Pokazywanie postów oznaczonych etykietą susza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą susza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 czerwca 2024

Między suszą a mokrawicą…

 



   Dawno nie pisałam, ale nic szczególnego się u nas nie działo i pewnie dlatego natchnienia ani ochoty do pisania nie było. I właściwie nadal tak jest, więc tylko z kronikarskiego obowiązku postanawiam zamieścić nowego posta o tym, czym głownie żyjemy na naszej górce pod lasem.




   Przez większość maja panowała u nas susza, więc w ruch szły konewki i wąż ogrodowy. W spękanej niby na pustyni ziemi nie urosłyby przecież ani ogórki ani pomidory ani sałata….A i tak kiepsko rosły, bo zdaje mi się, iż dla roślin deszcz, jakikolwiek by nie był, ma o wiele większe znaczenie, niż podlewanie przez człowieka. Może chodzi tu o to, że deszcz rosi całą roślinę albo dostarcza jej składników, które  ją w jakiś czarodziejski sposób odżywiają i do życia pobudzają? Tak czy siak magicznego deszczu nie było. Natomiast jego zapowiedzi były prawie co dnia. Pełne nadziei, próżne jednak obietnice.



  

   Nad nami niemal każdego popołudnia się chmurzyło a nawet gdzieś tam z dala grzmiało. Zapowiadała się wyczekiwana ulewa. Złudne to jednak było i frustrujące. Bo człowiek znowu wierzył, gdyż chciał uwierzyć, że tym razem nareszcie popada. Bo tak wspaniale wiało. Bo zewsząd kłębiły się te ogromne szaro granatowe chmurzyska i nawarstwiały coraz mocniej. I nawet widać było czasami, że gdzieś tam na horyzoncie pada. Jasne smugi deszczu nad wzgórzami  widoczne były u nas całkiem wyraźnie. Biegałam więc z aparatem fotograficznym uwieczniając ten cudowny spektakl obłoków i czekając z niecierpliwością na pierwsze krople wody oznaczające początek upragnionych opadów. W całej okolicznej przyrodzie czuć było to oczekiwanie. To radosne podniecenie, że już zaraz, że nareszcie niebo zlituje się nad Pogórzem. Nawet psy ogarniało jakieś szaleństwo. Biegały jak zwariowane dookoła stawiku. Zaczepiały się wzajemnie do zabawy. Pyski śmiały im się radośnie i nawet Jacuś, kulejący staruszek, nabierał dawnego wigoru.  









   Ale cóż. Potem wszystko mijało. Gdzieś tam daleko od nas łaskawe niebo zsyłało komuś zbawczą sikawicę. Jednak nie nam, nie nam. Tutaj  chmury znowu zmieniały zdanie.  Odechciewało im się najwidoczniej przeistoczenia w deszcz. A w końcu rozpływały się w oddali i znowu ukazywało się ostre słońce, które choć pięknie oświetlało ogród, łąki i lasy to przecież nie przynosiło ulgi wyschniętym ziemiom i spragnionym roślinom. I znowu, jak co wieczór musiałam krążyć po ogrodzie z konewką, podtrzymując przy życiu nieszczęsne rośliny.





   Od tej suszy nasze ogrodowe oczko wodne zamieniło się w smętną i maleńką, zatęchłą kałużę. Jednak nawet ta resztka wody cały czas zwabiała do ogrodu spragnione ptaki i owady. A pewnego popołudnia przyciągnęła także jeża. Biedak przytuptał do owej kałuży pewnie ostatkiem sił, ale pił a potem czkał tak głośno, że usłyszała go Hipcia i zafascynowana warowała nad stawikiem, nigdy wcześniej takiego zwierza przecież nie widziawszy. Obawiając się, że psy mogą zrobić jakąś krzywdę jeżowi Cezary ubrał grube rękawice i wyniósł kolczastego gościa na pole za naszym płotem. Obserwowaliśmy go tam przez jakiś czas, póki nie zniknął w gęstwie wysokich traw.




 Aż w końcu i u nas naprawdę zaczęło padać. Czerwiec nareszcie zesłał wyczekiwaną odmianę. Deszcz podlał wszystko obficie. Na dnie stawiku ponownie zalśniła świeża woda. A do tego udało się napełnić wszystkie wiadra i pojemniki deszczówką. Rośliny z miejsca doznały cudownego wręcz odrodzenia. Zieleń zrobiła się bujna, świeża i soczysta. Kwiaty zalśniły nowym blaskiem. A ja nareszcie mogłam odpocząć od dźwigania ciężkiej konewki.




   Ale cóż! Nie ma róży bez kolców. Albowiem teraz pada u nas co dnia. I nie miałabym nic przeciw temu, a wręcz przeciwnie, bo cieszę się, że rośliny nareszcie mogą się napić do syta. Jednak taki mokry stan rzeczy bardzo podoba się ślimakom, które niby zombie w nieprzeliczonych ilościach atakują ogród i pożerają co tylko się da. Najbardziej jak zawsze smakują im ogórki i łubiny. Jednak nawet miętą i wrotyczem nie pogardzą. Dlatego po kilka razy dziennie wyruszamy z Cezarym na ślimacze łowy. Uzbrojeni w długie kije, na końcach których zamocowane są małe ostrza krążymy po ogrodzie i tępimy wszechobecne mięczaki. A te, których nie da się w ten sposób unicestwić zbiera się ręcznie do wiaderka ze słoną wodą, gdzie momentalnie kończą swój ślimaczy żywot. Nie cierpię tej morderczej, obrzydliwej roboty, ale cóż począć, skoro nie da się inaczej ochronić  ogrodu przez bezlitosnym pożarciem. Ślimaki to obojnaki, które rozmnażają się w tempie błyskawicznym. Niektóre mogą w sezonie złożyć po kilkaset jaj, z których bardzo szybko wylęga się równie żarłoczne potomstwo. Ech! Z tego wszystkiego nawet śni mi się po nocach, że monstrualne ślimory podobne do węży albo potwornych wijów szparą pod drzwiami włażą do mojej sypialni łakomie rozdziawiając paszcze. I muszę uważać, żeby bosą stopą nie nastąpić na te oślizgłe potwory a przede wszystkim by nie dać się im zjeść...

   Lubię o świcie wyjść do ogrodu.Zapatrzeć się w dal.  Odetchnąć świeżym powietrzem. Zapomnieć o koszmarach nocnych i w ogóle o całym świecie. Napawać się przez chwilę tą bujnością, zielonością, kolorami dopóki nie zerknę w dół, gdzie jak zwykle brązowieją i rudzieją nieprzeliczone ilości żądnych posiłku ślimaków. ....Zatem chcąc nie chcąc znów biorę szpikulec albo wiaderko ze słoną wodą w dłoń i ruszam na polowanie. 





   Na razie poranek u nas pogodny, ale w prognozach widoczne są kolejne deszcze. I widać malownicze chmury na nieboskłonie. No cóż. Nigdy nie może być idealnie. I sama już nie wiem, co gorsze, czy susza, czy mokrawica…




wtorek, 23 sierpnia 2022

Jak pod parasolem…

 


 


  

- Jadąc wczoraj w odwiedziny do rodziny w mieście zauważyłam obficie owocujące przy drodze krzewy czarnego bzu! Od razu pomyślałam wtedy o pani! O tych pysznych, bzowych konfiturach, co mi je kiedyś pani dała!– oznajmiła sympatyczna doktor stomatologii pochyliwszy się nad moją otwartą paszczą i grzebiąc w niej jakimś srebrzystym szpikulcem.

- I jeszcze mirabelki widziałam! Całe żółte od wielkiej ilości owoców! I śliwy węgierki oblepione wręcz fioletowymi, wyjątkowo dorodnymi śliwkami! Dobrze się składa, bo od przyszłego tygodnia wybieram się na urlop. Kupię sobie śliwek na targu i będę smażyć powidła! Takie domowe najlepsze, bo bez dodatku cukru!  – dodała radośnie i wziąwszy w dłoń warczące upiornie dłuto zanurzyła je w mym bezbronnym zębie.

 


   Gdybym mogła wówczas odpowiedzieć dentystce pożaliłabym się, że niestety, ale w moim ogrodzie nadzwyczaj marne tego lata zbiory. Co do czarnych bzów, to większość ubiegłej jesieni podcięliśmy, świadomie decydując się na to, że w tym roku nie wydadzą owoców. A te, które podcięcia uniknęły prawie wcale nie zaowocowały, a jeśli nawet, to w większości ich czarne owocki uschły na krzewach. W ubiegły weekend udało mi się zebrać zaledwie dwa kilogramy maleńkich, bzowych koraliczków i zrobić z nich kilka słoików konfitur. I jeśli idzie o czarne bzy, to by było w tym roku na tyle. Natomiast śliwki węgierki w wielkiej obfitości jeszcze niedojrzałe pospadały z drzew. Na skutek czego w ogrodzie chodzi się teraz po fioletowych, śliwkowych kobiercach utworzonych z owocków zalegających między suchymi połaciami wypalonych przez słońce traw. Ta niewielka ilość węgierek pozostała na drzewach także w większości jest mała, twarda, pomarszczona, prawie pozbawiona miąższu, często robaczywa i nie nadająca się do niczego. Tak więc nie będzie u mnie w tym roku smażenia powideł, robienia wina, soków i dżemów. Dobrze, że mam jeszcze trochę ubiegłorocznych przetworów. Jakoś więc damy sobie zimą radę z tym, co jest. 


 

   Uporczywie przedłużająca się u nas susza jest tym dziwniejsza, że jak dowiadujemy się od mieszkańców sąsiednich przysiółków, wsi albo miasteczek tam owszem, pada nawet dość często. Nieraz jest to tak blisko nas, że wręcz słychać padający deszcz, czuć jego zapach w powietrzu, widać nieopodal zaciągnięte, granatowe niebo, dochodzi tu dźwięk grzmotów i potężnych wyładowań atmosferycznych.  Tymczasem tu jakby Stwórca rozpiął nad naszym przysiółkiem ogromny parasol. Monstrualne chmury potrafią wisieć nad nami przez kilka dni z rzędu i łudzić nadzieją, zwiastując rychłe, duże i długie opady. Jednak zazwyczaj nie spada na naszą górkę nic a co najwyżej odrobinę pokropi przez parę minut a potem w try miga wszystko wysycha, jakby tego deszczyku w ogóle nie było. Tak więc dotkliwa suchota ogarnia coraz większe połaci traw, krzewów i drzew. Dobrze przynajmniej, że  często o poranku unosi się nad naszymi okolicami mgła, która potem opada rosą na krańcowo spragnione rośliny. Ta niewielka ilość wilgoci jest dla nich chyba tym czym dla konającego zdaje się być zwilżenie spieczonych warg, podczas gdy życie przywrócić by mu mogło tylko podanie solidnej kroplówki. Ze smutkiem słuchałam wczoraj dźwięków piły spalinowej, którą Cezary wycinał kompletnie uschnięte stare śliwy w naszym ogrodzie…


 

   Dobrze, że udało mi się ukisić kilkanaście słoików ogórków, bo i one padły w tym roku bardzo szybko, mimo, iż wiele razy były podlewane. To samo z cukiniami. Zaczynają właśnie dojrzewać pomidory, którym susza zdaje się najmniej szkodzić, zatem codziennie suszę je albo przerabiam na soki.  Suszę też w piecu maleńkie gruszeczki-ulęgałki, które także pospadały na trawę i w stanie surowym są nie do zjedzenia, natomiast w postaci ususzonej stają się podobne w smaku i konsystencji do fig albo daktyli.  Nie wiem, czy będzie cokolwiek z gruszek odmiany bera. Dwie ogromne grusze, które górują nad naszym ogrodem ledwie zipią.  To samo ze starymi jabłoniami.  Żółkną i opadają liście ze stareńkiej lipy. Wyschły na wiór krzaczki truskawek i poziomek. Zmarniał mi też lubczyk, którego zawsze miałam tak dużo, że mogłam go mrozić i suszyć w sporych ilościach. Tylko róże znowu obficie kwitną a i dynie na polu zdają się mieć zupełnie dobrze. Widocznie ich korzenie sięgają w ziemi na tyle głęboko, że cudem dostają do jakichś ostatnich pokładów wilgoci. Zajadamy więc na bieżąco pomidorowo - paprykowo - dyniowe lecza. Upalna, tropikalna pogoda sprzyja posilaniu się takimi lekkimi, prostymi, pełnymi witamin potrawami. Z czegoś przecież trzeba siły żywotne czerpać. A przedłużający się upał i susza sprawiają, że niestety coraz mniej w człowieku energii do działania. Umęczeni pogodą zawiesiliśmy na jakiś czas wyjazdy do naszego lasku po drewno. Coraz bardziej chce się teraz polegiwać w sypialni i ucinać choćby półgodzinne drzemki, po których wstaje się półprzytomnym, zapoconym i zupełnie nie zregenerowanym…

 


- Ależ przyjemnie wczoraj u nas w mieście popadało! Momentami potoki wody płynęły ulicami. A jak się uspokoiło to cudownie pachniało wieczorem! Aż chciałoby się boso po kałużach poskakać. Prawie jak w czasach dzieciństwa! – zaćwierkała pogodnie dentystka dokładnie zalepiając mój wyborowany uprzednio ząb światłoutwardzalną masą.

 


   Nic nie odrzekłam, bo odrzec wówczas nie mogłam. Usiłowałam tylko przełknąć ślinę, która jak zwykle zaczęła się drażniąco przesączać do mego gardła. Ale i to mi się nie udało. Dałam więc za wygraną i trwając z otwartymi szeroko ustami spoglądałam tylko bezradnie w stronę okna, gdzie na pogodnym niebie widać było mnóstwo malowniczych obłoków, z których najprawdopodobniej znowu nie spadnie w naszym przysiółku ani kropla życiodajnego deszczu…

 

środa, 10 sierpnia 2022

Sierpniowi drwale…

 

 



   Brym, brym…Puf, puf…Paf, paf…Uch, uch…Pyr, pyr..Takie mniej więcej prychająco pierdzące dźwięki wydaje z siebie nasz traktorek zwany po tutejszemu „Esiokiem” (ma silnik ES7, stąd to dziwne miano) lub też „Papajem”(bo ma jednocylindrowy, pracujący nieregularnie silnik stękający w bardzo charakterystyczny, „pafująco-papujący” sposób). Mniej więcej w co drugi poranek zaprzęgamy do owego Esioka małą, ale pojemną przyczepkę i wyruszamy do naszego lasku.  Cezary zasiada za kierownicą a ja mimo jego namawiania bym usiadła obok, na kole wolę iść sobie piechotą. Do lasku zaledwie kilkaset metrów i cały czas z górki, więc się nie zmęczę a za to będę mieć przyjemną, krajoznawczą przechadzkę wśród kwitnących pól. Na kole, gdzie niby jest jako takie miejsce dla pasażera siedzieć nie cierpię. Nie dość, że strasznie tam niewygodnie i jakieś żelastwo w nogi się wpija, to jeszcze tak trzęsie na nierównościach drogi (asfaltowej, ale już zepsutej), że mam wrażenie, iż zaraz zlecę i w najlepszym razie nabiję sobie guza a w najgorszym wyląduję pod owym potężnym kołem. A tak idę spokojnie swoim tempem. Jeszcze rzeźka, jeszcze świeża, jeszcze pełna wigoru! Tu zerwę sobie listek mięty, tam kłosek trawki, tu się na jakowegoś ptaszka zapatrzę a tam na niewinny obłoczek. Uśmiecham się do siebie jakbym na jakąś przyjemną wycieczkę szła a nie do pracy. W tym czasie Cezary dumny i blady dojeżdża do mnie na prychającym radośnie Esioku. Coś mówi, ale nie słyszę poprzez to prychanie. Macha więc ręką i mija mnie za zakrętem. Ma ze sobą piłę spalinową, dwie małe piłki na baterie, piłę ręczną, grabie, sekator oraz siekierę. W schowku na narzędzia schowana jest woda do picia dla nas, butelka z zapasem benzyny, śrubokręty do pił oraz mocne linki.  Wszystko się przyda.


 

   W końcu wjeżdżamy w okolice naszego lasku. Porasta on wzgórze i paryję tuż za naszym polem. Niby blisko, ale tak się składa, że przez kilka ostatnich lat nie odwiedzaliśmy go i aż dziw jak tam w tym czasie zarosło. Pojawiło się mnóstwo młodziutkich jesionów, brzóz, dzikich czereśni, klonów i wierzb. Jednak mnóstwo też niestety drzew uschło. Wiele z nich ledwo stoi. Stojąc zaś wielce chybotliwie co i rusz skrzypi złowieszczo. A niektóre już leżą pokotem i czekają na uprzątnięcie. Ogromnie dużo też dokoła suchych gałęzi i chrustu. A wszystko to na pochyłości pośród traw i chaszczy ze splątanych krzewów jeżyn oraz pokrzyw. Zanim mogliśmy zabrać się do właściwej pracy trzeba było zatem choć trochę oczyścić i wygrabić teren, żeby dobrze widać było pozostałe po ścięciu drzew pniaki, kamienie i nierówności, żeby ukochany traktorek zagłębiając się w gęstwę lasku nie utknął zaraz gdzieś dalej na jakimś kamieniu albo w przykrytej liśćmi rozpadlinie.  Wreszcie nasz niebieski, terkoczący tryumfalnie pojazd mógł przejechać szczęśliwie w głąb lasku i zacumować przy wielkim korzeniu po uschniętej wierzbie, z tyłu mając czekający na uprzątnięcie ogromny, powalony jesion, z jednego boku brzozowo-wierzbowy zagajnik a z drugiego głęboką paryję, oddzielającą nas od lasu sąsiada. My zaś nareszcie mogliśmy zabierać się do pracy.  

 


  Do mnie głownie należy zawsze zbieranie gałęzi i zanoszenie ich na przyczepkę. Cezary piłuje co grubsze kawałki, ale ponieważ nie ze wszystkim może dać sobie radę sam co chwilę nawołuje mnie do pomocy.

 


- Przyłóż tu miarkę! I jeszcze tu! – słyszę jego z trudem przebijający się przez warkot piły spalinowej głos. „Miarka” to przycięta na wymiar przyczepki od traktora listewka. Trzeba bowiem tak ciąć drewno, żeby się akuratnie zmieściło na przyczepce.

- Zabierz mi te gałązki spod nóg bo zaraz się o nie przewrócę! – woła za chwilę ocierając pot z czoła. Opiera piłę o pieniek u stóp nie sposób przecież cały czas dźwigać tego warczącego, kilkukilogramowego ustrojstwa.

- Odsuń się szybko i nie podchodź! – krzyczy za jakiś czas – Tu jest niebezpiecznie. Przecież te gałęzie mogą ci na głowę zlecieć! – ostrzega, gdy stoję zbyt blisko chcąc mu asystować przy pracy.

- Benzyna mi się skończyła! Tam chyba jest w schowku jeszcze trochę. Przyniesiesz mi? – prosi po kilkunastu minutach a potem z braku paliwa bierze się za piłowanie ręczne. Ciężko to idzie. Suche drewno nieraz jest wyjątkowo twarde. Jednak piła nieustępliwie przesuwa się raz w jedną raz w drugą stronę. Aż do ostatecznego zwycięstwa.  Pot leje się Cezaremu po twarzy a trociny oblepiają mu czoło i szyję. Przynoszę wodę do picia. Przyjmuje ją z wdzięcznością.Sama też z lubością pociągam kilka łyków.

- Spójrz! Ta brzoza, przy której stoisz też jest do wycięcia. Zobacz, wystarczy ją pchnąć i leci. Całkiem sucha! – oznajmiam niebawem i za moment oboje pchamy pień omszałego drzewa a ono po kilku skrzypnięciach rzeczywiście wali się z rozgłośnym skrzypnięciem. I ciąg dalszy roboty. Odłamywania, odcinania, rąbania i piłowania, przyciągania i przenoszenia konarów do coraz mocniej napełniającej się przyczepki. 


 

   W tym czasie korony młodych brzóz i wierzb cichutko szumią nad nami i szemrzą o czymś w gęstwie oliwkowych i zrudziałych przedwcześnie liści. A czas, jak to ma w zwyczaju płynie sobie niepostrzeżenie i wartko. Łagodne do niedawna, poranne słonko zaczyna  znacznie mocniej przyświecać a nam w pustych brzuchach burczeć. Pora kończyć na dzisiaj dzieło. Jutro wszak też jest dzień. Mocno spinamy ułożone na przyczepie drewno. Chowamy narzędzia i gotowi jesteśmy do powrotu. Oboje jesteśmy spoceni i brudni, ogromnie zmęczeni, ale zadowoleni. Nie dość bowiem, że nareszcie uprzątamy nasz lasek, to jeszcze będzie czym w piecach palić w przyszłe, chłodne miesiące. A to z tego wszystkiego chyba najważniejsze.

   Wkrótce traktorek szybko niknie mi za zakrętem a ja znacznie mniej dziarsko niż kilka godzin temu wspinam się pod górkę, posuwam się iście zółwim tempem, noga za nogą wśród oblanych południowym słonkiem łąk, odnosząc nieodmiennie wrażenie, że droga do domu jakoś podejrzanie się wydłużyła…

 


   Paf, paf…Drym, drym! – głośno mruczy coś w swoim języku Esiok, kilka minut potem wjeżdżając z fasonem na nasze podwórko. Na przywitanie wybiegają nam psy, które przez czas nieobecności gospodarzy smacznie sobie po kątach spały. A może wcale nie spały tylko za nami tęskniły? Kto je tam wie, jakimi tajemniczymi sprawami zajmują się zwierzaki, gdy ludzi nie ma w domu? Tak czy siak witają się, jakby nas ruski miesiąc nie widziały!  Radosne, entuzjastyczne, serdeczne, kochane. Wołam do nich wesoło: - Psiaki-dzieciaki! Chodźcie, chodźcie! -  A one biegną ze mną na tyły ogrodu aby odtańczyć radosną rundkę, wyskakać się, ulubione kąty odwiedzić i obsikać a potem znów sobie gdzieś w cieniu zalec.


 

   My z Cezarym po chwili oddechu bierzemy się za wyładunek i cięcie a potem rozwożenie drewna do przeznaczonego dla niego miejsca. Znowu sporo z tym roboty. Ale ciach ciach. Mimo zmęczenia nawet szybko nam to idzie. Im częściej pracujemy jako drwale, tym większej nabieramy w tym wprawy. I mięśnie od tego intensywnego działania z drewnem rosną i tłuszczyku na brzuchu odrobinę ubywa…Same korzyści!:-)

 



- Jakoś chyba damy sobie radę! – wzdychamy po pracy spoglądając w zamyśleniu na stos usypanych pod wiatą nieregularnych kawałków brzozy, jesiona, wierzby, buka, graba, brzozy a do tego gruszy oraz  śliw z naszego ogrodu.  Niby sporo tego drewna, ale wciąż za mało by być spokojnym co do nadchodzącej zimy. Zresztą, owa zima budzi przecież o wiele więcej pytań i obaw, niż te, czym będzie się palić w piecu…Jak będzie – czas pokaże. Jak zawsze.  A póki co trwa sierpień i sporo działania jeszcze przed nami. W lasku wciąż dużo jest do uprzątnięcia. I dużo też jeszcze wolnego miejsca w drewutni. A jesienią spokojnie zapali się pod kuchnią (bo przecież będzie czym!) i w przyjemnym domowym ciepełku przyjdzie czas na czytanie zaległych książek albo na robienie przetworów owocowych….O ile rzecz jasna będzie je z czego robić, bo z powodu suszy niedojrzałe i maleńkie jabłka, gruszki i śliwki w ogromnych ilościach pospadały już z wysychających na potęgę drzew…

 


 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost