Oto usunięte spod poprzedniego posta komentarze Marty K :
1.Pierwszy
komentarz nie jest mój. Widocznie więcej osób podobnie do mnie myśli. O ile
dobrze pamiętam więcej było głosów na nie, jeszcze zanim Państwo zdecydowali
się rozmnożyć swoje psy a jedynie ogłosili taki zamiar. Nawet wśród Waszych
przyjaciół. Ale tych komentarzy nie zamieściliście :) Trochę to rozmnożenie
Waszych zwierząt odebrałam jako zrobienie na przekór wszystkim rozsądnym głosom
- na zasadzie "nikt nie będzie nam mówił co mamy robić". Samo to, że
czują Państwo potrzebę tłumaczenia swojego czynu, trochę odbieram jako próbę
obrony wyrzutów sumienia. Bo przecież Państwo usuwali moje komentarze zaraz po
ich zamieszczeniu. To po co je teraz zamieściliście? Żeby sobie po raz kolejny
udowodnić, że to jednak Wy macie rację? Żeby poparli Was Ci, którzy i tak Was
zawsze popierają?
Wracając do posta:
Pięknie wszystko opisane ale chyba wiedzą Państwo, że jak zaczną się cieczki to słodki czas tacierzyństwa się skończy a zaczną się zaloty Jacusia do własnych dzieci?
To tak na marginesie uosabiania zwierząt.
Pozdrawiam serdecznie.
Ps.Powoli rozumiem też dlaczego nie możemy się porozumieć. Jestem od Państwa o dwa pokolenia młodsza i po prostu moje pokolenie inaczej traktuje zwierzęta. Jesteśmy wychowani na książkach wspaniałej lekarki i mądrej kobiety Doroty Sumińskiej, która pisze:
"Dopóki jest chociaż jedno zwierzę w schronisku, dopóty NIE WOLNO nam rozmnażać zwierząt".
Ja jestem tylko ciekawa jak spełnią Państwo potrzebę macierzyństwa pozostałych psów. Proszę poczytać o inbred w hodowli psów.
Wracając do posta:
Pięknie wszystko opisane ale chyba wiedzą Państwo, że jak zaczną się cieczki to słodki czas tacierzyństwa się skończy a zaczną się zaloty Jacusia do własnych dzieci?
To tak na marginesie uosabiania zwierząt.
Pozdrawiam serdecznie.
Ps.Powoli rozumiem też dlaczego nie możemy się porozumieć. Jestem od Państwa o dwa pokolenia młodsza i po prostu moje pokolenie inaczej traktuje zwierzęta. Jesteśmy wychowani na książkach wspaniałej lekarki i mądrej kobiety Doroty Sumińskiej, która pisze:
"Dopóki jest chociaż jedno zwierzę w schronisku, dopóty NIE WOLNO nam rozmnażać zwierząt".
Ja jestem tylko ciekawa jak spełnią Państwo potrzebę macierzyństwa pozostałych psów. Proszę poczytać o inbred w hodowli psów.
2. A i proszę bardzo nie
kasować mojego komentarza tak jak poprzednich a potem zamieszczać go wyrwanego
z kontekstu. Uczciwie będzie jak dopuszczą Państwo mój głos skoro dyskusja
toczy się wokół moich komentarzy. I powtarzam, pierwszy przytoczony przez Pana
Jawora komentarz nie jest mój. Podobnych komentarzy na NIE było więcej ale
Państwo Jaworowie je usuwali.
3.
Ach, czyli nawet nie mam szansę na obronę własnego zdania :) Sprytnie :)
4.
Przykro mi, że nie mogę się odnieść do własnych słów ale niestety moje
komentarze są usuwane. A przecież chyba każdy ma prawo do obrony?
Tak Marto, masz prawo do obrony. Jak widzisz
oto post w połowie Tobie poświęcony i zawierający w formie cytatów wszystkie
Twoje dzisiejsze, usunięte przez nas komentarze. Możesz się wypowiedzieć poniżej, ile tylko dusza
zapragnie. Proszę bardzo! Postanowiliśmy
oddać Ci głos.
* * *
W drugiej części posta chcielibyśmy zacytować
interesujący artykuł dotyczący pokrewnego tematu i w jakiś sposób go
uzupełniający. Idzie o fundacje działające na rzecz zwierząt. Zresztą
przeczytajcie sami …
"Psy i ludzie, czyli fundacje w akcji. Na pseudopomocy dla zwierząt można się dorobić i wylansować. Ale czworonogi niewiele na tym zyskują..."
O fundacjach
ostatnio zrobiło się głośno. W dobrym i złym kontekście. Może
to odpowiednia okazja, by poruszyć problem mało dotąd nagłośniony,
może niszowy, ale bulwersujący. Problem tzw. organizacji
„pro zwierzęcych”.
Każdy
właściciel psa wie, że jednym z większych koszmarów, jakie może sobie
wyobrazić – jest zaginięcie ulubieńca. Oczywiście pilnujemy: smycz, szkolenie,
ogrodzenia i inne zabezpieczenia – plus czujna uwaga - przeważnie
pozwalają uniknąć nieszczęścia. Ale wypadki się zdarzają. Ktoś nie domknie
furtki, spuszczony luzem pies spanikuje słysząc wybuch petardy, nie oprze się
zapachowi suki w cieczce, zawiedzie tymczasowy opiekun… Powodów może być
tysiące. I co wtedy?
Zazwyczaj
wywieszamy ogłoszenia, pytamy sąsiadów dzwonimy po schroniskach,
przekopujemy internet… Jeśli mamy szczęście przyjaciel się odnajduje. Jeśli nie
- są łzy, rozpacz dzieci, nieprzespane noce. Czasami sprawa jest jednak
bardziej skomplikowana. Pies się odnajduje. I to w jednej
z zawiązanych w celach pomocy czworonogom fundacji. Tyle,
że odzyskać go - nie sposób.
Gdy zaczęły
docierać do mnie tego typu sygnały - nie bardzo chciałam wierzyć. Internet
jest wszak pełen ogłoszeń od stowarzyszeń, organizacji,
fundacji o chwytających za serce nazwach: SOS … dla takiej czy innej rasy, Psy
w potrzebie, Psy do adopcji etc.
A na Facebooku
co i rusz pojawiają się akcje pt.: zbieramy na leczenie Cezara,
Tiny, Bunia…(Podaję pierwsze z brzegu nazwy, niekoniecznie związane
historiami opisanymi poniżej).
Można
by pomyśleć - pocieszające. Są ludzie dobrej woli, którzy
w świecie dotkniętym powszechną znieczulicą, poświęcają czas i siły,
by pomóc zagubionym, bezbronnym, krzywdzonym stworzeniom.
Niestety
z bliska sprawa nie zawsze wygląda tak różowo.
Przypadek
nr 1. Starszy pan miał ukochaną suczkę – bokserkę - Dianę. Diana podobnie
jak właściciel, młodość miała już dawno za sobą. Któregoś razu pan
wychodząc nie domknął za sobą furtki. Suka wyszła – prawdopodobnie
na swoją stałą spacerową trasę. Pech chciał, że zobaczyła
ją kobieta związana z jedną z psich fundacji…
Bez zapytania sąsiadów, bez najmniejszej próby ustalenia jej miejsca
zamieszkania - suczka została zabrana, wywieziona i … zniknęła. Gdy
właścicielowi udało się skontaktować z fundacją dowiedział się,
że psa nie dostanie bo ten ma …. przerośnięte pazury.
I zaczyna się koszmar.
Jak
to opisano na jednym z portali
Fundacja trzyma psa w Domu
Tymczasowym, nie wiadomo gdzie, zbiera kasę na miliony badań bo, jak
wiadomo, starość daje się wyleczyć a kilkunastoletni pies nie
ma prawa mieć żadnych zdrowotnych przypadłości. Mimo że wójt gminy
wydaje decyzję o zwrocie psa właścicielowi, nieszczęsny staruszek od paru
miesięcy ulubienicy nie widzi. Na dodatek zostaje oskarżony
o znęcanie się (bo te pazury, wicie rozumicie, za długie
a poza tym leczył sukę u weterynarza którego fundacja nie lubi)
w odwecie za to, że ośmielił się przeciwstawić i nie jest
odpowiednio pokorny wobec bóstwa… tego, co ja mówię:
szefowej organizacji.
Historię
Diany szczegółowo zrelacjonowano też TUTAJ
Inna
historia: Pani w zaawansowanej ciąży, na ostatnie dni przed porodem
oddaje swojego ukochanego maltańczyka pod opiekę rodzicom. Nie ma już siły
chodzić z nim na spacery. Rodzice mają domek z ogródkiem. Pies
okazuje się jednak przedsiębiorczy. Pokonuje ogrodzenie. Parę godzin błąka się
po okolicy. Zostaje „odłowiony”. Zaalarmowana właścicielka wszczyna
poszukiwania i namierza swojego pupila. Mimo, że przyjeżdża
do fundacji z książeczką zdrowia, smyczą, zdjęciami – słyszy, że psa
nie dostanie. Został skierowany na leczenie. Będzie miał operowane rzepki
kolanowe ( zabieg u małych psów drogi ale raczej nieskuteczny). Pani
jedzie do kliniki. Tam też psa nie chcą oddać. Bo fundacja
go przywiozła, bo koszty leczenia. Pani chce zapłacić. Ściana. Gdy
nie działa perswazja i płacz, ostatecznie podstępem – „porywa” własne –
oszalałe ze szczęścia zwierzę. Tym samym historia kończy się
happy endem.
Właścicielka
boksera Irysa, musi walczyć dłużej. Przez wiele tygodni handryczy się z fundacją,
do której trafił jej pies po zaginięciu. Choć ta sama się
do niej zgłasza - kwestionuje dokumenty, udziela błędnych informacji
o wieku zwierzęcia, gdy tymczasem jego zdjęcie widnieje na stronie jako
przykład skuteczności działań „przyjaciół zwierząt”. Pies był już przeznaczony
do kastracji i adopcji. Ostatecznie dzięki pomocy wielu osób -
mieszkająca w Łodzi kobieta odbiera swoje zwierzę z Gdańska,
w fatalnej kondycji psychicznej i fizycznej. Kontakty z fundacją
wspomina jednak jako koszmar.
Młodemu
człowiekowi ginie amstaf. Znajduje fundację która „zaopiekowała się”jego psem.
Ma dokumenty. Pies jest zaczipowany. Przez telefon słyszy jednak, że psa nie
dostanie. A w ogóle nie wiadomo gdzie pies teraz jest. Nie pokażą
mu go. Nie sprawdzą czy pies go poznaje. I może sobie zgłaszać
sprawę na policję, czy do prokuratury. Młody człowiek wykazuje sporo
determinacji. Udaje mu się ustalić miejsce pobytu czworonoga. Odzyskuje
go niemal siłą.
Czternastoletnia
Lucky ma troskliwych właścicieli. Ale zaczyna chorować. Tak naprawdę jej
życie dobiega naturalnego końca. Jest leczona. Ale rokowania są takie
sobie. Chcąc jej zapewnić lepszą opiekę pani, idąc do pracy zamiast
zostawić ją samą w domu powierza - mamie. Mama nie zauważa, kiedy
pies na klatce schodowej wymyka się przez drzwi. Lucky trafia
do fundacji. Ta stwierdza, że pies ma za długie
pazury. I ogólnie jest zaniedbany. No bo… od kiedy zachorował
stracił na wadze. Fundacja tworzy internetowe”wydarzenie”. Opisuje,
że pies wygląda na 3 lata (choć ma 14). Zgłasza wniosek
o tymczasowe odebranie psa oraz podejrzenie znęcania się nad nim.
Właścicielka jest przekonana, że pismo o „wszczęciu postępowania” przez urząd miasta jest
wyrokiem. Tymczasem fundacja funduje psu chemioterapię, biopsję. Planuje
wyrwanie zębów, operację śledziony- mówi, że pies będzie do adopcji.
I zbiera fundusze i dary.
Właściciele
Amora od dwóch lat nie wiedzą gdzie przebywa ich pies. Mimo,
że przeciw fundacji, która się nim „zaopiekowała” wystąpili do sądu
i uzyskali korzystny dla siebie wyrok. Po długim procesie ,
w którym prawnik organizacji próbował im udowodnić, że znęcali
się nad własnym zwierzęciem – co ostatecznie zostało obalone
na podstawie zeznać świadków i weterynarzy – prawnie są zwycięzcami.
Co z tego, kiedy fundacja nadal nie chce wydać im psa.
Bo jak twierdzi już go nie ma , uciekł…
Przypadek
Diany jest najbardziej drastyczny. Gdy
jej właściciel zdobył informację o miejscu pobytu swojej suki, ta jak
się okazało … zdechła. W prowizorycznym schronisku, w budzie.
Z dala od człowieka, którego całe życie kochała. I który
na świecie miał już tylko ją. Starszy pan przejął się stratą do tego
stopnia, że miesiąc potem sam umarł…
Wiadomość z ostatniej chwili jest taka, że fundacja
chce teraz zwrotu kosztów rzekomego leczenia psa od spadkobierców
zmarłego. Czy można sobie wyobrazić większy cynizm?
Takich
przykładów jest więcej. Są relacje, dokumenty, świadkowie
i poszkodowani. Wszystkie sprawy mają podobny scenariusz. Gdy zabłąkane
zwierzę trafia do takiej organizacji, jej działacze w imię
pseudoopieki – miast zwrócić psa właścicielowi – co wdawałoby się
logiczne, robią wszystko - by nie go oddać. Najczęściej
z automatu uruchamiają przeciwko właścicielom prawnicze procedury,
wyszukują fałszywe zarzuty…
Czasem pada
wprost propozycja przeniesienia prawa własności na fundację.
Potem zaś
w sprawozdaniach wykazuje się „ruch w interesie”. Nieważne,
że odebrany pies trafia z kanapy do prowizorycznego
do schroniska, na klepisko, w stado innych nieszczęśliwych zwierząt.
Choć mógłby wrócić do domu. Nieważne, że tęskni. Ewentualnie jest
poddawany różnym absolutnie zbędnym bolesnym zabiegom. Czasem – trafia
do nowego domu. Bez względu na to, że ten pierwszy wciąż
na niego czeka. Że płaczą po nim dzieci. Ale jest pretekst,
by organizować kolejne akcje „pomocowe”. By ubiegać się
o 1 proc. z podatków. A, że z tych zebranych pieniędzy
większość idzie zamiast na leczenie i karmę , na promocję danej
fundacji i drogich prawników – mało kto już docieka…
Jako żywo
przypomina mi to nagłośniony kilka lat temu skandaliczny proceder
odbierania dzieci – ubogim rodzicom. I z zachowaniem skali
i proporcji – jest podobnie oburzający. To coś wyjątkowo paskudnego,
gdy wyrastające jak grzyby po deszczu fundacje, swoją misję traktują
w sposób tak wypaczony. Żeby nie mówić „cyniczny”. Być może tam, gdzie dobroczynność przeradza
się w system – przedmiot tej dobroczynności przestaje się liczyć. Ważne
stają się mechanizmy i procedury. Może to po prostu kolejny
sposób wyłudzania pieniędzy? Nie
wiem. Nie chcę przesądzać, że każda „psia organizacja” działa wedle tego
schematu. Na pewno są i takie, które nie rozmijają się z powołaniem. Są -mam
nadzieję – prowadzone przez uczciwych i wrażliwych ludzi. Opiekują się
bezdomnymi i naprawdę skrzywdzonymi stworzeniami. Mam nadzieję,
że takich jest większość.
Ale na pewno nie wszystkie. Więc warto uważać kogo, w porywie serca
– wspieramy.
A przy
okazji. W najbliższym czasie w sejmie posłowie z parlamentarnego
zespołu przyjaciół zwierząt chcą na powrót zająć się ustawą
o ochronie zwierząt. O ile mi wiadomo fundacyjne lobby – zabiega
przy okazji o zwiększenie swoich uprawnień. Tak, by np. „działacze”
mogli odbierać zwierzęta właścicielom uznanym za nieodpowiednich - bez
asysty policji. Byłabym ostrożna. Pole do nadużyć jest tu ogromne.
I choć pojedyncze przypadki nie mogą podważać samej idei społecznej opieki
nad zwierzętami – warto poddać takie organizacje lepszej kontroli. Bo samo
powołanie czegoś pod nazwą „pomoc dla zwierząt” nie musi oznaczać, że taka
pomoc faktycznie zaistnieje.
Jestem
zwolenniczką zaostrzania kar za znęcanie się nad czworonogami
i wydawania wyroków bez zawieszenia w przypadku udowodnionego
okrucieństwa. O ile wiem taki projekt jest już przygotowany przez
ministerstwo sprawiedliwości. Ale walka z bezdusznością musi być realna,
a nie jedynie na papierze.
Z podobnym
problemem mamy już przecież do czynienia w przypadku samorządów
i ich walki z bezdomnością psów. Samorząd podpisuje umowę
z rakarzem, schroniskiem – przydziela środki. I nic go nie
interesuje. Czy pies trafia w humanitarne warunki, ma szansę na adopcję,
czy do „umieralni”. Czy też może jest wypuszczany w innej gminie,
by można było go jeszcze raz „odłowić”i zainkasować pieniądze.
O takich procederach informował kilka lat temu choćby raport NIK-u.
Smutne,
że wszystko to dzieje się za nasze pieniądze.
A co gorsza z odwołaniem się do naszego serca i …
naiwności. I to chyba uwiera najbardziej.*
autor: Anna
Sarzyńska
Dziennikarka, absolwentka filologii polskiej na
Uniwersytecie
Warszawskim. Pracowała w "Życiu",
"Gazecie Polskiej" , "Fakcie", a także w TVP, m.in. w
programach "Misja specjalna" , "Panorama" i
"Wiadomości".
Artykuł został opublikowany 30 listopada tego roku na portalu
społecznościowo – politycznym wPolityce.pl
*Artykuł został opublikowany za zgodą Autorki.
Z poważaniem:
Olga i Cezary
oraz Zuzia, Jacuś oraz ich córeczki: Hipcia i Misia
