Miasteczko odnalezionych myśli






Miasteczko wyłania się z mgły…


  Jest takie miasteczko, w którym niewiele się zmienia a czas nie popędza tak wszystkich do przodu i nie każe dostosowywać się do śpieszącego nie wiadomo gdzie i po co świata. Miasteczko wyłania się niekiedy z mgły przykurzonych, niewyraźnych wspomnień, z marzeń o niewinnych, spokojnych i delikatnych miejscach, w których można żyć inaczej, po swojemu, zgodnie z porami roku i własnymi, pełnymi swobody pragnieniami. Odsłania się ono spod chmur zwątpienia i smutku, spod lęku przed codziennością i spod niewiary w pomyślność losu. Nie da się go jednak zobaczyć w całości. Zawsze bowiem, kontury miasteczka są zamglone a przez to zdaje się, jakby jego granice nie istniały. Bo chyba naprawdę nie ma ono początku i końca. Tak, jak nie powinno być żadnych ograniczeń dla ludzkich, niewinnych marzeń o serdecznym, bezpiecznym, niepodległym bezsilności i pustce schronieniu.


   Z lotu ptaka widać niewielki ryneczek, pełen drobnych, kolorowych domów, kamienic i rozchodzących się stamtąd promieniście brukowanych uliczek.  Wzrok zatrzymuje się też na alejce klonów i platanów oraz na schowanych w ich cieniu ławeczkach. Skwery obsadzone jaśminami, magnoliami i hortensjami tworzą tajemniczy, wabiący swymi woniami i cieniami gąszcz. Wśród nich też schowane są stare, drewniane ławki i stoliczki. Tak miło byłoby tam przysiąść. Wsłuchać się w pełną spokoju ciszę albo w wiatr, w jego niekończące się opowieści, legendy, delikatne szepty czy szalone pieśni. Ten sam wiatr przywiewa mnóstwo ciepłych, rozkosznych zapachów pamiętanych z dzieciństwa. Z piekarni dobiega boski aromat świeżego, żytniego chleba i bułeczek maślanych. Z cukierni dochodzi woń pierników, czekoladek i pączków. A ze studni przy rynku i z maleńkiej, usytuowanej po drugiej stronie klonowej alejki fontanny czuć świeżość i powiew delikatnych, wzruszających wspomnień i wciąż rodzących się nowych pragnień czy postanowień…



   Skąd wzięło się to miasteczko? Jego historia zaczęła się toczyć jakiś czas temu jesienią, gdy pojawiła się tutaj pewna smutna kobieta znikąd. Przywędrowała z bardzo daleka, choć już po przybyciu na miejsce okazało się, że właściwie miała tu całkiem blisko…Myślała, że zostanie tylko na chwilę. Odpocznie zanim obudzi się z tego dziwnego snu, by jak zawsze odkryć na policzkach ślady łez a w sercu stado nieodłącznych zgryzot, bólu i lęku przed jutrem. Lecz póki jeszcze tu jest rozejrzy się bezpiecznie. Pozagląda w okna domów przy rynku. Odwiedzi mieszczącą się na skraju miasteczka gospodę „Pod złotym liściem”. Przespaceruje się nad rzekę i do parku. Z szacunkiem i delikatnością dotknie tajemnicy ogromnego lasu rozciągającego się dookoła. Spróbuje zbadać skąd dochodzą i czym są te niezwykłe światełka rozbłyskujące w nim niekiedy nocą. Może też muśnie swym spojrzeniem maleńką wioseczkę przycupniętą na skaju boru? Pochyli się nad zgiętymi ze starości strzechami drewnianych chatek, nad na poły baśniowymi opowieściami ich mieszkańców. Potem znowu wróci myślą do miasteczka, by zobaczyć, co się w nim przez ten czas zmieniło. Wsłucha się w jego ciche historie. Odetchnie przez chwilę tą dziwną, pełną serdecznej melancholii atmosferą nie niepokojonego szumem wielkiego świata miejsca a potem niezauważona przez nikogo odejdzie do swojej zwykłej, codziennej rzeczywistości. Zresztą nie widziała tu przecież dotąd nikogo. Był to pełen uroku, lecz dziwnie bezludny świat. Chyba wszyscy mieszkańcy pochowali się w swoich kolorowych domkach albo wyjechali stąd, tak jak ona, bezustannie szukając swego miejsca na świecie...



   Wędrowniczka, nie wiadomo czemu, zapragnęła dotknąć wody z fontanny przy rynku. Poczuć jej chłód i rzeźkość tak mocno, tak wyraziście jak niegdyś, gdy była beztroskim, wierzącym w czyste uczucia, baśnie i ich szczęśliwe zakończenia dzieckiem.

   Tęczą malowane krople sączące się z ułożonej w kształt serca róży rozbiegały się na boki i stukały melodyjnie w kamienną posadzkę. Kobieta przysiadła na brzeżku fontanny i zapatrzyła się w tę krystaliczną, serdeczną wodę. Ostrożnie zanurzyła w niej palce. Lecz nie odczuła spodziewanego chłodu. Miała dziwne wrażenie jakby woda tańczyła i wirowała. Jakby wołała ją po imieniu.



- Ech, wydaje mi się! – westchnęła chwilę potem, zapatrzywszy się w bezustannie przelewające się strużki…

- Co ja tu właściwie robię? Czego szukam? Kim jestem?

- Zapomniałam o swoich marzeniach i nadziejach, poplątałam ścieżki, cieniem zasnułam dobre myśli –  zaszeptało coś w jej sercu nagłym zrozumieniem a ciepła łza stoczyła się po drżących rzęsach i policzku a potem dołączyła do tamtych tanecznych kropel, łącząc się z nimi harmonijnie i zlewając w szeroki, błękitny strumień.

   Wówczas do kobiety znikąd zbliżyła się jakaś pogodna, drobna staruszka, ubrana w staroświecką, długą do ziemi spódnicę oraz w żółty, słomkowy kapelusik. Zerknęła na tamtą z nieco łobuzerskim błyskiem w oczach a potem ni stąd ni zowąd nabrała w dłoń trochę wody i ochlapała twarz pogrążonej w niewesołych rozmyślaniach wędrowniczki.

- Ach! Co też pani wyprawia?! – zawołała z pełną zdumienia irytacją zmoczona tak raptownie kobieta a przecierając oczy dostrzegła, że staruszka śmieje się serdecznie.

   Wówczas, nieoczekiwanie dla samej siebie, smutna dotąd kobieta znikąd roześmiała się także. A potem dostrzegła ze zdumieniem, że postać wesołej staruszki rozmywa się w kolorowej, unoszącej się nad fontanną mgle. Natomiast na rynku pustego dotąd miasteczka zaczynają pojawiać się przechodnie. Wychodzą ze sklepów i biur. Zagadują do siebie przyjaźnie. Przystają przy krzewach magnolii i wystawiają twarze ku słońcu. Przysiadają na zapraszających do odpoczynku ławeczkach. Spoglądają z życzliwą ciekawością na wędrowniczkę. Ona patrzy na nich bez zwykłej u siebie nieśmiałości i zawstydzenia. I czuje, iż zupełnie nie chce jej się stamtąd odchodzić. Oddycha pełną piersią. Chce się jej być częścią tego miasteczka i zostać tu tak długo, jak tylko czas i nastrój jej na to pozwolą. Wsłuchać się w żyjące tu historie, opowieści i sekrety. Odnaleźć swoje zagubione dotąd myśli…

Gospoda pod złotym liściem


     W miasteczku odnalezionych myśli trwa teraz kolorowa jesień. Stare dęby i klony, które otaczają miejskie zabudowania płoną intensywnymi kolorami i uczuciami. Kaliny czerwienią się radośnie na powitanie roświergotanych stad szpaków, wróbli i sikorek. Zachwycony koncertem barw wiatr miota liśćmi w każdą stronę, bawiąc się nimi i układając je co i rusz w misterne, widoczne tylko z wysoka fantastyczne rozety, puzzle i ornamenty. Z daleka wygląda to tak, jakby przecudne, żywe płomienie okrążały dolinę, w której usytuowane jest miasteczko. Tak wspaniale się brodzi w oceanie szeleszczących, fruwających wokół niczym sylwestrowe konfetti liściach. Jest jeszcze ciepło a nasycone letnią energią uliczki i zaułki wprost zapraszają do spacerów oraz poznawania ich jesiennych, czułych pieśni, cichych, nieśmiało brzmiących tutaj opowieści. Dlatego to właśnie jesienią przybywa tu najwięcej gości z dalekiego świata.

   Każdy wędrowiec, udający się w to miejsce musi zatrzymać się w gospodzie. Gospoda stoi  przy drodze do miasteczka, obok ogromnego, dwustuletniego dębu, okrytego teraz złotym listowiem. To właśnie od niego pochodzi jej nazwa. Zajrzyjmy do środka. Kogo można tam spotkać?

     W ceglasto-drewnianym, przytulnym wnętrzu panuje miły półmrok. Na długich stołach palą się nieliczne świeczki w mosiężnych lichtarzach. Nad ladą gospody wisi piękna, naftowa lampa. W jej świetle widać ustawione z tyłu butelki starego wina, beczułki wspaniałych miodów pitnych, wiklinowe gąsiorki pełne tajemniczych trunków. A najważniejsze miejsce zajmuje ogromna beczka piwa, wyrabianego przez tutejszych, znakomitych piwowarów. Pachną pierniki, leżące na drewnianych misach. Unosi się też upajająca woń żurku z chrzanem i pieczonych ziemniaczków. A specjalnością kuchni są smażone wprost na blasze pieca ogromne kapelusze borowików i rydzów. Pychota!

     Jednak nie tylko ciekawe menu jest wabikiem dla zbłąkanych wędrowców. Najważniejsza zdaje się przyjazna atmosfera tego miejsca. Zawsze ktoś snuje tu swoją opowieść. Niczyja historia nie jest zlekceważona, pominięta milczeniem lub, co gorsza, wyśmiana.

   Popatrzmy i posłuchajmy wobec tego, co opowiedziała nam dziś siwowłosa Anna, podróżniczka, która zatrzymała się tu w drodze do odległej metropolii, gdzie zamierza znaleźć pracę i rozpocząć nowe życie...    

  ...Jestem sama. Dzieci dawno już poszły na swoje. Rodzina zajmuje się swoimi sprawami. Zresztą, wszyscy mieszkają daleko i nie mają czasu dla krewniaczki. Straciłam pracę w drukarni kilka lat temu. Nikomu nie była już potrzebna specjalistka od przestarzałej techniki poligraficznej. Dziś liczą się komputery, lasery, technika. Imałam się różnych zajęć. Opiekowałam się dzieciakami sąsiadek. Sprzątałam mieszkania. Sprzedawałam chińskie zabawki na targu. Byłam nawet babcią klozetową.  Zaczęłam jednak podupadać na zdrowiu, więc postanowiłam wyjechać raz w życiu do sanatorium i wreszcie zająć się sobą na poważnie. I wiecie, co mi się przytrafiło? Historia banalna to i zapewne nawet śmieszna.

- Zawsze szydziłam z kobiet, które nawiązują w sanatoriach bliskie znajomości z innymi kuracjuszami i wyobrażają sobie, że będzie to miłość do grobowej deski. Teraz jednak przydarzyło się to mnie. I wcale nie jest mi już do śmiechu. Janusz ujął mnie swą serdecznością, inteligencją, wrażliwością. Zapomniałam już, że można tak wspaniale czuć się przy mężczyźnie. Jak nastolatka, z rumieńcami podniecenia na policzkach witałam go każdego ranka w jadalni. Potem chodziliśmy razem na odległe spacery. Nigdy nie brakło nam tematów do rozmów. Nie było mowy żebyśmy się ze sobą nudzili. Ale turnus się skończył. Ja wróciłam do siebie, on do siebie. I myślałam, że nasza znajomość pozostanie tylko miłym wspomnieniem. Tymczasem Janusz zaczął do mnie pisać. Wiedząc o mojej trudnej sytuacji finansowej, obiecał znaleźć dla mnie pracę w swoim mieście. Napisał, że tęskni za mną i dość ma już samotnego życia wdowca. Prosił żebym rzuciła wszystko i przeniosła się do niego. Byśmy zaczęli razem nowe życie. Cóż mam do stracenia? Jadę! Ale bardzo się boję! Mam już swoje lata i dziwnie tak przewracać nagle wszystko do góry nogami. Jestem śmieszna, prawda...?

   Pozostali goście gospody popatrzyli w oczy Anny. Wyglądała na szczęśliwą i przerażoną jednocześnie. W jej źrenicach odbijały się wesołe płomyczki świec. Zaraz wyruszy w swoją drogę. Co ją tam czeka? Czy powinna...?  Czy można jej coś doradzać? Nie, chyba nawet nie trzeba nic mówić, bo przecież kobieta podjęła już decyzję. Najwidoczniej potrzebowała tylko tej chwili zwierzenia. Wyrzucenia z siebie ogromu emocji, nadziei i pragnień.

- Wszystko się dobrze ułoży! Na pewno! Nigdy nie jest za późno na szczęście! – dobiegło ku niej od co poniektórych gości gospody kilka serdecznych słów wsparcia.

  Większość bywalców gospody stanowili zawsze mieszkańcy miasteczka, którzy bardzo lubili słuchać opowieści z wielkiego świata, jednak sami rzadko kiedy ruszali się stąd, nie mając na to odwagi a nawet nie odczuwając takiej potrzeby. Wrośli w tę spokojną, niezmienną codzienność. Nie pragnęli niczego więcej, by to skromne, uczciwe i jak gdyby zaklęte w czasie istnienie trwało w nieskończoność. Jednak było też w gospodzie paru podróżników, wędrowców, gnanych po świecie nieustającą ciekawością i niecierpliwością serca wagabundów. Ci, przemierzywszy wiele ciekawych zakątków kraju i świata przybywali do gospody by odpocząć nareszcie. Zaczerpnąć nowego oddechu. Nasycić się spokojem i serdeczną aurą tego pachnącego pysznym żurkiem, suszonymi grzybami i jabłkami, schowanego przed czasem, magicznego miejsca.

   Jedyną osobą, która spontanicznie podeszła w tamtym momencie do Anny i zapragnęła porozmawiać z nią dłużej była właścicielka gospody, miedzianowłosa Hanna. Kobieta ciepła, pełna empatii i troski o każdego wędrowca. Potrafiąca uważnie słuchać i zrozumieć a potem jak drogocenne perły przechowywać w sercu wiele ciekawych, wzruszających zwierzeń swych gości. Nocą, gdy już gospoda pustoszała, a wszystko było posprzątane i przygotowane na jutro długo leżała bezsennie w wielkim, odziedziczonym po rodzicach, małżeńskim łożu i rozmyślała o tym wszystkim, co tutaj usłyszała. Raz jeszcze mocno przeżywała wszystkie te historie. Wpatrzona w błyszczące na niebie tajemnicze gwiazdy rozmyślała o tym, jak wiele ludzkich myśli ulatuje ku nim w tej chwili. Jak wiele opowieści i wędrówek się toczy daleko, daleko stąd.

   A ona sama tkwiła w tym miejscu od zawsze. Jak gdyby wpisana w miasteczko odnalezionych myśli. Będąca jego stałym elementem. Niezmiennym i dającym poczucie bezpieczeństwa serdecznego punktu oparcia dla wędrowców z daleka.

- Cóż jednak z tego? – zadawała sobie pytanie, ciesząc się jednocześnie pełnymi entuzjazmu i zachwytu słowami podzięki, płynącymi od kolejnych gości gospody.

- Oni przychodzą i odchodzą, przynosząc swoje historie i zostawiając je u mnie jak szeleszczące, wielobarwne liście. Tylko moja opowieść zawsze toczy się tutaj. A właściwie nie toczy się od dawna. Utknęła w miejscu i obrasta mchem znużenia. Zwątpienia w sens jakichkolwiek zmian.

- Nie mam jeszcze przecież nawet czterdziestu lat. Czegoś ciekawego mogłabym jeszcze w tym życiu doświadczyć. Tylko czy naprawdę tego chcę? Potem, gdy się już porywy serca kończą, wewnątrz zostaje tyle bolesnych myśli i rozdzierających duszę wspomnień.

- Gdybyż żyli moi rodzice! Wszystko potoczyłoby się wówczas zupełnie inaczej. I ja byłabym kimś innym – wzdychała Gospodyni, wspominając dawne, dobre czasy, gdy miała jeszcze tyle młodzieńczych planów i marzeń a matka dodawała jej swą ciepłą obecnością wiary w ich ziszczenie.

   A mężczyźni? Och, kilku z nich tak mocno kochała, oddając im zawsze całą siebie i wierząc za każdym razem, że to właśnie ten jeden jedyny. Ten wyśniony i wyczekany książę z bajki, dzięki któremu jej życie nabierze całkiem nowego sensu a pustka w duszy kobiety nareszcie zapełni się, zasklepiając dawne rany.

Mężczyźni ci cumowali przez jakiś czas w kojącym porcie jej serca a potem odpływali stamtąd gnani nowymi pragnieniami, porywami i tęsknotami. Piękni, kolorowi, niezależni, nade wszystko ceniący sobie wolność i bezkres nieustającej wędrówki.

- Droga Anno! Uważnie wysłuchałam twej opowieści. I wczułam się mocno w twoją sytuację. Rozumiem, jak bardzo boisz się ryzyka i jak chciałabyś mieć pewność, że los szykuje dla ciebie dobre, wymarzone zakończenie tej historii – szepnęła Gospodyni, stawiając przed Anną kubek gorącej, imbirowej herbaty.

- Nie jest łatwo zaczynać wciąż i wciąż od nowa swe życie. Ale póki ono trwa jest tyle szans i nadziei na coś naprawdę pięknego i niepowtarzalnego. Na coś, co będzie się potem stale pamiętać. Co będzie treścią i klejnotem pośród zwykłej, szarej codzienności.

- A co z cierpieniem? Co z rozczarowaniem? Co z rozwianymi nadziejami? – westchnęła Anna, zasłuchawszy się w pełne żaru i przekonania słowa Gospodyni.

- To jest i będzie. Nie uciekniesz przed tym, kochana. I pomyśl – tak wiele jest osób, którym nigdy nie było dane zaznać w życiu miłości. Ich serca nawet raz nie zabiły mocniej. Wciąż są jak uśpione, zaklęte głazy, czekające na jakiś grom z jasnego nieba. Na olśnienie, zachwycenie, na nieodparte, wewnętrzne przekonanie, iż dla tego momentu warto było żyć – mówiła bardziej do siebie samej, niż do swego gościa Hanna.

- Dlatego Anno uważam, że dobrze robisz rzucając się w ten bystry nurt przemian. Co ma być, to będzie. Trzeba iść naprzód za swoją rozmigotaną gwiazdą przewodnią. Trzeba, nawet gdyby miała się ona okazać tylko błędnym ognikiem…

    Obie kobiety długo jeszcze zwierzały się sobie tego wieczoru. Kolejni goście gospody wchodzili i wychodzili. Liście złotego dębu niezauważenie przez nikogo opadały miękką falą na ziemię tworząc za oknem nową, obiecującą wiele rzeczywistość. Jednak widziała to tylko otulająca to wszystko muślinowym mrokiem noc oraz przechadzająca się po miasteczku wróżka Konstancja, która potrafiła zajrzeć w przyszłość a swymi zaklęciami sprawić by niektóre z marzeń ludzkich spełniły się. I by wciąż toczyły się tu nowe historie owiane poszumem szalonego wiatru oraz czarodziejskim zapachem mięty i jaśminu…


Przy kominie, o szarej godzinie


   W tym domku z czerwonymi dachówkami, tym, który każdy wędrowiec musi minąć, idąc w stronę rynku miasteczka, mieszka pewna samotna kobieta. Nie młoda, nie stara. Nie ładna, nie brzydka. Nie smutna, nie wesoła. Niewyraźna taka, prawie przeźroczysta.


   Cichutko krząta się po swoim domku. A to kota rudego pogłaska, a to książkę jakąś do rąk weźmie. I na niczym dłużej skupić się nie może. Co chwila w okno zagląda, jakby na kogoś czekała. Ale dawno już nikt pani Teresy nie odwiedzał. Tak poukładało jej się życie, taką drogę wybrała ona sama lub też los wybrał za nią. I wydawać by się mogło, że jest z tego zupełnie zadowolona albo przynajmniej przyzwyczajona do obecnego stanu rzeczy.


    Telewizor cichutko szumi, ot - dla towarzystwa. Pani Teresa jednak znów zagląda przez okno. Weseli ludzie wracają z "Gospody pod złotym liściem". Ona nigdy tam nie była i nie zamierza tam chodzić. To nie dla niej. Tylko by ludziom humory popsuła swoją milczącą, nieciekawą osobą.

   Pani Teresa w zamyśleniu gładzi miękkie futerko kota...O czym tak duma? Przyjrzyjmy się jej myślom...

...Za oknem już chłodno i dżdżyście. Do okien puka wiatr a gałęzie drzew, odzierane pomału z kolorowych liści żalą się w swej smutnej, wieczornej pantomimie.

   W kominku po raz pierwszy tej jesieni rozpaliłam ogień. Zaraz zrobię sobie imbirowej herbaty, zawsze mi to dobrze robi na ten nieznośny chłód w piersi.

   Patrzę sobie w taniec płomieni. Usiłuję przepędzić jesienną melancholię, listopadowy zmierzch. Chciałam tę chwilę napełnić zapomnieniem o tym, co boli i wciąż dotkliwie uraża. Chciałam przywołać jakieś miłe wspomnienia...

   O, jak wygodnie w moim starym, mięciutkim fotelu! Stopy podkulę pod siebie, bo wciąż mi zimno...
   Jesień to umieranie zieleni, tęczy, ciepłych powitań słońca o świcie. Z dnia na dzień, z chwili na chwilę robi się coraz mroczniej, smutniej, poważniej...W wazonie na stole stoi jeszcze bukiet ułożony przeze mnie z kolorowych liści klonów, dębów i korali jarzębin. To jednak tylko mgnienia, zatrzymane chwile. A już wkrótce zawładnie światem surowy, nagi szept zimy...

  Z mojego starego zeszytu wyjrzał dzisiaj do mnie mój dawny wiersz. Pisałam go w czasach romantycznych uniesień, cudnych porywów serca, które zdawałoby się, trwać będą zawsze... Nie przetrwały i z tej perspektywy to, co było kiedyś magicznie ciepłe, dziś jest beznadziejnie smutne. Tak bywa, gdy sny się wyśnią i trzeba się obudzić...


Przy kominie, o szarej godzinie
Siedzimy razem, w półmroku
Śpią wspomnienia lata, za oknem październik
Słyszysz? Śpiewa ogień. Wokół wielki spokój
Czułe myśli tańczą - jesteśmy im wierni
A w kieliszku wina błyszczą rubinowe
Ciepłe pocałunki, iskierki spojrzenia
Połóż na mych kolanach ukochaną głowę
Będziemy snuć razem jesienne marzenia
Opowiem Ci bajkę o światach zaklętych
A Ty mi legendę o skarbach księżyca
Potem spojrzysz w oczy - mną tylko zajęty
I powiesz - Tyś mym światem. Tobą się zachwycam!
Ogień parsknie nagle iskrą niecierpliwą
Bo mu już obmierzły romantyczne szepty
Ty nie jesteś Julią! On to nie Romeo!
Wrzućcie drew do ognia - bo już całkiem ciemno...


Pani Teresa drzemie w swoim fotelu...Kot wskoczył jej na kolana i ułożył się wygodnie, w kłębuszek. W kominku dopala się ogień, przez nikogo nie podsycany. A na dworze słychać śmiechy podchmielonych gości gospody, powracających do swych domów...





Opowieść o pierwszej miłości



Andrzej czekał na Małgosię w pobliżu jej szkoły. Wypatrywał niecierpliwie jasnego warkocza dziewczyny, błyszczących w słońcu okularów, szarej kurtki. W kieszeni miał wiersz, napisany dziś na dużej przerwie. Wiersz - wspomnienie wczorajszego, wspaniałego dnia. Znali się od kilku tygodni a byli sobie tak bliscy, jak gdyby znali się od zawsze. A spotkali się niedawno, zupełnie przypadkiem, w tramwaju. Ona stała z nosem w książce. On usiłował dostać się do uchwytu przy siedzeniu a zrobił to tak niezgrabnie, że omal jej nie przewrócił. Zaczęło się więc banalnie. Ale potem było już bardzo ciekawie, bo okazało się, że czytana przez nią książka to był "Władca pierścieni" - jego ukochana powieść fantasy!


Małgosia, ta szara myszka, niepozorna okularnica tak się cieszyła, że ma nareszcie kogoś bliskiego, z kim można ciekawie porozmawiać i czuć się bezpiecznie. Może mówić z Andrzejem o tym, o czym z nikim do tej pory mówić się nie dało - o literaturze, o marzeniach, o świecie wyobraźni i snów. Jej koleżanki miały trochę inne zainteresowania. Dzieliły się uwagami na temat Facebooka, Twiterra, mody i oczywiście chłopaków. Włosy farbowały na wszystkie kolory tęczy. Na udach i kostkach miały poprzyklejane wymyślne tatuaże i gdyby tylko mogły pozakładałyby sobie kolczyki, gdzie tylko się da. Chichotały na widok przystojnych chłopców i robiły wszystko, by tylko oni zwrócili na nie uwagę. Najważniejsze były cotygodniowe imprezy w osiedlowym klubie albo w domu którejś z nich. Szykowały się na te wyjścia zawsze jak na swój pierwszy bal a potem godzinami omawiały wrażenie, jakie udało im się wywrzeć na czarnobrewym, ubranym w skóry Waldku czy blond czupryniastym Adamie, szkolnym mistrzu szermierki. Niejdedna z nich miała już za sobą jakieś seksualne doświadczenia i te z nich bez ogródek dzieliły się pieprznymi opowieściami ze swymi przyjaciółkami.

A chłopcy? Chłopcy popalali w kątach papierosy albo skręty. Wymieniali się niezbyt wyrafinowanymi lingwistycznie uwagami na widok długonogich lasek, czyli dziewczyn. Przechwalali się swoimi możliwosciami i osiągnięciami w miłosnych podbojach. Emocjonowali się sportem albo grami komputerowymi. Na przerwach szkolnych, spośród ogólnie panującego hałasu wyróżniały się ich oryginalnie brzmiące, naznaczone mutacją głosy i wulgarne rechoty.

Czy wypadało w takim gronie pokazywać swoją inność? Czy można było ujawnić kawałek swojej wrażliwości? Czasami wystarczyło wypowiedzieć się trochę odważniej i wnikliwiej na lekcjach polskiego, analizując jakiś wiersz czy opowieść o uczuciach ludzkich, żeby potem wciąż słyszeć pod swoim adresem uwagi na temat swojej dziwacznosci i śmieszności. Wypadało wszystko traktować lekko, banalizować i wyśmiewać uczuciowość a na piedestał wynosić to, co modne, cool, trendy...

Małgosia była inna i tę inność, niestety, było widać. Ale, że uważano ją przy tym za uczynną i przydatną istotę (dawała odpisać od siebie na klasówkach, pisała za koleżanki wypracowania z polskiego) nie szydzono z niej za bardzo a tylko traktowano trochę, jak nieszkodliwą lecz w sumie sympatyczną dziwaczkę.

Andrzej pasjonował się szachami i wygrał już kilka turniejów wojewódzkich, zyskując tym samym szacunek swoich kolegów i imponujac im swoją ponadprzeciętną wiedzą. Był dobry zarówno z przedmiotów humanistycznych, jak i ścisłych. Potrafił zadać czasami nauczycielowi z historii takie pytanie, że jego kolegom aż szczęki opadały! Dlatego, chociaż nie trenował żadnych sportów siłowych ani popularnej w jego szkole koszykówki i choć miał trochę widocznej nadwagi, dawano mu spokój i liczono sie z jego zdaniem.

Był początek wiosny. I wszystkim trudno było usiedzieć na lekcjach. Marzyło im się, by dzień wagarowicza był codzień albo by wszystkich nauczycieli rozłożyła naraz jakaś grypa stulecia i żeby szkołę zamknięto na cztery spusty. Wybiegali z niej wszyscy na wyścigi, jak chmara rozświergotanych, zbyt długo trzymanych w klatce ptaków. Po niektórych z nich przyjeżdżali rodzice, bo musieli jeszcze odbębnić jakieś pozaszkolne zajęcia. Ci mieli smętne miny skazańców, bo najchętniej pobiegli by teraz do parku i poganiali po pachnących świeżą ziemią alejkach, obrzucając się zeszłorocznymi, zbutwiałymi liśćmi.


Małgosia wybiegła ze szkoły jako jedna pierwszych. Nie zdążyła nawet zapiąć kurtki a czapkę nałożyła byle jak, na bakier. Frunęła na spotkanie z Andrzejem nareszcie wolna od hałasu, od męczącego, szkolnego stresu. W plecaku niosła dla niego nowoodkrytą w szkolnej bibliotece książkę Doroty Terakowskiej pt. "Samotność bogów". Przejrzała ją uważnie i już wie, że to będzie kolejne, literackie olśnienie.


Na jego widok, tylko na chwilę, powróciła jej dawna nieśmiałość. Ale on uśmiechnął się do niej tak ciepło, tak serdecznie, że już bez wahania podbiegła do niego. I szli tak razem: on troszkę za gruby, ona troszkę za chuda. Dwoje zwykłych nastolatków z nieodłącznymi plecakami. Minęli ruchliwe ulice śródmieścia a potem, chwyciwszy się za ręce powędrowali do parku. Jak to dobrze, że w drodze do domu mogli iść tak sobie razem przez wiosenne, parkowe alejki. Przedłużać tę chwilę w nieskończoność. Patrzeć sobie w oczy i rozmawiać, wymieniać się uwagami jedno przez drugie, śmiać się i żartować, albo po prostu milczeć i wsłuchiwać się w swe niewypowiedziane jeszcze uczucia...


Minęły ich dwie koleżanki Małgosi: klasowe śmieszki i strojnisie Hanka i Danka. Robiły pod ich adresem jakieś głupie uwagi. Chichotały znacząco i kręciły dziwacznie biodrami, usiłując poruszać się z gracją w swych modnych bucikach na wysokim obcasie. Skręcili więc w boczną alejkę, chcąc pozbyć się natrętnego towarzystwa tych laleczek Barbie.


Przysiedli z tyłu placu zabaw. W pobliżu rzeźby, przedstawiającej uskrzydloną, piękną kobietę. Wczoraj długo o niej dyskutowali. Wyobrażali sobie, kim mogłaby być. Wymyślali jej historię, fantastyczną przeszłość. Nadali jej nawet imię: Królowa Ptaków...


Znowu przyszły jednak te muchy uprzykrzone - Hanka z Danką. I na złość im usiadły na tej samej ławce, oddając się z lubością swemu ulubionemu zajęciu: piłowaniu paznokci. Spoglądały przy tym wyzywająco na Małgosię i Andrzeja, tak, jakby chciały ich sprowokować do kłótni. Oj, będą jutro miały o czym gadać w szkole! Ależ cicha woda z tej Małgosi - ho, ho! No, kto by pomyślał?!


Ale Andrzej i Małgosia, nie przejmując się niczym, po prostu wzięli się za ręce i poszli przed siebie, nie zwracając uwagi na dziecinne docinki koleżanek. Zaczarowani sobą. Niedotykalni. Trzynastoletni zakochani...


Zerwał się ciepły, wiosenny wiatr. Chmara wróbli, gołębi, sikorek i srok zataczała koła nad parkowymi magnoliami. Wyglądało to tak, jakby tańczyły niezwykły, powietrzny balet. Czuły wiersz płynął szeptem wśród drzew a Królowa Ptaków przysłuchiwała mu się życzliwie i leciuteńko poruszała zaczarowanymi skrzydłami...


Nocni goście

Gospoda pod złotym liściem ma dziś niepospolitych gości. W kominku płonie niewidzialny ogień. Schowane głęboko w migotliwym żarze paleniska pieką się ziemniaki i kasztany. W glinianych dzbankach paruje grzane wino z wonnymi korzeniami. W starych, fajansowych kuflach pieni się piwo. Tańczą cienie płomyków świec, odbitych na ścianach, obrazach i w kieliszkach. A wszystko to za jakąś senną, nieprzenikalną dla zmysłów zwykłych śmiertelników mglistą żaluzją.

   Wokół największego w gospodzie stołu zasiadło dziwaczne towarzystwo. Jest dawny burmistrz miasteczka, tęgi Antoni. Podkręca sumiastego wąsa i śmieje się rubasznie. Jest ojciec krawcowej, niegdyś wzięty i znany na całą okolicę zegarmistrz Ambroży. Jest matka roztańczonej Agnieszki, cicha, nieśmiała Teodora. Jest Aleksander, mąż mieszkanki domu z czerwonymi dachówkami. A wśród tych znanych wszystkim postaci niezwykłym strojem i kolorytem wyróżniają się eleganckie mieszczki w staroświeckich, wciętych sukniach, panowie we frakach, piękne damy w kapeluszach o niebotycznie szerokich rondach.

   Oto dawni mieszkańcy miasteczka, którzy zauroczeni tym miejscem, zaklęci w czasie i uczuciach tu pozostawionych zbierają się co roku na Zaduszki, na wspominki i wzdychania, na niezapomniany kufelek tutejszego piwka, na wspólne śpiewanie, nocne chichotki i tęskne szepty. Schodzą ze starych, wyblakłych portretów i obrazków w sepii, wiszących na ścianach gospody. Przybywają z dawnych opowieści, wspomnień i snów, odzyskując na tę noc wyrazistość, kolor i moc niewygasłych uczuć. 
   Czy dużo się w gospodzie od ich czasów zmieniło? Tak, przybyło trochę nowych sprzętów, zniknęło kilka starych, ale wciąż jest tu ta sama atmosfera. Ten sam urok serdeczności i ponadczasowości. Nawet zegar ponad kontuarem nie ma ochoty na swój uparty, codzienny marsz i spoglądając życzliwie na gości gospody bez pośpiechu wsłuchuje się w ich wspomnienia i westchnienia.

   Za sprawą pełnych intensywności spojrzeń a także tańca radosnych ogni w kominku w gospodzie robi się coraz cieplej. Wkrótce wesołym gościom kolory na twarze występują. Niektórzy zaśmiewają się wspominając swoje i cudze wpadki, anegdotki, ploteczki. Jakieś pieski szczekliwe i dokazujące ogryzają nogi stołu. Gruby, biały kot łasi się do gości, błyskając wszystkowiedzącymi, fosforyzującymi ślepiami. Właśnie przysiada na kolanach drobnej, otulonej w błękitny szal, pachnącej jaśminem i miętą staruszki. Spogląda wnikliwie w jej oczy i mrucząc opowiada o swoich tajemnych drogach poprzez srebrzyste zakątki wyobraźni, skrytki najdelikatniejszych marzeń i zamierzeń losu. Szepcze jej o spacerach po drogach mlecznych i cienistych zaułkach dalekich, niedosiężnych dla przeciętnych śmiertelników przestrzeni.

   Wróżka Konstancja uśmiecha się do niego i słuchając gruchającego mruczenia uważnie gładzi pieszczotliwie miękkie futerko czerpiąc z tego dotyku najgłębszą wiedzę o tym, co było, jest i będzie a także serdeczną, gwiezdną energię i spokój bezczasu…

  A gdy kot, ukojony jej czułą pieszczotą przymyka oczy i usypia staruszka zagaduje serdecznie do dawnych przyjaciółek z dzieciństwa. Doskonale pamięta jak spotykały się na ślizgawce w miasteczku a potem chodziły na gorące kakao do cukierni, gdzie w tajemnicy przed rodzicami córka cukiernika Eulalia częstowała koleżanki przygotowywanymi na święta najlepszymi na całym świecie pierniczkami…Innym znów razem biegły do parku by karmić wiewiórki a potem szczęśliwe i zmęczone odwiedzały gospodę i przysiadały gdzieś w cieniu, by odpoczywając wsłuchiwać się w historie snute tu przez wędrowców z dalekich stron.

   Pełna werwy, korpulentna Adelajda, babka obecnej gospodyni Hanny kręci się jak fryga po tym pachnącym dymem z kominka i starymi perfumami wnętrzu! We wszystkim pomaga jej córka Dorota. Roznosi w misach gorące kasztany. Częstuje pąsowo-amarantowymi nalewkami na dzikim bzie i płatkach róży. Zaprasza do wspólnego śpiewu i tańca. Młody, nieustannie zakochany w urodziwej Dorotce mąż Artur porywa ją w tany. Przez jakiś czas wirują na drewnianej podłodze zapatrzeni w siebie, pogodni, pełni nadziei i szczęścia. Nie pamiętający o dawnych radościach czy smutkach, o spełnieniach i tęsknotach. O nieistnieniu w świecie, w którym kiedyś wyroki losu nagle i niespodziewanie kazały im pozostawić ich jedyną córkę – Hanię.

   W pewnym momencie jednak Dorota przerywa ten beztroski taniec. Nasłuchuje. Przykłada palec do ust i wpatruje się z natężeniem w oczy męża. Do ich uszu dociera ciężkie westchnienie śpiącej na pięterku córki.  A zaraz potem jej jęk i szloch. Większość zgromadzonych w gospodzie osób nieruchomieje i wsłuchuje się w te dźwięki z pełnym bezradności smutkiem. Także Adelajda porzuca swoje zajęcia a ocierając dłonie w fartuch szepcze:

- Dzieci moje, naszej Hani śni się coś złego. Trzeba dziewczynkę jakoś pocieszyć! Nie mogę się tu bawić i udawać, że nie słyszę tego, kiedy przecież słyszę tak wyraźnie, że serce mi pęka! – i staruszka już wspina się po skrzypiących, drewnianych schodkach wiodących na facjatkę. Za życia była prędka do podejmowania wszelkich decyzji i nadal taka jest. A przecież mglisty wymiar, w którym teraz przebywa oddzielony jest nieprzekraczalną barierą od świata wyrazistości codziennych, ludzkich przeżyć i doznań. I choć te dwa światy łączą ze sobą w niekończącym warkoczu uczuć, to trudno wpłynąć na poszczególne sploty, na drogę ku przeznaczeniu.

   Księżyc oświetla twarz Hanny chłodnym, seledynowym blaskiem i wplata srebrzysto-diamentowe iskierki w jej rozrzucone po poduszce, miedziane włosy. Kobieta ciężko oddycha. Na jej policzkach widoczne są ślady łez. We śnie znowu jest dziewczyną, którą raptem dosięga straszna wiadomość o wypadku rodziców.

- Nie, to niemożliwe, to się nie stało naprawdę – jęczy i biegnie na skróty przez park, żeby zobaczyć tę drogę, to miejsce…

Ale zamiast dotrzeć tam przysiada przy parkowej rzeźbie, przedstawiającej wspaniałą, uskrzydloną kobietę. Przytula czoło do jej dłoni. Szlocha…

- Mamo, mamusiu…Nie odchodź ode mnie. Pamiętasz? Miałyśmy razem przesadzać malwy, przycinać róże, robić maść z żywokostu. Miałaś upinać mi welon do slubu a potem huśtać moją córeczkę na kolanach…
   Kobieta przekręca się gwałtownie na wznak. Otwiera szeroko oczy i niewidzącym wzrokiem spogląda w dal. Nagle woła:
- Tato, tatuniu! Zobacz, umiem już sama rozpalać ogień w kominku, umiem nawet porządnie narąbać drew. Byłbyś ze mnie dumny!Tatko, mieliśmy wybrać się razem na leszcze. Nauczyłeś mnie przecież zakładać robaki na haczyk...A teraz nasze miejsce jest puste...A nasza rzeka śpiewa chyba tylko o samotnosci...
Gospodyni wzdycha ciężko i ucicha. Zaczyna się nowy sen...

   Wiatr podnosi chmurę świeżo opadłych puszków topoli i oto Hanna siedzi w gospodzie zasłuchana w magiczną muzykę skrzypiec. Grający na nich mężczyzna patrzy na płomiennowłosą Gospodynię z uwielbieniem. Gra jej opowieść o wiecznej miłości, o gorącym lecie, o kolorowej, pełnej maków łące, na której tańczą i tańczyć będą zawsze zaczarowane sobą ludzkie serca.

   W tej chwili na twarzy Hanny widać spokój i blask szczęścia. Kobieta uśmiecha się i ściska mocno poduszkę.

- Mój kochany… Twoje nadzieje są moimi. Nareszcie czuję, że żyję…Tak mi ciepło! Tak dobrze. Już zawsze będziemy razem…

Chwilę potem poduszka wypada jej z ramion i Hanna miota się bezradnie w wielkim, małżeńskim łożu rodziców.

- Gdzie jesteś? Dlaczego maki przekwitły?  Wszędzie tak cicho, tak pusto…Boję się. Nie dam rady sama…

   Adelajda pełna współczucia dla wnuczki gładzi jej czoło, przytula, całuje drżące powieki. Lecz nie udaje się jej przeniknąć do męczących snów Hanny. Wreszcie staruszka nuci jej starą kołysankę. Ulubioną kołysankę Hani z czasów, gdy tamta była jeszcze pogodnym, beztroskim dzieckiem a babcia usypiała ją wieczorami opowiadając baśnie i nucąc takie, jak ta właśnie szemrzące jak górski potok, kojące piosenki.

Za morzem i górą, za borem i łąką
Kraina jest cudna, gdzie zawsze jest słonko
I wszyscy szczęśliwi a dzieci radosne
Witają dzień każdy, jak święto, jak wiosnę…

   Ale Hania nie słyszy piosenki. Przepełniona niepokojem oraz dusznym lękiem drży i miota się bezradnie w swej samotnej sypialni. Babka Adelajda milknie. Widzi, że choć bardzo chce pomóc, to niczego tu nie zdziała. Wstaje, podchodzi do okna i spogląda z wyrzutem w oblicze zupełnie obojętnego, zdawałoby się, na cierpienie ludzkie księżyca.

- Jakoś źle to jest wszystko urządzone. Czy ona musi tak cierpieć…? Czy nie można by czegoś zrobić…?

   Księżyc, jak zwykle, nic nie odpowiada. Tylko ciemna chmura, nadciągającego od zachodu deszczu przysłania na chwilę jego tajemnicze, nizinne przestrzenie teraźniejszości i głębokie jak kosmiczne doliny zamiary.

- Śpiewaj dalej Adelajdo! W tę zaduszną, jedyną w roku noc, nawet księżyc pragnie pogodnej, ciepłej pieśni! – słyszy nagle babka czyjeś ciche, lecz pełne niezwykłej mocy słowa.

   Staruszka obraca się, dostrzegając ze zdziwieniem, że na progu izdebki stoi wróżka Konstancja a tuż przy niej przejęci i wzruszeni tą chwilą Dorota z Arturem. Trzymają się za ręce i patrzą z ogromną miłością na swą nieświadomą ich obecności córkę. Potem spoglądają z nadzieją na księżyc, po którego srebrzystym promieniu wędruje właśnie biały kot i cicho mruczy melodię babcinej kołysanki…

Gdy wieczór zapada i dzieci się kładą
To gwiazdy z księżycem im szepczą swe baśnie
A kwiaty na łąkach wciąż pachną i pachną
Dopóki Ty także spokojnie nie zaśniesz…

   Wreszcie twarz Hanny wypogadza się. Miedzianowłosa kobieta przewraca się na bok, otula kołdrą aż po same uszy i usypia głęboko, nie niepokojona już przez żadne sny i widziadła.

- Co z nią będzie wróżko? – pytają pełni troski rodzice Hanny powoli wracając do reszty gości, oczekujących ich w izbie na dole.

- Czy wreszcie los pokaże jej swe łaskawe oblicze? – domaga się odpowiedzi także i Adelajda, drepcząc tuż obok otulonej w błękitny szal staruszki.

   Konstancja nic nie odpowiada. Uśmiecha się tylko leciutko i przykłada palec do ust. A ich myśli spowija wówczas spokój oraz pachnąca jaśminami i miętą nadzieja.

   I znowu gospoda rozbrzmiewa muzyką. Przecież nadal trwa bardzo wyczekiwana przez cały rok zaduszkowa noc. Pojawić się tutaj mogli nareszcie wszyscy ci, którzy w tym miejscu spędzili wiele dobrych chwil. Tu, w serdecznej, biesiadnej atmosferze odpoczywali po pracy. Śpiewali pieśni. Zwierzali się sobie wzajemnie. Zaczerpywali oddechu przed trudami dalszej podróży. Przed wyruszeniem w świat pełen zgiełku, obojętności, pozerstwa a przede wszystkim pogoni za karierą i pieniądzem. A chociaż na co dzień przebywają teraz w rejonach spokojnych, eterycznych, nie zbrukanych marnością oraz ulotnością uczuć, to nadal pragną tutejszego ciepła, żaru, spokoju, magii. Przyzywa ich tu coś najważniejszego: miłość, tęsknota i siła wspomnień z dawnych, dobrych czasów. I choćby zdołali już do tej pory osiągnąć zupełnie niedosiężne dla innych rejony, choćby poznali niezwykłe rzeczywistości, światy tajemne i wspaniałe - dziś i tak zbierają się tutaj. Dziś ich noc. Ich święto.

   Toasty raz po raz spełniają. Zajadają się gorącym, przepysznym żurem. Parzące, wonne ziemniaczki z żaru wygarniają i snują, snują swe opowieści. A w tych opowieściach lata całe w chwile się wplatają. I już nie wiadomo gdzie w tym jest czas, gdzie przestrzeń. Kolorowe suknie pan szeleszczą cichutko jak jesienne liście. Fraki i garnitury panów odświętne i nieskazitelne budzą podziw i wzruszenie.

   A gdy zbliża się pora świtania milknie muzyka, ogień w kominku dopala się, szepty i śmiechy odpływają coraz dalej i dalej. Wkrótce już wszystko się wycisza, blednie, ubiera w delikatne barwy poranka. Róże w wazonach na stolikach więdną, żółknąc powoli i nieubłaganie poddając się dotykowi przemijania. 
 I już tylko delikatne cienie przez jakiś czas jeszcze pozostają na ścianach i w kątach, tańcząc tam i wirując razem z drobinkami kurzu i płatkami róż. Wreszcie wstaje słońce i jak gdyby nigdy nic napełnia ciepłym blaskiem listopadowy dzień...


   A Hanna? Hanna budzi się, przeciera oczy, uśmiecha z wdzięcznością czując na mokrym jeszcze od łez policzku serdeczny dotyk słońca…




  

 



Ponad wodami, cz.1



   Obok miasteczka płynęła rzeka. Bardzo stara i nigdy nieposkromiana żadnymi wałami i obwarowaniami. Latem obrastało ją gęste sitowie, trzciny, wikliny i krzaki dzikich róż. Zimą krajobraz był surowszy, ale równie piękny. Każdą gałązkę pokrywała bielutka szadź. Stare, zamarznięte listeczki zasnęły w tej na zawsze zaklętej chwili. Chwili zatrzymanej zieleni. Rzeka miała moc przytrzymywania zagubionej chwili, straconego czasu. Wyczuwały to nawet dzieci, które tu właśnie, pośród tej gęstej roślinności budowały sobie latem kryjówki, zamki, magiczne domki. Tam bawiły się całymi godzinami a czas przyglądał im się życzliwie. I nigdzie ich nie popędzał. Tutaj mogły być na zawsze dziećmi.


Kiedyś takim właśnie dzieckiem był Jan. Wtedy nazywany przez wszystkich małym Jaśkiem. Zawsze nieśmiało stojący z boku. Cicho przysłuchujący się głośnym, rozbrykanym zabawom rówieśników. Zapatrzający się stale w płynące rzeką kawałeczki patyczków, w kolorowe, mknące w dal listeczki i marzenia. Dzieci budowały z gałązek szałasy. On chętnie i wytrwale znosił na miejsce budowy największe ich ilości, bo choć zawsze był zbyt mały, jak na swój wiek i zbyt cichy, to wszyscy cenili go za chęć pomocy, za pogodne i życzliwe wszystkim usposobienie, za niezwykłą, wewnętrzną siłę.


A kiedy już dzieciaki mościły się w szałasach i udawały dzikich Indian albo walecznych rycerzy w swoich zamkach, Jaś siadał zawsze z dala by mieć widok na ukochaną rzekę. Spoglądał w jej bezkres i wyobrażał sobie jej zakola, odległe, tajemnicze meandry, wszystkie, drogi którymi podążała w szeroki, nieznany świat.


Pewnego dnia zasiedział się tak bardzo, że nie dosłyszał nawet nawoływania kolegów, wracających już do domu. A może słyszał, tylko tak dobrze było mu tam samemu, że udał, iż nie słyszy?


Wrzucił do wody gałązkę nadrzecznej wierzby. Zawirowała, zakręciła się w miejscu. Zamyśliła chwilkę, jakby nie wiedząc, w którą stronę ma właściwie zmierzać. A Jaś popatrzył na nią serdecznie i dmuchnął z całej siły. Och, jak dużo było mocy w jego drobnych piersiach! Gałązka obróciła się szybciutko i popłynęła. Daleko, daleko! Zabrała ze sobą jego najskrytsze marzenie. Zabrała w świat pragnienie zaklęte w tym małym, nieśmiałym Jaśku.


Potem Jaś dorósł. Jego życie płynęło skomplikowanymi zakolami. Jego los skręcał nagle bardzo gwałtownie i bardzo boleśnie na boki. Czasem nawet zdawało się Janowi, że już nic nie ma i nie może być dalej. Tak bardzo cierpiał i tak bardzo przestał wierzyć w marzenia.


Rzadko przychodził nad tę swoją ukochaną niegdyś rzekę. Bał się rozdrapywania ran. Obawiał się bezsensownego obudzenia mrzonek.


Ale tego dnia nie umiał oprzeć się dziwnej i niewytłumaczalnej niczym potrzebie. Był koniec zimy. Śniegi topniały. Błotnista maź wciskała się do butów, przemaczała spodnie i skarpetki. Ludzie z utyskiwaniem zdążali do pracy, do kościoła, do swoich codziennych, zwykłych obowiązków. A Jan naciągnął na uszy starą, granatową czapkę. Szybko narzucił na plecy swój znoszony kożuszek i poszedł a właściwie pobiegł nad rzekę. Czego się tam spodziewał? Sam nie wiedział. Gnała go jakaś pustka, jakaś tęsknota, jakiś dojmujący brak. Tyle lat już był sam. Powinien przywyknąć do tego stanu. Powinien wrosnąć w samotność. Oswoić ją dla siebie i nie łaknąć więcej. A jednak jego serce wciąż biło i wciąż dawało znaki, że warto dać mu jeszcze jedną, może ostatnią szansę. Jeszcze jeden wysiłek. A więc uwierzył sobie i porzucił swe codzienne sprawy by pobiec do ukochanego miejsca swojego dzieciństwa. Nad starą, dobrą rzekę.


Trwały roztopy, a więc rzeka wydawała się szersza niż zwykle. Wzburzone wody pędziły przed siebie jak szalone. Szumiał wiatr w nagich gałązkach wikliny. Szeleściły nieopadłe, suche liście. Spojrzał w dal. I poczuł rozczarowanie. Niczego tam nie było. Znowu bezmiar i znowu dojmujący brak. Po co więc tu dziś przybiegł? Czego oczekiwał? I już miał się odwrócić i odejść, bo głupio mu się nagle zrobiło, że taki wciąż jest niepoprawnie naiwny, choć stary, gdy nagle usłyszał śpiew. Czy to przywidzenie? Czy to przesłyszenie? Spojrzał na drugi brzeg rzeki i spostrzegł tam kasztanowowłosą kobietę, nucącą jakąś starą melodię, znaną mu chyba jeszcze z dzieciństwa. Nuciła cichutko, nieśmiało, delikatnie. Stała zapatrzona w bezmiar wód a w dłoniach trzymała gałązkę nadrzecznej wierzby. W jej głosie był smutek, tęsknota, melancholia, ale i ciepły upajajacy, magnetyczny blask.


Spojrzał jak wiatr bawi się jej włosami. Dostrzegł ją ponad wodami. I zatonął w zieloności jej spojrzenia...




Ponad wodami, cz. 2



Nie umiała już dłużej usiedzieć w pracy, bo wytęsknione przez całą zimę promienie słońca właśnie teraz centralnie świeciły w jej okno i zapraszały na spacer. Spoglądała z zazdrością na ludzi, wolnych od tortury wysiadywania w biurze do szesnastej, spieszących gdzieś przed siebie i mijających obojętnie jej okno. Niektóre kobiety porozpinały płaszcze, pościągały czapki i chłonęły całymi sobą to upragnione słońce. Niczym była błotnista chlapa na chodnikach. Niczym psie kupki, w które zapatrzone przed siebie istoty płci żeńskiej i męskiej wdeptywały raz po raz. Czas się przeistaczał i ogarniał swą zaczarowaną falą każdego przechodnia, zapraszając do tanecznego spaceru ulicami miasteczka albo wiodąc go gdzieś dalej, do parku, do lasu, na bezkresne pola albo nad rzekę...


Ogarniał i zapraszał do wyjścia na powietrze także i Krystynę, ale musiała trwać jak wmurowana jeszcze parę godzin w pracy i czekać na petentów, których tego dnia prawie wcale nie było. Nerwowo przejrzała wszystkie papiery leżące na biurku. Czy na pewno sprawdziła wszystko? Czy kierowniczka nie będzie się czepiać? Nie, wszystko było w porządku, a więc westchnęła i wyjęła z szuflady biurka swój zeszyt z wierszami. Dawno już niczego nie napisała. To przedwiośnie jednak obudziło w niej jakieś nowe strumienie myśli i nadzieje. Dotąd bała się zerkać do środka, by nie natknąć się na ten wiersz. Wiersz od Niego…A może właśnie powinna go teraz przeczytać i przekonać się, że ból nareszcie minął, że nie czuje już tego upokorzenia, tej beznadziei samotności?

A jeszcze rok temu było tak pięknie…On przeczytał jej poezje w Internecie i zauroczony nimi słał do niej dzień w dzień cudownie romantyczne listy. Ona na początku traktowała to bardzo lekko. Śmiała się, że ma tajemniczego adoratora z boskiego panteonu, gdyż on posługiwał się niezwykłym nickiem „Helios”. Tak zawsze podpisywał swoje przepiękne listy. A ona, choć chłonęła je całą sobą, to nie przyznawała się sobie ani przed koleżankami, którym czasem jego listy czytała do tego, że robią na niej naprawdę duże wrażenie. Tak długo była już sama, że chyba przywykła do tej samotności i nie szukała nikogo, nie ufając w prawdziwą miłość, ani w szczerość męskich słów. Jednak Helios nie chciał od niej niczego, prócz tego, by mógł czytać jej wiersze i pisać o swoich uczuciach do niej. Mieszkał na drugim końcu Polski a więc ewentualne spotkanie nie byłoby tak proste w ich przypadku. I tak było dobrze. On tam. Ona tu. Para wirtualnych kochanków. Współcześni Abelard i Heloiza…


Po kilku miesiącach takiej korespondencji zapragnęli usłyszeć swój głos. Przejść na nieco wyższy etap znajomości. I znowu zaiskrzyło! Głos Heliosa brzmiał ciepło, miękko, głęboko i magicznie. O jej głosie mówił, że brzmi jak czarodziejski dźwięk harfy, że tak pewnie mówią wróżki i elfy. Jakież to było dziecinne, naiwne i w gruncie rzeczy śmieszne, lecz ją, niestety, ujęło. I szła w ten czar coraz głębiej i głębiej, wierząc, iż to właśnie im zdarzył się ten cud idealnej miłości, to odnalezienie drugiej połówki jabłka. Zaczęli snuć wspólne plany na przyszłość. Wyobrażać sobie siebie razem w jakimś odległym, przypadkowo na mapie wybranym miejscu, które byłoby ich ukochanym, zbudowanym ich uczuciami domem…A nie wiedzieli nawet jak wyglądają i jak nazywają się naprawdę. Jakoś wówczas nie była im do szczęścia ta wiedza potrzebna. Grunt, że dusze się spotkały, rozpoznały i związały ze sobą mocą wielkiego uczucia.


Jednak i to się wreszcie zmieniło, gdyż każda żyjąca dusza ma przecież i ciało a to ciało miało własne pragnienia i wyobrażenia. W związku z tym wyznaczyli sobie termin i miejsce pierwszego spotkania. Miało to nastąpić w pierwszych dniach października, gdzieś w połowie drogi między ich miasteczkami. Miała czekać na niego o umówionej porze w pewnej nastrojowej kawiarni w śródmieściu. Ubrała się pięknie. Nowy, błękitny płaszcz, szare czółenka na wysokich obcasach. Fryzura prosto od fryzjera. Jej kasztanowe, długie do ramion włosy były modnie wycieniowane i ułożone. Czuła się młoda i ładna, chociaż dawno już przecież przekroczyła trzydziestkę. Pilnie rozglądała się dookoła w poszukiwaniu mężczyzny swego życia. Miał przyjść do kawiarni z tomikiem jej wierszy pod pachą. Po czymś przecież musieli się rozpoznać. Oczy Krystyny lśniły radością spodziewanego spotkania a ręce nie umiały sobie znaleźć miejsca i bezustannie mięły róg obrusa na kawiarnianym stoliku. Minął kwadrans. Pół godziny. Zaczęła się niepokoić. Godzina. Spoglądała raz po raz na zegarek. Słała sms-y. Wydzwaniała. I nic. Głucha cisza.


Po dwóch godzinach pełna strachu o niego poszła na dworzec, by znaleźć jak najszybsze połączenie do jego miasteczka. Musiała pojechać do niego i dowiedzieć się, dlaczego nie przyjechał na spotkanie, dlaczego się nie odzywał? Drżała o niego. Była pewna, że coś mu się stało. Coś bardzo złego. Pewnie jadąc od niej miał wypadek. Pewnie leży teraz w szpitalu i nie może jej zawiadomić, a może nawet…Nie, o takiej strasznej ewentualności nie chciała nawet myśleć. Oszalałym z niepokoju wzrokiem przebiegała po małych literkach rozkładu jazdy. Och, dopiero jutro rano! Trudno! Wysiedzi tu jakoś całą noc na dworcu a rano pojedzie pierwszym pociągiem by być blisko niego.


Kilka godzin potem, gdzieś tak około dziewiątej wieczorem Helios nagle zadzwonił i od razu powiedział, że to koniec między nimi. Tak ni z gruszki ni z pietruszki! Bo, jak mówił, nagle zrozumiał, iż ona nie jest jednak tą jego wyczekaną kobietą z marzeń. Prosił, by się na niego nie gniewała, by zrozumiała i doceniła jego szczerość i otwartość. Dodał jeszcze by nie pisała już więcej do niego, nie próbowała go szukać, by nie psuła miłych wspomnień z czasów ich korespondencyjnej miłości. Głos miał ten sam, co kiedyś ciepły, głęboki, magiczny…Ale treść przekazywanych słów przeczyła zupełnie temu pozytywnemu wrażeniu. Na jej pełne niedowierzania, wypowiedziane pełnym nabrzmiałego łkania szeptem pytanie -dlaczego - żachnął się tylko i powiedział twardo i zdecydowanie, że nie ma sensu tego przedłużać, dziękuje jej za to, co było i żegna ją na zawsze…


Skończył rozmowę. I koniec. Głucha cisza w telefonie. Głucha cisza w niej. Tylko niepokorne łzy kapały po policzkach na błękitny, nowy płaszczyk…


Czy próbowała skontaktować się z Heliosem mimo wszystko? Tak, próbowała! Nie bacząc na poniżenie, na lęk przed ponownym odrzuceniem, na upokorzenie. Chciała po prostu by wytłumaczył jej, dlaczego tak postąpił? Ale nie odbierał telefonu. Nie odpisywał na listy. Zamilkł. Zniknął. Przepadł.


Zostały jej jego wiersze, ogromna, codzienna korespondencja, mnóstwo wspomnień.


Nie umiała się z tym wszystkim uporać. Dojść do siebie. Zrozumieć coś, czego nie dało się zrozumieć.


Po kilku tygodniach nieustającego bólu i żalu przyszedł wstyd i gniew na samą siebie, że jak idiotka uwierzyła nieznanemu mężczyźnie posługującemu się jakże pretensjonalnym, infantylnym nickiem Helios. Wykasowała wtedy jego listy i wiersze ze swej poczty mailowej. Został jej tylko jeden jego wiersz, przepisany kiedyś do zeszytu z jej własną poezją. Wiersz o cudownej, idealnej miłości:





...A oni objęci, a im nic nie grozi

Płyną zapatrzeni na magicznej łodzi

Nie ma nic dokoła. Świat ich nie dotyka

On ją wtula w siebie. Ona nim oddycha...”


Krystyna westchnęła…Pierwszy raz zdołała przeczytać ten wiersz bez bólu. Ot, poczuła tylko chłodny dotyk dalekiego wspomnienia, lekki żal i to wszystko…Zamknęła zeszyt i popatrzyła znów za okno. Uśmiechnęła się do samej siebie i do tych widoków, rozpościerających się przed jej oczami. Nastroje były coraz bardziej wiosenne. Kolorowo ubrani chłopcy i dziewczęta chodzili ściśle objęci i sobą tylko zauroczeni. W dal odpłynęły wszystkie chmury i błękit nieba stał się wręcz pocztówkowy. Nieopodal kwiaciarki sprzedawały już pierwsze żonkile, tulipany a także młode gałązki brzozy, obsypane jasnozielonymi listeczkami. Pachniało ciepłym, nowym życiem tętniącym powietrzem. I płynęła skądś jakaś dziwna tęsknota…Coś nieokreślonego nieustępliwie przyzywało Krystynę, by wreszcie wyszła z dusznego biura i pobiegła za miasto. Nie mogła, po prostu nie mogła już dłużej opierać się temu pełnemu mocy głosowi.!

Spojrzała na zegarek. Jeszcze pół godziny. Nie, nie wytrzyma dłużej tego czekania! Pójdzie do szefowej i powie, że musi koniecznie wyjść dzisiaj wcześniej a jutro to odrobi. Wymyśliła coś tam pilnego do załatwienia na mieście a szefowa, sama dzisiaj dziwnie roztargniona, nawet nie dopytywała o tak nagłe przyczyny tego przedwczesnego wyjścia z pracy.


Och, powietrze! Powitało ją natychmiast cudownie rzeźkie, choć jeszcze chłodne, marcowe powietrze! Wybiegła z kamienicy wprost na rozsłoneczniony trotuar. Gołębie, wróble i sroki całymi chmarami obsiadły plac i wyjadały okruchy bułek, którymi raczyli je przechodnie. Krystyna, ciesząc się, że ma na sobie wygodne, skórzane, nieprzemakalne botki pół szła, pół biegła na skróty przez ryneczek, wpadając po drodze w kałuże i błoto. Nic To! Byleby szybciej za miasto. Do lasku! Tam, gdzie płynie ukochana rzeka jej dzieciństwa. Magiczne miejsce odrodzenia sił życiowych. Świat dziecięcych zabaw i marzeń. Dawno tam nie była. Kiedyś lubiła przesiadywać na wysokim brzegu rzeki, odpływać w zamyślenie, w bezkres nowych możliwości i pragnień. Potem zagarnęła ją fala goryczy i rzeka przestała przyzywać ją swym czarem nadziei. Ale dzisiaj wyraźnie usłyszała jej głos, poczuła jej zapach. Przeszła przez most i wąską, błotnistą ścieżynką między wierzbami doszła na sam brzeg. Rzeka szumiała jak radosna wichura. Błyszczała w popołudniowych promieniach słońca milionem serdecznych, niewinnych wspomnień. W tych brylancikach wody, w tych płynących po kamieniach strumykach była sama kwintesencja życia. A Krystyna zerwała gałązkę wierzby i zapatrzyła się w dal, wzdychając z ulgą i uśmiechając się do swych myśli. A potem zanuciła cicho tę popularną piosenkę żołnierską, tę samą, którą kiedyś śpiewały z dziewczynkami, budując tamy na rzece: „Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen. Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten?”

A śpiewając tak sobie cichutko dostrzegła po drugiej stronie rzeki jakiegoś mężczyznę w kożuszku i granatowej czapce, który spoglądał gdzieś w dal a w jego oczach widoczny był głęboki smutek i rozczarowanie. Wówczas, sama nie wiedząc, czemu to robi, zaśpiewała trochę głośniej, chcąc wyrwać go z tego przykrego zamyślenia. Wtedy dostrzegł ją ponad wodami. Zobaczył jak wiatr bawi się jej kasztanowymi włosami i zatonął w zieloności jej spojrzenia…




Przebudzenie



W miasteczku odnalezionych myśli czasem czas zamiera. Uliczki są puste. Wiatr chowa się w śnieżnych zaspach i tam głęboko śpi. Dziwny stan zawieszenia. Nic się nie dzieje. Dzianie usnęło razem z miasteczkiem. Widać piękną, kolorową pocztówkę. A mróz ścina tę rzeczywistość nieustępliwymi soplami lodu, zwieszającymi się z okapów dachów, płotów i gałęzi drzew.


A potem przychodzi odwilż. Spada jedna kropelka. Stukocze uporczywie po zamarzniętym bruku. A ten dźwięk dochodzi do uszu uśpionych mieszkańców. Potem goni ją druga kropla. I trzecia. Nadchodzi jakaś zmiana.

Stara, śmieszna wróżka Konstancja otula się błękitnym, wyleniałym szalem i spogląda przez swe czarodziejskie szkiełko. Łapie w nie promień słońca i sprytnie obracając nim w powykręcanych reumatyzmem dłoniach, bada rzeczywistość.

- Już czas.... - szepcze i uśmiecha się tajemniczo. A potem nakierowuje ten promień na okna domów na rynku. A one zaczynają lśnić i mienić się tęczowo. Potem wróżka wdziewa zniszczone buty i drepcze do studni. Spogląda w dół na taflę wody i wrzuca doń zaczarowany uśmiech. I woda zaczyna błyszczeć, drżeć, tańczyć. Słyszy to wiatr i się budzi. Przeciera oczy i rozgląda się ze zdumieniem. - Ile roboty, ile roboty przed nim...

Niech wszystko wokół zawiruje. Śmiech, kurz, płacz i marzenia. Wiatr przeciąga stare kości a gałęzie radośnie otrząsają się ze śniegu. Sen opada w dół. Jest tylko mglistym wspomnieniem.

Wróżka spogląda przez swe szkiełko i widzi nową nadzieję. Miasteczko znów się budzi...



Kolejny, zaczarowany promień



Taki właśnie promień zamigotał o świcie w oknie samotnej kobiety, mieszkanki domu z czerwonymi dachówkami. Tej samej, która jesienią siadywała samotnie ze swym kotem na kolanach i czytywała wiersze sprzed lat. I ten najbardziej ukochany, najbardziej bolesny:


"Przy kominie, o szarej godzinie

Siedzimy w półmroku

Śpią wspomnienia lata

Za oknem październik..."


Nie, dość już cieni przeszłości. Dlaczego ten dzisiejszy promień tak się na nią uparł? Czego on od niej chce?


Zdumiona tym zaczepnym blaskiem wstała i wyjrzała z ciekawością na dwór. Resztki szarego śniegu dogorywały przy krawężnikach chodników, ale powietrze migotało wielobarwnie a wiatr nucił wesołe, słoneczne pieśni. Pani Teresa, nie bacząc na wczesną porę i na chłód ubrała się szybciutko i wyszła z domu, zaciagając się z rozkoszą świeżym powiewem.Spojrzała na dachy domów. Błyszczały rosą i wszystkimi kolorami tęczy. Niebo ponad nimi ubrało się w królewskie odcienie różu i złota.W dole oszalałe ze szczęścia wróble obsiadły rosnące przy rynku klony i platany. Psy uganiały się radośnie wokół obsadzonego tulipanami skweru.Przyszedł jej wówczas na myśl zupełnie inny wiersz:



"...A może mam zaufać słońcu

Co mi zbudzenie zsyła

Może tej wiośnie, co chce w końcu

Na dobre zostać chyba?..."


Coś kazało jej pójść w stronę studni na rynku. Kiedyś, w dzieciństwie, bardzo lubiła spoglądać w jej tajemnicze mroki i wypatrywać tam z nadzieją zaklętych korytarzy, fascynujących sekretów. Kiedyś miała tyle marzeń i planów. Potem życie oduczyło ją tej ciekawości i tej nadziei. Nauczyła się zadowalać tym, co jest. Nauczyła się cierpliwie znosić swój samotny los. Czasem tylko rozdrapywała swe rany, czytając dawne miłosne listy i poezję. A czas biegł, zapomniawszy o niej, więc i ona zapomniała o czasie. Wrosła w swoją ciszę, w bezpieczny, cichy, nienaruszalny kąt żywszych niż rzeczywistość wspomnień.


Ale dzisiaj to na pewno nie był już czas przypominania sobie tego, co było i minęło. Dzisiaj było jakąś dziwną, niezrozumiałą zupełnie obietnicą. Zapowiedzią ukrytą w migotliwym powietrzu, w tańczącym wokół jej myśli promieniu. Ten wiecznotrwały ból z serca gdzieś uleciał, znikł, prześnił się i został w topniejących zaspach poszarzałego śniegu.


Stanęła przy cembrowinie studni i zajrzała w głąb. Na dnie coś lśniło niewyraźnie, jak odległy poblask słońca. Wpatrzyła się w to zaintrygowana i wyraźniej już zobaczyła maleńki krążek - złoty dukat. Ach - westchnęła – a więc ludzie nadal to robią? Wciąż mają marzenia i wciąż wrzucają tu swoje monety? Wierzą w legendę, w przepowiednię, że kto o wczesnym, rozsłonecznionym różowością świcie wrzuci tu dukata i wypowie najskrytsze swe życzenie, temu się spełni...


Ze zdumieniem i niedowierzaniem sięgnęła do kieszeni swojego płaszcza i namacała tam chłodny, okrągły kształt. Trzymała w palcach złotą, lśniącą teraz pełnym blaskiem monetę. Obracała ją w dłoniach, nie potrafiąc zrozumieć skąd się tam wzięła. Wszędobylski, figlarny promień zajrzał jej w oczy i połaskotał policzki. A wtedy pani Teresa nagle i bez zastanowienia uśmiechnęła się do własnych myśli i wrzuciła złoty krążek w czarodziejską toń studni. I wypowiedziała przy tym bardzo śmiałe marzenie. Takie marzenie, w którym zawierało się wszystko. A studnia odpowiedziała jej radosnym, pełnym obietnic pluskiem...


Roztańczona Agnieszka


    Krąży po miasteczku przygarbiona, dziwaczna, stara Agnieszka. Krąży, do siebie gada. Ni stąd ni zowąd wybucha śmiechem lub rozpaczliwym płaczem. Wcale nie chciała tutaj zostawać...Miasteczko nie było jej celem...I kiedyś wreszcie przecież musi się jej udać to, co sobie wymyśliła....
   Bo kiedyś, bardzo dawno temu wyruszyła na najważniejszą wyprawę swego życia. Ze sobą miała tylko starą, zniszczoną walizkę a w niej kilka książek, trochę ubrań. Chciała dotrzeć do Ameryki. Słyszała o tamtejszych cudach. Marzyła o ujrzeniu na własne oczy wspaniałości Wielkiego Kanionu, rozległych prerii, bizonów i dzikich mustangów. A przede wszystkim pragnęła zamieszkać z dzikimi Indianami i poznać ich najwspanialsze legendy...Ale zatrzymało ją słońce. Oślepiło Agnieszkę, zamazało drogę, zamieszało w pamięci.


   I została. Próbuje opowiadać wszystkim napotkanym mieszkańcom o swych wielkich planach, dawnych nadziejach...Nikt nie chce jej już słuchać. Wszyscy dobrze już znają jej niedorzeczne opowieści. Z pobłażaniem przyglądają się tej dziwacznej, przygarbionej postaci, która dzień w dzień siada na rynku, rozkłada małe, stołowe sztalugi by rysować węglem i pastelami dzikie twarze czerwonoskórych, ciemne sylwetki kojotów, pomarańczowe, o dziwacznych kształtach, skały.
   Żyje ze sprzedaży swych szkiców. Mnóstwo ich wisi w "Gospodzie pod złotym liściem". Ktoś z dużego miasta kupił je od niej na targu. Kilka ma też mieszkanka domu z czerwonymi dachówkami.


   Agnieszka codziennie jada ciepły posiłek w gospodzie. Życzliwa Gospodyni zawsze stara się ją serdecznie ugościć w podziękowaniu za jej niezwykłe obrazki, którymi za posiłki odwdzięcza się rysowniczka. W gospodzie ta stara, niezwykła kobieta przysłuchuje się opowieściom gości. Czasem spija resztki z pozostawionych przez nich kieliszków wina. Weselej jej potem. Wieczorami tańczy na rynku, wokół fontanny, w migotliwym blasku księżyca. Rozwiane, siwe włosy wirują wokół jej drobnej, pomarszczonej twarzy a wielowarstwowe, kolorowe spódnice unoszą się, jak skrzydła motyla. To taniec indiańskich duchów powietrza. Czuje wokół siebie ich obecność. Obiecują jej, że wkrótce czerwony pył prerii przeniesie ją do wyśnionej krainy...


   Wydawałoby się, że Agnieszka jest dziwacznym lecz zupełnie zbędnym elementem miasteczka. Ale nie...Wczoraj właśnie przybył do gospody ktoś, kogo nie interesowały pieczone grzyby i wesołe przyśpiewki tutejszego barda. Przybył człowiek ciekawy szkiców Agnieszki. Powiedział, że miasteczko właśnie z nich słynie. Z zachwytem przypatrywał się galerii jej rysunków na ścianach gospody. Agnieszka będzie sławna i bogata! - oznajmił wszystkim zebranym tu osobom. - Muszę koniecznie z nią pomówić! - dodał tonem, nie znoszącym sprzeciwu. I wszyscy pobiegli szukać starej, niedocenianej dotąd rysowniczki.
Lecz nigdzie jej nie było. Przepadła bez śladu. Na ławce, przy ulubionej fontannie zostawiła swoje sztalugi, szkicownik, książki Karola Maya. Wiatr tarmosił nimi bezlitośnie a dziwny, czerwony pył wciskał się wszystkim w nosy i oczy...



Poranny bieg


- Nie wyleguj się już człowieku! Żadna gwiazdka z nieba Ci nie spadnie. Sam musisz ją sobie wziąć! Wstawaj! - nawoływał dziarsko, bardzo przejęty swą misją jakiś spiker w radiu.


- Może dziś jest Twój najważniejszy dzień w życiu! Obudź się wreszcie!Przecież już wiosna! - powtarzało radio natarczywie, podniecając się własnymi słowami.


Zirytowany Tomasz wyłączył radio i zacisnął powieki. Nie chciał się jeszcze obudzić. Nie chciał jeszcze zaczynać tego najważniejszego w swym życiu, dnia.(Nie chciał pamiętać o tamtej wiośnie, gdy ta straszna diagnoza zabrała mu ją na zawsze.)


Dzisiaj będzie przecież podobne do wczoraj. Wczoraj było takie samo, jak przedwczoraj. Wciąż ta sama pustka...Ten sam gwarny, obcy świat. (Świat bez niej...)


- No dobra, wstaję. - mruknął niechętnie. Przetarł zaspane oczy. Przeciągnął się. Znów odruchowo włączył radio. Ktoś monotonnym głosem przekazywał aktualności polityczne. Potem pogoda. Reklamy.


Tomasz wcisnął się w swoje ulubione, wytarte dżinsy, szary golf, kurtkę i adidasy. Kilka łyków kawy i już wybiegał na klatkę schodową. Gdzieś u góry płakało dziecko. Skądś dobiegały odgłosy porannej krzątaniny. Dzwoniły talerze i sztućce. Ktoś krzyczał, że nigdzie nie pójdzie. Ktoś inny podśpiewywał znany przebój o kasztanach.(A ona miała przecież kasztanowe włosy...)


A Tomasz biegł bocznymi uliczkami miasteczka. Zawsze biegał rano. Ta jedna chwila dawała mu złudzenie wolności i zapomnienia. Czuł wtedy wiatr we włosach, euforię w ściśniętym zwykle sercu, energię w całym ciele. Mijał zabieganą, znojną rzeczywistość, śpieszących do pracy, niewyspanych, szarych przechodniów. Mijał zamknięte jeszcze sklepy. Przebiegał obok staruszków, cicho unoszących w swych torbach poranne gazety i bułki.


Wreszcie był w parku. Przystawał przy ulubionym, starym buku. Brał kilka głębszych oddechów. Rozglądał się dookoła. Wystawiał twarz ku słońcu, poddając się jego czułemu, porannemu muśnięciu. Tak miało być i dziś. Teraz, jak zwykle chciał zawrócić i pobiec do domu. Przecież błogie, bezcenne piętnaście minut wolności właśnie dobiegało końca. Wtedy zobaczył niezwykłą, czarną wiewiórkę. Skakała po gałęzi tuż nad nim. Spoglądała na niego ciekawie i wyczekująco. Tak samo, jak wtedy. Tak samo, gdy był tu kiedyś z Anną...Wtedy Anna wyciągnęła do wiewiórki rękę i zawołała słodko i pieszczotliwie: Basia...

A wiewiórka - figlarka zgrabnie odbiła się od jej dłoni i zniknęła w dziupli starego buka. Anna śmiała się wtedy tak zaraźliwie, tak wariacko, że wreszcie padli sobie w objęcia pijani śmiechem i swoim wspólnym szczęściem...

Nagle coś w Tomaszu pękło... Jęknął, jak jęczały nad nim miotane wiosennym wiatrem srebrne gałęzie drzew. Słabo mu się jakoś zrobiło. Nieznośny ucisk w sercu, ten sam, z którym żył już od kilku lat teraz wzmocnił się nie do wytrzymania.
Tomasz usiadł wprost na mokrej ziemi. Ścisnął głowę rękami. Ucisk od serca powędrował wprost do krtani, potem do gardła. Aż wreszcie mężczyzna zapłakał. Łzy płynęły mu po policzkach niepowstrzymywane i prędkie. A potem zrobiło się cicho. Zrobiło się tak, jakby cały park poczuł dziwną ulgę, jakby drzewa przestały zawodzić swe skrzypiące kołysanki przemijania i wsłuchiwały się tylko w jego ukojoną nagle duszę.


Po chwili otarł zapłakane oczy i ze zdumieniem spojrzał w górę. Słońce rozgoniło właśnie dwie ciemne chmury, grożące od świtu deszczem a liliowa różowość malowała brzeżki wszystkich maleńkich obłoków. Lekki powiew wiatru poruszył bazie na wierzbach. Westchnął głęboko. Wstał. Otrzepał spodnie. Wtem usłyszał dobiegający zza drzew kobiecy śmiech. Perlił się jak woda w górskim potoku i przyzywał, by pobiec za nim i zerknąć w oczy tej tajemniczej kobiety. Ruszył za nim a promień słońca to oślepiał go, to wskazywał mu drogę. Przez chwilę zdało mu się, że dojrzał jej włosy. Błyszczały zielenią, złotem i kasztanowym, niepowtarzalnym blaskiem.

- Anno?! Czy to Ty?!- zawołał z niedowierzaniem i radością. Odpowiedziało mu tylko figlarne echo. Lecz jego serce pełne abstrakcyjnej nadziei zabiło mocniej, więc pobiegł dalej by za rozpoczynającymi kwitnienie krzewami forsycji dojrzeć szmaragdowowłosą kobietę tańczącą beztrosko na polanie. Roześmiał się i bez zastanowienia podążył w tamtą stronę...

A nad trawnikiem czarna wiewiórka, siedząc na buku rzucała zaczepnie orzeszkami na leżącego wśród ubiegłorocznych liści, nieruchomego mężczyznę.Dlaczego jej nie wołał? Dlaczego uśmiechał się tylko a jego pełne łez oczy wpatrywały się nieruchomo w pędzące po niebie obłoki...?


Tymczasem chodnikami miasteczka dreptali staruszkowie, niosący w siatkach swoje poranne zakupy. Spoglądali z radością na promienie słoneczne tańczące w oknach mijanych domów i pozdrawiali mijanych przechodniów słowami - Dzień dobry! Chyba wreszcie przyszła wiosna...


Baśń wiosennego lasu



Żył, był las. Stary i przepastny. Mieszany. Nikt nigdy nie zszedł go wzdłuż i wszerz, bo poprzedzielany był bagniskami i nieoczekiwanymi rozlewiskami. Można było w nie wpaść i przepaść na wieki. Można było napotkać zaczarowane miejsca, zerknąć w oczy wiecznie zielonej tajemnicy. O ile miało się na tyle odwagi, na tyle nadziei...

A wiosna zawsze ożywiała wody, śniegi, marzenia. I kusiła chłopców i dziewczyny z miasteczka, by pójść do lasku nałamać witek brzozowych, bazi, borowinek. Wstawić to potem do wiosennego bukietu. I rozśpiewać wnętrze domu, rozświetlić, zaczarować szare początki przedwiośnia. Wesołe zgraje dzieciaków krążyły więc po obrzeżach lasu. Nikt jednak nie odważał się zapuszczać głębiej. Dorośli zawsze przestrzegali by tam nie chodzić. Ale czego się bali? Nikt nie wiedział...


A tymczasem kwiecień kusił nowymi zapachami, kolorami, śpiewem ptaków i odwieczną tajemnicą odrodzenia. Las zachęcał tęsknym wołaniem. Coś w nim szeptało, coś drżało, coś szumiało i przygrywało cichutko na piszczałce z trawy.


Mama chorowała. Tak jakoś jesienią się do niej choroba przyplątała i nie popuszczała, pomimo wielkich starań doktora z miasteczka. Szczupła, blada kobieta spoglądała ze smutkiem w okno. A tam ciągle z rynien i z dachów kapała bura woda. Przechodnie człapali na przemian to w błocie odwilży to w zamarzającej breji snieżnej. Stara magnolia pod oknem chyba już uschła, bo jej wiecznotrwałe, ciemnozielone liście zszarzały. Pączków kwiatowych też ani śladu. A w jej, niegdyś ślicznym pokoiku, tak mało było słońca. Tak mało go było w jej duszy. Aż wreszcie przestała w ogóle wierzyć w jego powrót, w jego odrodzenie.

Joasia patrzyła na to wszystko z bezradnością. Gdzie ten cudowny uśmiech mamy? Gdzie jej piosenki, nucone przy codziennej robocie? Gdzie siła i wiara, że mimo wszystko jakoś to będzie?

I Joasia postanowiła wyruszyć do lasu na poszukiwanie pierwszych wiosennych kwiatów. Może gdyby mama poczuła ich zapach i zobaczyła te niepowtarzalne kolory jej serce znowu zaczęłoby żywiej bić? Może zniknąłby ten bezbrzeżny smutek z jej oczu?Może nabrałaby sił?
I jak pomyślała, tak zrobiła. Nie zawahała się ani na moment. Weszła w ciemną, tajemniczą, leśną czeluść. Powitała ją dziwna cisza. Miała wrażenie, że jest obserwowana. Rozglądała się wokół uważnie lecz nadal wkraczała w głąb. Tak właśnie trzeba było zrobić. Bo mama opowiadała jej kiedyś legendę o tym, że w środku lasu jest niezwykła polana, na której trawa nigdy nie zamarza. Gdzie strumień zawsze śpiewa a zaczarowane kwiaty obrastają pień wiecznej brzozy - opiekunki lasu. Tam właśnie trzeba było pójść. Bo przecież w każdej legendzie tkwi cząstka prawdy. I ta właśnie cząstka była teraz jej nadzieją. A bez nadziei nie można istnieć. I tak, jak ziemia potrzebuje choćby jednego promienia słońca, tak Joasia potrzebowała teraz tej jednej, maleńkiej nadziei. Tyle od niej zależało.
Las wstrzymał oddech. Pierwszy gość tej wiosny. Pierwszy widz spektaklu wiosennych przemian. Pierwszy zwiastun przebudzenia magii.


A w środku lasu, ukryta w różowej mgle złota polanka migotała żółto-zielonymi błyskami i przeczuwała wielką odmianę. Żółciły się tam najdelikatniejsze mlecze, stokrotki z różowymi środkami, liliowe koniczynki i błękitne niezapominajki. Brzoza szumiała im delikatnie i łaskotała młodziutkimi listeczkami stopy kobiety, ukrytej wśród jej gałęzi. To Wiosna siedziała na drzewie i wesoło machając nogami gwizdała skoczne melodyjki. Zaraz będzie musiała się stąd ruszyć. A nie bardzo jej się chciało. Tyle przed nią roboty! Tyle starania! Co roku ogarniało ją to dziwne lenistwo. Co roku opóźniała, jak tylko mogła swój powrót, bo tak dobrze jej było tu, w krainie niezmiennego trwania.

Ktoś się zbliżał. Głośno sapał. Szeleścił zeschłymi liśćmi. Łamał stopami stare gałązki. Las zapytał Wiosnę, czy można wpuścić na polanę to zmęczone, uparte dziecko, które przeszło tyle kilometrów bez zatrzymania, bez najmniejszego zawahania. A zielonooka pani wyjrzała spośród delikatnego listowia i z zaciekawieniem zerknęła w serce dziewczynki. Znalazła tam troskę i głęboką miłość. Zobaczyła wielką siłę i tęsknotę. Było tam tyle wiary, tyle uporu i determinacji, że ten ogrom wzbudził zachwyt i zazdrość rozleniwionej nic nierobieniem Wiosny.

- Hej! Dziewczynko! - zawołała a zaskoczona Joasia zadarła wysoko głowkę i zobaczyła twarz prześlicznej, podobnej do elfa, szmaragdowowłosej kobiety. Nie przestraszyła się, bo przecież dzieci potrafią wierzyć w to co piękne i niezwykłe. To dopiero późniejsze życie odbiera im zdolność wiary w magię. Dziewczynka dygnęła grzecznie, tak, jak uczyła ją mama i powiedziała:

- Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam, ale moja mama jest bardzo smutna i chora. Chciałabym jej jakoś pomóc, jakoś ją rozweselić i dlatego przyszłam tu po pierwsze, wiosenne kwiaty.W miasteczku jest tak szaro, tak zimno. Ludzie doczekać sie już wiosny nie mogą!

Zachwycona jej odwagą i rezolutnością zielonooka pani zeskoczyła na ziemię i zaśmiała się, spoglądając z zadowoleniem w chabrowe oczęta Joasi.

- No dobrze! - zawołała - Najwyższa już była pora, by ktoś przywołał mnie do porządku! Koniec lenistwa. Przecież nie mogę zostawić na głowie wróżki Konstancji całej roboty! Zamknij na chwilę oczy dziewczynko i policz do dziesięciu.Niech się dzieją nareszcie wiosenne czary-mary!


I wówczas Joasia mocno zacisnęła powieki a gdy skrupulatnie doliczyła do dziesięciu otworzyła oczy i tam, gdzie dotąd była tylko różowa mgła ujrzała teraz upragnioną polankę. Tylko tej tajemniczej kobiety nigdzie nie było widać...Joasia nie miała jednak czasu na zastanawianie się nad tym. Kucnęła wśród świeżej, pokrytej rosą trawy i nazbierała mnóstwo kwiatów. Potem zapłakała ze zmęczenia i nieoczekiwanej radości. Pogłaskała pień dobrej opiekunki tego miejsca - wiecznej brzozy. Wyszeptała podziękowanie i ruszyła w drogę powrotną. Szła bardzo szybko. Tak szybko, na ile pozwalały jej strudzone, małe nóżki.

A tymczasem Wiosna przeleciała w liliowej chmurze ponad lasem. Rozpuściła szmaragdowo-złote warkocze. Rozmigotało się w nich słońce. Rozszalał się pijany szczęściem wiatr.

I magnolia nagle zakwitła. Zrzuciła z siebie jak zły czar kurz i chłód. Rozświetliła się różowością. Roztańczyła amarantem. Rozświergotała wróblami. Zapachniała świeżością. Mama Joasi otworzyła szeroko oczy. Czy to jej się śni? Tak nagle to wszystko! Tyle barw nie widziała dawno. I przestała już przecież wierzyć, że kiedykolwiek ujrzy odmianę, że poczuje chęć odżycia. Nie, to na pewno sen - pomyślała i znowu z rezygnacją przymknęła oczy. Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę.

Wtedy do jej pokoiku wbiegła Joasia z całym naręczem kwiatów. A przez okno zajrzała ciekawska Wiosna. I w oczach mamy Joasi nareszcie znalazła swe prawdziwe przebudzenie...


Czekoladowe uśmiechy



U tego starszego pana w sklepiku ze słodyczami można było dostać przepyszne, niepowtarzalne w smaku czekoladowe serduszka. Staruszek Bazyli znał tajemną recepturę ich wytwarzania. Niegdyś nauczyła go tego babka - znana w całym miasteczku zawsze pogodna, srebrnowłosa Eulalia. Bazyli lubił co rano zatrzymywać się przed jej portretem, wiszącym nad drzwiami wejściowymi sklepiku i szukać w niej siły i rady na kolejny, trudny dzień.


Bazyli nie miał rodziny ani dzieci. Całe życie spędził ucierając cukrowe masy, lepiąc marcepanowe zwierzątka, piekąc piernikowe kamieniczki i bezowe śnieżynki. Bardzo lubił to zajęcie. Czuł się tutaj spełniony i szczęśliwy. Cichy i nieśmiały, zawsze ubrany w garnitur czekoladowego koloru, drepczący codziennie o szóstej rano do swojej maleńkiej cukierenki.


Dzieci z miasteczka nazywały go Pan Pierniczek. I nie było w tym żadnej złośliwości a tylko życzliwe stwierdzenie faktu, bo przecież staruszek naprawdę wyglądał jak bajkowa postać z piernika oblana ciemną czekoladą. Na dodatek zawsze smakowicie pachniał piernikami. I gdziekolwiek by się nie pojawił ludziom zawsze ślinka napływała do ust i pojawiały się najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Czuli ten jego słodki zapach, widzieli w nim symbol trwałości i niezmienności tutejszych tradycji.


Ale Pan Pierniczek był coraz starszy i słabszy. A z każdym dniem martwił się coraz bardziej, że nie będzie miał komu powierzyć swego sklepiku i sekretu czekoladek oraz pierniczków.


Kupiec znalazł się niedługo potem, gdy pan Bazyli powiesił na drzwiach wejściowych swojego sklepu ogłoszenie o sprzedaży. Był to właściciel sąsiedniej piekarni. Potężny, gruby, wesoły i rubaszny piekarz Wacław. Bochny chleba z jego piekarni były ogromne, pachnące i chrupiące. Bułeczki, wyrośnięte jak wielkie buły zachęcały rozmiarem i apetycznie, złocistym kolorem. Ale jakże wielkie dłonie Wacława miałyby podołać wykonaniu misternych, czekoladowych serduszek? Czy można powierzyć mu ich tajemną recepturę? Recepturę, której zawsze w rodzinie Bazylego strzeżono, jak oka w głowie?


Tego dnia Bazyli spoglądał ze smutkiem przez okno. Jakoś nie cieszyła go ciepła wiosna ani gwar dzieci, wracających ze szkoły. Za miesiąc jego sklep przejdzie w obce ręce a on odpocznie wreszcie i będzie mógł robić to, na co do tej pory nie miał czasu. Spacerować po miasteczku i po okolicznym lasku, wyjechać do sanatorium, przeczytać zaległe lektury, odwiedzić dawnych przyjaciół. Dlaczego dzisiaj ta perspektywa wcale nie wydawała mu się kusząca? Dlaczego czuł ból i pustkę w sercu?


Westchnął ciężko. I znów spojrzał na portret swej babki. Siedziała na nim dzisiaj w towarzystwie starej wróżki Konstancji. Widząc go na chwilę przerwały pasjonującą grę w szachy i spojrzały na siebie porozumiewawczo. A może tajemniczo, filuternie, a nawet łobuzersko? Nie wiedział, co to by mogło znaczyć i trochę się przeraził, że z jego oczami też już jest całkiem kiepsko.


Wtedy do sklepiku weszła Joasia - córeczka tej kobiety z kamieniczki naprzeciwko. Od niedawna znów się uśmiechała. Ludzie mówili, że jej matka po długiej chorobie cudem wyszła z ciężkiego stanu melancholii. Joasia przychodziła do sklepiku prawie codziennie. Kupowała zawsze dwa czekoladowe serduszka. Jedno dla siebie, drugie dla mamy. Bazyli starał się przeważnie wcisnąć jej coś jeszcze, zupełnie gratisowo. A to jakieś ciasteczko. A to cukierek. Wiedział, że w domu dziewczynki się nie przelewa. A tak lubił uśmiech Joasi. Od tego uśmiechu w jego sklepiku zawsze robiło się jaśniej, żywiej.

Nagle wydało mu się, że jego babka z portretu chrząknęła znacząco. Spojrzał w górę zdumiony. Babka dyskretnie wskazywała mu palcem Joasię, która stojąc z boku zajęta była liczeniem swoich drobniaków natomiast wróżka Konstancja wyciągnęła zaczarowane szkiełko i niczym przez binokl przygladała się przezeń uważnie Bazylemu.

- Chyba oszalałem zupełnie! - pomyślał staruszek. Mam zwidy i omamy słuchowe. Oj, najwyższa już pora był poszedł na zasłużoną emeryturę! - i myśląc tak, nagle powiedział coś, czego nigdy by się po sobie nie spodziewał, gdyż jak wspomniałam, był człowiekiem bardzo nieśmiałym:

- Joasiu, prawda, że bardzo smakują Ci moje czekoladowe serduszka? Czy wobec tego nie chciałabyś się nauczyć tajników ich wytwarzania?

Powiedział to jednym ciągiem i znów mu się wydało, że jego babka chichoce delikatnie i życzliwie. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo dziewczynka aż podskoczyła w górę z radości. A potem obiegła ladę dookoła. Zawisła mu na szyi i zawołała:

- Naprawdę? Naprawdę by mnie pan tego nauczył? Moja mamusia tak uwielbia te czekoladki!. Mogłabym potem robić je dla niej w domu sama. Na pewno byłaby szczęśliwa! I ja byłabym szczęśliwa, bo tak lubię przychodzić do pana sklepu. I pana też lubię Panie Pierniczku! - po wypowiedzeniu ostatniego zdania dziewczynka bardzo się zmieszała. Przecież oficjalnie nikt tak nie nazywał ogólnie szanowanego w miasteczku cukiernika Bazylego

Ale pan Pierniczek, wzruszony niepomiernie uściskał dziewczynkę i wyszeptał:

- Możesz Joasiu przychodzić do mnie po szkole. Możesz przychodzić, kiedy chcesz. Z wielką przyjemnością nauczę Cię wszystkich smakowitych przepisów mojej babki Eulalii. Teraz tylko my oboje będziemy znali te sekretne receptury i może kiedyś, kto wie? Właśnie Ty zajmiesz się moją cukierenką? - mówiąc to, zerkał ukradkiem na minę wróżki, która wyraźnie zadowolona z niego westchnęła z ulgą i schowała swe szkiełko do kieszonki w spódnicy.

-I nie martw się, bo bardzo lubię to moje smakowite przezwisko, wiesz? A za pierniczkami wprost przepadam. Wczoraj właśnie upiekłem nową ich porcję. Są jeszcze twarde, ale takie właśnie smakują mi najbardziej. Chcesz skosztować?- dodał jeszcze z uśmiechem staruszek i poczuł się wówczas jak mały, zupełnie beztroski chłopiec, który w towarzystwie swej przyjaciółki właśnie zamierza się zabrać za upragnione łasowanie

I kosztowali razem i zajadali a wielce z swego sprytu dumna babka Eulalia nareszcie mogła dokończyć przerwaną partię szachów...




Szkic




Uśmiechnięte i nie dotknięte jeszcze prawdziwością życia. Dziewczyny ze starego, ołówkowego szkicu. Trwały tak narysowane na małym obrazku, który zatrzymał chwilkę. Były młode. Kilkunastoletnie. W niektórych czas już zaczynał pomału rzeźbić swe piętno. Ale o tym wtedy nic jeszcze nie wiedziały. Ołówkowe dziewczyny lekko cieniem i światłem zaznaczone. Czy w ich życiu teraz więcej cienia czy światła? Czy pamiętają jeszcze swój uśmiech, swój rumieniec, swoje zapatrzenia? Czy rozpoznałyby same siebie na tym szkicu? Czy przypomniałyby sobie dawne swe myśli i nadzieje?


Szkic wisiał na ścianie w gospodzie pod złotym liściem. Tkwił tam chyba od zawsze. Oprawiony w skromną ramkę. Skromny i niepozorny. Wrośnięty w ścianę. Nikt z gości gospody nie zwracał nigdy na niego uwagi. Obrazek był ważny tylko dla Gospodyni a inni omijali go obojętnym wzrokiem, zatrzymując wzrok tylko na niezwykłych pastelach ekscentrycznej Agnieszki albo na biało-czarnych fotografiach przedstawiających dawnych mieszkańców miasteczka.


Gospodyni często przysiadała na ławie, brała swój obrazek w dłonie a potem palcem wskazującym gładziła z nostalgicznym uśmiechem drobne twarzyczki dawnych koleżanek i przyjaciółek. Wpatrywała się z natężeniem w te delikatne, nieśmiałą kreską narysowane dziewczęce oblicza. Niech zostaną takie na zawsze. Nie chciałaby spotkać teraz żadnej z nich ani odnowić dawnych znajomości. One żyją swoim życiem, ona swoim. Kiedyś była między nimi jakaś wspólnota przeżyć i losów. Potem czas pchnął każdą na jej własne tory i odjechały w swe tajemnicze dale, szukając swego spełnienia i nowej codzienności. Jak teraz wyglądają? Co przeżywają? Lepiej nie wiedzieć. Gospodyni najzupełniej wystarcza to, że popatrzy rano do lustra a wówczas wie, że i one zmieniły się pewnie tak samo, jak ona. Niechaj chociaż na tym obrazku pozostaną otoczone nieprzemijalnością, tajemniczą przyszłością i blaskiem nadziei. Niech wszystko jeszcze będzie przed nimi.


Tyle roboty czeka na Gospodynię dzisiaj. Podłogę modrzewiową w izbie porządnie wyszorować. Okna umyć. Firanki uprać i rozwiesić na słonku żeby zbielały i pachniały świeżym powietrzem. Ziemniaki obrać na wiosenną kartoflankę. I kapustę na surówkę przyprawić. A jeszcze przydałoby się zrobić coś nowego. Jakieś nieznane, śmiałe danie, które przyciągnęłoby do gospody nowych klientów. Najlepiej coś bardzo zielonego, optymistycznego. Na wiosnę niewielu gości zaglądało do niej. Czy już nikt nie wędruje po świecie? Gdzież są ci zmęczeni podróżnicy? Gdzież weseli biesiadnicy? Jakoś tak smutno się nagle zrobiło Gospodyni...Czy to ona się tak zmieniła czy tylko czasy? A na obrazku wciąż taka wesoła, uśmiechnięta, wśród dawnych koleżanek. W białej, maturalnej bluzeczce.Tego wszystkiego już nie ma, tylko oczy wciąż po dawnemu - zielone...


Zaraz powiesi ten ołówkowy szkic na miejsce. Trzeba go tylko wilgotną szmatką wytrzeć z kurzu. Pogłaskać pieszczotliwie raz jeszcze. To takie małe, niewinne przyzwyczajenie. Chwilka oddechu...Gospodyni położyła go sobie na kolanach i leciutko gładziła chłodną szybkę i drewnianą ramkę...


Nagle trzasnęły zamknięte siłą przeciągu drzwi gospody. Kobieta drgnęła gwałtownie. Obrazek upadł na ziemię a szybka potłukła się na wiele drobnych kawałeczków.


Na progu stał nieznany Wędrowiec. Uśmiechał się tym cudownym, pełnym radości i ulgi uśmiechem łazika, który nareszcie dotarł do upragnionej przystani. Pachniał wiatrem. W dłoni trzymał ogromny pęk młodego szczawiu, pośród którego wetknął żółte kwiatki mniszka. Gospodyni popatrzyła zaciekawiona na ten niezwykły, wiosenny bukiet. Od razu, jako osoba praktyczna wyobraziła sobie jaka wspaniała byłaby zupa szczawiowa jako danie dnia. Ale zrobiło jej się jakoś wstyd tych myśli i znów spojrzała na potłuczony obrazek. Tymczasem Wędrowiec zauważył kawałki szkła na podłodze i niepewną minę gospodyni. Schylił się. Podniósł uwolniony z ramek szkic. Pogładził go delikatnie. A potem popatrzył jej głęboko w oczy i szepnął:


- Są ludzie, którzy z latami blakną i płowieją, jakby czas pokrył ich wizerunki cieniem ołówka. Ale są i tacy, którzy dopiero wraz z upływem czasu nabierają cudownych kolorów... - tak właśnie powiedział. A potem jak gdyby nigdy nic wręczył jej swój niezwykły bukiet i usiadł na ławie, prosząc o kufel zimnego piwa.

Gorąco dzisiaj było na dworze a on zdążył od świtu szmat drogi zejsć. Co za sobą zostawił, gdzie wędrował, kogo spotkał i czego szukał? W tej chwili nie myślał o tym wszystkim. Popijał piwo i przyglądał się z przyjemnoscią wystrojowi wnętrza tej przytulnej gospody przydrożnej. Dobrze się tu czuł. Wewnątrz panował lekki półmrok i chłód. Pachniało grzybami suszonymi, wiszącymi nad ladą i starym drewnem, z którego zrobione były wszystkie sprzęty w izbie. Na sosnowych półkach ustawiono rzędy kolorowych słoików z konfiturami i marynatami. Na ścianach wisiały pożółkłe fotografie oraz rysunki w niespotykanej, czerwonej tonacji. Szerokie, proste ławy przystrojone były w szydełkowe, misterne serwetki i stojace na nich gliniane wazoniki pełne chabrów i maków. Przez okna gospody rozpościerał się widok na rozległe łąki, pola i lasy oraz rozstaje dróg, które tu właśnie go dzisiaj doprowadziły.

Wtem jakiś dziwny hałas zakłócił Wędrowcowi tę spokojną kontemplację pomieszczenia. To w kuchni coś spadło z głośnym brzękiem. Pobiegł tam szybko, bo zdało mu się, że usłyszał też cichy, kobiecy jęk. Zobaczył, że Gospodyni kuca i podnosi z ziemi rozbite kawałki glinianej miski. Na podłodze wokół niej leżały rozsypane bezładnie liscie szczawiu.


- Wszystko mi dzisiaj z rąk leci! - zawstydziła się kobieta, wysysając krople krwi cieknące jej z palca serdecznego - Chciałam pokroić szczaw na zupę i proszę, jaka ze mnie niezdara!


- Palec zaraz opatrzymy i wszystko będzie dobrze! - zarządził Wędrowiec, sięgając do wiszącej nad stołem małej apteczki i wyjmując zeń wodę utlenioną i plaster.
- Pani sobie teraz spokojnie usiądzie i niczym nie będzie się martwić. A ja pokroję szczaw z liśćmi mlecza i w try miga zrobię najpyszniejszą na świecie zupę wiosenną! Do tego młode ziemniaczki, śmietana i gotowe. Goście mogą się do gospody na obiad schodzić!

- A o potłuczoną miskę proszę się nie martwić! To wszystko na szczęście! - uśmiechnął się do niej serdecznie.


Gospodyni, sama sobie się dziwiąc, nie zaprotestowała. Usiadła posłusznie na kuchennym stołku i patrzyła z przyjemnością jak Wędrowiec sprawnie i delikatnie opatruje jej skaleczony palec. Potem zaraz zaczął krzątać się po izbie. A robił to wszystko tak naturalnie, jakby zajmował sie tu tym od zawsze. Ubrał na siebie jej pstrokaty fartuszek. Umył dłonie. Podkręcił zawadiacko wąsa i wziąwszy się za płukanie i krojenie zielonych listków szczawiu a potem za obieranie ziemniaków podśpiewywał pogodnie jakąś nieznaną jej a rozrzewniającą dziwnie piosenkę...

Gdy wciąż tęskno jest na duszy
Kiedy zszedłeś drogi szmat
Czasem serce ci poruszy
Prosta izba, swojski świat
Czyjeś dłonie spracowane
Szczerość oczu, gestu, słowa
Smaki dawno zapomniane
I nadzieja całkiem nowa
Może inni mają więcej
Może mniej zaznali trosk
Lecz tu żywiej bije serce
Tu jest do spokoju most
Mówię światu - cicho tam!
Nie dręcz duszy swym wołaniem
Zieleń oczu, zboża łan
Czegóż więcej chcieć - kochanie...?
Dzika łąka, stary sad
Ława, która pod jabłonią
Prosi żebyś na niej siadł
Przymknął oczy i odpoczął
Cóż, że młodość za górami
Cóż, że dziwny ten splot dni
Skoro wszystko wciąż przed nami
Nowy ogień się znów tli
Gdzieś tam stare są marzenia
Co straciły dawny blask
A tu oczy opromienia
To, co zsyła dobry czas
Mówię światu - cicho tam!
Nie dręcz duszy swym wołaniem
Zieleń oczu, zboża łan
Czegóż więcej chcieć - kochanie...?






Pastelowa ballada


   Jakaś dzisiaj radość całe miasteczko opanowała. Jakaś niecierpliwość w murach się zalęgła. Duch tańca i bezkresnych lotów zamieszał w sercach i rozświetlił wszystkie zakamarki. Przygoda i radosne bąbelki lipcowej pogody unoszą miasteczko w górę...

   Między obłokami wszystkie myśli stają się leciutkie. Nic nie ważą. Nic nie bolą. Rozglądają się dookoła i widzą szerokie przestrzenie tylu nowych możliwości. Cichutkie, dzwoneczkowe śmiechy drgają wokół jak błędne ogniki. Kropelki rosy błyszczą na tęczy. Słońce chichoce z zadowoleniem, bo rozśmieszyło nawet uschłą dawno temu akację. I proszę! Akacja buchnęła perlistym śmiechem białych kwiatów.

   Myśli same nie dowierzają, że to robią. Tak niedawno tkwiły mocno przywiązane do ziemi. Przyczepione pajęczyną smutku, bezsilności, zwątpienia i samotności. Myśli nadziwić się nie mogą tej niezwykłej wysokości, na jakiej się teraz znalazły. Słońce tańczy na dachach domów. Zwłaszcza dom z czerwonymi dachówkami  wygląda teraz jakby tańczył z promieniami cudowne rytmy flamenco. Wolność. Skoczność. Lekkość. Wszystkie sny wyległy na ulicę i ogrzewają się w gorących nastrojach upojnego lata.

   Kilka dni temu skończył się rok szkolny a już za chwilę lipcowe upały i zapachy zaproszą wszystkich młodych duchem do beztroskiej wędrówki po polach i lasach.
 Co rano rosa okrywa trawy i młode listki a wiele z kwiatów wciąż czeka w nieśmiałych paczkach na swój rozkwit. Jednak niektóre z uczuć ludzkich rozkwitły już pełną mocą. Wiele lat wyczekały się na ten moment i teraz pienią się, jak perlisty szampan. Unoszą się w górę i zarażają innych swą energią, blaskiem oraz odzyskanym optymizmem.

   Z gospody pod złotym liściem wyniesiono na zewnątrz wszystkie drewniane ławy i stoły. Drewno lśni nowo odzyskanym blaskiem. A gospodyni zaprasza wszystkich na darmowy poczęstunek. Dzisiaj w karcie dań poziomki oraz truskawki ze śmietaną, doprawione dużą ilością uśmiechu. W wazonach pysznią się łubiny i irysy. Drzewa w sadzie aż uginają sie od owoców...

Wędrowiec, nucąc wesoło nalewa wszystkim do bursztynowych kielichów pysznej, chłodnej lemoniady. Spogląda przy tym na Gospodynię w ten szczególny, rozmigotany szczęściem i wzajemną miłością sposób, tak jak jeszcze nikt nigdy na nią nie patrzył. Ona, czując to niemal unosi się ponad ziemią. Oczy jej błyszczą. Serce bije mocno. A uśmiech nie schodzi z ust. Oboje wciąż coś nucą. Mijając się w drzwiach gospody muskają się delikatnie. Dłoń dotyka dłoni. Policzek policzka.

- A czy śpiewałem ci już Haniu tę piosenkę o Jance i Janie? – zapytał cicho Wędrowiec wieczorem, gdy już wszyscy goście poszli a on wraz ze swą ukochaną usiadł na ławie pod czereśnią. Oboje bardzo lubili te długie, lipcowe wieczory. Opowiadali sobie wówczas dzieje swojego życia. Deklamowali wiersze. Śpiewali piosenki. Ale najczęściej nie mówili nic, tylko wsłuchiwali się w muzykę świerszczy i w zgodne bicia swych złączonych w jedno serc.

- Jeszcze nie! Zaśpiewaj proszę, mój wędrowny poeto! Tak lubię te twoje ciepłe pieśni – tuląc się ufnie do boku ukochanego odrzekła Gospodyni a potem przymknęła oczy by jak najmocniej się wczuć w nową opowieść swego pełnego poezji wagabundy.



Ona w swym domku mieszkała pod lasem

Z pieskiem, kotkiem, papugą i żółwikiem sporym

Całe dnie malowała, szkicowała a czasem

Wyruszała do miasta sprzedać swe wytwory

Jak to wyglądało? Na głowie papuga

Piesek z lewej strony, kotek z tyłu leciał

Żółw leniwie drzemał w kieszeni fartucha

Sztalugi i szkice dźwigała na plecach

Panna Janka na targu w kącie zasiadała

Wokół niej leżały rysunki, obrazy

Przy nich kotka –śpioszka ślicznie układała

I jeszcze pieseczka, by tam trwał na straży

A wtedy papuga głośno obwieszczała

Że można mieć swój portret, szkic na zamówienie

Bo miła panna Janka życzenia spełniała

I za kilka grosików tworzyła coś pięknie

Na włosach miała wianek z przydrożnych rumianków

Małe dłonie upstrzone farbą kolorową

A przy tym pogodny rozświetlał ją nastrój

I chętnie rozdawała uśmiech, dobre słowo

Lecz gdy pewnej soboty na targ przyjechała

Fotografka z miasta z wielkim aparatem

I wszystkim prawie darmo zdjęcia napstrykała

To dawni wielbiciele porzucili Jankę

Tak trwało to i trwało – Janka się starała

Malowała cudnie – wszystko szło za bezcen

Ale z fotografią gdzieżby tam wygrała

Więc już z tej zgryzoty załamała ręce

A wtedy na targu poeta się zjawił

Co na zamówienie wiersze śliczne składał

Usiadł  blisko Janki, wianek jej poprawił

W serce jej wprost spojrzał i wierszem zagadał

Mówił pewnym głosem – po targu się niosło

Że świat na jej obrazach jest baśnią zaklętą

Że rzeka tam szumi piosenkę radosną

A w każdej plamce farby ukryte jest piękno

Zwłaszcza autoportret Janki tak wychwalał

Pastelową barwą muśnięty i cieniem

Gdzie stała nad rzeką maleńka, nieśmiała

A oczy jej błyszczały tęczowym zamyśleniem

Na targu cisza trwała, wszyscy zasłuchani

W tę balladę dla Janki, w to słowo potężne

A ona tam siedziała zdumiona bez granic

Zawstydzona cała, przejęta tym wierszem

Potem ludzie przybiegli tłumem zachwyconym

Znów każdy chciał mieć obraz jej ręką stworzony

Od poety chciał każdy słowo mieć tak czułe

Więc malarka wraz z bardem utworzyli duet

Wtedy żółw się obudził i wyszedł z ukrycia

By od swojej pani przejść mu do kieszeni

To był palec losu, to był znak od życia

Więc poeta z malarką zamarli wzruszeni

A to nie koniec znaków – on miał Jan na imię

A jego domek drewniany stał w pobliżu lasu

Więc pojęli, że odtąd czas im razem upłynie

I wzięli się za ręce nie marnując czasu

Teraz razem wiodą życie malowane

Żółw, piesek i kotek cieszą się ich szczęściem

A papuga skrzeczy: Niech Janka wraz z Janem

 Na zawsze przetrwają złączeni tym wierszem!


- To taka pastelowa, ciepła historia. Czy wymyśliłeś tę romantyczną parę? A może znałeś tych dwoje? – westchnęła po dłuższej chwili Hanna, gdy już przebrzmiały dawno ostatnie tony ballady.

Wędrowiec nic nie odpowiedział. Także westchnął a wówczas Gospodyni spojrzawszy w jego twarz odkryła, że na rzęsach jej ukochanego widać kilka drżących, gotowych do spłynięcia łez.

- Co się stało? – przeraziła się.
- Czy jestem nazbyt wścibska? Ne odpowiadaj, jeśli miałoby ci to sprawiać jakiś ból – dodała szybko, bojąc się, iż ta pieśń dotknęła jakiejś bolesnej struny w duszy jej ukochanego.

- Widzisz Haniu, krótko się znamy, ale oboje czujemy, iż to, co jest między nami jest czymś bardzo ważnym dla nas. Czymś decydującym o naszym dalszym życiu. Przywędrowałem do twojej gospody zostawiając za sobą wiele dobrych i pogodnych, ale jeszcze więcej smutno-gorzkich chwil. One są częścią mnie a więc chcę otworzyć przed tobą swe serce, byś mogła mnie poznać jeszcze lepiej. Byś mogła zrozumieć te moje nagłe, niewesołe zamyślenia i tę niekończącą się wędrówkę, która pozwala na krótkie mgnienia zapomnieć o najboleśniejszych rzeczach…

- Dzisiaj jest taki piękny, pastelowy w tonacji, lipcowy dzień. Zupełnie taki sam, jak wtedy, gdy ją poznałem…I taki sam, jak dwa lata później, gdy już jej nie było…- mówił cicho schowawszy twarz na jej podołku i z wdzięcznością przyjmując delikatny dotyk jej dłoni, gładzących jego rozgrzaną, pełną nawracającej fali bólu przypomnienia głowę.

Nie pytała o nic. Serce ścisnęło się jej bezgranicznym współczuciem i ogromnym smutkiem. Zrozumiała bowiem, iż to jej Wędrowiec jest owym Janem z ballady. Janem, który utracił swą Janeczkę, choć pastelowa ballada miała w czarodziejski sposób uczynić ich niezniszczalnymi.

- Tak, krótko cię znam, mój jedyny. Ale przecież czuję, jakbym znała cię od zawsze. I choćbym miała wziąć na swe barki największy twój ciężar, największą zgryzotę, to wezmę żeby choć odrobinę ci ulżyć – wyszeptała kobieta i pochyliła się by ucałować jego pachnące wiatrem włosy.

- Nie ma już Janeczki i nie ma małego synka poety i malarki. Odeszli oboje w taki właśnie rozmigotany radosnymi barwami i ciepłem dzień jak dzisiaj. Nagły pożar strawił szybko ich drewniany domek pod lasem. A Jan został sam obwiniwszy się potem nieustannie, iż gdyby był w tym czasie w domu, uratowałby swe ukochane istoty. A gdyby przewidział, co spowoduje swym pojawieniem się kiedyś na targu, wchodząc ni stąd ni zowąd w jej życie, to nadal mogłaby malować swe piękne portrety. Mogłaby trwać w swojej ciepłej, bezpiecznej codzienności małego, zanurzonego w czarodziejską mgłę miasteczka… - plecami Wędrowca wstrząsały kolejne fale szlochu.

- Po tym wszystkim znów powędrowałem w świat. Tym razem był ze mną pies, żółw i papuga, którzy cudem jakimś zdołali uciec z płonącego domku... Kotek uciekł ode mnie gdzieś w drodze, zaszywając się pewnie w jakiejś pełnej siana stodole, czy znajdując miejsce w czyjejś spokojnej chacie. Żółwia natomiast podarowałem pracownikom ogrodu botanicznego. Tam na pewno zajmują się nim należycie.
 - Lata mijały a moje pozostałe zwierzęta odchodziły tęczowym mostem, zostawiając mnie samego wraz ze wszystkimi nieutulonymi smutkami i bolesnymi wspomnieniami. 

- W zeszłym roku pożegnałem mego najwierniejszego przyjaciela, czarnego kundelka Brysia. Stary już był i nie dowidział, nie dosłyszał, coraz bardziej kulał na prawą, tylną łapkę. A jakaś nieuleczalna choroba trawiła jego trzewia…

- I wreszcie zostałem zupełnie sam. Próbowałem cieszyć się tą samotnością. Uzmysławiać sobie niecodziennie od nowa, czym naprawdę jest życie. Co jest w nim najcenniejsze. Co trwałe a co ulotne. Co oryginalne, wyjątkowe a co wtórne i będące mierną kopią pierwowzoru.

 - Czego szukałem…? Sam nie wiem. Ale doszedłszy tu zrozumiałem, iż to miejsce ma w sobie niepowtarzalną magię, ciepło i dawno nie odczuwany sens. Wszedłem do gospody. Zobaczyłem ciebie i… - tutaj Wędrowiec umilkł i odwróciwszy się na wznak popatrzył z miłością na wzruszoną jego opowieścią twarz Hanny.

-I zostałeś, dając mi nowe życie, zwracając wiarę w życzliwy los – odrzekła ona, scałowując delikatnie z jego rzęs ostatnie tego wieczoru łzy.
- Nie bój się, najdroższy, że i nam stanie się jakaś krzywda. Tym razem będzie wszystko dobrze. Musimy w to wierzyć. A choćby nawet i nie było, to liczy się ta chwila. Te wszystkie cudownie piękne chwile, które dane nam jest przeżywać wspólnie. Zobacz jak czarodziejska jest ta lipcowa, rzeźka noc po bezchmurnym, szczęśliwym dniu…
- Wdzięczna ci jestem za wszystko, co dzięki tobie mogłam przeżyć i z ufnością czekam na wszystko, co nam los przyniesie…

   Gospodyni z Wędrowcem trwali tak długo jeszcze przytuleni do siebie, zasłuchani w swe kojące szepty i miłosne zaklęcia, ukryci w serdecznym poszumie owocującej czereśni.
  A nocne miasteczko frunęło sobie w ciepłych, lipcowych obłokach. Trwało święto odzyskanych marzeń oraz pastelowych, delikatnych snów...


  

  
Migdałowe łzy

- Zamknij oczy i otwórz buzię!
   - Ale po co? Co dla mnie masz, tatusiu?
   -Musisz sama zgadnąć, Natalko!

   W ustach Natalki rozlała się cudowna, mleczno-słodka poezja przysmaku. Cynamon pachniał świątecznie. A migdał w środku, chrupki i wyrazisty był wspaniałym uwieńczeniem tej mini - uczty. Lecz choć smak był niebiański, to dziewczynce zrobiło się dziwnie smutno. Nie otwierała jeszcze oczu, bo nagle pod powiekami zebrały się nieoczekiwane łzy, których za żadne skarby świata nie chciała pokazać tatusiowi...

   Ten migdał w przepysznej, białej czekoladzie z cynamonem przypomniał jej święta, które kiedyś spędzała z obojgiem rodziców. Pamięta, jak po kolacji usiadła tatusiowi na kolanach a on odpakowywał dla niej ze złotych papierków migdałowe pyszności. Mama gładziła tatę po jego wspaniałej, czarnej brodzie i uśmiechała się tak ślicznie, jak to tylko ona potrafiła.
   Natalka miała wtedy siedem lat. Nie przypuszczała, że były to ich ostatnie wspólne święta. Wkrótce potem tatuś zniknął z ich życia. Nie było go nawet na urodzinach mamusi. I były to bardzo dziwne urodziny. Przyjechała babcia i tuląc raz po raz wnuczkę i córkę, nie rozstawała się z chusteczką do nosa. Nie było nawet komu zaśpiewać sto lat (zawsze tatuś śpiewał to swoim grubym, "mikołajowym" głosem).
   Po cichych urodzinach dni płynęły powoli i sennie, jakby otuliła je jakaś nieznośna, lepka mgła. Potem niby wszystko się wypogodziło. Natalka poszła do szkoły, mamusia do pracy a babunia gotowała im wspaniałe pierogi z serem...
   Tylko sny Natalki były wciąż męczące i natrętne. W tych snach tatuś pływał na maleńkiej łódeczce po ogromnym, wzburzonym morzu. Coś wołał, ale ryk sztormowych fal zagłuszał jego słowa...

   A dzisiaj nagle wrócił...Była połowa grudnia. Na dworze wspaniale śnieżyło a misterne wzory delikatnych liści i kwiatów ozdabiały od rana okna w pokoiku Natalki. Dziewczynka od kilku dni nie wychodziła z domu, bo była przeziębiona. Chyba przyczyniła się do tego zabawa w bańki wypuszczane wprost w chłodny, listopadowy poranek. Ale już czuła się dobrze. Tylko mamusia na wszelki wypadek wciąż zabraniała jej powrotu do szkoły, bojąc się, że katar rozwinie się w jakąś poważną infekcję i wówczas nie obejdzie się już bez antybiotyków.
Tata przyszedł przed południem wraz ze swoim serdecznym uśmiechem, z mikołajowym, niezapomnianym głosem i śmieszną brodą, w którą wplotły się nitki babiego lata. Natalce o mało serce nie wyskoczyło z piersi. Odruchowo chciała zawołać mamę, ale zaraz przypomniała sobie, że przecież mamy nie ma. Wyszła pośpiesznie z domu tuż przed zapowiedzianą wizytą taty. A przecież nie spieszyła się do pracy, bo dzisiaj była wolna sobota.  Drzwi otworzyła mu babcia. Miała poważne, zaciśnięte usta. Nie odpowiedziała nawet na jego dzień dobry...

   I teraz te łzy migdałowe...Wzburzone morze zaszumiało w głowie dziewczynki. Cynamonowy, słodko-gorzki deszcz zalewał łódeczkę. A na tej łódeczce stała Natalka z zamkniętymi oczami, które wciąż bardzo bała się otworzyć. Tuliła się do tatusia i wąchała jego niepowtarzalny zapach. Te cudowną mieszaninę woni wiatru, deszczu i cukrowej waty.

- Tatusiu, tatusiu! Dlaczego tak długo cię nie było?! Czy znowu odjedziesz? Czy zostaniesz i pobawisz się ze mną? Proszę, zostań! – szeptała dziewczynka gryząc słodko – gorzki migdał. Przełykała uparte łzy i dygotała na całym ciele, uparcie ściągając kurtkę z tatki, który usiadł sztywno na krześle w jej pokoju, wyglądając jak gość, który przybył tu tylko na chwilę.

- Natalko! Nigdzie już nie zniknę. Obiecuję! Nie bój się, kochanie… - Tatuś pozwolił w końcu zdjąć z siebie wierzchnie ubranie i tulił teraz do siebie córeczkę tak mocno, że prawie tchu nie umiała złapać. Paczuszka migdałów w białej czekoladzie spadła mu na podłogę i łakocie rozsypały się teraz pod biurko, jak zapomniane, niepotrzebne nikomu klejnoty.
Długo trwali oboje w tym drżącym przytuleniu, nie wiedząc jak przerwać tę chwilę i chyba nawet nie chcąc jej kończyć, tak wiele w niej było uczuć, niewypowiedzianych słów i szalejących niczym śnieżna wichura emocji. Wreszcie mężczyzna posadził sobie córeczkę na kolanach, z ogromną czułością gładząc jasne włosy i raz po raz całując czoło i policzki dziewczynki huśtał ją jak za dawnych czasów, gdy była jeszcze bardzo mała i czasem miała problem z zaśnięciem.
Wkrótce zrobiło im się błogo, ciepło i spokojnie na duszy. Niebezpieczny sztorm ucichł. A tych dwoje, niczym para rozbitków na tratwie, cieszyło się kojącym trwaniem bezkresu oceanu, który otaczał ich ledwo wyczuwalnym falowaniem, przynosząc obietnice dobrej, słonecznej aury.
I rzeczywiście, pogoda zapowiadała się wspaniała. Schowane dotąd za kurtyną ciężkich, śniegowych chmur słońce rozbłysło wspaniale, siejąc szczodrze po białych, nie zadeptanych jeszcze przez nikogo połaciach, cudownie błyszczące diamenty, brylanty i perły.

- A może chciałabyś pójść ze mną na spacer? Zobacz, jakie wielkie śnieżynki lecą teraz z nieba !Jak pięknie błyszczy śnieg za oknem! – zaproponował tatuś, biorąc na ręce córeczkę i odsłaniając firankę, by lepiej mogła widzieć ten cudowny, biały spektakl rozgrywający się na dworze.

- Chciałabym, ale mamusia nie pozwala mi jeszcze wychodzić! Martwiłaby się o mnie, gdybym znowu się rozchorowała! – zawołała dziewczynka, patrząc poważnie w orzechowe, jeszcze wilgotne od fali niedawnych wzruszeń, oczy ojca.

-O to się nie martw, kochanie! – odrzekł tatuś – Wczoraj wieczorem rozmawiałem z twoją mamą przez telefon i powiedziała, że jeśli ubierzesz się ciepło, to na godzinkę możemy wyjść na spacer po parku.
  
Natalce momentalnie oczy zaświeciły się do tego pomysłu. Ucałowała serdecznie tatkę a potem zsuwając się na podłogę z jego ramion, pociągnęła go za sobą do przedpokoju, gdzie od kilku dni wisiał smętnie jej ciepły, zimowy płaszczyk i wprost nie mógł się już doczekać tej grudniowej, wspaniałej przechadzki.

- Pomogę ci się ubrać – zaproponował tata i jak kiedyś, gdy była mała dziewczynką zaczął nieporadnie naciągać na jej dłonie wełniane rękawiczki a szyję córeczki otulać zbyt ciasno ciepłym, kolorowym szalikiem.

- Oj, tatusiu! Ja jestem już duża! Chodzę do trzeciej klasy i umiem sama się ubierać! – zaśmiała się Natalka, ciesząc się tą dawno nie odczuwaną troską taty i naciągając na głowę różową czapeczkę. Tę samą, którą kiedyś dostała od niego w podarunku. Czapka była już mocno rozciągnięta i nie tak puszysta jak niegdyś, ale dziewczynka bardzo ją lubiła i wolała tę niż nowe czapki, dziergane wieczorami na drutach przez pracowitą babunię. A właśnie babcia przydreptała do przedpokoju. Popatrzyła surowo na tatkę. Postawiła kołnierz płaszczyka wnuczki, napominając ją by nie biegała i by uważała na siebie.

- O drugiej obiad! – powiedziała – Żebyście na pewno byli z powrotem w domu o tej porze!
- Słyszysz Jacku?! – zwróciła się po imieniu do ojca Natalki a potem zasznurowała usta w wąską nitkę i westchnęła, nie bardzo chyba wierząc, że można liczyć na odpowiedzialne zachowanie i punktualność zięcia.

-Wrócimy na czas! – odparł tata i spróbował uśmiechnąć się do babuni. Jednak ona zupełnie już nie zwracając na niego uwagi pochylała się nad wnuczką i całowała ją serdecznie na do widzenia.


I oto wyszli nareszcie na ten niepokalanie biały śnieg. W tę cudowną ciszę mroźnego przedpołudnia. W baśniowy świat delikatnej mgły, osiadłej na krzewach szadzi i cieniutkich sopli lodu, niczym srebrzyste bombki zwieszające się z dachów i okapów.

- A może zanim pójdziemy do parku zerkniemy na fontannę przy rynku? Pamiętasz córuniu, jak dawniej lubiliśmy tam razem chodzić? Wrzucać do niej pieniążki i wypowiadać życzenia? Albo jak zimą doszukiwaliśmy się w niezwykłych kształtach zamarzniętych strug fantastycznych postaci wiedźm i chochlików? Czy w ogóle lubisz jeszcze baśnie Natalko? A może wyrosłaś już z tego? – z dziwną niepewnością w głosie zapytał tatuś, zerkając na tę swoją nieoczekiwanie dużą córkę, która tak bardzo zmieniła się od ich ostatniego widzenia. Urosła, spoważniała i stała się jeszcze bardziej podobna do swojej mamy – Alicji.

- Pewnie, że lubię tatusiu! Tylko, że teraz, gdy sama potrafię już czytać znam ich o wiele więcej niż w dawnych czasach. Ale nadal moją ulubioną baśnią jest ta sama, co kiedyś…
- Pamiętasz tatusiu, jaka to baśń? – dziewczynka zatrzymała się, zadarła główkę wysoko do góry i wpatrzyła się z natężeniem w oczy ojca. Jego odpowiedź była dla niej bardzo ważna, bo to przecież on po raz pierwszy przeczytał jej kiedyś tę cudowną historię na dobranoc. Potem byli razem w kinie na filmie opartym na tej baśni. A gdy Natalka chodziła do pierwszej klasy brała udział w przedstawieniu szkolnym, gdzie grała swoją ukochaną postać. Postać odważnej, małej Gerdy z „Królowej Śniegu”. A na widowni siedział wówczas tatuś, mamusia a także babcia i z całej siły bili jej brawa. A najgłośniej klaskał właśnie tatuś i mówił potem, że jest bardzo, ale to bardzo ze swojej utalentowanej aktorsko córki dumny.
Tata potarł w zamyśleniu brodę. Zmarszczył czoło, szukając widocznie w pamięci tytułu baśni. Długo nic nie odpowiadał i tylko wpatrywał się w skupieniu w twarz bardzo przejętej tą przeciągającą się chwilą córki. Wreszcie Natalka zatupała niecierpliwie na śniegu. I mina jej zrzedła, bo pomyślała, że on jednak zapomniał. A może tak, jak Kaj był porwany przez Królową, która wytarła z jego pamięci wszystko, co najważniejsze…?Jednak wtem oczy taty rozjaśniły się, a usta rozciągnęły w łobuzerskim uśmiechu.

- Wiedziałem, że dasz się nabrać, moja śliczna, mała Gerdo! – zachichotał a potem szepnął już zupełnie poważnie.
- Pewnych rzeczy nie zapomina się nigdy. A przecież ta andersenowska opowieść o Królowej Śniegu była zawsze i moją ukochaną baśnią, córeczko. Fascynowała mnie postać samej Królowej. I bardzo żal mi było uwięzionego przez nią Kaja. Kiedyś nawet opowiadałem ci, że będąc chłopcem obiecałem sobie, że nigdy nie pozwolę, by do mojego oka wpadł kawałek zaczarowanego lustra. Takiego, od którego obojętnieje się na najważniejsze na tym świecie rzeczy, na najbliższe osoby i ich uczucia.  Nawet wrzuciłem do fontanny przy rynku złoty dukacik, żeby mi się to życzenie spełniło.

- Ale potem okazało się, że te kawałki lustra potrafią tak sprytnie wnikać w serca ludzkie, iż czasem nie wiadomo nawet kiedy i jak się to dzieje… – szepnął już jakby sam do siebie zasmucony tatuś i gdyby nie jego przetykana siwymi nitkami broda wyglądałby teraz zupełnie jak mały, bezradny chłopiec.

- Nie martw się tatusiu! Ja przecież jestem Twoją Gerdą i we wszystkim ci pomogę! – z pełnym przekonaniem oświadczyła dziewczynka, marszcząc przy tym czoło zupełnie tak samo, jak jej tata.
- Biegnijmy na rynek! Popatrz ile tam ptaków! – zawołała Natalka, która nie rozumiejąc skąd wzięło się to nagłe zasępienie ojca, ale czując, iż trzeba oderwać jego myśli od tajemniczych wspomnień uściskała go serdecznie i wziąwszy za rękę pociągnęła w stronę dawno nie widzianej fontanny
 A tam, w otoczeniu srebrzystych gołębi świergotliwych wróbli, pochylona nad lustrem wody stała jakaś otulona błękitnym szalem, nieznana, lecz przecież skądś dziwnie znajoma drobna staruszka, która gmerała długim patykiem w wodzie, najwidoczniej usiłując coś z niej wydobyć.

- Może mógłbym pani w czymś pomóc? – zapytał grzecznie tatuś Natalki, gdy już zbliżyli się do kamiennej obudowy fontanny a ptaszki rozpierzchły się spłoszone we wszystkie strony, wzburzając chmurę puszystego śniegu, który ma moment zamglił otoczenie.

Staruszka tymczasem parsknęła niecierpliwie mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem i wciąż tylko uparcie próbowała wyciągnąć coś, co tkwiło na dnie.

Natalka zerknęła z ciekawością w srebrzysto-turkusową głębinę, której powierzchnię muskały wielkie płatki śniegu, pozostawiając na niej delikatne, ledwo widoczne kręgi. Dziewczynka stanęła bardzo blisko staruszki, pragnąc dojrzeć, cóż to takiego kobiecie do wody wpadło? W pewnym momencie zdało jej się, że coś tam złociście błysnęło. Jakby papierek po czekoladce albo może pieniążek?

- Że też ludzie wciąż mylą studnię z fontanną! – z niezrozumiałą irytacją i wyrzutem mruknęła dziwna starowinka i głośno wysiąkała nos, bo najwidoczniej już zmarzła od tego stania na mrozie. Mocniej otuliła się szalem. Pochuchała przez chwile na swoje poczerwieniałe od zimna, pomarszczone dłonie a potem znowu kontynuowała gmeranie patykiem.
- A to są przecież tak proste rzeczy! Lecz pomyłka ciągnie się potem za nimi przez całe życie! – gderała kobieta, patrząc przy tym uważnie na tatusia Natalki, który pod wpływem tego intensywnego spojrzenia zmieszał się a nawet lekko zaczerwienił.

- Jak można pomylić tak całkiem różne rzeczy?! – zdumiała się Natalka, zaciągając się z lubością zapachem mięty i jaśminu płynącym ku niej od niezwykłej staruszki.

- Otóż można, moje dziecko! A najczęściej ludzie mylą się, co do swoich uczuć. Potem tak bardzo gubią drogi i ścieżki, że nie potrafią wrócić do miejsc, gdzie byli naprawdę szczęśliwi. Na szczęście ja czuwam! I proszę – oto jest! – zakrzyknęła tamta tryumfalnie, wyrzucając czubkiem swego kijka na brzeg kamiennej cembrowiny, mały złoty pieniądz. Potem otarła go w fałdach długiej do ziemi, wełnianej spódnicy i ni stąd ni zowąd podała ów przedmiot tatusiowi Natalki. A gdy ten wziął go w palce jakiś niezwykle jasny promień słoneczny przebił się spoza wciąż kłębiących się na niebie gęstych jak wata cukrowa chmur i wyraziście oświetlił powierzchnię dukata.

- Fontanna w naszym miasteczku ma moc budzenia marzeń i snów. Potrafi także przywracać porządek poplątanym myślom. Natomiast od spełniania życzeń jest studnia! Pamiętaj o tym, mój chłopcze! – wyrzekła stanowczo staruszka a potem pogłaskała serdecznie główkę Natalki i nie oglądając się za siebie odeszła szybko, znikając w głębi jednej z odchodzących od rynku uliczek.

Ojciec z córką długo patrzyli za tą gderliwą, lecz jednocześnie sympatyczną kobiecinką i próbowali sobie przypomnieć, skąd też mogą ją znać? Obojgu wydawało się, iż widzieli kiedyś jej postać na jakimś obrazku w książce z bajkami. Ale co to mogła być za książka? Jej tytuł zupełnie wyleciał im z pamięci.

- No to co? Pójdziemy teraz wrzucić dukata do studni a potem, tak jak planowaliśmy, wstąpimy do parku. Dobrze Natalko? – zaproponował tatko otrząsając się wreszcie z tego przydługiego, męczącego zamyślenia.

Jak postanowili, tak zrobili. Pieniążek chlupnął radośnie, wpadając w ciemnogranatową głębinę studni. A chmara gołębi przysiadła na jej cembrowinie, myśląc zapewne, że to jakiś smakołyk wpadł w tę ciemną czeluść i tych dwoje może mieć jeszcze w zanadrzu trochę drogocennych okruchów dla głodnego ptactwa.

- Następnym razem kupimy dla nich torebkę pszenicy! – westchnął tata, widząc jak rozczarowane są ptaki i zrywają się wszystkie na raz, dostrzegając jakiegoś nowego przechodnia na rynku i myśląc przy tym pewnie z nową nadzieją, iż tamten czymś ich wreszcie poczęstuje.

   Tymczasem ojciec z córką dotarli wreszcie do dawno nie odwiedzanego parku. Tam najpierw bawili się w chowanego. Potem lepili śnieżki i rzucali nimi w pnie drzew. Ślizgali się na zamarzniętych kałużach. Odciskali butami na śniegu wielkie okręgi i gwiazdy. Między nagimi gałęziami dębów wypatrywali rudych kitek wiewiórek.  Och, jak wspaniale im było razem! Jak radośnie i beztrosko! Ta cudowna godzina wspólnej zabawy mogłaby się nigdy nie kończyć.

Niestety, wreszcie przyszła pora umówionego powrotu do domu. Natalka mocno ściskała rękę ojca, bojąc się, że zaraz pożegna się z nią i znowu na długi czas zniknie. Szybko doszli do kamienicy, w której mieściło się mieszkanie Natalki. Przystanęli na klatce schodowej. Tatuś oczyścił ze śniegu płaszczyk córeczki a potem westchnął i sztucznie pogodnym głosem powiedział, iż wprawdzie teraz bardzo się spieszy, ale za tydzień znowu ją odwiedzi i zabierze na spacer. A może nawet wybiorą się wówczas do kawiarni przy rynku i zjedzą ulubione przez dziewczynkę ciastka z galaretką malinową?

- Czy naprawdę nie możesz teraz wejść ze mną do mieszkania choćby na chwilę?! – zasmuciła się dziewczynka i przylgnęła do ojca z całej siły, obejmując go przy tym w pasie i z trudem powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Nic nie odpowiedział. Gładził tylko jej drżące od niepowstrzymanego szlochu plecy i czuł, iż jeszcze chwila a sam tez się rozpłacze.
Wówczas usłyszeli, że ktoś, mocno stukocząc obcasami wchodzi po schodach. I już za chwilę pojawiła się tuż przy nich mamusia Natalki – Alicja. Ogarnęła wzrokiem tę smutną scenę pożegnania. Chrząknęła kilkakrotnie, z trudem usiłując przełknąć jakąś kłującą kulkę, która osiadła w jej gardle. A potem, nieoczekiwanie dla siebie samej, zachrypniętym, drżącym głosem powiedziała:

- Jacku! Jeśli nie możesz zostać dzisiaj dłużej, to trudno. Ale jeśli chcesz, jeśli miałbyś czas i nie masz innych, ważniejszych planów, to przyjdź do nas na wigilię. Twoja córka na pewno bardzo by się z tego ucieszyła!

Po tych słowach Natalka aż zamarła z wrażenia i pełnej radosnego oczekiwania nadziei. Spojrzała z ogromną wdzięcznością na zarumienioną od mrozu mamę. Potem wpatrzyła się w oczy dziwnie zmieszanego ojca. Oddychał głęboko i ściskał mocno dłoń dziewczynki, nie wiedząc przez chwilę, co ma odpowiedzieć. Wreszcie potarł po swojemu czoło, zmierzwił siwo-czarną brodę i szepnął:

- Bardzo chętnie przyjdę…Dziękuję ci za to zaproszenie, Alu. Nie spodziewałem się. Naprawdę!

Mama Natalki głośno wysiąkała nos a potem, ściągnęła rękawiczkę i podając mężowi dłoń szepnęła:

- No to do zobaczenia dwudziestego czwartego grudnia! Tylko nie zawiedź nas i przyjdź!

Następnie biorąc za rękę córeczkę, pewniejszym już głosem rzekła:

- Chodź już Natalko! Babcia czeka na nas z obiadem.

Rzeczywiście, babunia właśnie stawiała na stole nakrycia i już spoglądała niecierpliwie na zegarek, nie mogąc się doczekać powrotu córki i wnuczki z zięciem. Słysząc, zgrzyt klucza w zamku westchnęła z ulgą i podreptała do przedpokoju.

- Och, jesteście obie? A Jacek co? Znowu gdzieś przepadł? Zresztą do niego to wszystko podobne! – narzekała po swojemu a Natalce zrobiło się od tego dziwnie nieprzyjemnie na duszy.
- Dzisiaj musiał już pójść, ale zaprosiłam go do nas na wigilię – oświadczyła mamusia, patrząc śmiało w oczy babuni i ściskając znacząco dłoń dziewczynki.
- Och! Nie ma co na niego liczyć! Pewnie jak zwykle nie dotrzyma słowa! – gderała babunia, pomagając wnuczce rozpiąć płaszczyk.
- Myjcie szybko ręce i chodźcie na obiad, bo zupa pomidorowa stygnie! – zawołała, znikając we wnętrzu ich maleńkiej kuchni.

- A wiesz, Natalko? Spotkałam dzisiaj na rynku niezwykłą staruszkę. Stała przy fontannie i karmiła gołębie. A one bez żadnego lęku obsiadły jej ręce i ramiona. A jeden siedział nawet na jej głowie i gruchał tam tak zadowolony, jakby to było jego ulubione do siedzenia miejsce!- opowiadała mama stojąc obok Natalki przy umywalce i z zadowoleniem zerkając w lustro na swoje rumiane oblicze i lśniące wesoło oczy.

- Myśmy z tatusiem też ją widzieli! – pisnęła radośnie dziewczynka.
- I ona mówiła do nas coś o studni, dukacie i pomyłkach, jakie ludzie robią w życiu. Ale ja nic z tego mamusiu nie zrozumiałam!

- Tak?! Naprawdę?! – zdziwiła się mamusia
- Do mnie powiedziała tylko, że trzeba wierzyć w szczęśliwe zakończenia baśni. A nawet im w tym pomagać.
- Też nie bardzo wiedziałam, o co jej chodzi, ale miło mi było w jej towarzystwie stać i wpatrywać się w strugi wody z fontanny…
- Stałam tak, wdychałam zapach jaśminów i mięty, uśmiechałam się sama do siebie i jakoś lekko mi było na duszy… - westchnęła kobieta a potem otrząsając się z tego na poły sennego, ciepłego wspomnienia wytarła ręce, ucałowała serdecznie ciemnoróżowe policzki córeczki i pełnym energii głosem zarządziła:

- Najwyższa pora na obiad! Strasznie już burczy mi w brzuchu!

   Po posiłku dziewczynka czym prędzej pobiegła do swojego pokoju, przypomniawszy sobie, że przecież musi posprzątać leżące pod biurkiem migdały w czekoladzie – tradycyjny już podarunek od tatusia. Błyszczały tam niczym magiczne, perłowe sopelki. Jak słodkie łzy radości i nadziei.

-Bo może jeszcze wszystko się ułoży…? Może jednak wolno mi wierzyć w dobre zakończenia baśni…? – rozmyślała Natalka uśmiechając się do siebie i zbierając z podłogi ulubione łakocie.

   A gdy wszystko było posprzątane stanęła przy oknie i zapatrzyła się na otulony pierzynką śnieżnobiałego puchu rynek w jej miasteczku. Właśnie zaczynał zapadać zmrok a latarnie uliczne, wydobywały z cienia kolorowe blaski i gwiaździste rozbłyski zamarzniętych śnieżynek i drobinek lodu. Zachwycając się tym zaczarowanym, zimowym spektaklem dziewczynka przypomniała sobie słowa pewnej pogodnej, świątecznej w nastroju piosenki o radości. Tej samej, której kilka tygodni temu uczyła się w szkole, na lekcji muzyki. Jednak dotąd wcale nie miała ochoty jej śpiewać, bo jakoś nie potrafiła się ucieszyć ani tymi nadchodzącymi świętami, ani tym białym grudniem. Ale teraz, właśnie teraz, zapragnęła ją zanucić. Zaśpiewać tak głośno, by usłyszała to mama i babcia i ta tajemnicza staruszka z rynku w miasteczku. A przede wszystkim tatuś! Tatuś, który nareszcie wrócił z krainy Królowej Śniegu…


Radość idzie po śniegu, śnieg skrzypi cudownie
Radość podśpiewuje, zdąża lekkim krokiem
Niesie klucz w kieszonce, cieszy się ogromnie
Zaraz nam cichutko zapuka do okien

Doda oczom blasku, znajdzie furtkę w sercu
Kluczykiem otworzy - niezwykłym wzruszeniem
I tam się rozgości, jak przy ciepłym piecu
Nigdzie się nie śpiesząc, tutaj jej schronienie

Zapatrzy się w świece, w migotki lampeczek
Będzie nucić cicho w spokój otulona
A łzy diamentowe swym serdecznym deszczem
Ozdobią życzenia- najpiękniejsze słowa...*













2 komentarze:

  1. Pamiętam ją do dziś, dostałam pod choinkę jako wczesna nastolatka. Licha okładka która zmechaciła się i ponadrywała od częstego czytania. Jej tytuł "Przy kominie o szarej godzinie" . I żelazny wilk tam był i złoty lis i mądry wieśniak i skąpy pleban no i oczywiście królewicze i królewny. Przepadła mi ta książka ale zaczytana była jak rzadko która potem. Teraz pewnie by mnie nie zachwycały takie bajki ale za to mam szczęście i będę teraz czytać Twoje, całkiem inne ale też takie, do których się wraca nie tylko przy kominie ale i przy palącym się, aromatycznym tea lighcie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, Krystynko, ze chyba ja mam tę ksiązkę? Tylko nie wiem czy tutaj, czy w moim starym domu na Śląsku. Musze poszukac. Tez ją kochałąm i tez taka zaczytana!!!:-)
      Dziękuję Ci za Twoje ciepło i wierne trwanie!:-))*

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.