Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lipca 2025

Star, jabłoń i źródło...

 




   A życie toczy się dalej...Już któryś raz zaczynam w ten sposób blogowy tekst. I za każdym razem jest w tym stwierdzeniu mieszanka pogodzenia się z upływem czasu, ale i posmaku bezradności czy goryczy, że tak się właśnie dzieje. Bo tak to przecież jest – stale coś się kończy a coś zaczyna. Nie da się i nie powinno zatrzymać w miejscu aby bez końca kontemplować jakiś fakt. Niepowstrzymanym źródłem płyną nowe dni, nowe zdarzenia. I płynąć będą niezależnie od wyrwy w sercu, która nie chce się ot tak, szybko i czarodziejsko zasklepić...




   W dniu, gdy dowiedziałam się o śmierci Marylki miałam kiepski nastrój. Gniewna, rozdrażniona i bezradna krążyłam po ogrodzie usiłując zrobić coś pożytecznego a tak naprawdę nie mogąc się na niczym należycie skupić. Co było tego przyczyną? Otóż po wielu bezskutecznych próbach przekonania mnie o konieczności ścięcia starej jabłoni rozrastającej się za wiatą na drewno, Cezary w końcu sam podjął nieodwołalną decyzję. Postanowił skorzystać z faktu, że od jakiegoś czasu w pobliskim lesie pracowali profesjonalni drwale i przy użyciu ogromnego podnośnika z chwytakiem przywozili stamtąd na łąkę za naszym domem wielkie bale drewna. Cezary poprosił ich o pomoc w ścięciu naszej jabłoni. Sam męczyłby się z tym przez wiele dni, bo drzewo było wysokie, grube i rozłożyste a przy ścinaniu gałęzie na pewno spadałyby na pobliskie krzewy i rabaty a zwłaszcza na ową wiatę na drewno, przy okazji niszcząc ją doszczętnie.






   A głównie dlatego mój mąż twierdził, że należy pozbyć się owej jabłoni, bo od kilku lat widać było, że drzewo choruje, gnije i usycha, że niewiele rodzi już jabłek a do tego jego ciężkie gałęzie spadając na dach wiaty rozwalały dachówki i poszycie owego dachu. Cezary planował naprawienie naszej wiaty albo nawet budowę nowej w tym samym miejscu. Lecz gdyby nadal rosła tam stara jabłoń, w dalszym ciągu niszczyłaby tę budowlę. Koniecznie trzeba było zatem coś z tym zrobić. Jednak ja nie zgadzałam się na tak radykalny krok. Protestowałam z całych sił. Tak bardzo żal mi było drzewa. Chciałam dać mu jeszcze szansę. Zachować choć pień z kawałkiem dwóch grubych konarów. I pewnie dziecinnie marzyłam, że jabłoni może to pomóc, że jeszcze zdoła odżyć, wyzdrowieć... A pragnęłam tego nie tylko dlatego, że zdarzały się lata, iż rodziło dziesiątki kilogramów owoców, z których kiedyś robiłam mnóstwo przetworów, soku, cydru, octu jabłkowego. Ale też dlatego, że zawsze serce mnie boli, gdy trzeba wyciąć któreś drzewo czy krzew z naszego ogrodu. To dla nich przecież koniec egzystencji, a we mnie, choć wiem, że często trzeba to zrobić, budzi się w takich razach, bunt, smutek, żal a nawet gniew. Człowiek niby bóstwo rości sobie prawa do przerwania egzystencji innych żywych istot. I robi to mimo tego, iż często drzewa te żyły znacznie dłużej niż on sam a więc należy im się miłość, przyjaźń, podziw, troska i szacunek...



   Jednak stało się. Piła błyskawicznie rozprawiła się z pniem starej jabłoni a ogromna łapa wyciągarki przeniosła ją prawie w całości za płot naszego ogrodu. Tam złożyła ją na polu, gdzie oboje z Cezarym mieliśmy ją pociąć i uprzątnąć.

   W ogrodzie po jabłoni został tylko ogromny, ścięty przy ziemi kikut pnia, który dziwnie wciąż podchodził wodą, mimo iż od kilku dni nie padało a wszystkie żywe rośliny wokół błagały o solidny deszcz. Cezary zaczął go obkopywać wokół, ociosywać i podważać a z pnia wciąż wylewała się woda. Domyślamy się, iż jabłoń rosła tuż nad jakiś źródłem i to ono było przyczyną jej gnicia i obumierania. Ale dopiero gdy uda się wykopać ów karcz z korzeniami będziemy to wiedzieć na pewno. Jeśli okaże się, że rzeczywiście znajduje się w tym miejscu źródło być może założymy tam nową studnię a może uda się skierować owe źródełko w stronę naszego wciąż zbyt szybko wysychającego stawiku. Możliwe też jest, iż na miejscu jabłoni posadzimy w przyszłości coś, co lubi takie podmokłe tereny.

   I tu przypomniał mi się oglądany niedawno na YT pochodzący z 2006 roku amerykański , mistyczny w nastroju film pt. „Źródło”. Opowiadał on o odwiecznym pragnieniu człowieka by znaleźć lek na wszystko, by móc odwrócić proces umierania. O tym, że istnieje gdzieś magiczne drzewo, z którego sok potrafi uzdrowić każdą chorobę a nawet przywrócić do życia tych, którzy odeszli już na tamtą stronę. No tak. Ale czy naprawdę warto szukać takiego źródła? I czym ono w istocie jest? Nie ma łatwej odpowiedzi na takie pytania. Tym niemniej głęboka refleksja i wzruszenie pozostaje w człowieku na długo po obejrzeniu tego niezwykłego, filmowego dzieła autorstwa Darrena Anonofsky'ego.



   Wracając jednak do dnia, gdy ścięto jabłoń...Niemal przez cały dzień przebywaliśmy w ogrodzie i na polu. Nie wiedziałam zatem, że ktoś bezskutecznie usiłuje się do mnie dodzwonić, zawiadomić o czymś. Dopiero przed wieczorem sięgnęłam po telefon i przeczytałam tragiczną wiadomość od syna Star....Zaraz potem zadzwoniłam do niego i przełykając łzy długo rozmawialiśmy o tym co stało się z jego Mamą, jak jest z nim i jak będzie...Nie potrafiłam znaleźć dla niego słów pocieszenia, bo nie istnieją takie słowa. Opowiadałam jak bliska mi była Marylka, jak ważny ślad pozostawiła w pamięci wielu ludzi poznanych przez blogi. Jak świetne miała pióro. Jak wyrazista, odważna i niekonwencjonalna lśniła na blogowym niebie niby gwiazda. Jak wielu osobom będzie Jej teraz brakować...

       Tak mówiłam, zdając sobie jednocześnie sprawę, iż w chwili najgorszej rozpaczy takie słowa przelatują przez uczucia osieroconych niczym przez dziurawe sito. Każdy potrzebuje przecież czasu by przejść przez wszystkie etapy żałoby. I każdy z nas musi się prędzej czy później zmierzyć z tym rodzajem pustki, gdy nagle traci się kogoś najbliższego. Nie ma przed tym ucieczki, bowiem jeśli się mocno kocha, to tak samo mocno cierpi się po stracie najdroższej sercu osoby. Sama przeżyłam odejście mojej Mamy dziewięć lat temu i do tej pory nie umiem się z tym do końca pogodzić. Wciąż mocno mi Jej brakuje, wciąż żal, że nigdy już nie usłyszę Jej głosu, nie poczuję zapachu, nie przytulę się...Wiem jak to jest, gdy odczuwa ten ogromny ból, rozpacz, bezradność i gniew na okrucieństwo losu. Przechodzi przez nieustępliwe fale tęsknoty. I ma się nadzieję, że nie zawsze będzie tak bolało. Że kiedyś będzie można odetchnąć bez tego ciernia w sercu. Że wspomnienia nie będą ranić, ale koić. Że kiedyś jeszcze znajdzie się w tym sercu źródło, z którego będzie można czerpać siłę, z którego wyrośnie coś nowego.

- Bo czas zazwyczaj łagodzi cierpienie zamieniając je w łagodną rzewność, w słodkie wzruszenie. I w końcu przynosi jakiś rodzaj zrozumienia, pogodzenia i ukojenia. Tak przynajmniej powinno być – pomyślałam następnego poranka wchodząc do spiżarni i omiatając czułym spojrzeniem półeczki w przeważającej większości przepełnione rzędami słoików z pysznymi powidłami, słodkimi przecierami i złocistymi kompotami jabłkowymi.




-Dużo tego. Starczy jeszcze na długie, długie lata. O ile oczywiście dane nam będą te lata... – stwierdziłam zamykając za sobą drzwi spiżarki i wyszłam na zewnątrz, gdzie słońce świeciło wprost w oczy, niezakryte już przez gęste gałęzie ściętej wczoraj jabłoni.




-Tyle jest dobrych wspomnień, tyle wciąż ich będzie się pojawiać... – westchnęłam chwilę potem znalazłszy w krzewach tawuły gałązkę po naszej starej jabłoni. Rosło na niej kilka listków i trzy maleńkie, niedojrzałe jeszcze jabłuszka. Niby kwiat na mogile spontanicznie położyłam ową gałązkę na wilgotnej pozostałości nieżyjącego już drzewa i ocierając zwilgotniałe oczy szepnęłam cichutko:

-Żegnaj przyjaciółko...Żegnaj – i sama już nie wiedziałam, czy bardziej mówiłam wtedy do mojej jabłonki, czy do Star...




środa, 11 grudnia 2024

Pomączyło…

 



 

…I oto znowu pobieliło nasze Pogórze. Niewiele tego śniegu. Ot tyle, ile cukru pudru na racuchach albo odrobiny mąki na stolnicy pozostałej z robienia makaronu. Ale nie wymagam na tę chwilę więcej. Cieszę się z tego, co jest, bo bardzo mi się już śniegu chciało. Szarzyzna panująca uparcie dookoła działała na mnie nieco przygnębiająco. Słonka wprawdzie brakuje, ale ta mączysta białość za oknem sprawia, że odrobinę rozjaśnia się rzeczywistość.I psy też cieszą się tą odrobiną śniegu...



   I jeszcze a propos mąki. Otóż dowiedziałam się niedawno o istnieniu mąki łubinowej. Robi się ją z nasion specjalnego (nie tego ogrodowego) łubinu. I jest podobno bardzo zdrowa. Zawiera mnóstwo białka i ma niski indeks glikemiczny, dlatego dobra jest dla cukrzyków oraz osób na diecie niskowęglowodanowej.  Zaciekawiła mnie ta wiadomość, bo lubię różne takie nowości. Tym bardziej, że na diecie ketogenicznej nie używa się zwyczajnej mąki pszennej, żytniej ani kukurydzianej a tylko tej, nie zawierającej węglowodanów. Całkiem sporo jest takich mąk. Bo to i kokosowa i migdałowa i orzechowa i palmowa i z siemienia lnianego…Można z nich robić różne smakołyki i nie martwić się o poziom cukru we krwi. O ile oczywiście, do przygotowania potraw na ich bazie nie doda się cukru!:-)



   Dlatego kupiłam niedawno pół kilo mąki łubinowej  i postanowiłam wypróbować ją w jakimś wymyślonym przez siebie przepisie. Lubię bowiem sama wymyślać przepisy a jeśli opieram się na cudzych, to robię to swobodnie, nie trzymając się zazwyczaj sztywno receptury. W takich okolicznościach przygotowywanie potraw ma dla mnie posmaczek przygody, eksperymentu, zabawy. A ponieważ nie zapisuję przeważnie swoich przepisów, dlatego za każdym razem wychodzą mi trochę inne smakołyki. Ale to mi nie przeszkadza, bo nie przepadam za powtarzalnością!:-)



   Będąc na diecie ketogenicznej, gdy nie je się zwyczajnego chleba ckni się czasem człowiekowi za jakimś pieczywem. Dlatego tym razem postanowiłam upiec bułeczki.

   W lodówce od dłuższego czasu pokutował kawałek białego sera (ok. 30 dag). I to od niego zaczęłam tym razem robienie ciasta na owe bułeczki. Roztarłam ów ser widelcem. Dodałam do niego trzy jajka i łyżkę miękkiego masła. Wszystko wymieszałam porządnie ze sporą szczyptą soli oraz z dwoma łyżeczkami proszku do pieczenia. Potem zmieliłam w młynku do kawy pół szklanki siemienia lnianego (w ten sposób robi się mąkę lnianą). Dosypałam lnianej mąki do ciasta i wówczas przyszedł czas na mąkę łubinową. Jest żółciutka i przypomina nieco z wyglądu mąkę kukurydzianą. Dosypałam łubinowej mąki do mojego ciasta -  tyle by je zagęścić tak, by dało się z niego ulepić kulki. Ponieważ masa była kleista, pomagało zwilżenie dłoni wodą. Potem obficie posypałam kulki ciasta ziarnem sezamowym, spłaszczyłam je trochę i ułożyłam na wyłożonej papierem blasze. Piekły się ok. pół godziny w temperaturze ok. 200 stopni. Obserwowałam z ciekawością proces ich rośnięcia przez szybkę w piekarniku mojej kuchenki opalanej drewnem. Najpierw pięknie wyrosły, wręcz napuchły tryumfująco. Potem zdecydowały się jednak opaść z rezygnacją. Ale nie do końca, na szczęście. A gdy się pięknie zrumieniły wyjęłam je z pieca i położyłam na kratkę do przestygnięcia. Po około pół godzinie nadawały się do jedzenia.




   Były pachnące orzechami i sezamem, mięciutkie i puszyste w środku a na brzegach lekko chrupiące. W smaku delikatne, podobne nieco do bułeczek drożdżowych, ale bez zapachu drożdży. Za cienkie by je przekrajać na pół, ale dobre by odwrócić je do góry nogami i posmarować gładki spód masłem. No pycha! Zwłaszcza jak się człowiek za chlebem stęsknił, to takie bułeczki wydają mu się prawdziwym rarytasem!:-) Myślę, że równie dobre wyszłyby z użyciem tylko mąki lnianej.  Może tylko nie byłyby tak żółciutkie w środku…Trzeba zatem w przyszłości spróbować i takiej opcji. Ale ponieważ mam tę mąkę łubinową, to zamierzam przy jej pomocy spróbować upiec np. świąteczne pierniczki. To dopiero będzie wyzwanie!:-)



   I jeszcze na koniec luźno związana z tematem tytułowej mączystości dygresja. Otóż czytam ostatnio z ogromnym zainteresowaniem i przejęciem „Drogę przez mękę” Aleksego Tołstoja. To powieść napisana w 1921 roku a opisująca Rosję tuż przed pierwszą wojną światową a potem pogrążoną w zamęcie wojny i rewolucji październikowej. Ach! Nie ma to jak klasyka literatury! Książka ta nie dość, że świetnie jest napisana, to jeszcze wspaniale przetłumaczona przez Władysława Broniewskiego. A w oryginale tytuł jej brzmi „Chożdienie po mukam”. Czyż nie kojarzy się to z mąką?:-) I przypomniało mi się przy tej okazji, że w czasach socjalizmu puszczali w naszej telewizji piękny, rosyjski serial będący ekranizacją tej powieści. Zaczęłam zatem szukać owego serialu w necie. Ale nic nie dawało wpisywanie tam tytułu „Droga przez mękę”. Dopiero gdy wpisałam „Chożdienie po mukam” – eureka! Natychmiast objawił mi się na YT ów radziecki serial wyprodukowany w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. 



Ależ się ucieszyłam! Poczułam się tak, jakbym cudownie przeniosła się w czasie do swoich lat nastoletnich, gdy z zapałem obserwowałam losy pięknych sióstr Daszy i Katii oraz zakochanego we wrażliwej Daszy  Iwana Tielegina. Przypomniało mi się, że kiedyś bardzo podobały mi się aktorki grające w serialu główne role, ale i dzisiaj podobają mi się równie mocno. Obie bardzo naturalne, bez tony tak modnego obecnie makijażu, wielkookie, emanujące szlachetnością, delikatnością i prostotą. Żadna amerykańska, hollywoodzka aktorka się do nich nie umywa. Powoli oglądam zatem ów serial, starając się jak najwięcej zrozumieć, ale niestety sporo już z języka rosyjskiego zapomniałam…No i pogryzając mięciutkie bułeczki łubinowe jednocześnie zagłębiam się w kolejny tom „Drogi przez mękę” Tołstoja. Jest tam mnóstwo cudownych opisów srogiej, rosyjskiej zimy, męczarni duchowych, szału uczuć,  ale i świetnych, dających do myślenia fragmentów opisujących stan umysłu ludzi żyjących w tamtej epoce, ich lęków i przeczuć, co do tego, co jest i co nadchodzi. Jakże to przypomina mi umysłowość dzisiejszych ludzi. Jak bardzo znowu współczesny świat przesycony zepsuciem obyczajów, nudą i pogonią za silnymi doznaniami zdaje się wisieć na włosku…



„…Były to czasy, kiedy miłość, uczucie dobre i zdrowe, uważano za płaskość i przeżytek. Nikt nie kochał, ale wszyscy pożądali i jak zatruci lgnęli do wszystkiego ostrego, rozdzierającego wnętrzności. Dziewczęta ukrywały swą niewinność, żony – wierność. Dekadencja uważana była za przejaw dobrego smaku, neurastenia – za oznakę wyrafinowania. (…) Ludzie wymyślali sobie wady i perwersje, byleby nie zasłużyć na opinię mdłych”. (Droga przez mękę, wyd. 1954, str.7)

   A tymczasem za oknem śnieżna mąka sypie się z nieba i sypie…Może jak całkiem sporo naprószy to któryś z okolicznych gospodarzy wyciągnie swoje sanie i pomknie w dal…? Ech, rozmarzyłam się i zaraz zaczęłam nucić znaną niegdyś piosenke - „Trojki dwie gonią się. Leci w noc dzwoneczków głos…”  Poniżej można jej posłuchać w wykonaniu Reny Rolskiej...

*"Droga przez mękę" (t.1-3)Aleksy Tołstoj, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954

niedziela, 8 grudnia 2024

Czekoladki…

 



 

…Dość na razie ponurych wizji i smutnych refleksji. Życie jest jakie jest, ale zawsze wszak jest bezcenne póki trwa... 

   Mamy zatem grudzień a grudzień to wielu z nas dobrze kojarzący się miesiąc. Nie zamierzam go więc teraz zachmurzać, ani psuć nikomu nastroju. I oto jak królik z kapelusza pojawia się temat domowych czekoladek. Ojej, jakie one są dobre! Te sklepowe po prostu się nie umywają. Wczoraj zrobiłam całą miseczkę tych smakołyków. Miały być na dzisiaj, ale śladu już po nich nie ma, bo na drugie imię ja oraz Cezary mamy niepoprawny łakomczuch!:-) Usprawiedliwiam naszą obecną, słodyczową żarłoczność jedynie tym, że  od ponad miesiąca znowu jesteśmy na diecie ketogenicznej.  Trwamy w niej dzielnie dla zdrowia i schudnięcia i całkiem nieźle nam to wychodzi, no ale czasem chce się człowiekowi jakichś odstępstw, małych grzeszków w tym klasztornym jadłospisie. I oto nie dziwota, iż pożarlim, pochłonelim bez opamiętania aż do ostatniego okruszka owe wczorajsze kokosowe czekoladki! A raczyliśmy się nimi wyjątkowo radośnie i bez większych wyrzutów sumienia, bo takie, na szczęście, czekoladki dozwolone są na naszej diecie. Nie zawierają bowiem cukru. A mają w sobie  całkiem zdrowe składniki, bo to gorzka czekolada, masło orzechowe, erytrytol i wiórki kokosowe. Podobne są w smaku do Michaszków, tych sklepowych łakoci z kawałkami orzeszków w środku. Ale po raz kolejny zarzekam się, że sto razy od tamtych pyszniejsze.



Zaraz podam Wam przepis na nie, jeśli ktoś chciałby sobie takie cudo wykonać np. na święta albo na inną okazję.

   Teraz jeszcze wrócę skojarzeniem do jednego z moich ulubionych filmów oraz książki pod tytułem „Czekolada”. To film, który ma w sobie jakaś magiczną moc i nigdy się nie zestarzeje. Zawsze, ilekroć widzę jak grająca w owym dziele główną rolę Juliette Binoche miesza gęstą, błyszczącą, czekoladową masę albo jak robi z niej śliczne czekoladki o różnych kształtach i smakach - zawsze wtedy nabieram ogromnego apetytu na czekoladę. To jest wręcz nieprzeparta, narkotyczna chęć, zatem jeśli nie mam w domu nic czekoladowego próbuję naprędce cokolwiek takiego uczynić sama. I dalej oglądam film albo czytam tę cudowną książkę racząc się ową wytworzoną przez siebie namiastką czekoladowej rozkoszy. To jest zazwyczaj kogel mogel z kakao, budyń czekoladowy albo owsiane ciasteczka z masłem i kakao pieczone w piecu. Wszystko to dobre, ale to nie to, nie to co w filmie, no i nie ketogeniczne na dodatek…A zajadając zagłębiam się w czas opowieści o matce i córce, co to gnane przez wiatr nie potrafią sobie znaleźć na świecie miejsca. Aż w końcu trafiwszy do maleńkiego, francuskiego miasteczka, odnajdują kilkoro ludzi, którzy obdarzają je ufnością, przyjaźnią oraz miłością. I wówczas wiatr może sobie dąć…One nareszcie są u siebie.



   Nigdy nie wyszło mi nic tak pysznego jak teraz te czekoladki. Naprawdę! Orzekł tak nawet mój wybredny mąż, który wielu już moich delicji kosztował, ale nigdy nie zachwycał się tak jak teraz. A ja w takich razach uśmiecham się zadowolona z siebie i zaraz mam ochotę ruszyć do tańca. Tak jak Juliette Binoche z Johnym Deepem na barce, w zaczarowaną, pełną cygańskiej muzyki i miłości noc…A Cezary daje się porwać do tańca…

   Zatem warto owe domowe słodyczki zrobić, tym bardziej, że robi się te czekoladki bardzo szybko i prosto.

   Czego konkretnie potrzeba do ich zrobienia? Tabliczki gorzkiej czekolady, dwóch kopiatych łyżek masła orzechowego bez cukru, dwóch łyżeczek erytrytolu albo ksylitolu, oleju kokosowego(najlepiej nierafinowanego, bo cudnie pachnie kokosem), kilku garści wiórków koksowych oraz jeśli ktoś chce czekoladek bardziej na bogato można dodać pokruszonych orzechów albo płatków migdałów.

   Pierwsze co trzeba zrobić, to rozpuścić czekoladę oraz olej kokosowy w kąpieli wodnej. Ja robię to w ten sposób, że metalową miseczkę z połamaną czekoladą i olejem stawiam w nieco większym od niej garnku, w którym pomału podgrzewa się woda. I mieszam aż wszystko się rozpuści.



   W tym czasie do innej miski wkładam dwie kopiate łyżki masła orzechowego. I stawiam sobie na podorędziu takie dodatki jak: wiórki kokosowe, płatki migdałów, orzeszki, mak, słonecznik czy prażone ziarno sezamu. Można też dodać rodzynek albo innych suszonych owoców (ale to bardzo wzmacnia kaloryczność czekoladek).

   Wlewam roztopioną czekoladę do masła orzechowego i mieszam aż do połączenia składników w jedną, gładką masę.




   Wsypuję do czekoladowej masy moje dodatki. Zaczynam od wiórków kokosowych, bo one najbardziej zagęszczają ową masę. Następnie dosypuję resztę, o ile takową mam. I gdy wszystko jest dobrze wymieszane, połączone i gęste jak zaprawa murarska wlewam toto do przygotowanej wcześniej, wyłożonej woreczkiem foliowym foremki. Ten woreczek jest tam po to by łatwo się potem czekoladowy blok wyjmowało z foremki..






   Następnie wynoszę ową foremkę do zimnego miejsca. Niech całkiem tam przestygnie. Po kilkunastu minutach schłodzoną masę czekoladową wkładam do zamrażarki. Tam po ok. pół godzinie całkiem stwardnieje i zestali się.

   Wtedy nie pozostaje nic innego jak tylko wydobyć ów czekoladowy blok na deskę do krojenia i pokroić go ostrym nożem na dowolnej wielkości kostki.





   Och, jak to pachnie! Jak kusi by natychmiast poczuć ową aksamitną gładkość na języku. By wgryźć się w kokosowy smak, by poczuć na zębach chrupkość orzeszków czy migdałów…Zatem natychmiast je się, cmokta, rozgryza, rozkoszuje jedną, drugą, trzecią…I jeśli jakimś cudem nie pochłonie się wszystkiego, to resztę czekoladek wkłada się w jakiejś miseczce do lodówki i można je tam przechować przez kilka dni. Ale nie sądzę by się tam tyle czasu uchowały. No chyba, że przezornie zainstalowało się na drzwiczkach lodówki kłódkę i schowało gdzieś głęboko kluczyk!:-))



czwartek, 18 kwietnia 2024

Caryce i Kilkujadki…



   „Inteligentny, lecz zły człowiek to najgorszy rodzaj potwora moralnego” - zdanie, które gdzieś niedawno przeczytałam mocno zapadło mi w pamięć i pobudziło do refleksji. No bo tak właśnie jest. Niestety najczęściej tacy właśnie ludzie pchają się do władzy pragnąc rządzić innymi a najlepiej całym światem. Tylko władza ich raduje, syci, podnieca. Tylko całkowita kontrola nad bliźnimi satysfakcjonuje i uspokaja. I to w równym stopniu dotyczy obu płci, choć jak wiadomo do tej pory o wiele mniej kobiet niż mężczyzn sprawowało realną władzę. Jednak wszystko się zmienia. Dzisiaj (jak prawią poprawne politycznie media) płci jest znacznie więcej a do tego coraz więcej kobiet zarządza krajami, organizacjami, ministerstwami. I niestety, wiele z nich pokazuje jak mało różnią się od mężczyzn w jakości sprawowania owej władzy. Jak bardzo potrafią być autorytarne, bezlitosne, mściwe, zaborcze i zazdrosne…


   Tego typu ludzi nie skłoni się do pełnej wzajemnego szacunku rozmowy czy chociażby autorefleksji. Wydają się niereformowalni. Zabetonowani w poczuciu swojej wyższości i lepszości. Zachwyceni sobą. Pogardzający słabszymi i biedniejszymi. Nie uznający żadnych autorytetów. Zawsze pewni siebie, przekonani do swych racji, cyniczni i niezdolni do współczucia, pójścia na kompromis czy spontanicznej bezinteresowności. Na nic uderzanie do ich serc, do wspólnych doświadczeń, do tradycji, moralności i honoru. To dla nich puste słowa. Słowa godne wyszydzenia. Nie da się z nimi porozumieć, przekonać do czegoś, co stałoby w sprzeczności z ich doświadczeniami i interesami. Są zamknięci wewnętrznie i jak gdyby oddzieleni od reszty bliźnich pancerną szybą. Pełni tłumionej agresji, pasji i gniewu. Zaborczy i nieprzewidywalni. Potrafiący jednak dla własnych korzyści udawać kogoś zupełnie innego. Na pokaz uśmiechać się serdecznie, tryskać dobrym humorem, emanować wdziękiem, elokwentnie i ze swadą zabierać głos na niemal każdy temat, wywoływać podziw widzów i słuchaczy, porywać za sobą innych. I nie przestawać przy tym kontrolować sytuacji, wytrwale tkając swą sieć, na zimno oceniając kogo należy zniszczyć a kogo nagrodzić i jaka maska jest dla nich w danym momencie najbardziej przydatna...




   Skąd biorą się tacy ludzie? Czy są z gruntu źli? Czy tacy już się urodzili, czy może jakieś traumatyczne doświadczenia w dzieciństwie wywarły na nich tak destrukcyjny wpływ? Co można by było odkryć, gdyby dostać się do samego ich jądra, do najbardziej mrocznych czeluści ich duszy? Być może byłby tam lęk przed uczuciami i przed ich zranieniem, obawa przed obnażeniem swych emocji, głęboko skrywane poczucie niższości i niezabliźnionej krzywdy…Pewnie można by im współczuć, można by nawet starać się im pomóc, gdyby nie to, iż robią wszystko, by nie przyznać się do tego, że jakiejkolwiek pomocy potrzebują, że coś jest z nimi nie tak. Wręcz przeciwnie. Za wszelką cenę starają się sprawiać jak najlepsze wrażenie. Nie odkrywać nigdy swoich słabości. Tego typu ludzi zdarza nam się spotkać na co dzień i przez jakiś czas nie rozpoznać w nich potworów moralnych, bo przecież wyglądają i zachowują się jak każdy z nas. Dopiero przy bliższym poznaniu okazuje się, kto zacz. 
    O takich ludziach, jeśli są bohaterami literackimi, ciekawie się czyta. Szwarc charaktery dodają kolorytu każdej książkowej czy filmowej opowieści. Pomagają mocniej utożsamić się z głównymi bohaterami a jednocześnie oczyścić się z własnych, nieujawnionych często traum i emocji. Ale to tylko pasjonująca fikcja, jeśli nawet oparta jest na faktach autentycznych, to i tak łatwa do odcięcia się od niej, swobodnego przejścia w inne rejony, a wreszcie i zapomnienia. Jednakże gdy dotyczy ona życia realnego, a co gorsza, jeśli się od takiego czarnego charakteru w jakiś sposób zależy, wtedy już nie jest interesująco a po prostu strasznie. Pułapka zależności od socjopatów i psychopatów jest tak sprytnie skonstruowana, że ofiara nie potrafi jej opuścić a co gorsza, czasem nawet i jej dostrzec. Są i tacy, co kochają te swoje pułapki oraz zarządzających nimi władców. I tu przypomina mi się od razu genialna komedia J.Machulskiego „Kingsajz” oraz pochodząca z niego piosenka o krainie krasnoludków, Szuflandii…I widzę zaraz uśmiechającego się szatańsko granego świetnie przez J.Stuhra tyrana tej krainy, nadszyszkownika Kilkujadka…


   Niestety, cała historia ludzkości pokazuje nam, że do władzy najczęściej dochodzili właśnie tacy diabelscy osobnicy z przerośniętym ego. Władza zawsze nieodmiennie przyciąga do siebie istoty wyzute z empatii i pozytywnych emocji a umiejętnie udające upragnionych zbawców oraz miłosiernych samarytan. Cały czas jednak uparcie kroczące po trupach do celu. I tu przychodzi na myśl cała galeria takich postaci: Neron, Caryca Katarzyna II, Stalin, Hitler, Mao Zedong, Pinochet, Kim Ir Sen…A jest przecież mnóstwo innych, nieznanych z imienia, bo zawsze schowanych w cieniu bezwzględnych zarządców. Szarych eminencji, mających być może jeszcze większą władzę, niż ci widoczni na świeczniku…

   A skoro tych potworów moralnych tylu było kiedyś, znaczy to, że i dziś ich nie brakuje. Nie będę tu wymieniać konkretnych nazwisk, bo pewnie każdy z nas ma kogoś takiego na myśli. Niestety, w chaosie codziennych wydarzeń i sprzecznych wiadomości coraz trudniej określić jednoznacznie, kto jest kim. Za kim rzeczywiście warto iść a przeciwko komu należałoby powstać. Podzielonymi, ogłupionymi czy też zobojętniałymi narodami znacznie łatwiej jest rządzić. Dlatego jedyną bronią zwykłego człowieka może być tylko jego rozsądek, intuicja i moralność, a przede wszystkim odwaga swobodnego, niezależnego myślenia i mówienia na głos tego, co się myśli. Bardzo ważna jest też wierność własnym tradycjom i przekonaniom oraz dystans do tego, co się dzieje. Coraz trudniej dzisiaj jednak o takie wartości. Najtrudniej zaś zachować ów dystans bo historia cały czas się toczy i tworzy, stale nas dotyczy, zahacza coraz mocniej i rani. Zresztą, nie zawsze ów dystans jest dobry. Oznacza on bowiem najczęściej próbę nie zwracania uwagi na zło, które się dzieje, chowanie głowy w piasek, bierność. A skoro ktoś jest bierny, to ktoś inny czynnie podejmuje za niego decyzje. I zło rozrasta się swobodnie dalej przez nikogo nie powstrzymywane.

   A tymczasem w mateczniku dziejów rodzą się wciąż kolejni zdemoralizowani, żądni władzy osobnicy wymyślający nowe sposoby na złupienie i skrzywdzenie zwyczajnych ludzi. Nieustannie prą do rządów albo jeśli już je mają, to za żadne skarby nie chcą możliwości ich sprawowania stracić. A pod pozorami czynienia dobra dla ludzkości czy planety ciemiężą słabszych od siebie, napadają na inne narody, przejmują cudze ziemie. Inni mają nieco odmienne, bardziej wysublimowane sposoby działania. Trudniejsze do jednoznacznej oceny, bo sprytniejsze, bo prowadzone pod płaszczykiem pozytywnych reform. I to oni wprowadzają kuriozalne przepisy, restrykcyjne prawa, autorytarne doktryny i szalone ideologie niszczące spokój oraz codzienność człowieka. Niezwykle sugestywnie wmawiają wszystkim jakie to szczytne ideały nimi powodują a tak naprawdę, jak zwykle chodzi im tylko i wyłącznie o dobry interes, o zysk i władzę. Prą do przodu niczym tarany niszcząc głos sprzeciwu na swej drodze, skrzętnie cenzurując wszystko i wszystkich, co by im mogło ową władzę odebrać. Dbają aby propaganda ukazywała ich wyłącznie w pozytywnym świetle, by na ich idealnym wizerunku nie pojawiła się najmniejsza rysa, mogąca dać podległym im istotom nieco do myślenia. Świat wprost roi się od okrutnych, lecz uśmiechających się niby gwiazdy filmowe caryc, czy też ubranych w drogie garnitury bezwzględnych Kilkujadków oraz ich wiernych pomagierów. A my co? My siedzimy grzecznie w swoich szufladkach, naciągając mocno czapkę na uszy oraz oczy i pokornie przyjmując swój los pragnących jedynie świętego spokoju dobrych krasnoludków. I tak to się toczy niczym w baśni…



środa, 15 listopada 2023

Niepospolita…

 

                                       fotosy z filmu "Niepospolita"

 

   Właśnie obejrzałam przepiękny, krótkometrażowy, fabularno - dokumentalny film pt. "Niepospolita"o wspaniale zapowiadającym się rozwoju i sukcesach naszej Polski przedwojennej. Jestem pod tak wielkim wrażeniem tego dzieła, że od razu, na gorąco piszę tego posta by polecić jego obejrzenie innym. Naprawdę warto! Film został nakręcony cztery lata temu, więc pewnie niektórym z Was jest on już znany, ale tych, którzy go jeszcze nie widzieli szczerze chciałabym do jego obejrzenia zachęcić. W trakcie oglądania tego niedługiego bo 21 minutowego filmiku rodzi się w człowieku ogrom pozytywnych uczuć. Przede wszystkim zachwytu nad niezwykłymi osiągnięciami II Rzeczypospolitej a wreszcie niestety i żalu za tym, co być mogło a co tak gwałtownie przerwał wybuch II wojny światowej.



   Na zachętę dodam jeszcze, ze głównymi bohaterami filmu jest para dwojga młodych, utalentowanych reportażystów. Pierwsza z nich to piękna Diana, postać fikcyjna, natomiast drugą osobą z tego duetu jest przedwojenny pisarz, dziennikarz i scenarzysta Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Nie ma chyba w Polsce osoby, która nie widziałaby starych czy też najnowszej ekranizacji jego „Znachora”. A był on bardzo płodnym pisarzem. Urodzony w 1900 roku napisał przed wojną kilkanaście powieści, na podstawie których nakręcono kilka filmów i seriali (poza „Znachorem”, były to m.in. „Profesor Wilczur”, „Doktor Murek”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Trzy serca”, „Pamiętnik pani Hanki”). Jego kariera rozwijała się spektakularnie. Miał mnóstwo planów. W 1939 roku podpisał nawet kontrakt z hollywoodzkimi wytwórniami na realizację kilku swoich scenariuszy. Także w życiu prywatnym zaczęło mu się wieść bardzo dobrze. Dzięki ogromnej poczytności swych książek oraz popularności filmów nakręconych na ich podstawie dorobił się sporego majątku. Pod koniec lat trzydziestych zakochał się i planował szybkie zaręczyny oraz ślub. Niestety, wojna zmieniła wszystko. Dołęga-Mostowicz jako kapral Wojska Polskiego wziął udział w wojnie obronnej naszej ojczyzny i zginął 20 września 1939 roku zabity przez Rosjan.

                                 Tadeusz Dołęga Mostowicz

   Na koniec jeszcze raz jeszcze z całego serca pragnę podziękować Kitty za podesłanie mi tego wspaniałego filmiku. Kitty, na pewno obejrzę go jeszcze nie raz, bo to moim zdaniem ważne i naprawdę poruszające dzieło. I w ogóle mam teraz ochotę na oglądanie innych filmów na ten temat, czy też poczytanie o tamtych czasach albo posłuchanie przedwojennych piosenek. Ech, serce galopuje, wyobraźnia pracuje, pod powiekami wyświetla się świat przedwojennych musicali, gwiazd filmowych, pisarzy i poetów dwudziestolecia międzywojennego, piękna rozbudowującej się Warszawy, uroku Kresów Rzeczpospolitej, czy też imponujących inwestycji, takich jak budowa portu w Gdyni. A w tym wszystkim przeplata się atmosfera dumy i radości z sukcesów odrodzonej Polski ze świadomością tego, co nadejść musiało a z czego ci wszyscy pracowici, utalentowani ludzie długo nie zdawali sobie sprawy…





środa, 11 października 2023

Nastrój minionych epok…

 



   Czy pamiętacie stary, kilkuodcinkowy polski serial „Z biegiem lat, z biegiem dni”?  Opowiadał on o losach paru rodzin krakowskich żyjących pod koniec XIX i na początku XX wieku. Jego scenariusz oparty był na kilku powieściach i sztukach z tamtych czasów. Między innymi na „Domu otwartym” M. Bałuckiego oraz na „Moralności pani Dulskiej” G. Zapolskiej. Bardzo lubiłam kiedyś ten serial z powodu świetnie oddanego w nim nastroju przełomu epok i atmosfery samego, zanurzonego w dekadencko-purytańską aurę Krakowa. Ceniłam go również ze względu na świetną obsadę (grali tam głównie krakowscy aktorzy tacy jak np. : A. Polony, T. Budzisz-Krzyżanowska, E. Kolasińska, J. Radziwiłłowicz, J. Stuhr, J. Nowicki) i zapadające w pamięć historie ludzkie, które opowiedziane były tak, że przykuwały uwagę i budziły żywe emocje oraz refleksje nad kondycją człowieka, nad obowiązującymi wtedy i dzisiaj obyczajami.



   Chętnie obejrzałabym po raz kolejny te odcinki, ale niestety, nie znalazłam ich nigdzie w necie. Ot, tylko niewielkie, budzące ochotę na więcej fragmenty. Widać na nich niektóre pamiętne sceny z serialu, ale przede wszystkim objawia się tam mglisty i tajemniczy, oświetlony lampami gazowymi Kraków, szeleszczą długimi sukniami z tiurniurami panie w ogromnych, pełnych ozdób kapeluszach, krążą po brukowanych uliczkach podobne do czarnych irysów sylwetki panów w cylindrach albo melonikach, wyłaniają się spośród migotliwych płomyków świec i lamp naftowych wnętrza mieszczańskich kamienic pełne gdańskich szaf, wielkich kredensów i drewnianych, ozdobionych misternymi rzeźbieniami zegarów. Prawie czuje się przenikający wszystko zapach gorącego wosku, naftaliny, delikatnych perfum, cygar albo podłego piwa sączonego przez bohaterów w podejrzanych szynkach i spelunkach, wszechobecnych na ulicach końskich odchodów oraz mdłej woni przypalonej kapusty dochodzącej z mieszkań w suterenach czy odoru zgnilizny unoszącej się z przepełnionych rynsztoków. Piękno i brzydota, czystość i brud, romantyzm i turpizm, beztroski uśmiech i jęk rozpaczy przenikające się wzajemnie, nieodłączne, będące sednem prawdziwego żywota.

                                                              fotos z serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni"

   Rzecz jasna, te króciutkie, odnalezione w necie kawałeczki serialu wcale nie zaspokoiły mojego apetytu na ciekawe opowieści toczące się na przełomie ubiegłych wieków. Wręcz przeciwnie. Tak już mam, że gdy wejdę w jakiś odpowiadający mi klimat, w jego specyficzny koloryt, nie chcę się z nim żegnać, ale wchodzić głębiej i głębiej. Wczuwać się tak mocno, że prawie tam być. Przy okazji przypomniało mi się, jak kiedyś czytając na głos mojej córce „Władcę pierścieni” obie tak mocno to przeżywałyśmy, że nawet idąc potem na spacer po lesie wyobrażałyśmy sobie, że to mokradła, które przemierzał Frodo i śledzący go Gollum. Z każdej kałuży mrugał do nas złoto magiczny pierścień a za każdym drzewem krył się ork, elf albo krasnal…Wyobraźnia szalała, rzeczywistość baśniowo się przekształcała i było to cudowne uczucie.

 




   Nie dziwota więc, że ucieszyłam się, przypadkiem natrafiając w mojej bibliotece na literaturę ułatwiającą mi wejście w epokę końcówki Pozytywizmu, następnie Młodej Polski a wreszcie dwudziestolecia międzywojennego. Z radością odkryłam też, iż akcja owych książek toczy się nieomal dokładnie w tych samych miejscach, co serial „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Ach, była to prawdziwa uczta dla mnie!

 




   „Gra pozorów” oraz „Światło i cień” to dwa tomy z trzytomowej serii pod zbiorczym tytułem: „Kuchennymi drzwiami” autorstwa Katarzyny Majgier. Na trzeci tom jeszcze poluję, ale mniemam, że będzie równie dobry jak poprzednie. Głównymi bohaterami serii są przedstawiciele różnych warstw społecznych, przede wszystkim chłopstwa, robotników i mieszczaństwa, choć nie brak w niej także postaci reprezentujących wyższe sfery takie jak kler, ziemiaństwo i szlachtę. W powieści znaleźć można mnóstwo smacznych nawiązań do klasyki literatury napisanej ponad sto lat temu oraz do tak znanych postaci żyjących w tamtych czasach, jak Reymont, Wyspiański, Tetmajer, Rydel czy Zapolska.   Jednak najważniejsi są zwyczajni, pełni emocji, marzeń, lęków i rozczarowań, podobni do nas ludzie.




   Na kartach powieści śledzimy między innymi dzieje  Zosi, brutalnie zwolnionej z pracy młodej, ciężarnej służącej. Z rosnącą fascynacją podążamy za Florianem, szukającym swego miejsca w życiu, marzącym o literackiej karierze barwnym młodzieńcu.  Spotykamy bezwzględnie uwodzącego chłopki arystokratę Karola oraz odpłacającego się pięknym za nadobne dziarskiego chłopa Klemensa. A to wszystko w dawnym, nieco dusznym, lecz jednocześnie pełnym nieuchwytnego uroku Krakowie albo na podobnej do reymontowskiej wsi polskiej. Akcja toczy się pośród żyjących pozorami, uwikłanych w tradycyjne role społeczne i ogromnie przywiązanych do nich ludzi tamtych czasów. Wśród podobnych do rachitycznych kwiatków dziewcząt i kobiet, zupełnie zależnych od mężczyzn, uwięzionych w ciasnych gorsetach narzuconych im powinności oraz uprzedzeń. Wśród mężczyzn zupełnie zepsutych moralnie, lecz przyznających sobie prawa do oceniania, poniżania i tłamszenia swych żon, córek i ubogich krewnych. Między szukającymi swego miejsca w życiu ubogimi dziećmi z nieprawego łoża albo świetnie uposażonymi potomkami szanowanych rodów także nie wiedzących co ze sobą począć.



    Lecz najbardziej interesujące z całej tej galerii wielokolorowych istot wydają się nietuzinkowe postaci żeńskie. Te, które  próbują wymknąć się skostniałym zasadom społecznym i wbrew wszystkiemu zmienić je. To m.in. utalentowana artystycznie a przy tym zakochana w innej kobiecie krawcowa Franciszka, czy też Klementyna, interesująca się fotografią, odważna i szczera córka prostej chłopki. Autorka wnikliwie i wzruszająco opisuje  losy i emocje pełnokrwistych, budzących sympatię a często i współczucie ludzi, którzy próbują walczyć o siebie, którzy mimo  ogólnego zakłamania i przenikającej wszystko gry pozorów chcą być sobą i pragną odrobiny osobistego szczęścia. Losy bohaterów powieści splatają się ze sobą w bardzo zaskakujący nieraz sposób a lęk przed opinią publiczną oraz wynikające z niego tajemnice ciążące nad nimi wywierają znaczący wpływ na nich oraz na życia napotkanych przez nich osób. 



  Nie brak również w cyklu „Kuchennymi drzwiami” wątków sensacyjno - kryminalnych czy też nawiązania do spraw i faktów mocno zajmujących umysły współczesnych Krakowian. Tych prostych i tych lepiej wykształconych.  Pogrzebów znanych Polaków, głośnych wesel, pierwszych automobili, odniesień do najnowszych trendów w modzie i malarstwie a nawet do tragedii Titanica. A przede dostrzec można w książkach K.Majgier subtelną i porozumiewawczą zabawę autorki z czytelnikiem w odczytywanie tropów literackich oraz delikatnych nitek łączących je z rzeczywistymi zdarzeniami z tamtych epok.

   Jeszcze na koniec pytania do samej siebie. Dlaczego właściwie tak fascynuje mnie tamta epoka przełomu wieków? Czy chciałabym żyć w tamtych czasach? Cóż,  zawsze uwodziła mnie swym delikatnym, nieco baśniowym urokiem przeszłość sprzed ponad stu lat. Tak bardzo niepodobna do naszej, jak gdyby snem była albo lśniącym w oddali mirażem. Odnoszę wrażenie, iż świat wydawał się wtedy prostszy, bezpieczniejszy, niż dzisiaj, cichszy, skupiony na rzeczywistych przeżyciach, spotkaniach i rozmowach. Czy ludzie byli wówczas szczęśliwsi, niż dzisiaj? Nie da się i chyba nie powinno tego oceniać. Wszystko jak zawsze zależy od konkretnego człowieka, od jego położenia, urodzenia, układów, w jakich przyszło mu żyć. Biedacy wszystko by wówczas zrobili by poprawić swój los i znaleźć się na miejscu jakiegoś bogacza, który z ich punktu widzenia rodząc się w majętnej rodzinie miał wszystko, co człowiekowi do szczęścia może być potrzebne. Z kolei bogacze, otoczeni drogimi meblami, powozami, precjozami, bardzo często tkwili między nimi niczym ptaki w złotej klatce. Zasznurowani w ciasne gorsety tradycji i obyczajów, niezdolni do zmiany swojego przeznaczenia, do wzięcia spraw w swoje ręce i w imię realizacji marzeń zdecydowania się na skok w głęboką wodę. Nigdy nie było łatwo i chyba nie ma idealnych do życia czasów. Jednakże brakuje mi wyraźnie wyczuwalnej kiedyś a dzisiaj prawie nie do znalezienia między ludźmi nutki romantyzmu, pasji, odwagi, siły ducha i szlachetności. 



   Brakuje mi też tamtego piękna, elegancji i subtelności na co dzień w zachowaniu, ubiorze i języku. Czy jednak zamieniłabym się z taką Zosią, Klementyną, czy Franciszką z „Gry pozorów” oraz „”Światła i cienia” i w tamtych realiach chciałabym doświadczać tego, co one? Nie, wystarczy mi, że przeżywam to wszystko w wyobraźni, że pojawia mi się to w ostatnich, najbardziej głębokich snach nad ranem. Wówczas wędruję razem z nimi przez otulony mgłą Kraków, albo przez błotniste dróżki podkrakowskich wiosek. Unoszę rąbek długiej sukni by nie uwalać jej błotem. Słucham hejnału z wieży mariackiej patrząc na okutane w kraciaste chusty kwiaciarki, na śmigłych chłopców na posyłki, pochylonych nad pracą pucybutów i dorożki stukające monotonnie po lśniącym od deszczu bruku.  Spotykam tamtych ludzi w pewien sposób niewinnych, bo nieświadomych, jak w niedalekim czasie ogromnie się ten świat zmieni i jak bardzo następne pokolenia tęsknić będą, do tego co minęło.



   Tak,  tamtego romantycznego świata długich sukien, meloników, latarni gazowych i eleganckich powozów już dzisiaj nie ma. To już tylko zamierzchła historia. Tak, jak nasze obecne czasy dla przyszłych pokoleń staną się kiedyś tak odległe, tak nierealne, że aż bajkowe. Lecz pewnie w przyszłości dzięki książkom, filmom i innym, nieznanym nam dzisiaj jeszcze cudom techniki na chwilę cudownie ożyją. I będzie to niczym magia…



   W oczekiwaniu na trzeci tom tej wielopokoleniowej powieści nie ustaję w poszukiwaniu serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni”. A podtrzymując specyficzną atmosferę filmu i książek słucham wspaniałych piosenek z „Piwnicy pod Baranami”. Oglądam też z uśmiechem poniższą, zabawną scenkę inspirowaną „Szałem” Podkowińskiego a przedstawioną genialnie przez Halinę Wyrodek i Jacka Wójcickiego….

 



*Polski serial historyczno-obyczajowy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, wyprodukowany w 1980 r.,       w reż. A.Wajdy i E.Kłosińskiego

*Katarzyna Majgier, „Gra pozorów”, t. 1, wyd. „Słowne”, 2022,  415 s,

         oraz „Światło i cień”, t.2, 432 s.

       *link do ciekawego wywiadu z autorką cyklu „Kuchennymi drzwiami”, Katarzyną Majgier:

         Katarzyna Majgier – wywiad. Świat się zmienia (granice.pl)

       * zdjęcia Krakowa użyte do zilustrowania mojego tekstu zrobione zostały przez Cezarego przed wieloma laty


Poniżej link do pierwszego odcinka serialu: "Z biegiem lat, z biegiem dni"  

pierwszy odcinek

niedziela, 5 marca 2023

Oczywistości…

 


 


  Marzec… Jak co roku o tej porze idzie, zbliża się do nas szybkimi krokami wiosna. Mimo, że poranki nadal są mroźne a tu i ówdzie zalegają resztki starego, czy niewielkie ilości nowego śniegu, to wiadomo, że to już raczej ostatnie podrygi zimy. Wie o tym słońce, które coraz wyrazistszym blaskiem oblewa kolejne poranki. Wiedzą o tym ptaki, które śpiewają coraz głośniej i coraz radośniej. Wiedzą krety, które z zapałem tworzą nowe kopce. Wiedzą krzewy i drzewa, na gałęziach których nabrzmiewają całkiem pokaźne pączki i bazie. To normalne i zwyczajne objawy nadchodzącej zmiany pory roku. Przyroda budzi się z zimowego snu, jak zawsze zwykła się budzić w dogodnym dla siebie czasie. To banalne i oczywiste stwierdzenie.  A jednak nadal jest w nim jakaś magia i wyraźna nadzieja. Bo każda wiosna budzi w nas nowe nadzieje. Ogarnia nas jak wszechpotężny, wspaniały czar, któremu chcemy poddać się raz jeszcze, w którego moce chcemy zaufać.



   Pragniemy odrodzenia nie tylko przyrody, ale i nas samych, naszych zmęczonych zimą a zwłaszcza brakiem światła i ruchu ciał oraz dusz. Marzymy także o powrocie normalności w każdej dziedzinie życia. No bo skoro nadchodzi wiosna wraz z jej blaskiem, siłą, nowym zastrzykiem energii życiowej, to dlaczegóż by nie miała ona dotyczyć innych sfer życia, innych przejawów działalności człowieka? Wszak jesteśmy systemem naczyń połączonych i jeśli zmiany na lepsze zdarzają się w jednym miejscu, to powinny też one rozlać się na inne obszary. Chcemy w to wierzyć i mamy prawo do owej, pewnie nieco naiwnej, wiary. Bo tak samo jak dość mamy już mrocznych i mroźnych dni za oknem, równie mocno mamy potąd mroku w świecie polityki opętanym destrukcją, korupcją i propagandą. Mamy dość poczucia zagrożenia, narastającej agresji, kłamstw, nastawiania jednych przeciwko drugim, bawienia się naszymi życiami i wywracania ich do góry nogami niczym nic nie znaczących pionków na szachownicy. Mamy dość niepewności, która wlewa się co dnia w nasze serca i zaburza ich zwykły rytm, odbiera optymizm, sprawia, że znękani odwracamy się od tego, co nas przeraża i dręczy. 



   A po to by nie popaść w depresję albo szaleństwo chowamy się na swoich maleńkich wyspach jakże kruchej, bo jednak zależnej od spraw wielkiego świata, codzienności. I troskliwie tkamy tę codzienność po swojemu, zaprzeczając owej zewnętrznej grozie i cerując w pocie czoła kolejne, pojawiające się tam dziury i mereżki. Jednak coraz mniej w nas już siły i samozaparcia a coraz więcej rezygnacji, pesymizmu i odrętwienia. Bo za długo już trwa ten dziwny stan zawieszenia. Ten napór postępującego zewsząd mroku i chłodu. I choć na początku zdawał się on nam dziwnym snem, z którego lada chwila się przebudzimy i wszystko znowu będzie, jak dawniej, to z biegiem czasu straciliśmy wiarę w bliskość owej przemiany na lepsze. Tym bardziej, iż do starych zmartwień i obaw zaczęły lawinowo dołączać kolejne, coraz dziwniejsze, coraz bardziej nas osaczające i bezlitośnie wsączające się w życie każdego. Po niby pandemii, która pozwoliła na przejęcie kontroli nad ludzkością, nastąpił sztucznie wywołany kryzys gospodarczy,  po nim wojna a w tle zaczął się do tego wszystkiego posuwać w szybkim tempie walec szalonego ekologizmu i klimatyzmu, nowego bożka rządzących. Wydaje się jakby ktoś specjalnie chciał zastraszyć ludzkość i sprawić, by potulna i ogłupiała bez szemrania poddawała się kolejnym wariactwom i przerażającym pomysłom władców tego świata. Jedynego wszak, jaki mamy. Ukochanego i nadal jakże pięknego a jednocześnie tak niepodobnego do tego, jakim był przed trzema laty. Zabiera się nam zdrowie, wolność, uczciwość, swobodę wyrażania poglądów i pamięć o tym, jak powinno być. A w zamian uczy się nas konformizmu, potulności, cwaniactwa, cynizmu, zwątpienia, znieczulicy. Coraz częściej myślę, że już niedługo zapomnimy jak było kiedyś, a zapomniawszy nie będziemy robić nic by do tego wrócić. A to, co jest będzie się nam zdawać jedyną realną rzeczywistością. Świat tryumfujących demonów wojny, niedoborów surowców naturalnych i żywności, świat totalnej kontroli nad nami, świat nowych chorób i masowego wymierania ludzi, świat obojętności na to co się dzieje, co nas otacza…



   Do czego to wszystko zmierza? Czy w końcu się zatrzyma? A może ktoś bada nas cały czas, ile jesteśmy w stanie znieść i poddaje globalnemu, przekraczającemu nasze pojmowanie eksperymentowi? Ale jaki jest cel tego eksperymentu i kiedy jego inicjator, tajemniczy badacz uzna go za zakończony? I czy to zależeć będzie od jego woli, czy od działań podmiotów owego potwornego eksperymentu? Czy w ogóle coś od tych podmiotów zależy? A  może jednak wszystko? Myśl taką poddał mi pewien film, obejrzany niedawno w TV. Nosił on tytuł „Życie, którego nie było”(prod. USA, 2004 r.). Chodziło w nim o to, że rodzicom zabierano dzieci a potem wymazywano z ich głów najmniejsze nawet wspomnienie o utraconych dzieciach. Owo zapomnienie było niczym trujący gaz, którego działaniu bez oporów poddawała się przeważająca większość rodziców. I żyli bez swoich dzieci jak gdyby nigdy nic, nie tęskniąc za nimi, nie odczuwając w najmniejszym stopniu ich braku. Niby szczęśliwi i zwyczajni, ale jednak poprzez wyzucie z uczucia miłości do swych dzieci kojarzący się z robotami albo zombie. Jednak znalazła się tam pewna kobieta, która mimo zastraszania, ogłupiania i osaczania nie dała sobie pamięci o swym synu odebrać. I robiła wszystko, co tylko było w jej mocy by dowiedzieć się, co się z nim stało a także odzyskać go. Siła matczynej miłości okazała się większa niż okrutne starania bezwzględnych eksperymentatorów. Co dzisiaj może być taką siłą? Co może być dla nas taką odradzającą, przywracającą spokój i dobro na świecie wiosną, która przypomni nam o tym, co naprawdę ważne, dla czego warto żyć i się starać, co warte jest przekazania w dziedzictwie naszym dzieciom?  

                                                                           fotos z filmu "Życie, którego nie było"

   Dlaczego znowu ośmielam się pisać o takich rzeczach?  Tak oczywistych, że wręcz banalnych? Bo wydaje mi się, że milczenie o tym, o czym powinno się mówić głośno a nawet krzyczeć jest przyzwoleniem na to, co jest. Bo wiele już razy w historii właśnie za milczącym przyzwoleniem większości władzę przejmowali okrutni dyktatorzy i przemieniali życie podległych sobie obywateli w piekło, cały czas wmawiając im, iż dążą do zaprowadzenia na ziemi niebiańskich, pełnych szczęśliwości porządków.  I tu przypomina mi się kolejny, obejrzany niedawno niemiecki film z 1982 roku pt.. „Biała róża” Opowiada on o mało znanej, tajnej organizacji niemieckich studentów działających w czasie II w.św.  i sprzeciwiających się totalitarnym rządom faszystów oraz demaskujących w swych ulotkach prawdziwe oblicze Hitlera i jego zwolenników.  Działanie owych młodych, miłujących prawdę i wolność ludzi z góry było skazane na porażkę i rzeczywiście zapłacili najwyższą cenę za swoją odwagę. Jednak gdyby nie oni, gdyby nie ich desperackie, lecz  ze wszech miar konieczne czyny, jakżeby dzisiaj współcześni Niemcy mogli spojrzeć sobie w twarz? Jak mogliby żyć bez poczucia wstydu, iż kiedyś nie znalazł się między nimi nikt, kto miał odwagę przeciwstawić się złu? Dziś działaczom owej antyfaszystowskiej organizacji, rodzeństwu Hansowi i Sophie Schollom oraz ich przyjacielowi Christophowi Probstowi stawia się pomniki, ich imiona nadaje się szkołom, ulicom i placom. Są powodem dumy i ulgi dla współcześnie żyjących Niemców. I tu rodzi się pytanie: czy i wśród dzisiejszej młodzieży kiedykolwiek znajdą się śmiałkowie mający odwagę sprzeciwiać się reżimowi bezdusznych, do końca pragnących przejąć władzę nad światem elit? I absolutnie nie chodzi mi tutaj o wojujących ekologistów, którzy moim zdaniem swoimi akcjami robią planecie więcej szkody, niż pożytku, co więcej, wydają się jedynie jednym z trybików postępującego na świecie dyktatu klimatystów. Myślę o odważnych, prawych ludziach miłujących pokój,  rozumiejących, co naprawdę dzieje się na świecie i próbujących powstrzymać jego upadek jakimkolwiek pozytywnym działaniem, mówieniem prawdy, nieodwracaniem głowy od tego, co dręczy dzisiaj ludzkość, nieuciekaniem w świat fikcji, zabawy i bylejakości…

                                                                                         fotos z filmu "Biała róża"


rodzeństwo Hans i Sophie Scholl oraz Christopf Probst

   No dobrze, ale jakąż wagę mają wobec tego takie moje teksty? Czytam wszak co dnia mnóstwo podobnych. Apeli do rozsądku i serca ludzi. Wołania o otrząśnięcie się z letargu, przejrzenia na oczy i odważne podniesienie pochylonej dotąd niewolniczo głowy. Czytam i niestety czuję, iż sama także coraz bardziej obojętnieję na ich znaczenie, na ich przekaz. Wszystko zdaje się nieistotnym szmerem w obliczu wszechobecnego, chocholego tańca, wszystko odbija się o „ostry cień mgły”, jak zwykł ów stan bezsiły i grozy nazwać niegdyś nasz prezydent. Ale przecież nie mam nic więcej niż to moje pisanie. I nie mogę nic więcej jak od czasu do czasu nudzić wciąż o tym samym. Choćby nikt tego nie czytał a przeczytawszy zaraz zapomniał. I nie mam też nic więcej, niż to kolejne czekanie na wiosnę, która oby przyszła i okryła zielonym płaszczem nie tylko zmarzniętą po zimie przyrodę, ale i nasze równie przemarznięte dusze oraz cały świat czekający z utęsknieniem na zdjęcie z niego złego czaru…

 


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost