Od kiedy tu mieszkamy nasz widok za oknem był niezmienny i przez to kojący. Po drugiej stronie drogi na górce rósł sobie spokojnie niewielki, dziki lasek. Świetnie zasłaniał słupy elektrycznego napięcia i wieżę przekaźnikową. Lubiłam na niego patrzeć, lubiłam tam chodzić i spędzać w owym lasku całe godziny. W czasach, gdy mieliśmy jeszcze kozy to miejsce dawało mnie i stadu schronienie przed upałem. Siadywałam tam sobie na pieńku niewidoczna dla nikogo postronnego a za to doskonale widząca stamtąd dom i przejeżdżające od czasu do czasu traktory i samochody. U moich stóp kładła się młoda jeszcze i beztroska Zuzia. Podstawiała głowę do głaskania albo rozwalała się bezwstydnie żeby łaskotać ją po brzuszku. Wyciągałam z malutkiego plecaczka zeszyt i długopis a potem łapiąc ulotne natchnienie spisywałam strofki nowych wierszy, piosenek albo opowiadań. Kozy zajadały się w pobliżu wierzbowymi i dębowymi liśćmi. Goniły się miedzy drzewkami. Z nagła bodły podrzemującą niewinnie Zuzię. Zaczepiały mnie do zabawy, nie pozwalając się skupić się na pisaniu. Porzucałam je zatem skwapliwie aby wygłupiać się i figlować z moimi zwierzakami. Ech! Dobrze nam było w otoczeniu śliw samosiejek , trześni, wierzb wszelakich, brzóz, młodych dębków, kolczastych krzaków głogu, tarnin i róż, skłębionych chaszczy oraz gęstych traw. Na wiosnę śliwy okrywały się chmurami białego kwiecia a jesienią owocowały gronami przepysznych fioletowych węgierek i bordowych, słodziutkich mirabelek. W koronach drzew mnóstwo ptaków miało swoje schronienia albo miejsca odpoczynku przed dalszą drogą. Między trawami i bruzdami ziemi ukryte były kopce mrówek oraz krzaczki poziomek. Nieraz widywałam przebiegające tamtędy albo pasące się w pobliżu śliw zające, sarny, jelenie i dziki. Niekiedy przemykały też ciemnym cieniem wilki. Wszystko to trwało latami i wydawało się, że tak będzie zawsze.
Ale nie ma żadnego „zawsze”. Lasek (prawdopodobnie należący do gminy)raptem niedawno został komuś sprzedany. I oto przez kilka ostatnich dni trwała tam wzmożona wycinka. Piły warkotały od zmierzchu do świtu. Zza firanek spoglądałam na to ze ściśniętym sercem. Nie mogłam nic zrobić a tylko patrzeć. Najęci przez gminę drwale sprawnie i szybko poradzili sobie z usunięciem stamtąd wszystkiego aby pozostawić dla nowego właściciela uprzątnięty teren. Czy nabywca zamierza tam coś budować, siać? Podobno nie. Ot po prostu ktoś z drugiego krańca Polski chce mieć tu kawałek ziemi, a więc ma – zrelacjonował mi Cezary, który wyszedł z domu aby dowiedzieć się, co i jak. Drwale zaproponowali mu kupno leżących pokotem drzewek. Było tego mniej więcej półtora metra sześciennego. Nie chcieli za to wiele, zatem Cezary chętnie się zgodził. W tym tygodniu będziemy je ciąć na miejscu, uprzątać i przewozić pod wiatę. Nie zmarnuje się zatem. Przynajmniej tyle dobrego.
Poszłam dzisiaj na górkę aby zobaczyć z bliska jak to teraz wygląda. Wszystko zostało zrównane z ziemią. Jak po nalocie dywanowym. Smutne karczowisko. Kikuty ciemnopomarańczowych pni śliw. Porozwalane mrowiska. Wypalone gdzieniegdzie trawy. Walające się tu i ówdzie potłuczone butelki po wódce i słoiki po musztardzie, papierki po cukierkach. Zdeptane krzaczki poziomek. Wierzbowe gałązki, na których widać już było zawiązki bazi. O ile nowy właściciel nic nie będzie tu robił jest szansa, że za kilka lat lasek zacznie się odradzać. Że życie zwycięży. Ale to dopiero za kilka lat. Na razie jest, jak jest…
P.S.
Stary tekst o moim dzikim, bujnym lasku można przeczytać tutaj: https://wewanderers.blogspot.com/2015/07/z-zuzia-w-zacienionym-lasku.html