Początek
września od zawsze kojarzył mi się z dwoma tematami: rozpoczęciem roku
szkolnego oraz wybuchem drugiej wojny światowej. Oba skojarzenia przykre, ale rzecz
jasna owa przykrość posiada zupełnie inny ciężar gatunkowy. Jednakże oba te
tematy łączy jedna cecha: drastyczny koniec wolności. Lecz o ile obowiązek
pójścia do nielubianej szkoły dało się jakoś znieść a nawet przez lata do niego
przyzwyczaić, to już przymus wzięcia udziału w wojnie, niósł i niesie ze sobą
zapowiedź grozy, bólu dojmującej tęsknoty za zwyczajnym, normalnym życiem oraz przede
wszystkim wysokiego ryzyka śmierci.
Nie bez powodu
łączę tu kwestie związane ze szkołą oraz wojną. Zamierzam bowiem podejść do
tego drugiego tematu w sposób właściwy dzieciom, czyli bardzo prosto.
A podejmuję go z
uwagi na przeczytaną ostatnio powieść autorstwa Johna Boyne pt. „Zostań a potem
walcz”. Książka ta opowiada o losach angielskiego chłopca i jego rodziny w
czasach pierwszej wojny światowej. Wojny, która spadła jak grom z jasnego nieba
na tak wydawałoby się spokojny i cywilizowany świat tamtych czasów by w jednej chwili wywrócić go do góry nogami.
Nigdy wcześniej wojna nie była tak okrutna, prowadzona tak wieloma, bezwzględnymi
środkami militarnymi (np. przy użyciu gazów bojowych). Nigdy jeszcze żadna nie pochłonęła
też tak wielu ofiar. Alfie Summerfield, dziewięcioletni Anglik musi zmierzyć się
z jej grozą, widząc jak zmienia się znana mu dotąd i bezpieczna rzeczywistość,
jak ogromnie zmieniają się ludzie wokół niego, jak zmienił się jego własny
ojciec, straszliwie okaleczony przez wojnę psychicznie. To książka o miłości rodzinnej, która
wszystko przezwycięża, ale i o bezsensie wojny, o czynnym sprzeciwie wobec
niej, który przez nielicznych postrzegany jest jako najwyższy wymiar odwagi i
bohaterstwa, ale przez jeszcze innych (i tych jest, niestety większość) jako ze
wszech miar godne potępienia tchórzostwo.
A skąd taki
tytuł książki? Otóż wojna pozycyjna polegała wówczas na tym, że zgromadzeni w
okopach żołnierze czekając na swoją kolej wzięcia udziału w toczącej się nieopodal
walce, tkwili w kolejnych, następujących po sobie rzędach. I tym w dalszych
rzędach nakazywano właśnie aby najpierw czekali poniżej na swoją kolej a potem
szli przed siebie i walczyli. I gdy tylko jedni pobiegli przed siebie z
karabinami i bagnetami, kiedy ledwo co zniknęli we wszechogarniającym kurzu
oraz w przerażającym hałasie strzałów, wybuchów i wrogich okrzyków, już do
wyjścia z okopu szykowali się następni. I znowu następni. Nieskończona,
posłuszna masa ludzka ogarnięta szałem zabijania, przepojona determinacją a
przede wszystkim przenikającym każdą komórkę ich ciała i umysłu strachem. Masa
istot ludzkich depcząca po innych, poległych wcześniej istotach ludzkich. A w
okopach, tych potwornych dołach śmierci wciąż narastał jęk rannych, smród krwi
i zgnilizny, pisk wszędobylskich szczurów. Horror i znieczulica. Koszmar na jawie. Coś, co nigdy nie powinno się
zdarzyć, ale się zdarzyło. A gdzieś tam, w zupełnie innym, coraz mniej realnym
świecie rodzina, dom, zwyczajne życie i nudna, lecz zarazem dająca poczucie
spokoju i bezpieczeństwa codzienność.. Czy da się do tego ot tak wrócić? Czy wojenna
krzywda wyrządzona innym i sobie samemu nie położy się cieniem na przyszłym życiu?
I czy w ogóle będzie jakieś przyszłe życie…?
I tu przypomina mi
się inna, przeczytana jakiś czas temu książka pt. „Johnny poszedł na wojnę” autorstwa Daltona Trumbo. Rzecz traktująca
o żołnierzu amerykańskim tak potwornie okaleczonym fizycznie, że wręcz nie
zdolnym do kontaktu z otoczeniem a cały czas przy tym rozumującym logicznie i
zmagającym się z wewnętrzną traumą i beznadzieją. Jest na YT do obejrzenia film nakręcony na
podstawie tego utworu. Widać tam bezkształtną, owiniętą w bandaże, pozbawioną
kończyn nieszczęsną istotę ludzka, która z powodu zmasakrowanej twarzy nie może
mówić, ale może niestety cały czas myśleć i bezgłośnie błagać o kres swego
niewyobrażalnego cierpienia, o upragnioną śmierć a nie doczekawszy się tego po
raz nie wiadomo który pytać siebie, w imię czego stało się z nią to, co się stało
i czy jej ofiara ma jakikolwiek sens? Nikt jej na te pytania nie odpowie.
Lekarze i pielęgniarki nie traktują tego ludzkiego strzępu jak człowieka.
Omijają go obojętnie. Mają wszak tyle pracy z innymi, rokującymi lepiej rannymi…
Takoż i dzieci nie
mając jeszcze życiowego doświadczenia ani
wiedzy na wiele spraw patrzą w zupełnie inny sposób, niż dorośli. Wiele z tych
spraw nie rozumieją a wobec tego tłumaczą je sobie po swojemu. Ich spojrzenie na świat jest świeże, szczere,
niezmącone jeszcze przymusem poprawności politycznej, bez lęku przed
śmiesznością i szyderstwem. Wolno im tak patrzeć. Wolno zadawać naiwne pytania.
Pytać o sens takich spraw, o które dorośli dawno już przestali pytać, bo im nie
wypada albo po prostu dlatego, iż wiedzą, że nie ma na nie racjonalnej
odpowiedzi.
- Po co w ogóle
są wojny? - pytają dzieci. Dlaczego ludzie z taką
łatwością zabijają innych, zupełnie obcych, lecz przecież takich samych jak
oni, ludzi? Dlaczego wszyscy nie zbuntują się przeciw temu zabijaniu i po prostu
nie podadzą sobie rąk? Przecież zabijanie jest grzechem. Dlaczego nagle nim być
przestaje? Dlaczego namawia się ludzi do zadawania śmierci innym? Czyż życie
nie jest najwyższą wartością? Czy nie lepiej żyć z innymi w zgodzie i pokoju?
„Zawsze niech
będzie słońce, zawsze niech będzie niebo, zawsze niech będzie mama, zawsze
niech będę ja…” Wszyscy nucili kiedyś tę znaną, rosyjską, dziecięcą piosenkę.
Dziś nikt już jej chyba u nas nie nuci, bo po pierwsze jest rosyjska(a dzisiaj
wszystko co rosyjskie jest złe) a po drugie zupełnie inne spojrzenie na świat
wydaje się dzisiaj obowiązujące. „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny” –
oznajmiają politycy różnej maści. I wydają miliardy na zbrojenia zadłużając się
na lata i wtrącając społeczeństwa w spirale inflacji i biedy. Powołują do
wojska kolejnych mężczyzn, bo wciąż mało im świeżego mięsa armatniego. A młodzi
ludzie nie chcąc być owym mięsem robią, co tylko mogą by uciec przed tym
strasznym obowiązkiem wojennym. Nie
dziwię się wcale Ukraińcom, którzy wyjechali lub starają się wyjechać ze
swojego kraju. Nie dziwię się, choć wielu irytuje na naszych ulicach widok tych
krzepkich młodzieńców, którzy zamiast walczyć za swoją ojczyznę, bezpiecznie dekują
się u nas i miło spędzają czas. A dla nich po prostu najważniejszy jest pokój i
spokojne życie. I tak naprawdę nie ma znaczenia, kto rządzi, jaki język słychać
na ulicach, w granicach jakiego państwa się znajdują. Nie pociąga ich
nacjonalistyczna ani żadna inna ideologia. A przede wszystkim nie chcą ginąć
bezsensownie, nie chcą zabijać Rosjan ani nikogo innego w imię cudzych
interesów. Bo przecież niektórzy naprawdę przy okazji robią kokosowe interesy. Politycy
i biznesmeni zarabiają na łapówkach, na zbrojeniach, na szemranych
transakcjach, na politycznych układach i gierkach. Zresztą tak samo działo się w czasach pandemii
(pamiętacie o handlarzu respiratorami?).
Ech! Zawsze ktoś
wszystko traci a ktoś inny wiele zyskuje w czasach chaosu, zagrożenia i upadku
norm moralnych. Coraz częściej słyszy
się o przerażającym poziomie korupcji na
ogarniętej wojną Ukrainie. Militarna czy
finansowa pomoc zachodnich państw wpada tam niczym w dziurawy worek. Wciąż jest
jej mało, wciąż są prośby o więcej a w tym samym czasie tamtejsi oligarchowie bogacą
się coraz bardziej, spędzają urlopy na prywatnych jachtach, wykupują luksusowe rezydencje
w ciepłych krajach, korzystnie inwestują pieniądze w zagranicznych firmach, posyłają
swoje dzieci na prywatne, najlepsze uniwersytety itp.
No tak…A co z
żołnierzami przymusowo czy ochotniczo wysłanymi na front? Co z tymi, którzy
jednak cały czas walczą i giną, wierząc, iż robią to w słusznej sprawie? Czy są
bohaterami czy …naiwnymi głupcami? Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to
pytanie. Tak samo jak np. nie potrafię jednoznacznie określić, czy godnym
podziwu patriotycznym heroizmem, czy wręcz przeciwnie bezsensownym marnowaniem młodego życia
było uczestnictwo w Powstaniu Warszawskim albo walka nastolatków w Szarych
Szeregach?
Nie rozumiem i
nie chcę rozumieć sensu prowadzenia wojen, sensu zabijania innych ludzi.
Przecież, choć mówimy różnymi językami tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami.
I gdyby wszyscy zwyczajni ludzie na świecie zbuntowali się powiedzieli „Nie!”
wszelkiej walce, wszelkiej wojnie, czy nie byłoby lepiej? Czy nie da się po prostu ze sobą dogadać? Zawrzeć
korzystnego dla wszystkich kompromisu? Porzucić broń i zabijanie a potem
zbratać się tak, jak niegdyś zbratali się na chwilę francuscy, angielscy i
niemieccy żołnierze podczas świąt Bożego Narodzenia w 1914 roku? No tak, wiem, to bardzo naiwne i nierealne pragnienie. I tylko dzieci mają jeszcze
prawo do takich marzeń, a nawet do wypowiadania ich na głos…Jednak świat cały czas, mimo wszystko jest przecież taki piękny a wszystkie dzieci powinny mieć możność
pójść we wrześniu do szkoły. Nawet, gdy bardzo tej szkoły nie lubią…