Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kury. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2019

Koniec kurzego rozdziału naszej opowieści…




   Wczorajszego  poranka znaleźliśmy na środku naszego ogrodu bezładnie rozrzucony stosik kurzych piór. Kilka metrów dalej leżał następny pęk pierza. A za rabatką zielną jeszcze jeden. Poza tym ogród był zielony, piękny, rozświergotany i pełen słońca. Jak gdyby nigdy nic. Ale my z Cezarym już wiedzieliśmy co się stało. Oto kolejna z naszych kur w jakichś wielce dramatycznych okolicznościach dokonała żywota. 


   
   Jeśli można sądzić po pozostawionych śladach, to zbrodni tej dokonał jakiś lis. Widocznie biedaczka usiłowała mu uciec, wyrwać się z jego pazurów i zębów. Ale nie dała rady. W końcu uległa a my w domu nie słyszeliśmy jej krzyków. Drapieżca wziął następną ofiarę z naszego maleńkiego, bo już liczącego tylko trzy sztuki kurzego stadka. Następną i ostatnią. Zdecydowałam się bowiem, że pozostałą przy życiu kurę oraz koguta oddam mieszkającej nieco dalej od lasu, zaprzyjaźnionej sąsiadce, która ma swoje stadko drobiu a mały wybieg dla kur dobrze zabezpieczony przed atakami lisów i jastrzębi. Też już w przeszłości doświadczyła wiele napaści tutejszych drapieżników, dlatego zrobiła wszystko by zmniejszyć zagrożenie. Podwyższyła ogrodzenie, powtykała w ziemię patyki i nałożyła na nie plastikowe butelki, które stukocząc pod wpływem wiatru działać mają na dzikich łakomczuchów odstraszająco. Jestem przekonana, iż nasz kogut i kurka będą u niej bezpieczne i szczęśliwe. Że szybko przyzwyczają się do nowego miejsca i zapomną o dawnym domu. W naszym ogrodzie dokuczałaby im tylko samotność i nieustanne poczucie zagrożenia z powietrza i zza płotu.


   Od wczoraj zatem nie mamy już kur… Cały dzień sprzątaliśmy kurnik w trzydziestoparostopniowym upale. Rozbieraliśmy tamtejsze drewniane konstrukcje, grzędy i gniazda.  Pomieszczenie zieje teraz pustką. Tylko wiatr w nim na przestrzał hula. To budzi przygnębienie i nostalgię…Trzeba będzie jak najprędzej wymyślić dla kurnika jakieś nowe zastosowanie. A zważywszy na to, że wciąż brakuje nam tu miejsca do składowania drewna opałowego oraz różnych rupieci i przydasi, to pewnie bardzo szybko owo zastosowanie się znajdzie. 



   Dziwnie pusto i martwo zrobiło się też w ogrodzie.Kurzy wigwam nikomu sie już nie przyda. Jakiś kolejny rozdział naszej osiedleńczej, pogórzańskiej opowieści już za nami…Smutno, zanim człowiek przyzwyczai się do obecnego stanu rzeczy…



   Jest jednak ktoś, kto wcale się nie smuci. Oto nasze psy, dla których dotąd teren zielononóżek był prawie całkiem terra incognita a przede wszystkim stanowił ziemię zakazaną nagle stanął przed nimi otworem. Ależ były szczęśliwe mogąc wpaść na tyły ogrodu i wybiegać się tam do syta, wywąchać wszystko, obejrzeć każdy zakamarek, wytarzać się i pogonić wesoło miedzy drzewami i krzewami. Miło było popatrzeć na ich szaloną radość.







   Jednak ponieważ kury były z nami prawie dziewięć lat i przez te lata oboje z mężem bardzo dużo dzięki nim i razem z nimi doświadczyliśmy nachodzą człowieka wspomnienia. Pozwólcie, że na łamach tego bloga powspominam trochę razem z Wami. Naszym kurom należy się przecież ten ostatni, poświęcony im tekst…



   Często pisałam tu o naszym kurzym stadku. Były bardzo ważną częścią gospodarstwa, naszego tutejszego życia. Poświęciliśmy im ogrom pracy i starania. Nauczyliśmy się od zera wielu rzeczy o zwyczajach i potrzebach kur. Nie raz byłam bardzo zmęczona tą codzienną robotą związaną z zielonóżkami kuropatwianymi. Gotowaniem wielkich ilości ziemniaków w parniku. Ubijaniem ich monstrualnie dużą ubijaczką i mieszaniem ze śrutą. Donoszeniem do kurnika świątek piątek , latem i zimą ciężkich wiader paszy i wody. Ocieplaniem kurnika na zimę oraz sprzątaniem go na wiosnę. Jednak nigdy nie żałowałam, że mieliśmy u siebie kury, że mogliśmy być tak blisko ich świata. A co najważniejsze, nie spodziewałam się, iż tak bardzo staną się mi bliskie, że tak mocno będę przeżywać to, co się z nimi dzieje.




   Wszystko zaczęło się od kupionych w Mikołowie czterech zielononóżek i koguta. Zrobiliśmy im wówczas prowizoryczny kurnik w starej sławojce. Otoczyliśmy go plastikową siatką. Jednak w tamtym czasie kury mogły swobodnie wędrować u nas po całym ogrodzie. Nie bały się jeszcze niczego, bo nie miały pojęcia o czyhających na nie drapieżcach. My też nie wiedzieliśmy, że w pobliskim lesie kryje się mnóstwo chętnych na bezpłatny, zielonóżkowy posiłek dzikich zwierząt a cudowny błękit nieba, choć tak czysty i niewinny przynieść może, niestety, wiele zagrożeń z powietrza. Kurki nie bały się też naszej suczki, Zuzi, która nigdy nie zrobiła im najmniejszej krzywdy a nawet nie raz pomagała nam złapać jakąś kurzą uciekinierkę w ogrodzie sąsiada. Wywąchiwała ją w chaszczach bezbłędnie. Przytrzymywała łapą i ziając czekała cierpliwie aż nadejdziemy i zabierzemy ptaka do kurnika. Łagodnością i delikatnością Zuzi można też było się zachwycić, gdy wchodziła do budy i w zębach wynosiła nam stamtąd nienaruszone jajka, które kury-dziwaczki uparły się tam właśnie znosić. Były to radosne, beztroskie nieomal czasy…




  Pierwszy, związany z zielonóżkami smutek ogarnął nas wówczas, gdy zachorował a potem padł nasz pierwszy kogut. Byliśmy wówczas świadkami chwytającej za serce troski zaniepokojonych chorobą koguta kur, które nie odstępowały go na krok, otaczały biedaka kołem, podtykały mu w dziobkach smakowite kąski a nawet ogrzewały własnymi ciałami. Potem  widzieliśmy trwającą wiele dni rozpacz i żałobę jego osieroconych żon. 


   Musieliśmy zatem zrobić wszystko by znowu pogoda wróciła do kurnika. Kupiliśmy następnego koguta i jeszcze kilka zielononóżek. Stado zaczęło się rozrastać. Wydawało się, że kury mogą mieć u nas prawdziwy raj. Gwarantował im to wielki, zielony ogród, swoboda, jakiej tu doświadczały, dobre jedzenie, które im co dnia szykowałam (najbardziej smakował im gotowany makaron i jajka na twardo!:-) Zdecydowaliśmy się wobec tego na rozwinięcie kurzej hodowli. Kupiliśmy mogący pomieścić kilkadziesiąt jaj inkubator i z entuzjazmem zabraliśmy się za rozmnażanie naszego stadka. Były to czasy, gdy jeszcze mało kto słyszał o zielononóżkach i o wspaniałym smaku oraz wartościach odżywczych ich jajek. W naszych okolicach byliśmy pewnie prekursorami w ich hodowli.


   Za każdym razem wzruszeniem napełniało mnie wykluwanie się kolejnego zdrowego i pełnego sił żywotnych kurczaczka. Smutkiem natomiast kolejne śmierci niezdolnych do życia, zbyt słabych piskląt. Jednak zdecydowanie więcej było wtedy radości. Tym bardziej, że niektóre z naszych kur poczuły instynkt macierzyński i zaczęły wysiadywać swoje jaja. Po wykluciu ich potomstwa mogłam dokładać tym troskliwym matkom wyhodowane przy pomocy inkubatora maleństwa. Pozostałym w domu kurczaczkom zrobiliśmy w wielkiej, drewnianej skrzyni po zbożu mini kurnik ogrzewany lampą. W opiece i trosce nad maluchami posunęliśmy się nawet do tego, że na czas pierwszej zimy skonstruowaliśmy w kotłowni ogromną wolierę dla podrośniętych kurczaków. Miały tam wykonane z gałęzi żerdki, gniazdka i półeczki, zawsze pełne poidełka i karmidełka oraz dużo pachnącego siana. Traktowały mnie jak swoją matkę. Ufnie siadały na dłoniach. Wyjadały ziarnka z ręki. Dawały się głaskać. Cieszyły na mój widok i wołały, gdy zbyt długo do nich nie zaglądałam. Przez kilka zimowych miesięcy nasz dom od świtu do zachodu pełen był kurzych świergotów, popiskiwań i zabaw. A także zapachu ich odchodów, które produkowane w ilościach hurtowych i co dzień sprzątane i tak, niestety, wydzielały swą charakterystyczną woń. Dlatego też nie mogliśmy doczekać się wiosny i wyprowadzki kurzego towarzystwa do budynku gospodarczego. No cóż! Jednak dom powinien być domem a nie kurnikiem!:)







   A gdy wreszcie zrobiło się ciepło wszystkie dorosłe i małe kurki nareszcie zamieszkały razem w wielkim kurniku. Mogły wychodzić na spacery do ogrodu. Cieszyć się przestrzenią i wolnością. Rozkoszować zieloną trawą oraz wydziobywanymi z żyznej ziemi dżdżownicami. Kąpać się w promieniach słońca albo w przyszykowanym dla nich piasku i w popiele. Przyjaźnić się ze sobą albo kłócić. No i przede wszystkim znosić coraz więcej jajek, które najpierw sprzedawaliśmy na targu w Rzeszowie a potem zaprzyjaźnionym blogerom przez Internet.






   Kolejnej wiosny do naszych zielononóżek dołączyło kilka cechujących się dużą żywotnością czubatek polskich i znoszących zielono-niebieskie jajka araukanów. Zwłaszcza czubatki szybko weszły one w komitywę z dotychczasowymi rezydentkami.  Wspaniale ozdabiały nam ogród i budziły zachwyt wszystkich sąsiadów i odwiedzających nas znajomych.  




  Ze złożonych do inkubatora jajek zaczęły wykluwać się mieszańce tych dwóch ras. Z jedną z tego typu kurek mam związane kolejne, smutne wspomnienie.  Biało, beżowa kurka Ramona przyszła na świat z niedowładem nóg. Nie mogła tak jak inne kury wskoczyć na żerdkę. Nie umiała nawet samodzielnie wyjść z kurnika. Zdrowe, w pełni normalne kury od razu zauważyły jej inność. Dziobały nieszczęśnicę. Nie dawały przystępu do pokarmu i wody. Musiałam ją wynosić na rękach i sadzać na trawie by tam podtykać jej smakowite kąski. Na noc zabierałam kurkę do domu, gdzie żyła sobie samotnie w wyścielonym siankiem, kartonowym pudełku. Mimo swego kalectwa Ramona była radosnym, rozświergotanym i ufnym ptakiem. Jednak tylko nasza Zuzia dotrzymywała jej towarzystwa. Całe dnie leżała przy niej na trawie i gdy tylko kurka jej zdaniem przemieściła się za daleko na swoich słabych, powykręcanym nóżkach, brała ją delikatnie w pysk i przenosiła na trawnik pod dziką czereśnią. Niestety, pewnego dnia Zuzia odeszła na kilka chwil od swej podopiecznej. Zajęła się czymś w domu. A w tym czasie jakieś drapieżne ptaszysko porwało biedną Ramonę. Zostało po niej tylko kilka białych piór…


   Niedługo potem zaczęły się ataki na pozostałe kury. Rozzuchwaliły się jastrzębie, myszołowy, lisy, tchórze i kuny. Instynkt łowcy odkryły w sobie, niestety, Jacuś, Hipcia  a nawet niewidoma Misia. Podwyższyliśmy zatem siatkę w ogrodzie. Zainstalowaliśmy w nim własnej roboty strachy na wróble i plastikowe ptaki - odstraszacze. Staraliśmy się też spędzać jak najwięcej czasu w kurzej części ogrodu. Niestety, niewiele to dało. Co roku drapieżniki zabijały nam od kilkudziesięciu, do kilkunastu kur. Wreszcie, gdy nasze stadko liczyło już niewiele więcej niż dziesięć sztuk sprzedaliśmy inkubator i zdecydowaliśmy, iż nie będziemy poszerzać naszej hodowli. Była to bowiem walka z wiatrakami. Generowała więcej strat niż korzyści. I niekiedy więcej smutków, niż radości.


   Tego roku kurzy rozdział naszej opowieści nieodwołalnie dobiegł końca. Pożegnaliśmy się z naszymi ostatnimi kurkami – emerytkami. Jedne padły ze starości. Inne stały się łupem drapieżców.  Tak widocznie musiało być. Nie na wszystko człowiek ma wpływ. Z wieloma niemożnościami musi się pogodzić. Zostało nam po naszych kurkach trochę piór i dużo, dużo wspomnień. Pozostał ogrom wiedzy o hodowli zielononóżek, ich codziennym życiu i obyczajach. Najważniejsze, czego dowiedzieliśmy się o nich jest to, że są to bardzo inteligentne, wrażliwe i uczuciowe ptaki. Że nie niepokojone przez drapieżniki mogłyby żyć szczęśliwie wiele lat. Że potrafią wchodzić między sobą w głębokie związki, troszczyć się o siebie wzajemnie, być serdeczne, lojalne i ofiarne oraz długo pamiętać o tych, które odeszły. Czasem myślę, że my, ludzie, wiele moglibyśmy się od nich nauczyć…
  

środa, 17 kwietnia 2019

Wciąż o tym samym…




- Lepiej nie pisz o tym! Ludzie pomyślą, że masz obsesję na tym punkcie! Za często poruszasz  ten temat! – powiedział Cezary, gdy zapytałam co myśli o temacie następnego, ewentualnego posta.
- Obsesję? – powtórzyłam i umilkłam stropiona. Popatrzyłam na drzewa za oknem okryte leciuteńką, seledynową mgiełką. Zerknęłam na zieleniejące soczystą trawką podwórko i na jabłonie szykujące się do ukazania ogromnej bujności pąków kwiatowych. No tak – wiosna, panie sierżancie! Trzeba się cieszyć i intensywnie działać a nie popadać w głębokie zamyślenie na tematy wcale nieradosne…
- Ale zdaje mi się, że na blogu powinno się pisać o tym, co człowieka obchodzi, co naprawdę porusza, co mu nie pozwala przejść obojętnie. Dzielić się uczuciami – jakiekolwiek by one nie były a nie ubierać maskę wesołka, idealisty czy pogodnego marzyciela, bo ludzie się do tego przyzwyczaili i takie są oczekiwania, bo przecież idą święta! – powiedziałam bardziej do siebie samej, niż do Cezarego, który zajął się oglądaniem aparatów fotograficznych w Internecie i nie bardzo chyba miał chęć na omawianie tego typu kwestii.
- A z drugiej strony…Ludzie mają tyle zgryzot, tyle problemów osobistych, że pragną chociaż w strefie blogowej odpocząć od nich, zapomnieć, zresetować się. Czy wobec tego powinnam wciskać się w tę strefę ze swoją powagą i smutkiem…? Psuć czytelnikom humor? Może lepiej milczeć, przeczekać te swoje słotne chwile, uporać się z nimi w cichości i nie dzielić się nimi z nikim? – monologowałam bez żadnego odzewu ze strony męża.
- Oj, Oluś! Zrobisz, co będziesz chciała. Zrobisz, jak czujesz! Jak zawsze zresztą… –  Cezary westchnął w końcu z rezygnacją i znowu spojrzał w swój monitor przenosząc się w rzeczywistość pełną najnowszych cudów techniki w dziedzinie fotografii. Zrobiło mi się głupio. Poczułam się bowiem jak Barbara Niechcic, która stale obarczała biednego Bogumiła swoimi wątpliwościami, ambiwalentnymi uczuciami i histeriami. Niełatwo żyć z taką Barbarą…
   Zamyśliłam się na długo. Cezary jest zawsze pierwszym i najważniejszym czytelnikiem moich postów. Bardzo liczę się z jego zdaniem, bo wiem, że on chce dla mnie jak najlepiej. Jeśli jego męczą już pewne tematy, to pewnie i inni czują podobnie. Może więc ma rację, próbując powstrzymać mnie przed pisaniem o …śmierci?


  
    Piszę jednak, bo mimo wiosny ten temat nie znika, a wręcz przeciwnie, jest jeszcze wyrazistszy, gdyż tworzy bolesny dysonans na tle ogólnego  rozświergotania, buchającej zewsząd siły odrodzenia i rozkwitającej, jak co roku o tej porze, nadziei na lepsze. Niestety, tak już jest ten świat urządzony, że podczas gdy jedni się cieszą i mają wiosenny przypływ energii, inni chorują i gasną. I nie ma tu znaczenia, czy trwa akurat wiosna, czy jakakolwiek inna pora roku…



   Do niedawna żyły w naszym gospodarstwie cztery kury i kogut. Było to maleńkie, bardzo zżyte ze sobą stadko. Kogut troszczył się jak umiał o wszystkie swoje żony, będące w wieku emerytalnym zielononóżki kuropatwiane. Wskazywał im miejsca wśród trawy, gdzie można było skosztować robaczków i innych kurzych smakołyków. Zachęcał do jedzenia. Krzykiem ostrzegał przed drapieżnikami nadlatującymi z nieba. Wyprowadzał je rano z kurnika a wieczorem dawał sygnał do powrotu w domowe pielesze. Tak było co dnia. Sielankowa powtarzalność. Jednakże przedwczoraj w ich pogodnym zazwyczaj żywocie zaczęło się coś psuć. Jakiś kawałek układanki nie chciał wejść na swoje miejsce. Oto jedna z kur od kilku godzin tkwiła nieruchomo w kurzym wigwamie i nie zainteresował jej nawet makaron - kolanka (ulubiony przez mój drób smakołyk), który wyniosłam im do ogrodu po południu. Nie reagowała na ponaglenia koguta, ani na kłótnie swych kurzych towarzyszek, jak zwykle zazdrosnych o najlepsze kęski i wyrywające je sobie wzajemnie. Leżała zupełnie nieruchomo. Grzebyczek kurki, tak zwykle czerwony i pogodnie sterczący opadł jej na bok i zbladł.  Kucnęłam przy niej, żeby przyjrzeć się uważniej, żeby zrozumieć, co się z nią dzieje.  Po chwili nie miałam żadnych wątpliwości. Przyszedł jej czas. Kiedyś przecież musiał przyjść a ten słoneczny, kwietniowy dzień nadawał się do tego tak dobrze, jak każdy inny. Ale żal mi było kurzej starowinki, która przeżyła w naszym gospodarstwie kilka szczęśliwych lat, która przetrzymała zimowe miesiące zamknięcia w kurniku i oto teraz, gdy wszystko się zieleniło a promienie słońca tak przyjemnie ogrzewały ogród, gdy można by się nareszcie tym cieszyć, jej przyszło umierać…Żal mi też było koguta, może nawet bardziej od kurki, bo widziałam jak mocno przeżywa dziwne osowienie oraz nieruchomość swej żony i wiedziałam jak smutno mu będzie potem...


   Biedna zielononóżka leżała stale w tej samej pozycji a jej zaniepokojony, pierzasty mąż przychodził wciąż do niej, przyglądał się biedaczce, potrząsał bezradnie łebkiem, coś mówił w kurzym języku, do czegoś usilnie namawiał. Kura próbowała wstać, przejść choć parę kroczków, ale nie miała na to siły i znowu opadała bezwładnie na trociny, którymi wysłane jest wnętrze wigwamu.  Oczy umierającej były coraz bardziej mgliste i nieobecne…


   Mijały godziny i słońce zaczęło powoli zachodzić. Zbliżał się też czas powrotu kur do kurnika. Ale tylko trzy z nich były do tego gotowe. Kogut tkwił cały czas przy swojej czwartej żonie i najwidoczniej nie chciał opuścić jej w biedzie. Wobec tego pozostałe trzy zielononóżki także weszły do wigwamu i solidarnie z kogutem przycupnęły tam zmartwione. Ich sylwetki wyrażały przygnębienie, bezradność i żal.  Dla nich także konanie jednej z nich było małym końcem świata, bo choć często kłóciły się i dziobały, to jednak lubiły się wzajemnie, bo każda z nich była ważna dla pozostałych.


   Wieczorne zimno zaczęło ogarniać już ogród. Płatki stokrotek stuliły się a przez cały dzień urzędujące na jabłoniach sikorki gdzieś się pochowały.  Pozbieraliśmy i pochowaliśmy z Cezarym wszystkie narzędzia ogrodnicze, których używaliśmy przy oczyszczaniu warzywnika z chwastów i przekopywaniu ziemi. Nanieśliśmy do domu drewna do rozpalenia w piecu, bo nocą wciąż zdarzają się u nas przymrozki i byliśmy gotowi do zakończenia kolejnego, pracowitego dnia.  Trzeba było jeszcze zamknąć kurnik, ale jak tu go zamknąć, skoro zielononóżki wraz z kogutem nadal tkwiły nieruchomo w wigwamie i najwidoczniej zamierzały tam zostać na noc? Musiałam wobec tego pomóc podjąć im decyzję i zagonić kurze towarzystwo do budynku gospodarczego. Kogut po raz ostatni spojrzał na nieruchomą kurkę a potem dając sygnał do wymarszu smętnie powędrował w stronę kurnika. Za nim gęsiego kroczyły trzy wierne żony. 



   Zamknęłam za nimi drzwiczki i przez chwilę nasłuchiwałam odgłosów z wewnątrz. Zazwyczaj kury długo dyskutowały o czymś przed snem, zmieniały pozycję na grzędzie i gdakaniem ogłaszały to całemu światu. Tym razem panowała w środku zupełna cisza. Westchnęłam ciężko i poszłam po ledwo już żywą kurkę, spoczywającą w rogu wigwamu. Wzięłam ją na ręce. Pogłaskałam delikatnie. Nawet nie otworzyła oczu. Oddech miała ciężki, chrapliwy i świszczący. Zaniosłam ją do kurnika i ułożyłam w zacisznym zakątku na miękkim sianie. Pogładziłam jej mięciutkie piórka na grzbiecie. I wyszłam. Nic więcej nie mogłam dla niej zrobić. Odkąd mieszkam na wsi nie raz już widziałam kury w takim stanie. Nie było dla niej nadziei. 


   
   Nazajutrz wraz z Cezarym pochowaliśmy w głębokim dołku jej zimne, sztywne ciało. Ileż już takich ciał skrywa ziemia naszego ogrodu? Ileż tego typu, smutnych chwil przeplatało materię naszej tutejszej codzienności? A przecież takie rzeczy są czymś zupełnie zwyczajnym i dość częstym na wsi. Tu i życie i śmierć odczuwa się wyraziściej. Wiele rzeczy widzi się w całej ich drastyczności, do której trzeba przywyknąć, pogodzić się bo…takie jest życie.


   Po śmierci czwartej żony kogut i pozostałe jego małżonki cały dzień spędziły w wigwamie, w tej samej pozycji, co poprzedniego dnia. Nie widziałam nawet by coś jadły i piły. Nie wydawały też z siebie żadnych głosów. Były smutne i zgaszone. Głęboko przeżywały utratę towarzyszki, swą kurzą żałobę.  A mówi się, że kury to istoty głupie i bezmyślne…


   Na szczęście miną kolejne dni i kury powoli zapomną o tej, której już z nimi nie było. I ponownie będą cieszyć się słońcem, robaczkami, makaronem i szmaragdową trawą. Aż do następnego razu, gdy znów na którąś z nich przyjdzie jej czas…


   Myślicie pewnie – to przecież tylko kura. Po co ten tekst? Ileż kur ginie codziennie, ileż z nich ląduje na talerzach w postaci pieczonych udek i skrzydełek i nikt się nad nimi nie roztkliwia? Czy nie lepiej spojrzeć na ludzi, na ich tragedie? A mnie przyszło do głowy, że jeśli w niebie jest jakiś Wyższy Byt, to patrzy na ludzi, kury i inne zwierzęta tak samo. I sprawiedliwie nie robi rozróżnienia czyje życie albo śmierć ważniejsza. W każdym żywocie widzi wartość i sens, bo każdy jest kroplą tworzącą rzekę istnienia. Rzekę, którą wszyscy razem płyniemy do jednego, wspólnego dla wszystkich morza.



   Napisałam kiedyś wiersz o tym, że „W tej samej chwili na tej samej ziemi, ktoś krzyczy ze szczęścia a inny z żałości. I tak będzie zawsze. I to się nie zmieni. Radość i udręka – dwoje pewnych gości…” I nie ma znaczenia, czy te uczucia dotyczą ludzi, czy zwierząt. Myślę, że wszystkie żywe istoty przeżywają takie stany podobnie…Komuś właśnie teraz umiera najbliższa istota – człowiek, pies, kot, ktokolwiek, cokolwiek. I jest to dla niego jakiś koniec świata.
   Trwa odwieczny krąg życia i śmierci. Księżyc zamienia się miejscami ze słońcem. Coś rozkwita a coś przekwita. Podobno nic nie znika na zawsze. Podobno jedno przekształca się w drugie. Jest w tym jakaś pociecha i nadzieja…



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost