Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relatywizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relatywizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 grudnia 2016

Dobro to rzecz względna, czyli komentarze Marty K. i fundacje pro animals...



Oto usunięte spod poprzedniego posta komentarze Marty K :

1.Pierwszy komentarz nie jest mój. Widocznie więcej osób podobnie do mnie myśli. O ile dobrze pamiętam więcej było głosów na nie, jeszcze zanim Państwo zdecydowali się rozmnożyć swoje psy a jedynie ogłosili taki zamiar. Nawet wśród Waszych przyjaciół. Ale tych komentarzy nie zamieściliście :) Trochę to rozmnożenie Waszych zwierząt odebrałam jako zrobienie na przekór wszystkim rozsądnym głosom - na zasadzie "nikt nie będzie nam mówił co mamy robić". Samo to, że czują Państwo potrzebę tłumaczenia swojego czynu, trochę odbieram jako próbę obrony wyrzutów sumienia. Bo przecież Państwo usuwali moje komentarze zaraz po ich zamieszczeniu. To po co je teraz zamieściliście? Żeby sobie po raz kolejny udowodnić, że to jednak Wy macie rację? Żeby poparli Was Ci, którzy i tak Was zawsze popierają?

Wracając do posta:
Pięknie wszystko opisane ale chyba wiedzą Państwo, że jak zaczną się cieczki to słodki czas tacierzyństwa się skończy a zaczną się zaloty Jacusia do własnych dzieci?
To tak na marginesie uosabiania zwierząt.
Pozdrawiam serdecznie.
Ps.Powoli rozumiem też dlaczego nie możemy się porozumieć. Jestem od Państwa o dwa pokolenia młodsza i po prostu moje pokolenie inaczej traktuje zwierzęta. Jesteśmy wychowani na książkach wspaniałej lekarki i mądrej kobiety Doroty Sumińskiej, która pisze:
"Dopóki jest chociaż jedno zwierzę w schronisku, dopóty NIE WOLNO nam rozmnażać zwierząt".
Ja jestem tylko ciekawa jak spełnią Państwo potrzebę macierzyństwa pozostałych psów. Proszę poczytać o inbred w hodowli psów.


2. A i proszę bardzo nie kasować mojego komentarza tak jak poprzednich a potem zamieszczać go wyrwanego z kontekstu. Uczciwie będzie jak dopuszczą Państwo mój głos skoro dyskusja toczy się wokół moich komentarzy. I powtarzam, pierwszy przytoczony przez Pana Jawora komentarz nie jest mój. Podobnych komentarzy na NIE było więcej ale Państwo Jaworowie je usuwali.

3. Ach, czyli nawet nie mam szansę na obronę własnego zdania :) Sprytnie :)


4. Przykro mi, że nie mogę się odnieść do własnych słów ale niestety moje komentarze są usuwane. A przecież chyba każdy ma prawo do obrony?



   Tak Marto, masz prawo do obrony. Jak widzisz oto post w połowie Tobie poświęcony i zawierający w formie cytatów wszystkie Twoje dzisiejsze, usunięte przez nas komentarze. Możesz się wypowiedzieć poniżej, ile tylko dusza zapragnie.  Proszę bardzo! Postanowiliśmy oddać Ci głos.
* * *

   W drugiej części posta chcielibyśmy zacytować interesujący artykuł dotyczący pokrewnego tematu i w jakiś sposób go uzupełniający. Idzie o fundacje działające na rzecz zwierząt. Zresztą przeczytajcie sami …

 


"Psy i ludzie, czyli fundacje w akcji. Na pseudopomocy dla zwierząt można się dorobić i wylansować. Ale czworonogi niewiele na tym zyskują..."

O fundacjach ostatnio zrobiło się głośno. W dobrym i złym kontekście. Może to odpowiednia okazja, by poruszyć problem mało dotąd nagłośniony, może niszowy, ale bulwersujący. Problem tzw. organizacji „pro zwierzęcych”.
Każdy właściciel psa wie, że jednym z większych koszmarów, jakie może sobie wyobrazić – jest zaginięcie ulubieńca. Oczywiście pilnujemy: smycz, szkolenie, ogrodzenia i inne zabezpieczenia – plus czujna uwaga - przeważnie pozwalają uniknąć nieszczęścia. Ale wypadki się zdarzają. Ktoś nie domknie furtki, spuszczony luzem pies spanikuje słysząc wybuch petardy, nie oprze się zapachowi suki w cieczce, zawiedzie tymczasowy opiekun… Powodów może być tysiące. I co wtedy?
Zazwyczaj wywieszamy ogłoszenia, pytamy sąsiadów dzwonimy po schroniskach, przekopujemy internet… Jeśli mamy szczęście przyjaciel się odnajduje. Jeśli nie - są łzy, rozpacz dzieci, nieprzespane noce. Czasami sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Pies się odnajduje. I to w jednej z zawiązanych w celach pomocy czworonogom fundacji. Tyle, że odzyskać go - nie sposób.
Gdy zaczęły docierać do mnie tego typu sygnały - nie bardzo chciałam wierzyć. Internet jest wszak pełen ogłoszeń od stowarzyszeń, organizacji, fundacji o chwytających za serce nazwach: SOS … dla takiej czy innej rasy, Psy w potrzebie, Psy do adopcji etc.
A na Facebooku co i rusz pojawiają się akcje pt.: zbieramy na leczenie Cezara, Tiny, Bunia…(Podaję pierwsze z brzegu nazwy, niekoniecznie związane historiami opisanymi poniżej).
Można by pomyśleć - pocieszające. Są ludzie dobrej woli, którzy w świecie dotkniętym powszechną znieczulicą, poświęcają czas i siły, by pomóc zagubionym, bezbronnym, krzywdzonym stworzeniom.
Niestety z bliska sprawa nie zawsze wygląda tak różowo.
Przypadek nr 1. Starszy pan miał ukochaną suczkę – bokserkę - Dianę. Diana podobnie jak właściciel, młodość miała już dawno za sobą. Któregoś razu pan wychodząc nie domknął za sobą furtki. Suka wyszła – prawdopodobnie na swoją stałą spacerową trasę. Pech chciał, że zobaczyła ją kobieta związana z jedną z psich fundacji… Bez zapytania sąsiadów, bez najmniejszej próby ustalenia jej miejsca zamieszkania - suczka została zabrana, wywieziona i … zniknęła. Gdy właścicielowi udało się skontaktować z fundacją dowiedział się, że psa nie dostanie bo ten ma …. przerośnięte pazury. I zaczyna się koszmar.
Jak to opisano na jednym z portali
Fundacja trzyma psa w Domu Tymczasowym, nie wiadomo gdzie, zbiera kasę na miliony badań bo, jak wiadomo, starość daje się wyleczyć a kilkunastoletni pies nie ma prawa mieć żadnych zdrowotnych przypadłości. Mimo że wójt gminy wydaje decyzję o zwrocie psa właścicielowi, nieszczęsny staruszek od paru miesięcy ulubienicy nie widzi. Na dodatek zostaje oskarżony o znęcanie się (bo te pazury, wicie rozumicie, za długie a poza tym leczył sukę u weterynarza którego fundacja nie lubi) w odwecie za to, że ośmielił się przeciwstawić i nie jest odpowiednio pokorny wobec bóstwa… tego, co ja mówię: szefowej organizacji.
Historię Diany szczegółowo zrelacjonowano też TUTAJ
Inna historia: Pani w zaawansowanej ciąży, na ostatnie dni przed porodem oddaje swojego ukochanego maltańczyka pod opiekę rodzicom. Nie ma już siły chodzić z nim na spacery. Rodzice mają domek z ogródkiem. Pies okazuje się jednak przedsiębiorczy. Pokonuje ogrodzenie. Parę godzin błąka się po okolicy. Zostaje „odłowiony”. Zaalarmowana właścicielka wszczyna poszukiwania i namierza swojego pupila. Mimo, że przyjeżdża do fundacji z książeczką zdrowia, smyczą, zdjęciami – słyszy, że psa nie dostanie. Został skierowany na leczenie. Będzie miał operowane rzepki kolanowe ( zabieg u małych psów drogi ale raczej nieskuteczny). Pani jedzie do kliniki. Tam też psa nie chcą oddać. Bo  fundacja go przywiozła, bo koszty leczenia. Pani chce zapłacić. Ściana. Gdy nie działa perswazja i płacz, ostatecznie podstępem – „porywa” własne – oszalałe ze szczęścia zwierzę. Tym samym historia kończy się happy endem.
Właścicielka boksera Irysa, musi walczyć dłużej. Przez wiele tygodni handryczy się z fundacją, do której trafił jej pies po zaginięciu. Choć ta sama się do niej zgłasza - kwestionuje dokumenty, udziela błędnych informacji o wieku zwierzęcia, gdy tymczasem jego zdjęcie widnieje na stronie jako przykład skuteczności działań „przyjaciół zwierząt”. Pies był już przeznaczony do kastracji i adopcji. Ostatecznie dzięki pomocy wielu osób - mieszkająca w Łodzi kobieta odbiera swoje zwierzę z Gdańska, w fatalnej kondycji psychicznej i fizycznej. Kontakty z fundacją wspomina jednak jako koszmar.
Młodemu człowiekowi ginie amstaf. Znajduje fundację która „zaopiekowała się”jego psem. Ma dokumenty. Pies jest zaczipowany. Przez telefon słyszy jednak, że psa nie dostanie. A w ogóle nie wiadomo gdzie pies teraz jest. Nie pokażą mu go. Nie sprawdzą czy pies go poznaje. I może sobie zgłaszać sprawę na policję, czy do prokuratury. Młody człowiek wykazuje sporo determinacji. Udaje mu się ustalić miejsce pobytu czworonoga. Odzyskuje go niemal siłą.
Czternastoletnia Lucky ma troskliwych właścicieli. Ale zaczyna chorować. Tak naprawdę jej życie dobiega naturalnego końca. Jest leczona. Ale rokowania są takie sobie. Chcąc jej zapewnić lepszą opiekę pani, idąc do pracy zamiast zostawić ją samą w domu powierza - mamie. Mama nie zauważa, kiedy pies na klatce schodowej wymyka się przez drzwi. Lucky trafia do fundacji. Ta stwierdza, że pies ma za długie pazury. I ogólnie jest zaniedbany. No bo… od kiedy zachorował stracił na wadze. Fundacja tworzy internetowe”wydarzenie”. Opisuje, że pies wygląda na 3 lata (choć ma 14). Zgłasza wniosek o tymczasowe odebranie psa oraz podejrzenie znęcania się nad nim. Właścicielka jest przekonana, że pismo o „wszczęciu postępowania” przez urząd miasta jest wyrokiem. Tymczasem fundacja funduje psu chemioterapię, biopsję. Planuje wyrwanie zębów, operację śledziony- mówi, że pies będzie do adopcji. I zbiera fundusze i dary.
Właściciele Amora od dwóch lat nie wiedzą gdzie przebywa ich pies. Mimo, że przeciw fundacji, która się nim „zaopiekowała” wystąpili do sądu i uzyskali korzystny dla siebie wyrok. Po długim procesie , w którym prawnik organizacji próbował im udowodnić, że znęcali się nad własnym zwierzęciem – co ostatecznie zostało obalone na podstawie zeznać świadków i weterynarzy – prawnie są zwycięzcami. Co z tego, kiedy fundacja nadal nie chce wydać im psa. Bo jak twierdzi już go nie ma , uciekł…
Przypadek Diany jest najbardziej drastyczny. Gdy jej właściciel zdobył informację o miejscu pobytu swojej suki, ta jak się okazało … zdechła. W prowizorycznym schronisku, w budzie. Z dala od człowieka, którego całe życie kochała. I który na świecie miał już tylko ją. Starszy pan przejął się stratą do tego stopnia, że miesiąc potem sam umarł…
Wiadomość z ostatniej chwili jest taka, że fundacja chce teraz zwrotu kosztów rzekomego leczenia psa od spadkobierców zmarłego. Czy można sobie wyobrazić większy cynizm?
Takich przykładów jest więcej. Są relacje, dokumenty, świadkowie i poszkodowani. Wszystkie sprawy mają podobny scenariusz. Gdy zabłąkane zwierzę trafia do takiej organizacji, jej działacze w imię pseudoopieki – miast zwrócić psa właścicielowi – co wdawałoby się logiczne, robią wszystko - by nie go oddać. Najczęściej z automatu uruchamiają przeciwko właścicielom prawnicze procedury, wyszukują fałszywe zarzuty…

Czasem pada wprost propozycja przeniesienia prawa własności na fundację.
Potem zaś w sprawozdaniach wykazuje się „ruch w interesie”. Nieważne, że odebrany pies trafia z kanapy do prowizorycznego do schroniska, na klepisko, w stado innych nieszczęśliwych zwierząt. Choć mógłby wrócić do domu. Nieważne, że tęskni. Ewentualnie jest poddawany różnym absolutnie zbędnym bolesnym zabiegom. Czasem – trafia do nowego domu. Bez względu na to, że ten pierwszy wciąż na niego czeka. Że płaczą po nim dzieci. Ale jest pretekst, by organizować kolejne akcje „pomocowe”. By ubiegać się o 1 proc. z podatków. A, że z tych zebranych pieniędzy większość idzie zamiast na leczenie i karmę , na promocję danej fundacji i drogich prawników – mało kto już docieka…
Jako żywo przypomina mi to nagłośniony kilka lat temu skandaliczny proceder odbierania dzieci – ubogim rodzicom. I z zachowaniem skali i proporcji – jest podobnie oburzający. To coś wyjątkowo paskudnego, gdy wyrastające jak grzyby po deszczu fundacje, swoją misję traktują w sposób tak wypaczony. Żeby nie mówić „cyniczny”. Być może tam, gdzie dobroczynność przeradza się w system – przedmiot tej dobroczynności przestaje się liczyć. Ważne stają się mechanizmy i procedury. Może to po prostu kolejny sposób wyłudzania pieniędzy? Nie wiem. Nie chcę przesądzać, że każda „psia organizacja” działa wedle tego schematu. Na pewno są i takie, które nie rozmijają się z powołaniem. Są -mam nadzieję – prowadzone przez uczciwych i wrażliwych ludzi. Opiekują się bezdomnymi i naprawdę skrzywdzonymi stworzeniami. Mam nadzieję, że takich jest większość. Ale na pewno nie wszystkie. Więc warto uważać kogo, w porywie serca – wspieramy.
A przy okazji. W najbliższym czasie w sejmie posłowie z parlamentarnego zespołu przyjaciół zwierząt chcą na powrót zająć się ustawą o ochronie zwierząt. O ile mi wiadomo fundacyjne lobby – zabiega przy okazji o zwiększenie swoich uprawnień. Tak, by np. „działacze” mogli odbierać zwierzęta właścicielom uznanym za nieodpowiednich - bez asysty policji. Byłabym ostrożna. Pole do nadużyć jest tu ogromne. I choć pojedyncze przypadki nie mogą podważać samej idei społecznej opieki nad zwierzętami – warto poddać takie organizacje lepszej kontroli. Bo samo powołanie czegoś pod nazwą „pomoc dla zwierząt” nie musi oznaczać, że taka pomoc faktycznie zaistnieje.
Jestem zwolenniczką zaostrzania kar za znęcanie się nad czworonogami i wydawania wyroków bez zawieszenia w przypadku udowodnionego okrucieństwa. O ile wiem taki projekt jest już przygotowany przez ministerstwo sprawiedliwości. Ale walka z bezdusznością musi być realna, a nie jedynie na papierze.
Z podobnym problemem mamy już przecież do czynienia w przypadku samorządów i ich walki z bezdomnością psów. Samorząd podpisuje umowę z rakarzem, schroniskiem – przydziela środki. I nic go nie interesuje. Czy pies trafia w humanitarne warunki, ma szansę na adopcję, czy do „umieralni”. Czy też może jest wypuszczany w innej gminie, by można było go jeszcze raz „odłowić”i zainkasować pieniądze. O takich procederach informował kilka lat temu choćby raport NIK-u.
Smutne, że wszystko to dzieje się za nasze pieniądze. A co gorsza z odwołaniem się do naszego serca i … naiwności. I to chyba uwiera najbardziej.*



Dziennikarka, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie
Warszawskim. Pracowała w "Życiu", "Gazecie Polskiej" , "Fakcie", a także w TVP, m.in. w programach "Misja specjalna" , "Panorama" i "Wiadomości".


Artykuł został opublikowany 30 listopada tego roku na portalu społecznościowo – politycznym wPolityce.pl

*Artykuł został opublikowany za zgodą Autorki.

   P.S. Oboje z Olgą chcielibyśmy tym postem zamknąć już raz na zawsze temat rozmnażania naszych własnych psów. Mamy więc nadzieję, że Marta K. czy też inne zainteresowane osoby wypiszą się tutaj do syta z tego co im na wątrobie leży i więcej nikt nie będzie nas nękał, obrażał, wywierał presję, pouczał albo sugerował, iż jesteśmy tacy i owacy. Jest przecież tyle innych, ciekawszych tematów, jak chociażby fundacje pro animals czy też uroda zimowych pejzaży...


Z poważaniem:

Olga i Cezary
oraz Zuzia, Jacuś oraz ich córeczki: Hipcia i Misia





Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost