sobota, 23 lutego 2019

Radości i troski lutowych dni…




   Po kilku dniach przedwczesnego przedwiośnia znowu nawiedziła nas śnieżna i mroźna zima z silnymi zawiejami i dujawicami. Pejzaż za oknem odmienił się zupełnie w jedną noc. Przykrył wszechobecne błoto, rozległe kałuże, wypłowiałe, suche badyle na łące oraz pokłady psich kupek w naszym ogrodzie, które wciąż nie mogą doczekać się posprzątania. Znowu zrobiło się pięknie i magicznie, jak to zwykle na Pogórzu o tej porze często bywa. Pieskom, rzecz jasna, w to graj. W domu wprost usiedzieć nie mogły, bo na ten świeży śnieżek je gnało do szaleńczych gonitw, zabaw i tarzania. I nam też w końcu zachciało się wyjść, bo kiedy minęły zamiecie zza chmur wyjrzało słonko i pomalowało okolice w optymistyczne, wyraziste barwy. Także jaskrawoniebieskie niebo wprost zapraszało do zimowego spaceru i nawet kilka kłębiastych chmur dodawało mu urody. 










   Wobec tego nie zastanawiając się wiele odzialiśmy się ciepło, a pieskom ubraliśmy obroże i wyruszyliśmy na spacer drogą wiodącą do lasu. Lodowaty wiatr od razu wionął groźnie w nasze twarze a zamarznięte kałuże zatrzeszczały głośno pod naporem naszych stóp.
- Przynajmniej psy się nie ubrudzą, no i kleszczy nie nałapią (bo z poprzedniego spaceru, który odbył się w znacznie cieplejszej aurze już parę na sobie tych ohydnych pajęczaków przyniosły)! – stwierdziliśmy nasuwając mocniej czapki na uszy.
   I rzeczywiście! Ani jeden przebrzydły kleszcz nie pojawił się tego dnia na naszej ścieżce, natomiast piesuńki wpadły na przechadzce w tak wyśmienity nastrój, jakiego dawno już u nich nie widzieliśmy.  Widocznie się niebożęta za śniegiem bardzo stęskniły a widokiem roześmianych pysków oraz niespożytą energią do biegania bezustannie dawały temu wyraz.


- Zobacz, jaka Misia szczęśliwa! – ozwał się Cezary, patrząc na podskakującą radośnie naszą niewidomą psinę, na jej sprint tuż za resztą pobratymców, na rycie noskiem w śniegu i smakowite jego podjadanie, na przybieganie do nas i trącanie naszych nóg w porozumiewawczym geście wspólnie odczuwanej przyjemności z tego lutowego spaceru.
- Wszystkie zadowolone i rozhasane, ale rzeczywiście u Misi widać to najwyraźniej! – odparłam z uśmiechem poklepując puszysty zadek mojej wesolutkiej, białej jak śnieg ulubienicy, całym swym ciałem pokazującej bezmiar szczęścia i beztroski! Niestety, uśmiechnęłam się przy tym cokolwiek za szeroko i natychmiast mroźny powiew wniknął w głąb mej paszczy przypominając o wyrwanym kilka dni wcześniej zębie. Wielki, bolesny krater po nim nadal dokuczał mi i zmuszał do wielkiej ostrożności w jedzeniu i piciu oraz przywodził na myśl sceny jak z najgorszego horroru albo z filmu „Maratończyk”, gdzie esesman - dentysta dręczył Dustina Hoffmana, wiercąc mu z upodobaniem w zębach i dopytując przy tym monotonnie, czy torturowany czuje się bezpiecznie!



- Można by pomyśleć, że to istne niewiniątko a tymczasem nie dalej jak trzy dni temu ten aniołeczek zagryzł nam kurę! – odparł z przekąsem mój mąż, ale ponieważ zdążył już wybaczyć małej morderczyni jej przewinienie pogłaskał czule pyszczek łaszącej się do niego Misi.
   Oj tak! Misia odziedziczyła po swym ojcu nie tylko białe umaszczenie, ale i silny instynkt łowiecki. W ogóle w wielu zachowaniach oraz upodobaniach była do niego podobna. Na przykład oboje tak samo krzyżowali łapki podczas spoczynku, oboje  to śpiochy i piecuchy, uwielbiające wylegiwać się na kanapie, podczas gdy Zuzia z Hipcią, nie zwracając uwagi na mróz wolą leżeć na betonowych schodach przed domem i godzinami obserwować otoczenie, oboje pieszczochy wystawiające bezwstydnie brzuszki do głaskania. Ach, dużo można by tych podobieństw jeszcze wymieniać.


   Wracając jednak do historii z kurami…Otóż kilka dni ciepłego przedwiośnia sprawiło, iż nasze zamknięte przez kilka miesięcy w kurniku zielononóżki – emerytki (sztuk pięć plus kogut) także zapragnęły wyjścia na świeże powietrze i wystawienia piórek ku słońcu.  Wprawdzie jastrzębie też zdążyły się już uaktywnić wiosennie i co jakiś czas pojawiały się ze złowróżbnym piskiem nad naszym siedliskiem, ale póki co zdawały się jeszcze nie być gotowe do ataku na nasz drób. Niewiele zdążyły się kurki swobodą nacieszyć, albowiem od kiedy zdarzył się ten przykry incydent z Misią 
mimo pięknej pogody bały się wychodzić do ogrodu i tkwiły biedaczki zastrachane w swoim domku.

   A jak to było z tym zagryzieniem? Otóż wracaliśmy akurat z psami z długiego spaceru. Psiska wybiegane i zmęczone maszerowały grzecznie na smyczach. Tylko Misia – szła jak zwykle bez uwięzi i tryumfalnie okazywała pobratymcom swoją wyższość i lepszość odbiegając swobodnie na boki, drocząc się z nimi  albo skacząc wesoło po przyległych do lasu łąkach. W chwili, gdy zbliżyliśmy się do płotu naszego ogrodu ze zdumieniem ujrzeliśmy kury, które wydostały się ze swego wybiegu i beztrosko maszerowały po polu wydziobując z niego jakieś smakołyki. Niestety, Misia natychmiast wyczuła je ostrym zmysłem powonienia i nie zważając na nasze krzyki i rozpaczliwe nawoływania zaczęła gonić biedne ptaki.  Pierzaste biedaczki, które wydostały się przez jakaś dziurę w płocie teraz w ataku paniki nie umiały jej znaleźć i obijały się bezradnie o ogrodzenie albo usiłowały wzlecieć w powietrze, chcąc umknąć szczękom białego potwora. Cezary czym prędzej pobiegł za nieusłuchaną Misią a ja dzierżąc w dłoni smycze pozostałych psów mogłam tylko bezradnie obserwować rozwój wypadków. Zanim mój mąż dopadł Misię ta zdążyła już, niestety, capnąć jedną z kurek i w jednej chwili zagryźć. Odgoniona od niej przez Cezarego przyszła potulnie do mnie i już po chwili wprowadzałam całe podniecone tym zdarzeniem psie towarzystwo za bramę naszego podwórka. Potem zamknęłam psiska w domu a sama wyszłam do ogrodu po ową zagryzioną nieszczęśnicę. Podczas gdy ja zajęłam się jej oprawianiem i patroszeniem (bo dlaczego ma się dobre mięso marnować, lepiej żeby psy sobie je zjadły) Cezary sprawdzał co stało się z pozostałymi kurami. Trzy wraz z kogutem wróciły do kurnika, natomiast jedna biedaczka wcisnęła się w róg ogrodu i przylgnięta do ziemi zwyczajem będących w stanie zagrożenia zielononóżek tkwiła tam nieruchomo, niewidzialnie usiłując przeczekać złe chwile. Gospodarz wziął ją na ręce, pogładził delikatnie drżące ptasie ciało a potem zaniósł do kurnika i zamknął go wiedząc z doświadczenia, że tego dnia żadna z kur nie odważy się już wyjść na zewnątrz. Następnie załatał dziurę w ogrodzeniu, którą najprawdopodobniej wygryzł sobie szykujące się do napadu na nasze kury któryś z okolicznych lisków – chytrusków.


  
  Porzućmy jednak przykre wspomnienia i wróćmy do naszego niedawnego, zimowego spaceru. Zimno było, ale pięknie i przechadzka ta dobrze nam wszystkim zrobiła. Wróciliśmy do domu zmęczeni, lecz potężnie dotlenieni i zadowoleni. Psy padły jak nieżywe i zasnęły w try miga. My takoż. Albowiem nie masz to jak pospać sobie smacznie po południu!




    
   Po dwugodzinnej drzemce psia czereda zjadła swój ulubiony obiadek, czyli zupkę wątrobianą z makaronem, my także wrzuciliśmy co nieco na ruszt a potem obserwowaliśmy jak psy bawią się na podwórku. Znowu cała ich czwórka wpadła w szampański humor. Zwłaszcza biała Misia i jej mama Zuzia szalały w psich zapasach, podgryzaniach i dzikich skokach.












 Potem w domu Misia kontynuowała zabawę ze swym białym tatusiem, Jacusiem. Natomiast podobne do siebie niemal jak dwie krople wody Zuzia i Hipcia, po chwili czułego iskania wyimaginowanych pcheł zajęły się obgryzaniem olbrzymich kości wieprzowych. Nie dały im jednak rady i wkrótce owe krwiste smakołyki wzięły w obroty Misia z Jacusiem.  W końcu, po kolejnych wzajemnych pieszczotach cała psia rodzina udała się na zasłużony odpoczynek i pokładła się gdzie bądź, na kanapy, fotele, zmiętoszone kocyki, albo i na gołą podłogę.
















   W domu cieplutko, bo pod piecem kuchennym pali się od rana i mróz nie ma do nas przystępu. Za oknem znowu pogodny, ale bardzo zimny dzień. Piesunie, które pół nocy szczekały przy płocie, wyczuwając zapewne przemykające nieopodal zwierzęta leśne, wybawiły się już przed południem na podwórku a teraz śpią sobie smacznie - niewiniątka!:-) 





   Sporo nam drewna opałowego przez tą zimę poszło, ale nie żałowaliśmy sobie i codziennie do syta karmiliśmy piec centralnego ogrzewania oraz ten w kuchni, który ogrzewa nam nie tylko ją, ale także przyległy do niej pokój psio-komputerowy.  Pewnie trzeba będzie palić jeszcze przed dłuższy czas, bo wiadomo jak to jest z wiosną i zimą w naszym klimacie. Wciąż zamieniają się miejscami i aż do lata trzeba być na wszystko przygotowanym. Ale to zupełnie tak jak z dobrym samopoczuciem i nastrojem. Dziś jest, jutro nie ma. Ale pojutrze znowu ni stąd ni zowąd się pojawia. I wówczas wystarcza człowiekowi do szczęścia naprawdę niewiele – ot, chociażby patrzenie na cudowną, psią radość.  I mijają wszelkie bóle, zapomina się o przykrych zdarzeniach – liczy się tylko ten złocisty łańcuszek dobrych, codziennych chwil, które oby zdarzały się jak najczęściej…
   

Oboje z Cezarym oraz z całą naszą psią czeredą pozdrawiamy serdecznie wszystkich czytelników tego bloga!:-)
 

Etykiety

Aborygeni afirmacja życia apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie fotoreportaż głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grass tree grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty kolędy komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka piosenki płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent prośba przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia spacer spiżarnia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś Wilsons Promontory wiosna wirus woda wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi