np. ściągać buty zaraz na progu domku albo co niedziela chadzać grzecznie do kościoła. Miał święty spokój, ukochany las, dom i wiernego psa. Czegóż więcej mógł chcieć od życia?! Do położonego w dolinie miasteczka chadzał rzadko. Najrzadziej, jak tylko sie dało. Ot, zrobić konieczne zakupy, zapłacić rachunki na poczcie, zajrzeć na chwilę do gospody na małe piwo, na  zaczerpnięcie paru najświeższych wieści z wielkiego świata a potem czym predzej wracać do swojej zacisznej chatki. Przede wszystkim liczyła się dla niego codzienna, samotna praca w lesie, którą kochał i była dla niego całym jego życiem. Zajmował się nią od ponad czterdziestu lat! Od świtu. W słońce i w deszcz. A las śpiewał mu serdecznie głosami ptaków, drzew, obłoków i wiatru.

   Popołudniami wracał z Rudym z wyrębu. Obaj wygłodzeni niemożliwie. Obaj szczęśliwi po pracy. Trzeba było szybko jakiś obiad upichcić. A lubili sobie dobrze podjeść. Oj, lubili!

   W przydomowej spiżarce zawsze był zapas świeżego, kwaśnego mleka a w kamionkowych garnuszkach stał miód, ogórki małosolne, kapusta z kminkiem i aromatyczny smalec z majerankiem. Było też mnóstwo słoików konfitur i samodzielnie robionego dżemu malinowego i jagodowego. W szarych workach parcianych czekały ziemniaki, marchewki i cebule. A w białych, płóciennych woreczkach przechowywał Bartłomiej dobrą mąkę z tutejszego młyna.

   Sam potrafił wypiekać chleb i raz na tydzień z drwala zamieniał się w piekarza, wyrabiając w wielkiej misie wspaniałe ciasto chlebowe. Ach, jak pięknie pachniało wówczas w jego chatce! Rudy, prawie jak zahipnotyzowany chodził wtedy za nim krok w krok, nie mogąc doczekać się świeżej kromki z masłem albo ze smalcem.

   A wieczorami pan Smok znajdował też czas na swoją pasję - rzeźbienie. Podśpiewujac sobie pod nosem pracowicie tworzył z drewna lipowego miniaturki zwierzątek, małe instrumenty muzyczne, pudełeczka i mebelki, figurki szachowe i bohaterów tutejszych legend. Bo chociaż ręce miał ogromne i silne, to przy tym bardzo precyzyjne i czułe a kiedy trzeba - delikatne. W tym czasie Rudy pochrapywał sobie spokojnie u jego stóp. A kiedy Bartłomiej za bardzo fałszował w swoich przyśpiewkach - muzykalny pies jeżył się i warczał. Wtedy Bartłomiej parskał śmiechem, klepał pieszczotliwie swego przyjaciela po grzbiecie i milkł na moment by po chwili rozpoczynać nową piosenkę.                                           
   I tak sobie spokojnie i szczęśliwie żyli aż do pewnego wrześniowego poranka, gdy jego stary przyjaciel Rudy nie wstał jak zwykle ze swego legowiska. Nie zerwał się wcale, choć w kuchni jego pan nalewał właśnie do miski pachnącą, przepyszną zacierkę na mleku.

   Tego dnia drwal nie poszedł z siekierą do lasu. Owinął Rudego w jego ulubiony, niebieski kocyk, wziął go na ręce i powlókł się niemrawo na pobliski Dębowy Wzgórek. Ziemia tam była czarna, pachnąca i pulchna. Kiedyś Rudy z pasją wykopywał tam krety i nornice. Tam też tarzał się radośnie. Tam znajdował lecznicze trawki do psiego pasienia. Teraz ta sama dobra ziemia okazała się też najlepsza do zakopywania.

   Już po wszystkim usiadł sobie Bartłomiej obok tego świeżego kopczyka i ciężko zadumał się nad swoim losem. Jakże teraz wróci do  opustoszałej dziwnie chaty? Jak będzie umiał żyć w tej nieznośnej, obcej ciszy?

   Wtedy usłyszał, dobiegające nie wiadomo skąd granie. Dzwoniły dzwoneczki tamburynów. Skrzypeczki zawodziły tęsknie. Ktoś nucił rzewną, nieznaną piosenkę.

    Drwal wstał i zaintrygowany poszedł za tą słodką muzyką. Za brzozowym zagajnikiem, na polanie, zobaczył tabor cygański. Stały tam wozy kolorowe. Pasły się kare konie. Paliło się ognisko. A czarnowłose kobiety w jaskrawych, wielobarwnych spódniczkach tańczyły jak bajkowe motyle. Bartłomieja owionął zapach dymu z ich ognia. Nie wiadomo skąd przypłynął też aromat jaśminów, dzikich róż i mięty. Mężczyźnie zrobiło się od tego jakoś niespodziwanie słodko na sercu a zarazem dziwnie boleśnie. Delikatna mgła zjawiła mu się raptem przed oczami i wszystkie barwy stały się zamazane, niewyraźne, dalekie. Tańczące kobiety zdały mu się fruwać ponad łaką. Unosić się niczym mieniące sie wszystkimi barwami tęczy bańki mydlane. Wirować w świetle południowego słońca jak stubarwne, egzotyczne ptaki z dawno temu czytywanych baśni perskich. Przyzywać do siebie wręcz hipnotycznie. Drwal ocierał oczy raz po raz by nic nie stracić z tego cudownego zjawiska.

   Bartłomiej Smok nigdy w życiu nie widział czegoś tak pięknego, czarodziejskiego, tak niezwykle radosnego a zarazem przyprawionego domieszką czułej melancholii... Stał więc długo, patrzył i płakał ze wzruszenia. A wiele łez mu się nazbierało! W jego ukochanym lesie czekała nań codzienna robota, ale on stracił dzisiaj do niej swój zapał.  W obecnym stanie ducha mógłby porzucić to wszystko, co było mu tak bliskie i od lat niezmienne a potem po prostu pójść  w nieznane na koniec świata. Za tymi wędrownymi, beztroskimi motylami z polanki za laskiem.  W jakieś nowe życie albo w zupełny niebyt. Parę godzin minęło mu na obserwacji taboru i na ciężkich rozmyślaniach.Wreszcie zmęczony i dziwnie spokojny położył się pod dębem na suchych lisciach. Przymknął znużone oczy...

   Ocknął się dopiero wieczorem, o zachodzie słońca, kiedy Cyganie tanecznym korowodem podążyli w stronę miasteczka i leżacej na jego skraju gospody.

   Cichutko i powoli, nie wiedząc sam dlaczego to robi, ruszył za nimi...



Cz.7 - "Jesień tuż, tuż"


Bartłomiej szedł po malowniczo usianej złocistymi liśćmi dróżce i zastanawiał się, dokąd wiedzie go los? Czy zwariował na stare lata żeby łazić za Cyganami i pragnąć zostać jednym z nich? Wkrótce zapadnie przecież zmrok a on coraz bardziej oddala się od domu. A może zdziecinniał już na starość i wydaje mu się, że tak ni z gruszki, ni z pietruszki może nagle wszystko, ot tak po prostu, zmienić?! Spojrzał na zaróżowione pogodnym zachodem niebo, szukając w nim odpowiedzi na swoje pytania. Niebo jednak było tego dnia wyjątkowo milczące. Skupiało się na cichym oczekiwaniu nadejścia Pani Jesieni. Wsłuchiwało się w jej muzykę, w jej szept między drżącymi ze wzruszenia gałązkami brzóz i jeżyn.

- Och! Że też to właśnie mnie zawsze musi się coś takiego przydarzyć! – usłyszał nagle dobiegający go gdzieś z zarośli podenerwowany, damski głos.
- Zachciało mi się kwiatów we włosach, to mnie pokarało! – znów ten sam głos użalił się nad sobą a po chwili Bartłomiej ze zdumieniem dostrzegł wyłaniającą się spomiędzy krzewów tarniny wielce dziwaczną postać. Była to nieco rozczochrana, lecz całkiem powabna kobieta w odświętnej, sięgającej nieco poza łydki sukni koloru śliwkowego. Na jej twarzy tkwiła dziwaczna, liliowa maseczka w kształcie skrzydeł motyla.  Na jego widok prychnęła z rozpaczą i wstydem.

- Jeszcze i to! Ja to mam pecha! Nawet na takim odludziu musiałam kogoś spotkać! – Istota, patrzyła na niego z ogromnym zmieszaniem i podejrzliwością, a potem widocznie rozpoznając w nim drwala poprosiła żałośnie.
- Panie Bartłomieju! Proszę mi pomóc się stąd wykaraskać! Durnej, starej babie zachciało się na stare lata na bale chodzić, to i ma teraz za swoje!

Panna Szydełko, bo ona to właśnie była, uwięzła w tarninie i jeżynach, gdy godzinę temu postanowiła poszukać dla siebie jakichś świeżych kwiatów do przystrojenia głowy. Kwiatów nie znalazła natomiast potargała sobie rajstopy oraz kunsztownie upięty kok i tak dalece rozstroiła sobie tym faktem nerwy, że w ogóle zrezygnowała z pójścia na bal.

-Nie będę się przecież ośmieszać! Bylebym tylko stąd wylazła, to po prostu wrócę do domu i spróbuję zapomnieć o tym przykrym incydencie  – postanawiała, wyrywając nogi upartym gałęziom, które raz po raz, wręcz czarodziejsko łapały ją i więziły w tym mało uczęszczanym lasku.

- Już, już pomagam! Proszę się tylko tak nie miotać! – zarządził Bartłomiej, metodycznie gałązka po gałązce odplątując śliczną w jego mniemaniu, nieznaną mu panią. Ona widywała go czasem w gospodzie, więc nie był jej obcy. On natomiast nigdy nie zwracał uwagi na jej szarą postać w kąciku. Dzisiaj więc dostrzegł ją po raz pierwszy i zdziwił się, że ona go zna a on jakoś nie!
- I gotowe! – zawołał po chwili, kiedy dama stała przed nim w całej krasie, usiłując poprawić fryzurę oraz zakryć dziury w rajstopach, nerwowym obciąganiem zbyt krótkiej w jej mniemaniu sukienki.
- Piękna suknia! – odważył się powiedzieć mężczyzna, który nigdy w życiu nie powiedział kobiecie żadnego komplementu i naprawdę nie miał pojęcia, jak się to robi. A żal mu się zrobiło tej pięknej pani i nie wiadomo czemu zapragnął by spojrzała na niego łaskawiej.
Tamta, zamiast ucieszyć się jego miłymi słowami żachnęła się jeszcze bardziej:

- A gdzież tam piękna?! Kompletnie zniszczona! Nie widzi pan tych dziur na delikatnej materii? Tych pajęczyn omotanych wokół cekinów? Tych wiszących smętnie kokardek? Po prostu wstyd się tak ludziom pokazywać na oczy…

 Panna Katarzyna pociągnęła nosem, próbując powstrzymać cisnące się jej do oczu łzy. Nagle bowiem dotarło do niej, że wszystkie starania, wszystkie jej marzenia i plany wzięły w łeb. I tylko sobie samej i własnej głupocie to zawdzięcza. Jedyna okazja w życiu na poprawę losu zmarnowana.

 -Ech, lepiej wracać do swojego bezpiecznego, codziennego szydełkowania, jak zawsze – postanowiła sobie w duchu. Ale nieposłuszne łzy nieomal fontanną zaczęły wylewać się z jej podkreślonych czarną kredką oczu.
Bartłomiej zupełnie jej zachowaniem zdezorientowany i zmieszany nie wiedział co począć. Nieporadnie więc przytulił do siebie tę zmartwioną nie wiadomo czym panią i wyszeptał:

- Suknię się przecież naprawi, zaszyje. I wszystko jeszcze będzie dobrze. Niech tylko pani nie płacze, proszę! Bo i mnie się znowu na płacz zbiera. A już dość się dzisiaj wypłakałem. Mężczyźnie to przecież nie przystoi…

- Ale nici z balu! –wyjąkała Katarzyna, zanosząc się niepowstrzymanym szlochem.

Tak dziwnie dobrze jej się zrobiło w ramionach tego krzepkiego, siwowłosego mężczyzny. Nagle zrozumiała, że mogłaby tak stać bardzo długo, bo czuje się przy nim nieoczekiwanie spokojnie i bezpiecznie. Na dodatek dotarło do niej naraz to, co wyrzekł Bartłomiej. O tym męskim płaczu, który go dzisiaj męczył. Poczuła ogromne współczucie oraz ciekawość, więc gładząc nieporadnie jego głowę wyszeptała:

- Nie wiem jak panu, ale mnie teraz nie bardzo się gdzieś śpieszy. Więc gdyby pan chciał pogadać chwilę, zwierzyć się nieznajomej kobiecie, to ja mogę pana wysłuchać. Czasem trzeba coś z siebie wyrzucić. Wiem to, bo sama tego nieraz potrzebuję, a nie potrafię słowa z siebie wydobyć. Tutaj nikt nas nie usłyszy. Może tylko las…

   Bartłomiej słysząc tę nieoczekiwaną propozycję zawstydził się, ale zaraz potem zerknął w orzechowe oczy tej nieznajomej, sympatycznej kobiety i szepnął.

- Jeśli pani nie ma nic przeciw temu, to odprowadzę panią do domu, czy gdzie tam pani właściwie zmierza. A po drodze opowiem trochę o sobie. Może i pani by mi coś o sobie opowiedziała? Wieczór taki piękny! Tam gdzieś Cyganie czekają z muzyką, ale nie uciekną nam przecież, prawda?

- Nie uciekną! – potwierdziła panna Szydełko i zarumieniła się nieoczekiwanie, dostrzegając ze zdumieniem z jakim podziwem Bartłomiej omiata wzrokiem jej postać.

I poszli przed siebie nieśpiesznie a las śpiewał im głosami ostatnich, wrześniowych świerszczy oraz pachniał wilgotną ziemią i nie wiadomo czemu, jaśminem i dziką miętą ...

* * *

  Tymczasem w gospodzie „Pod złotym liściem” wszystko było zapięte na ostatni guzik. Stoły pięknie ustrojone i zastawione stały ustawione pod ścianami a cały środek był wolny, by jak najwięcej było miejsca do tańca. Przed gospodą na zbudowanym specjalnie na ten dzień podeście było miejsce dla cygańskiej orkiestry oraz dla występujących z nią śpiewaków i tancerzy. Poniżej Wędrowiec wraz z Wojtkiem ustawił kilka rzędów siedzeń dla tych, co woleli patrzeć i słuchać, niż tańczyć. Otoczony girlandami kwiatów i wieńcami dzikich, leśnych owoców przygotowany był też plac dla roztańczonych par. Wszędzie paliły się lampy naftowe i świece w mosiężnych lichtarzach. Z boku płonęło ognisko a wokół niego stały koliście wygodne, drewniane ławy i stoliki.
   Zachód słońca cudownymi barwami malował niebo na różowo, fioletowo, pomarańczowo i złociście. Było ciepło. Wymarzony wprost czas na towarzyskie spotkania i zabawy. Pachniało grzybami, kiełbaskami, różami, jaśminami i wilgotnymi od wieczornej rosy liśćmi.

   Hanna wraz z Barbarą, Joasią i Wojtkiem kończyła ostatnie przygotowania we wnętrzu gospody. Poprawiała na stołach kwiaty i owoce. Dosypywała orzechów i ciasteczek do misek. Układała na ladzie tace z czekoladkami i pierniczkami.
  Gospodyni wyglądała tego dnia wyjątkowo urodziwie, o czym nie omieszkał jej co chwilę powiadamiać jej ukochany Wędrowiec. W falujące, sięgające jej do ramion miedziane włosy wpięte były owoce kaliny i białe drobne kwiatuszki łąkowe, których nazwy nigdy nie umiała zapamiętać. Ubrana w powiewną, błękitną sukienkę oraz ciepłe, białe bolerko i delikatną maseczkę przypominającą rozwartą muszlę prezentowała się wspaniale. Wczoraj wieczorem panna Szydełko przyniosła wszystkie wydziergane przez siebie wspaniałe maski balowe. I teraz leżały one tuż przy wejściu w wyłożonym aksamitem pudle, by każdy z gości mógł od razu coś dla siebie wybrać i się w nie przystroić.

   Joasia miała na sobie delikatną, rozkloszowaną dołem i sięgającą aż do kostek białą sukienkę. Przez kilka ostatnich wieczorów szyła ją dla siebie zupełnie sama, korzystając tylko przy tym z paru cennych rad swojej mamy oraz dając się ponosić fantazji i talentowi.

- Może jednak Joasia powinna zostać krawcową! – zastanawiała się Barbara, patrząc z jaka lekkością i polotem jej córka tworzy swoją kreację.
- A może zostanie projektantką mody? Kto wie, ile talentów drzemie w tym moim dziecku! – myślała ze wzruszeniem krawcowa, obserwując wszystkie poczynania przejętej przygotowaniami do balu dziewczynki.
Sama też ubrała się niezwykle elegancko i teraz lśniły jej oczy na myśl o tym wielkim dniu, gdy tak wielu mieszkańców miasteczka zejdzie się do gospody w uszytych przez nią, lub przerobionych przez krawcową specjalnie na ten dzień kreacjach.

   Jak na razie jednak nikogo z gości nie było, co pomału zaczęło niepokoić Gospodynię i tkwiącego w otwartych wrotach gospody, ubranego odświętnie Wędrowca. Wszak na zaproszeniach i na porozwieszanych na słupach ogłoszeniowych powiadomieniach napisano wyraźnie, że bal rozpocznie się o zachodzie słońca! Niestety! Czekanie na pierwszych gości wydłużało się coraz bardziej. Cyganie stroili w nieskończoność swoje skrzypki. Romskie tancerki w bajecznie kolorowych, czekających na tańce sukniach, stały ze znudzonymi minami przy ognisku i wzruszały ramionami, dziwiąc się tej pustce i ciszy wokół. Wszak miały zaproszenie na występy w znanym uzdrowisku. Teraz mogły tam brylować i cieszyć oczy wielu widzów. Zamiast tego tkwią tutaj, gdzie nawet pies z kulawą nogą się nimi nie zachwyca. Jak długo można tak czekać i tracić czas?!

   Od strony miasteczka nie było widać by ktokolwiek nadchodził czy nadjeżdżał. Powoli zachód słońca chował się w mroku gęstniejącego z każdą chwilą wieczoru. Tylko księżyc i gwiazdy rozświetlały się na niebie coraz wyraźniej i mrugały porozumiewawczo do lampionów, płomyków świec i lampek w dole.
Wojtek, stojący dotąd wiernie przy Wędrowcu niczym giermek przy swym rycerzu znudził się wreszcie i zajął się wraz z Joasią pieczeniem kromek chleba nad ogniem. Dzieciom w brzuchach już nieźle burczało a od rana nic nie jadły, zbyt przejęte i podniecone czekającym je balem, by przełknąć cokolwiek. Także Hannie głód dawał się juz nieźle we znaki. Bo chociaż szykowała dzisiaj tyle pyszności w kuchni i ustawiała stosy jedzenia na stołach, to do tej pory nie miała czasu ani potrzeby by chociażby spróbować któregokolwiek z tych smakołyków.
Wreszcie po godzinie takiego wypatrywania i nerwowego biegania od okna do okna, od ścieżki do ścieżki Wędrowiec zwołał wszystkich do gospody i zawołał tak dziarsko i optymistycznie, jak to tylko on potrafił:

- Kochani! Nasi goście spóźniają się bardzo! Nie wiadomo, o której w końcu tu dotrą a mnie już kiszki marsza grają. Co wy na to, byśmy przekąsili małe co nieco przy ognisku? Nasi romscy przyjaciele też pewnie głodni. Siądźmy więc sobie razem kołem i upieczmy kiełbaski! Co wy na to?

   Gospodyni oraz pozostali zareagowali z entuzjazmem na jego propozycję i już po chwili pełna napięcia i nerwowego oczekiwania atmosfera pękła jak bańka mydlana. A wszyscy zgromadzeni poczuli w sercach ulgę i dziwny spokój, że przecież prędzej czy później ktoś przecież przyjdzie a póki co, trzeba jeść i pić, by w tym przedłużającym się czekaniu nie opaść z sił!


Cz.8 - "W zaczarowaną, sobotnią noc"

W noc przed balem wielu mieszkańców miasteczka odnalezionych myśli miało problem z zaśnięciem. Byli zbyt podnieceni czekającą ich jutro zabawą. Zbyt przejęci nową dla siebie sytuacją. Wszak od bardzo, bardzo dawna nic takiego się w miasteczku nie działo! Czy sprostają swoim własnym marzeniom? A czy taki zwariowany bal w ogóle jest obiektem ich marzeń? Może idą nań, bo tak wypada?  Potem wszak będzie się w miasteczku o balu długo rozprawiać, więc gdyby nie poszli, to poczują się gorsi, niedoinformowani, wykluczeni i pominięci. A więc leżeli w łóżkach przewracając się z boku na bok i dręcząc się rozmyślaniem o tym wszystkim.

   Ale większość nie myślała nawet o balu. Mieli swoje zmartwienia. Te stare i te nowe. A ostatnia noc lata, wyjątkowo jasna, ciepła i cicha jakoś ich rozstrajała i uniemożliwiała spokojny sen. Niektórym zdawało się, ze ktoś śpiewa na rynku i drażniło ich to bardzo, nie pozwalając zapaść w błogi, tak wyczekiwany od dawna sen.

  Późnym wieczorem panią Anielę mocno rozbolały unieruchomione od kilku lat nogi. Było to bardzo dziwne, zważywszy na to, że nie miała prawa nic w nich czuć, bo przecież uszkodzony kręgosłup raz na zawsze odciął wszelkie czucie w dolnej części jej ciała. A jednak doznawała teraz dojmującego pieczenia, mrowienia oraz ściskania łydek.

- Ksawery! Ksawery! Obudź się! No nie śpij jak kłoda! Coś się dzieje z moimi nogami! – szarpała półprzytomnego męża, który zmęczony po całym dniu ciężkiej pracy zasnął jak kamień i nie rozumiał teraz, co się dzieje. Wreszcie otworzył oczy. Usiadł na łóżku. Zapalił światło w sypialni i popatrzył uważnie na nogi swej żony.

- Wyglądają tak samo – ziewnął – Pewnie czujesz te bóle fantomowe. Te, o których mówiła Ci kiedyś lekarka!
- E tam! – zdenerwowała się – To zupełnie coś innego! Mówię ci! Może to ta nowa maść z kasztanowca mi pomogła? Przynieś mi proszę szklankę zimnej wody, bo mi w gardle jakoś zaschło!
Ksawery posłusznie poszedł do kuchni a w tym czasie Aniela spróbowała poruszyć nieco palcami u stóp. Próbowała tego codziennie, chociaż dobrze wiedziała, że nigdy już nie uda jej się odzyskać władzy w nogach. Tak samo było tej nocy. Lecz było jej największym marzeniem, by jeszcze kiedyś przejść się normalnie po pokoju. Wyjść na spacer do parku. Pobiec nad rzekę…
Przesiadła się z łóżka na swój wózek i podjechała nim do drzwi balkonowych. Coś kazało jej odsłonić firankę, otworzyć okno i wyjrzeć na zewnątrz. Zapachniało jaśminami, dziką różą i miętą…Zasłuchała się w dawno nie słyszaną pieśń z młodości. Aż zmrużyła oczy, bo jakieś punktowo świecące światło błysnęło raptem prosto w nią.
- Co to jest? Jakiś samolot tak nisko przelatuje? A może UFO? Nie, to tylko gwiazda spada…

   Tymczasem Ksawery podtykał jej już szklankę z wodą i prosił, by zamknęła okno, bo się jeszcze przeziębi. Pociągnęła sporego łyka a potem przymknęła na moment oczy, bo miała wrażenie, że udało jej się poruszyć dużym palcem u prawej nogi. I jeszcze raz. I jeszcze!
   Małżonkowie oka nie zmrużyli już tej nocy. A skoro świt ledwie pomalował na jasnoróżowo niebo miasteczko ze zdumieniem i niedowierzaniem zobaczyło dwie ubrane w ciepłe szlafroki postaci, przemierzające na ukos rynek – nieogolonego, roześmianego mężczyznę i kuśtykającą u jego boku, płaczącą ze szczęścia kobietę…
                                                                    * * *

   Pan Anastazy, naczelnik poczty wstał tuż przed północą. Ból rozsadzał mu czaszkę, chociaż przed snem zażył środek uspokajający i podwójną dawkę aspiryny. Nie umiał sobie poradzić z dojmującą tęsknotą za swoją Wandzią. Przeżyli razem prawie trzydzieści lat. Tak dobrze było im razem. Dzielili wspólne pasje. Mieli jeszcze tyle planów i marzeń! Zawsze lubili spędzać czas na wędrówkach po górach i dolinach. Pragnęli wybrać się na Ukrainę i zwiedzić tamtejszą część gór. Tę dzikszą, niezbadaną i tajemniczą. Albo wybrać się do Moskwy i przechadzać po Arbacie, nucąc sobie ballady mistrza Okudżawy. Ale już nigdy się tam nie wybiorą. Niczego już razem nie zanucą. Ani nie zatańczą w swojej małej kuchni. Och, jak bardzo lubili kręcić się w rytm melodii płynących z radia! Gdzieś z boku gwizdał czajnik. Za ścianą jakiś pies uparcie szczekał a oni po prostu tańczyli i chcieli by ta chwila trwała i trwała…
Teraz mężczyzna został sam. I tak już będzie zawsze! Zawsze!

Pan Anastazy podszedł do okna, rozsunął kotary i westchnął ciężko.
- Już niczego nie chcę w tym życiu…Wandziu, jak mogłaś mnie tu zostawić? Nie potrafię żyć bez Ciebie i nie chcę! Słyszysz?!

Ale noc nie odpowiedziała mu wcale. Tylko jakaś wyjątkowo jasno świecąca gwiazda mrugnęła do niego kilka razy a potem ni z tego ni z owego zgasła…Wówczas pan Anastazy odczuł dziwną ulgę w sercu. Nawet uśmiechnął się do siebie i z sympatią pomyślał o rozemocjonowanych jutrzejszym balem koleżankach z pracy.

- Niech się kobiety cieszą, póki mogą. Życie jest przecież takie krótkie. Tak dziwnie krótkie…
Potem wrócił do łóżka i zasnął głęboko. Śniło mu się, że razem z Wandzią idą na ten bal do gospody. Wandzia ma na sobie tę śliczną, zieloną sukienkę w białe groszki. I jest taka młoda, taka zdrowa i beztroska! On szedł obok niej i uśmiechał się od ucha do ucha, ściskając mocno ciepłą dłoń swej żony. A ona na środku drogi przytuliła się do niego i szepnęła:
- Jestem taka szczęśliwa…
On czuł dokładnie to samo. Więc pocałował ją serdecznie i powędrowali razem na bal. I dobrze im tak razem wędrować. Przez wieczność…

                                                     * * *

  Łucji trudno było uwierzyć w nagłą przemianę swojego męża. Od kilku dni Karol był nie ten sam. Pełen sił, optymizmu i cierpliwości oraz wiary w dobrą przyszłość. Po raz nie wiadomo który poprzysiągł jej, że to koniec z piciem i tym razem naprawdę powinna mu uwierzyć.
Nic nie odrzekła, lecz pomyślała po swojemu, że czas przecież wszystko pokaże. Prędzej czy później. Póki co, załapał się do roboty przy układaniu kostek brukowych na rynku. Kobieta cieszyła się więc, że trochę nieoczekiwanego grosza wpadnie im do rodzinnej kiesy o ile, rzecz jasna, Karol znów tego nie przepije.

   W środę mieli wieczorem w domu nieoczekiwanego gościa. Wpadł do nich z wizytą oraz zaproszeniem na bal ten wesoły, szpakowaty mężczyzna z wąsem, zwany przez wszystkich Wędrowcem. Bardzo zdziwiła się na jego widok, lecz jeszcze większym zdumieniem przejął ją fakt, że Karol przyjął odwiedziny tamtego z wyraźną radością oraz ulgą. Tak, jakby czekał na nie!
Kobieta nie bardzo miała czym poczęstować gościa, bo w domu jak zwykle się nie przelewało. Postawiła tylko przed mężczyzną gorącą herbatę i słuchała jego serdecznych, pełnych entuzjazmu słów o zbliżającym się balu. Wreszcie ośmieliła się przerwać tok jego wymowy, zgadzając się na udział w nim Wojtka. Bo właściwie, czemu nie? Zawsze to ciekawiej młodemu chłopakowi z ludźmi niż w ich maleńkim, skromnym mieszkanku. Jednak co do uczestnictwa w balu jej samej wraz z mężem wyraziła się zdecydowanie i jednoznacznie, iż nie interesują jej takie rzeczy. Niech tam bawią się ci, co mają dużo czasu i siły. Ona do takich na pewno nie należy! Rozczarowany jej odmową, lecz mimo wszystko nie tracący resztek nadziei Wędrowiec pożegnał się z obojgiem małżonków serdecznie i zamyślony wrócił do gospody.
   Życie nie szczędziło Łucji zmartwień także i w ostatnim tygodniu, bo poza tym, że sama czuła się fatalnie, to i bliźniaki znowu złapały jakieś przeziębienie i gorączkowały tak mocno, że aż zmuszona była ze dwa razy wzywać doktora z miasteczka.
   Ponieważ miała kilka pilnych zleceń w miasteczku jak zwykle poprosiła o pomoc w opiece nad maluchami swoją najlepszą sąsiadkę, panią Teresę. Ta zgodziła się chętnie gdyż w tygodniu przed balem miała sporo wolnego czasu a poza tym lubiła te dzieciaki i żal jej było zatroskanej, zagonionej do granic możliwości sąsiadki.
Wreszcie dzieciom poprawiło się w piątek rano. Za nic nie chciały uleżeć już w łóżkach i brykały po pokoju jak kilkumiesięczne kózki! Łucja wyrwała się więc z domu na parę godzin do sprzątania sklepu meblowego a pani Teresa usiłowała dotrzymać towarzystwa pełnym energii dzieciakom. Jednak około południa poczuła, że ją samą zaczyna łamać w kościach a gorączka ogarnia bolesnym żarem głowę i resztę ciała. Z ulgą przywitała więc powracającą z pracy Łucję i powlokła się do siebie, by paść na łóżko i nareszcie zasnąć. Tym razem to Łucja zakrzątnęła się wokół niej troskliwie. Zrobiła herbaty lipowej, napaliła w piecu, wezwała doktora, który przykazał by Teresa wygrzała się w łóżku, wyspała porządnie i przez co najmniej trzy dni z niego nie wychodziła.
   Spała więc jak zabita aż do późnego, sobotniego wieczoru, gdy zwlokła się z łoża boleści, z przerażeniem przeglądając się w lustrze i dostrzegając na kalendarzu, który to dzień tygodnia.

- O niech mnie gęś gęgawa kopnie! Jak ja wyglądam?! Obraz nędzy i rozpaczy. Oczy czerwone i podkrążone. Cera ziemista. Zmarszczek i plam wątrobowych przybyło. I sił we mnie tyle, co w rozdeptanym robaku. A już jutro przecież bal! No, w takim stanie, to na pewno nie dam rady się tam dokaraskać. Bardzo żałuję, ale nie ma cudów! – wymamrotała z rozpaczą a potem napiła się zimnej herbaty i zamierzała wrócić z powrotem do łóżka. Jednak najpierw zapragnęła wyjrzeć na zewnątrz, bo mimo zapchanego nosa i bolesnego szumu w uszach zdało jej się, że czuje ożywczy zapach jaśminów, róż oraz mięty a ostatnie wrześniowe świerszcze tuż pod jej oknem wygrywają swój serdeczny koncert.
   Delikatny blask świecącej nad jej balkonem gwiazdy odbił się w oczach chorej kobiety. Zamigotał w jej sercu odnajdując tam iskierkę nadziei i wiary. Nagle przypomniała jej się dawno nie słyszana piosenka z młodości i bez zastanowienia zaczęła ją nucić, stojąc w otwartym oknie a jej głos z mocą popłynął poprzez ciche uliczki zanurzonego w gwiaździstą poświatę miasteczka.

Niewiele pamiętam z rodzinnych mych stron
Nasz ogród w dolinie, trzy wieże i dzwon
I wzgórza tam były i rzeka i las
I ktoś kto powiedział, że kocha się raz
Dni w słońcu mijały, lecz dzisiaj już wiem
Że przeszły, minęły, jak podróż, jak sen
O gwiazdo miłości nie zagiń we mgle!
O gwiazdo miłości, czy poznajesz mnie?
Spoglądam na niebo, gdy wstajesz ze snu
I myślę o chłopcu, co kiedyś był mój…

   Jej śpiew niósł się czystą, krystalicznie dźwięczną falą poprzez mgliste powietrze, poprzez sny mieszkańców i ich marzenia. Słysząc go Łucja narzuciła na siebie czym prędzej ciepłą chustę i wyskoczyła z mieszkanka na piętrze, by zbadać któż to tak wyśpiewuje po nocy. Ujrzawszy na balkonie chorą do niedawna sąsiadkę aż wstrzymała oddech z wrażenia. Oczy Teresy płonęły jak zaczarowane ogniki a z całego jej ciała płynęła niezwykła energia i udzielające się Łucji wzruszenie. Zupełnie zdrowa już Teresa stała na balkonie piękna, radosna i pełna blasku młodości. Łucja widząc to zadarła głowę wyżej i spojrzała prosto w przyjazną duszę zaczarowanej, migającej nad miasteczkiem gwiazdy. Przypomniało jej się wówczas, że kiedyś w młodości tak bardzo lubiła oglądać niebo razem z Karolem. Nazywać poszczególne konstelacje. Marzyć razem. Tańczyć na dachach garaży i spiewać, śpiewać ze szczęścia!
Czy to było tak bardzo dawno temu? Nie! Przecież nie ma nawet czterdziestu lat a całkiem się poddała, prowadząc smętne, spętane troskami i żalami życie. Czy nie mogłaby jeszcze spróbować ucieszyć się czymkolwiek? Czy to takie trudne?

Powędruj do niego i spytaj go czy
Pamięta dziewczynę z dawnych spotkań swych
Opowiedz mu gwiazdo, gdy znajdziesz go gdzieś
Że mówię ci o nim, że samej mi źle
O gwiazdo miłości nie zagiń we mgle!
O gwiazdo miłości czy poznajesz mnie?
Z włosami w warkoczach od maja po śnieg
Biegałam po łące radosna jak nikt
Bo przy mnie był chłopiec
Przy nas byłaś Ty!

   Dołączyła się do śpiewu pani Teresy i nie bacząc na gniewne syknięcia oraz nawoływania do uciszenia się wyrwanych przez ich piosenkę ze snu sąsiadów nuciła tę ulubioną niegdyś melodię głośno i wytrwale. Sobota pomału przeistaczała się w niedzielę a Pani Jesień wsłuchiwała się ze wzruszeniem w pieśń tych dwóch, obudzonych do życia kobiet…
  Z mieszkania wybiegł wówczas Karol a widząc, co dzieje się z jego żoną chwycił ją w objęcia i zawirował na rynku.
A gdy przytuliła się do niego, kończąc już swą pieśń i łkając jak pełne niespodziewanych, przepełniających je emocji dziecko on gładził pieszczotliwie jej plecy a patrząc w blednące niebo wyszeptał:
- Dziękuję Ci wróżko Konstancjo…


Cz.9 - "Niech żyje bal!"

  A oto jest już nareszcie dzień balu w gospodzie „Pod złotym liściem”. Pierwszy głód został zaspokojony przy pomocy upieczonych nad ogniem kiełbasek a lekki chłodek wraz ze zmrokiem zaczął napływać z otulonych jesienną mgłą lasów. Nadal nie było widać żadnego z gości i naszym Gospodarzom zrobiło się przykro i niewyraźnie na duszy. Tyle przygotowań, tyle radosnych planów i wszystko nadaremno? W chwili, gdy Gospodyni chciała się już poddać i zacząć chować do lodówki oraz spiżarki wszystkie smakołyki ze stołów Wędrowiec przyłożył palec do ust, nakazując jej ciszę i wstrzymanie oddechu. Coś usłyszał. Najpierw niewyraźnie a potem coraz głośniej do uszu wszystkich zaczął dobiegać turkot kół, stukot kopyt, rżenie koni. A nad pobliskim laskiem widać było jakieś radosne światełka i słychać pełne rozbawienia, liczne głosy. Zgromadzeni spojrzeli z pełnym nadziei oczekiwaniem w tamtą stronę.

   I oto spoza zakrętu ukazał się niezwykły korowód bryczek, wozów konnych i dorożek. Wspaniałymi tymi pojazdami podążali w stronę gospody wszyscy zaproszeni oraz chętni do uczestnictwa w balu goście. Konie przyozdobione były w kolorowe wstążki i szarfy a na każdym wozie ktoś trzymał zapaloną lampkę naftową by dobrze oświetlać sobie drogę.
  Wojtek i Joasia z radości i podniecenia podskoczyli w górę kilkakrotnie i zawołali chórem, jak na komendę:

- Hurra! Hurra! Wszyscy jadą! Patrzcie jak dużo gości!

To piekarz Wacław kilka dni temu wpadł na pomysł by zorganizować dla wszystkich taki właśnie dowóz na bal w gospodzie. I bardzo ucieszył tą inicjatywą zwłaszcza tych mieszkańców miasteczka odnalezionych myśli, którzy rzadko kiedy urządzali sobie dłuższy spacer niż z domu do sklepu albo na przystanek autobusowy.

   Z pierwszej bryczki wysiadł sam piekarz, podając rękę i pomagając w zejściu na ziemię swej ustrojonej w sztywną, brokatową suknię tęgawej żonie Emilii.
Za nimi, podtrzymywany troskliwie pod oba ramiona przez Jana i Krystynę wysiadał roześmiany pan Bazyli, zwany przez wszystkich panem Pierniczkiem. Miał na sobie brązowy, staromodny surducik a na głowie czekoladowy melonik. Wyglądał jak elegancki, starszy pan z dziewiętnastowiecznej powieści albo z baśni Andersena. I właśnie tak się chyba czuł. Niedzisiejszy, ciepły, pełen pogodnego zamyślenia i wielu odległych wspomnień…
A któż to wyszedł jeszcze z pierwszej bryczki? Karol, odświętnie ubrany w granatowy i przyciasny, niemodny już od dawna garnitur. Prowadził pod rękę jakąś piękność prawdziwą! Zgromadzeni rozpoznali w niej po chwili ze zdziwieniem jego zaniedbaną do niedawna i wiecznie zgorzkniałą żonę Łucję. Dzisiaj Łucja uśmiechała się delikatnie a rumieńce na policzkach i podmalowane rzęsy dodawały jej obliczu wdzięku i odejmowały co najmniej kilku lat. Na jej ustach lśniła dyskretnie beżowa pomadka a wcięta w talii sukienka w kolorze oliwkowej zieleni (kreacja pożyczona na bal od Teresy) otulała jej zgrabną sylwetkę niczym antyczną rzeźbę.
Za nimi szła natomiast sama pani Teresa ustrojona w długą do ziemi, granatową suknię w wielkie, radosne maki. W pasie przewiązała ciemną szarfę a w rozpuszczone, tańczące w łagodnych podmuchach wiatru włosy wpięła kwiat dzikiej róży, znaleziony dzisiaj z samego rana na wycieraczce pod drzwiami jej mieszkania.
 - Któż mógł tam go położyć? – zastanawiała się a serce biło jej jak szalone na myśl o tym, że tylko jeden mężczyzna na świecie wiedział, że ona uwielbia najbardziej ze wszystkich właśnie kwiaty dzikiej róży…

   Tymczasem przed gospodą zatrzymała się już druga bryczka. Jako pierwsi wysiedli z niej dawno nie widziani na żadnych imprezach towarzyskich Ksawery z Anielą. Było to wszak najzupełniej zrozumiałe, zważywszy na jej kalectwo…Ale przecież nie ma już żadnego kalectwa! Widać wprawdzie, iż Aniela stąpa jeszcze nieco niepewnie, ale to tylko dodaje jej powabu i sprawia wrażenie, jakby chodziła na palcach niczym baletowa tancerka.

   Dalej wyskakiwali z wozu liczni przyjaciele z miasteczka i pobliskiego, wielkiego miasta, którzy nie raz odwiedzali już gospodę Hanny i uważali, iż jest to najprzyjaźniejsze, najbardziej swojskie na świecie miejsce. Byli to ubodzy pisarze, rzeźbiarze, muzycy, rysownicy i aktorzy. Szaleni nieco, pełni marzeń i filozoficznych  rozważań włóczędzy, przemierzający kraj wzdłuż i wszerz. Kolorowe, rozświergotane ptaki i dawni, cisi wielbiciele samej Hanny… Zachwycał ich zawsze wystrój jej gospody. Wspaniałe obrazki w sepii oraz w niezwykłych odcieniach czerwieni, którymi ustrojone były ściany. Koronkowe makatki i dziergane na szydełku obrusiki panny Szydełko. Fotografie sprzed ponad wieku. Zapach starego drewna i kompotu z jabłek, który witał ich zaraz po wejściu do gospody. A starodawny i sielski urok tego drewnianego budynku według nich nie miał sobie równych. Gotowi byli sławić to miejsce wszem i wobec, bo ich zdaniem warte tego było. Jednak nie chcieliby żeby tłumy turystów z całego świata zadeptały, skomercjalizowały i zbanalizowały gospodę. Mimo wszystko powinna ona pozostać tak cicha i swojska, jak jest teraz. Tak sobie rozmawiali podróżując tutaj i ciesząc się na dzisiejszy, niezwykły bal.

Witajcie, witajcie goście nasi mili!
Jakże cudownie, żeście przybyli
Bez Was nie miałby smaku ten wieczór
I pełen byłby tęsknot i przeczuć
Teraz ta jesień słodka jak wino
I blask czarowny z Wami przypłynął
Chodźcie wybierać maski cudowne
Bal się zaczyna – Chodźcie tu, do mnie!

Zagadał wierszem Wędrowiec stojąc w otwartych wrotach gospody i uśmiechając się serdecznie do pojawiających się zewsząd gości.

   Z następnej bryczki wysiadali w tym czasie długo wyczekiwani goście ze świata mgły powitań i pożegnań. Wyłaniali się z niej nieco niepewnie, gdyż do tej pory znali gospodę tylko z opowiadań a teraz sami znaleźli się w tym miejscu i dziwnie im było przekroczyć tak nagle i tak po prostu niewidzialną granicę miedzy realnością a marzeniem.

   Pierwsza ukazała się ubrana w wytworną, białą sukienkę oraz przystrojona delikatnym, ażurowym kapeluszem a przy tym otulona ciepłym szalem Beata, pełna uroku, sympatyczna Pani z krainy kreatywności i cudownych wytworów własnych rąk oraz romantycznej duszy ( http://catinabag-beata.blogspot.com ). Malarka, rzeźbiarka, dziewczyna potrafiąca zrobić coś z niczego. Wiedźma prawdziwa! Osoba skromna, ale niezwykle ciepła, serdeczna i przyjazna. Dobrze patrzyło jej z oczu a uśmiech, który malował się na jej obliczu mówił wszystkim, że to człowiek bliski i dobry. Do boku przyciskała cudownie piękną, uszytą przez siebie torbę przystrojoną w wielobarwne, jesienne liście. A w torbie poza kosmetykami, chusteczkami i innymi niezbędnościami schowała kilka maleńkich, prześlicznych, zrobionych przez siebie pamiątek, które w odpowiednim momencie podaruje temu, kto jest jej na balu najbliższy...

   Tuż za nią szła Róża w słonecznej sukni koloru herbacianych róż. Serdeczna, mądra Pani z krainy rozmyślań nad kondycją ludzką i niepojętymi meandrami losu. A przy tym dziewczyna do tańca i do różańca! Uwielbiająca długie, wnikliwe dyskusje na ciekawe tematy oraz przede wszystkim krzątaninę w kuchni, czary kulinarne i organizację pomysłowych przyjęć oraz imprez towarzyskich. Na pewno pomoże Hannie i Barbarze w obsłudze dzisiejszych gości. A przy tym przysiądzie się tu i ówdzie, w ciekawe rozmowy zasłucha, zatańczy, gdy któraś z melodii odezwie się serdecznym rezonansem w jej duszy.

   Za nimi ukazała się kochana przez wszystkich za mgłą powitań i pożegnań Anka Wrocławianka, niezwykła Pani o czułym, wrażliwym sercu, wywodząca się z krainy, gdzie pomaga się każdemu bezdomnemu zwierzęciu, leczy chore, porzucone koty, wytrwale, aż do sukcesu poszukuje się dla nich nowych opiekunów i zaraża swą niezwykłą pasją innych ludzi. A pojawiła się jak zwykle skromnie, ukryta za wielkimi, słonecznymi okularami. Uśmiechała się nieśmiało, lecz ciepło a ten uśmiech przystrajał ją lepiej niż ubrana na dzisiejszą okazję delikatna, taftowa sukienka w kolorze oranżowej mgły…
Pani z krainy „Za moimi drzwiami” ( http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/ ).

   Kolej na następnego gościa – hiszpańską czarodziejkę Mar Canelę, która podróżując na skrzydłach swej pełnej poezji wyobraźni oraz niezwykłej wrażliwości wsłuchuje się w uczucia świata widzialnego i niewidzialnego. I jak przystało na prawdziwą wróżkę potrafi dostrzec i docenić nawet to, co inni pomijają z obojętnością i niewiarą. Ona wie, jak idzie się po moście z tęczy i rozmarzonych zamyśleń i rozmawia się po drodze z elfami, skrzatami oraz dobrymi duszkami. Szepcze z księżycem i gwiazdami. Przenika dusze ludzkie swym ciepłem oraz spokojem. A przy tym tancerka z niej cudowna, wiec na pewno pokaże dzisiaj na co ją stać! Oto Mar, Pani krainy Miejsca spotkań wymyślonych. (http://mar-canela.blogspot.com/ )

   Teraz z bryczki wysiada Maria z Pogórza Przemyskiego, Pani rozległych, owianych mgłą łąk i wzgórz. Właścicielka klimatycznego, drewnianego domku za Sanem, w którym warzy w kuchni czary ziołami i wędzonką pachnące, opiekuje się czule swymi psami, podróżuje po ciekawych, wartych zwiedzenia miejscach, uwielbia poezję śpiewaną i owiane mgłą tajemnicy zabytki. A tak cudownie ciepło pisze o swoim siedlisku, że od razu chciałoby się być jej gościem i zanurzyć w niepowtarzalną atmosferę tego domku na wzgórzu.
Oto Maria,  Pani krainy Naszego Pogórza (http://naszepogorze.blogspot.com/)

   Za nimi z półmroku wyłania się delikatna, owiana mgłą postać Magdy Spokostanki, Pani z krainy łagodności, poezji, wspomnień oraz zasłuchania w głosy bezludnych miejsc i zapomnianych przedmiotów. Wielbicielka rozmarzonych wędrówek po groblach, mokradłach, bagnach i dzikich, pełnych szeptów i szelestów lasach. Pasterka swych kózek, opiekunka kurek, mama córek, z których zwłaszcza jedna jest dla niej nieustającym natchnieniem i źródłem zamyśleń.
Oto cicha, lecz życzliwa światu, odziana w srebrzysto-fioletową suknię Magda, Pani z krainy na 27 stronie – (http://na27stronie.blogspot.com )

  Wreszcie schodzi na usianą brzozowymi liśćmi ziemię kolejny miły gość balu – Weronika, sama siebie zwąca Ziołoludkiem.  Młodziutka jeszcze, lecz pełna wrażliwości oraz wiedzy wielbicielka podróży, koni, przyrody oraz dobrych filmów i książek. Niezmordowana wędrowniczka po najpiękniejszych zakątkach kraju. Opisująca je z wielką uwagą, entuzjazmem i pogodą ducha. Delikatna Pani ze świata wrażliwych przemyśleń. Oto Pani Ziołowej krainy! (http://ziololudek.blogspot.com/ )

 A któż to idzie dalej? Oto Lidka, Pani z krainy „Życia i szycia”. Autorka istnych cudów z tkanin, które tworzy przy pomocy maszyny do szycia i swej bogatej wyobraźni. Nawiązująca z bliskimi sobie ludźmi serdeczne, trwałe więzi. Czuła, wrażliwa i uważna osoba, na którą można liczyć. Pełna zaraźliwego humoru oraz prostoty. Acha, dziewczyna potrafiąca zrobić przepyszne powidła śliwkowe tudzież inne wspaniałe przetwory na zimę. Lidka idzie w rozkloszowanej wspaniale spódnicy do samej ziemi. Kwiecistej, romantycznej, powiewnej jak jesienny wiatr. Na stopach ma balerinki. Do tańca w sam raz!
(http://zycieiszycie.blogspot.com/ )

   Po niej z przepastnego pojazdu wychodzi czarownica szalona i nieprzewidywalna. Pełna poczucia humoru i ciepła, autorka opowieści o swych podróżach po odległej Ameryce. Słowem – Ataner! Pani z krainy zapierających dech w piersi podróży.
(http://atanerblog.blogspot.com/ )

Dalej idzie jeszcze wiele, wiele innych wyczekiwanych, kochanych gości. Długo by wymieniać. Jest Mirka, przesympatyczna właścicielka białych jak śnieg piesków.
Jest Zofijanna, cicha, delikatna Pani z krainy głębokich wspomnień i bajecznie  kolorowych kwiatów. W bryczce chowa się też Jaskółka wraz ze swym nieodłącznym, magicznym aparatem fotograficznym, Pani z beskidzkich, pachnących dojrzałymi jabłkami sadów. W gromadzie widać też Sznupeczkę, Judytę, Marię Nowicką i Peacock a gdzieś tam z pobliskiego lasku pohukuje jak zawsze niepokorne lecz przecież obecne, schowane tylko przed wszystkimi Echo….
   To tylko tyle, ile udało się od razu zauważyć. Inni goście woleli póki co nie rzucać się w oczy.  Lecz może potem odezwą się z mgły i dadzą znak, że są i bawią się tego wieczora ze wszystkimi goścmi Hanny i Wędrowca? W baśni wszystko przecież jest możliwe!!!
 
   Tymczasem zajechała zaczarowana dorożka zaprzężona w dwa srebrzyste rumaki i powożona przez maleńką staruszkę w zielonej spódnicy i żółtym, słomkowym kapelusiku. Obok niej siedziała babka Eulalia i z wielce dumną miną poprawiała swój rozłożysty, bordowy szal z jeżynowych liści.
Staruszki zgrabnie zeskoczyły na ziemię, w czym wydatnie pomogły im szerokie jak balony spódnice.
Na ich widok wszyscy otworzyli szeroko oczy ze zdumienia i zamarli czekając na to, co się teraz wydarzy.

- A cóż tak stoicie z otwartymi paszczami i dziwicie się na nasz widok?! – zawołała prababka Eulalia a jej głos zabrzmiał jak skrzypienie starych drzwi.
- No właśnie! Czy nam, wróżkom też nie należy się trochę zabawy od życia? – dodała wróżka Konstancja i ucałowała siarczyście rumiane policzki Wędrowca.
- Od dawna miałam już na to ochotę, gdy widziałam jak się obściskujecie i ćwierkacie razem z Hanną! – zaśmiała się, widząc ogłupiałą nieco minę mężczyzny
- Mnie też już znudziło się wysiadywanie na starych portretach, granie w szachy albo latanie nocą po miasteczku! Czy macie pojęcie jak bardzo się ostatnio napracowałyśmy? Nalej nam chłopcze czerwonego wina! Nuże! Nie ociągaj się! – zarządziła Konstancja i usiadła tuż przy ognisku, wyciągając przed siebie nogi odziane w zbyt duże buty ze śmiesznymi, spiczastymi noskami.

- Siadajcie proszę, siadajcie tu wszyscy, kochani! Miejsca przy ognisku jest dość!– zakrzątnęła się Gospodyni, donosząc szybko kolejne dzbany z winem i tace pełne ciasteczek, orzeszków i suszonych owoców.
- Częstujcie się proszę! – namawiała postępująca za nią krok w krok Joasia. Dyskretnie udało jej się dotknąć kapelusika wróżki Konstancji i drgnęła z wrażenia, bo wydało jej się, iż dotknęła mgły a może lekkiego jak wiatr puchu…?

Tymczasem Cyganie widząc, że już większość gości zasiadła sobie wygodnie rozpoczęli przygrywać na początku delikatnie, na rozruch zabawy a potem mocniej, wyraziściej, z głębi gorącego serca.

   O dziwo, pierwszy w tany ruszył Ksawery wraz ze swą Anielą. Kobieta doczekać się już tego nie mogła. Ledwo wychyliła swój kieliszek wina pociągnęła męża na pusty jeszcze plac a potem zawirowała w jego ramionach jak za dawnych, młodych lat. Wszyscy popatrzyli na nich z podziwem a Hanna dała oczami znak Wędrowcowi by zaprosił do tańca którąś z samotnych pań. Chciał podejść do siedzącej nieco z boku pani Teresy, ale ta uśmiechnęła się do niego nieco nieprzytomnie a potem szepnęła:
- Nie jestem sama chłopcze…. – i zerknęła na wolne miejsce obok, na którym kogoś widocznie dostrzegała, natomiast Wędrowiec nie widział nikogo, więc nieco zmieszany przeprosił i poszedł dalej.
- Jeśli pozwolisz, to chciałabym zaraz zaśpiewać wszystkim. Podam tylko cygańskim grajkom tonację a potem wykonam dla Was coś, co napisał kiedyś dla mnie mój ukochany mąż Aleksander. I teraz mi o tej piosence przypomniał – zatrzymała go jeszcze na chwilę pani Teresa, uśmiechając się do niego i gładząc pustą ławkę obok siebie.

- Ależ oczywiście pani Tereso! Nie możemy się doczekać pani dzisiejszego występu! – odrzekł Gospodarz i podał kobiecie usłużnie ramię, odprowadzając ją w stronę cygańskiej orkiestry.
   Tam pani Teresa przez chwilę coś ustalała z basistą i skrzypkiem a następnie wkroczyła na podium, przyłożyła mikrofon do ust i zaśpiewała swym mocnym, dźwięcznym głosem pieśń, której jeszcze nikt nigdy nie słyszał, ale melodia była wszystkim znana. Po chwili wiec wszyscy nucili ją razem z pieśniarką i uśmiechali się do siebie serdecznie, bo niezwykle miło jest tak śpiewać razem i czuć wspólnotę z obcymi a jednak w tej chwili jakoś bliskimi sobie ludźmi. A chociaż słowa tej pieśni nie były wesołe, to jednak im nie było smutno w tej chwili. Zasłuchali się, zamyślili na moment…

Słodko-gorzki przekładaniec  

Tam przy grobli w ciemnej toni
wiatrak wodę miele.
Zośka piecze ciasto na cudze wesele
Płacze cicho płacze z samego dna duszy
Hej wiatraku w głowie nie szum
Bólu nie zagłuszysz
Płacze cicho płacze z samego dna duszy
Hej wiatraku w głowie nie szum
Bólu nie zagłuszysz

A tam we wsi Antek miły
tańcuje szczęśliwy
I obłapia młodą żonkę z całej siły
Już zapomniał o Zosieńce i wiatraku
Nowe nuty dziś w piosence
A kołacz bez smaku
Już zapomniał o Zosieńce i wiatraku
Nowe nuty dziś w piosence
A kołacz bez smaku

Piecze Zośka ciasto piecze
Smutkiem przekładane
Ciasto prezent dla miłego
Dla niej lek na ranę
Da mu dzisiaj słodko-gorzki
Uczuć przekładaniec
Wraz z sekretnym ziołem Zośki
Na ostatni taniec
Da mu dzisiaj słodko-gorzki
Uczuć przekładaniec
Wraz z sekretnym ziołem Zośki
Na ostatni taniec

Wszyscy goście już pijani
A tu Zośka wchodzi
Patrzą na nią zabraniali
Jej to nie obchodzi
Idzie z ciastem do miłego
Uśmiechnięta wielce
Skosztuj kołacza mojego
Niech twe zadrży serce
Idzie z ciastem do miłego
Uśmiechnięta wielce
Skosztuj kołacza mojego
Niech twe zadrży serce

Wielka była tragedyja
Bo Antek w niebiosa
Swoją poślubioną żonkę
zabrał i jej posag
w kryminale Zośka siedzi
Za wiatrakiem płacze
Nad swym losem wciąż się biedzi
W matni się kołacze
Zemsta wcale nie jest słodka
Płyną lata gorzkie
Wiatrak rozpadł się i piosnka
Kończy się żałośnie



Gdy wybrzmiały ostatnie akordy jej pieśni i pani Teresa wróciła na swoje miejsce Cyganie zagrali coś szybszego, radośniejszego, pobudzającego zgromadzonych gości do przytupów i obrotów. Potem nastroili skrzypki inaczej i w noc popłynął cudowny, rzewny walc…

- Bal czas zacząć! Zakręć mną chłopcze! Tylko porządnie! – przyzwała Wędrowca do siebie prababka Eulalia.
- Całować się nie będziemy, ale potańczyć, czemu nie? – zaśmiała się staruszka.

Ach, jak zakręcił nimi wieczorny wiatr! Jak zamiótł spódnicą i szalem Eulalii. Jak rozwiał włosy i wąsy Wędrowca.

   Za nimi poszli w tany pozostali. Karol z Łucją. Joasia z Wojtkiem. Krystyna z Janem. Janem. Poeci, grajkowie i malarze…I wszyscy goście nagle poczuli, że wcale nie potrzebują butów. Tak cudownie im pląsać po miękkich, nieco wilgotnych od wieczornej mgły liściach. Tak dobrze patrzeć w swoje szczęśliwe i rozjaśnione światłami lamp naftowych, lampionów i ognisk oczy. Tak cudownie nie wstydzić się niczego i nie bać ludzkiej obmowy.

   Mar rozpuściła jasne włosy i oświetlona łuną księżyca popłynęła w ramionach wędrownego malarza w rozmarzone melodią pozaziemskie rejony magii. Anka Wrocławianka porwana w tany przez nieznanego jej muzyka najpierw z oporem a potem radośnie zawirowała, przymykając oczy i porzucając gdzieś wśród liści swoje okulary i wszelką nieśmiałość. A Róża, troszcząc się jak zwykle bardziej o siebie, niż o innych, dolewała wina do kieliszków, dokładała drew do ognia i wpatrywała się z zadowoleniem w radosne migotanie węgielków…

   Tymczasem z lasu, przyświecając sobie latarką wyszła panna Szydełko oraz towarzyszący jej Bartłomiej. O czymś do siebie szeptali, nachylając się ku sobie poufnie i wsłuchując się uważnie w swoje zwierzenia. Popatrzyli na tańczące pary a potem bez zastanowienia weszli pomiędzy nie i zakręcili się w serdecznym przytuleniu.

- Ale ja nie umiem tańczyć! – zawstydził się drwal, nadeptując niechcący na bucik swej partnerki.
- Ależ to nic trudnego! Wszystkiego pana nauczę! – zaśmiała się Katarzyna i z nieoczekiwaną wprawą poprowadziła wielkiego posturą mężczyznę w świat walca.

  Wrota, wiodące do świata miasteczka odnalezionych myśli i gospody „Pod złotym liściem” wciąż są otwarte. Bal trwa a mieszkańcy miasteczka oraz goście mają swój beztroski, dobry czas.
  Tymczasem Pani Jesień rozgaszcza się i rozsiada wygodnie na polach i łąkach. Pieści lasy swym czułym dotykiem. Maluje liście i owoce na złoto, czerwono, pomarańczowo i bordowo. Pomaga wyjrzeć spod ściółki leśnej borowikom i rydzom. Troszczy się o miękkie legowiska dla leśnych, dzikich zwierząt. A potem wraca na bal by tak po prostu potańczyć i nacieszyć się tym ludzkim ciepłem i życzliwością, której zawsze tak bardzo jej brakuje…

Post scriptum
* * *


Wędrówka




   

   W kilka tygodni po balu, gdy już nieomal wszyscy w miasteczku odnalezionych myśli zdążyli się na powrót przyzwyczaić do swojej zwykłej codzienności a „Bal na powitanie jesieni” stał się zaledwie kolorowym, coraz bardziej już odległym wspomnieniem, Wędrowiec i Hanna postanowili nareszcie zrealizować swoje wielkie marzenie. To o nim właśnie szeptali, siedząc nad strumieniem w jeden z ostatnich, gorących, wrześniowych dni. To z myślą o tym szalonym pragnieniu zaprosili na bal cygańską kapelę. Wszak Cyganie wolność mają we krwi. Niczego się nie boją. Nigdzie na dłużej miejsca nie potrafią zagrzać a mimo to potrafią odnaleźć szczęście i sens życia. Hanna głęboko wsłuchiwała się w ich pieśni i opowieści. Tańczyła wraz z nimi przy ognisku. A dusza jej nieokiełznana i cudownie beztroska ulatywała wówczas gdzieś daleko, daleko, przenosząc ją do tych rozległych, rozświergotanych ich egzotycznymi melodiami i baśniami przestrzeni.

   Sam bal, choć nikomu o tym nie mówili, stać się miał dla Gospodyni i Wędrowca swego rodzaju pożegnaniem z zaprzyjaźnionymi mieszkańcami miasteczka oraz z samą gospodą „Pod złotym liściem”. Nie na zawsze…Na pewien nieokreślony, pełen wolności i nieskrępowania żadnymi przyrzeczeniami oraz powinnościami cudowny czas.

- Haniu jedyna! Wędrówka to wspaniała rzecz. Pomaga ujrzeć wszystko innymi oczami. Pozwala nabrać dystansu do otaczających nas na co dzień spraw. Daje konieczny od nich czasem odpoczynek. Umożliwia powrót do beztroskich marzeń dzieciństwa. Do swoich własnych, upchniętych gdzieś w kąt myśli i snów! – szeptał do swej ukochanej Wędrowiec, gdy pierwszy raz usłyszała o jego pomyśle wybrania się z nim w świat.

   Patrzyła na niego zdumiona, jednocześnie olśniona prostotą jego pomysłu, ale i przerażona niezmierzonym bezkresem, który miałby się przed nią otworzyć. Wabiło ją to, ale i wywoływało w duszy dziwny, niepojęty lęk. Od kiedy pamięta nie ruszała się na krok z miasteczka. Tu przebiegało jej dzieciństwo, młodość oraz późniejsze dojrzałe, pełne przeróżnych zdarzeń czasy. Wyjazd stąd nieodmiennie kojarzył jej się z tragicznym wypadkiem rodziców, którzy tak, jak i ona, będąc tu od zawsze, raz jeden odważyli się na wymarzoną podróż po świecie i wracając z niej zginęli…Wyjazd stąd był zatem dla niej czymś w rodzaju nieprzekraczalnego tabu. Podziwiała wspaniałych wędrowców, łazików wytrwałych, odważnych podróżników po meandrach tysiąca ścieżek i myśli. Z tęsknotą, nabożnym zachwytem i wzruszeniem oglądała przysyłane jej przez nich kolorowe pocztówki z odległych krain. A siedząc przy kominku w gospodzie z zapartym tchem słuchała ich barwnych opowieści. Jednak jej samej wydawało się, iż przynależy do tego miejsca jak nieodzowny, nie dający się nawet poruszyć ciężki kredens gdański, jak wróbel, który ma zbyt mało sił, odwagi i możliwości w maleńkich skrzydełkach by spróbować się stąd gdziekolwiek ruszyć.

   A oto teraz wszedł w jej życie ten pełen radości, pogody ducha i wiary w nieskończone możliwości cudowny mężczyzna. Jej Wędrowiec, dla którego wędrowanie było naturalnym, ukochanym stylem bycia i po kilku wspólnie spędzonych miesiącach począł namawiać ją do porzucenia bezpiecznego kąta i wyruszenia w świat.

- Czy można zrobić to tak po prostu…? – rozmyślała, spoglądając na odległą linię wzgórz widoczną przez okno jej gospody.
- Czy w ogóle powinnam coś zmieniać? Przecież dobrze mi tutaj. Bezpiecznie i rodzinnie. A poza tym ledwo co rozruszałam na powrót gospodę, nie po to przecież by ją teraz w pełni rozkwitu zamykać! Co ludzie o tym powiedzą?! Czy zechcą potem do mnie wrócić? A może poczują się zdradzeni, zawiedzeni? Może ktoś w czasie mojej nieobecności, wyczuwszy w tym dobry interes, wybuduje drugą gospodę i już nie będzie, do czego potem wracać, z czego żyć nawet…?
- Ech, najmilszy mój! To wcale nie takie proste, jak tobie się wydaje… - szeptała nocami, całując delikatnie oczy i nos Wędrowca, który wtulony w nią zasypiał jak zwykle wcześnie i tak mocno, jak jej się to nigdy jeszcze nie udało.

Tamten uśmiechał się przez sen, jakby czuł jej dotyk i wiedział, o czym rozmyśla. A może śnił o tych baśniowych, odległych światach i przeżywał na powrót którąś z tych wielu, wspaniałych przygód, o których jej tak często opowiadał?

Czasem znowu buntowała się mocno przeciw jego zwariowanemu pomysłowi i patrząc w brązowe, ciepłe oczy ukochanego mówiła z wyrzutem:

- A opowiadałeś mi przecież nieraz, że nareszcie tu przy mnie znalazłeś swój dom! Że tak ci przy mnie dobrze, jak jeszcze nigdy nigdzie nie było! I nagle, co? Znowu coś cię gna w świat?! I po co, skoro tak nam tutaj obojgu dobrze? Po co to zmieniać? Dlaczego chcesz naruszać ten błogi stan i burzyć tę naszą spokojną, ustatkowaną rzeczywistość?

   On w odpowiedzi tulił ją mocno i uśmiechając się po swojemu tłumaczył spokojnie, że właściwie ta proponowana przez niego wędrówka jest bardziej dla niej niż dla niego. Bo to ona powinna umieć coś w sobie przełamać i pozbywając się balastu swych uprzedzeń i lęków po prostu rozpostrzeć skrzydła i umieć oderwać się choć na chwilę od swego gniazda. A gdy nadal gniewała się na niego i nie chciała przyjąć do wiadomości tej argumentacji szeptał serdecznie:

- Tak, Haneczko! Ja się już nawędrowałem sporo. A przy Tobie odnalazłem swoją przystań. Swój wytęskniony dom. Nieporównywalne z niczym innym ciepło, bezpieczeństwo i miłość. To jest najcenniejszy skarb, jaki mogłem znaleźć. I warto było tyle wędrować by dotrzeć nareszcie do twojej gospody… 
Cieszyły ją i koiły jego słowa, więc płacząc ze wzruszenia, tuliła się od niego pełna ulgi. Lecz on po chwili znowu zaczynał swoje opowieści i robił to w tak cudownie spokojny, ciepły sposób, z tak mocną, proszącą nutką w głosie, że zasłuchiwała się niczym zahipnotyzowana w jego słowa i zaczynała coraz bardziej skłaniać ku jego wizjom.

- Hanuś moja cudna! Przemierzyłem ten kraj a także i inne krainy wzdłuż i wszerz. Ale nie da się zobaczyć przecież wszystkiego! Jest tyle cudownych, niezbadanych jeszcze miejsc, które chciałbym zobaczyć wraz z Tobą. Bo tylko z kimś ukochanym, naprawdę bliskim wędrówka nabiera zupełnie nowego, głębszego znaczenia!

- Wyobraź to sobie, kochana! Idziemy trzymając się za ręce. Przed nami niezmierzona przestrzeń i czas. Klucze dzikich ptaków przelatują nad nami a my wędrujemy ich śladem. Niczego się nie boimy! Nie ma żadnych barier ani w nas ani wokół nas. Nogi nas wprawdzie bolą, ale to taki piękny, wynikający ze wspólnego wysiłku i z realizacji swobodnych pragnień ból. Zatrzymujemy się tam, gdzie się nam najbardziej spodoba. Patrzymy, jak gdzie indziej ludzie żyją. Odpoczywamy do syta, jak dzikie konie na popasie…Mówisz mi o swoich odczuciach, ja tobie o swoich. Gromadzimy w sobie wrażenia, uczucia i barwy na resztę naszego życia…

- Czy tak można…? Czy to się uda…? Będę przecież bardzo tęsknić za moim miasteczkiem, za gospodą. Czy miasteczko będzie tęsknić za mną? A może po prostu zapomni a liście i śnieg zasypią całkiem wszystkie drogi do gospody wiodące i już nikt nigdy jej nie znajdzie? Nawet ja?  – przez miedzianą główkę Hanny przebiegało mnóstwo sprzecznych ze sobą myśli, gdzie nieśmiałe nadzieje wciąż przeplatały się z dręczącymi obawami.
- A może wędrówki nie są dla każdego? Przecież są i tacy, którzy całe światy mają w sobie i nie muszą nigdzie daleko chodzić by przemierzyć miliony dróg i magicznych ścieżek.
- Czy po powrocie będę umiała żyć tak, jak przedtem? Może Wędrowiec zarazi mnie tym swoim wirusem wędrowania na tyle skutecznie, iż już nie wystarczy mi spokojna codzienność w moim miasteczku i w gospodzie…?

- Spróbuj! Po prostu spróbuj tego Haniu! Jeśli nie spróbujesz, nigdy się nie przekonasz, czy do dla ciebie czy nie. A może wędrówka ma jakiś jeszcze inny, głębszy sens? Sens, który dopiero razem wędrując mamy szansę odnaleźć…? – odpowiadał on jej myślom i całował ją gorąco. A ona w tych zapierających dech w piersiach pocałunkach odnajdywała smak i zapach dawnych, zapomnianych już marzeń, delikatnych obietnic, buzujących jak szampan czarodziejskich wizji.

- A kiedy wrócimy…? Czy będziesz wiedział, kiedy to zrobić…? I co będzie z nami potem? Jak ułoży się nasze życie? Czy w ogóle ta nasza stara, dobra gospoda będzie tu na nas wiernie czekała? – pytała jeszcze w ostatnich falach zwątpień, gdy już przekonana prawie zupełnie do jego pomysłu, doznawała jeszcze nielicznych, bolesnych momentów lękliwych zastanowień.

- Nie myśl teraz o tym najdroższa! Jesteśmy i będziemy wolni. Po prostu wolni! Nie bój się tej wolności. Nie trwóż się jak ptak, co nigdy jeszcze z klatki nie wyleciał. A na wszystkie pytania znajdziemy odpowiedzi razem. Wszystko się jakoś ułoży! A to pierwsze, wspólne wędrowanie będziemy potem długo wspominać i opowiadać naszym drogim przyjaciołom w długie, zimowe wieczory o tym, cośmy widzieli i przeżyli w tym wielkim świecie…

    A wreszcie w jeden z ostatnich, ciepłych, październikowych dni pożegnawszy się z najwierniejszymi przyjaciółmi i wywiesiwszy na wrotach gospody kartkę, iż będzie zamknięta aż do odwołania para naszych wędrowców dotarła na Dębowy wzgórek i po raz ostatni tej jesieni popatrzyła na widoczną w oddali, maleńką z tej perspektywy gospodę. Westchnęli głęboko, zarzucili na plecy swoje tobołki i uśmiechając się do siebie poszli przed siebie, nucąc przy tym niedawno wymyśloną piosenkę:
 
Ruszamy na Wielkie Wędrowanie!

Wolność nam w duszy gra pięknie

Witajcie sny zaczarowane

Tęsknoto, podaj nam rękę!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.