środa, 17 kwietnia 2019

Wciąż o tym samym…




- Lepiej nie pisz o tym! Ludzie pomyślą, że masz obsesję na tym punkcie! Za często poruszasz  ten temat! – powiedział Cezary, gdy zapytałam co myśli o temacie następnego, ewentualnego posta.
- Obsesję? – powtórzyłam i umilkłam stropiona. Popatrzyłam na drzewa za oknem okryte leciuteńką, seledynową mgiełką. Zerknęłam na zieleniejące soczystą trawką podwórko i na jabłonie szykujące się do ukazania ogromnej bujności pąków kwiatowych. No tak – wiosna, panie sierżancie! Trzeba się cieszyć i intensywnie działać a nie popadać w głębokie zamyślenie na tematy wcale nieradosne…
- Ale zdaje mi się, że na blogu powinno się pisać o tym, co człowieka obchodzi, co naprawdę porusza, co mu nie pozwala przejść obojętnie. Dzielić się uczuciami – jakiekolwiek by one nie były a nie ubierać maskę wesołka, idealisty czy pogodnego marzyciela, bo ludzie się do tego przyzwyczaili i takie są oczekiwania, bo przecież idą święta! – powiedziałam bardziej do siebie samej, niż do Cezarego, który zajął się oglądaniem aparatów fotograficznych w Internecie i nie bardzo chyba miał chęć na omawianie tego typu kwestii.
- A z drugiej strony…Ludzie mają tyle zgryzot, tyle problemów osobistych, że pragną chociaż w strefie blogowej odpocząć od nich, zapomnieć, zresetować się. Czy wobec tego powinnam wciskać się w tę strefę ze swoją powagą i smutkiem…? Psuć czytelnikom humor? Może lepiej milczeć, przeczekać te swoje słotne chwile, uporać się z nimi w cichości i nie dzielić się nimi z nikim? – monologowałam bez żadnego odzewu ze strony męża.
- Oj, Oluś! Zrobisz, co będziesz chciała. Zrobisz, jak czujesz! Jak zawsze zresztą… –  Cezary westchnął w końcu z rezygnacją i znowu spojrzał w swój monitor przenosząc się w rzeczywistość pełną najnowszych cudów techniki w dziedzinie fotografii. Zrobiło mi się głupio. Poczułam się bowiem jak Barbara Niechcic, która stale obarczała biednego Bogumiła swoimi wątpliwościami, ambiwalentnymi uczuciami i histeriami. Niełatwo żyć z taką Barbarą…
   Zamyśliłam się na długo. Cezary jest zawsze pierwszym i najważniejszym czytelnikiem moich postów. Bardzo liczę się z jego zdaniem, bo wiem, że on chce dla mnie jak najlepiej. Jeśli jego męczą już pewne tematy, to pewnie i inni czują podobnie. Może więc ma rację, próbując powstrzymać mnie przed pisaniem o …śmierci?


  
    Piszę jednak, bo mimo wiosny ten temat nie znika, a wręcz przeciwnie, jest jeszcze wyrazistszy, gdyż tworzy bolesny dysonans na tle ogólnego  rozświergotania, buchającej zewsząd siły odrodzenia i rozkwitającej, jak co roku o tej porze, nadziei na lepsze. Niestety, tak już jest ten świat urządzony, że podczas gdy jedni się cieszą i mają wiosenny przypływ energii, inni chorują i gasną. I nie ma tu znaczenia, czy trwa akurat wiosna, czy jakakolwiek inna pora roku…



   Do niedawna żyły w naszym gospodarstwie cztery kury i kogut. Było to maleńkie, bardzo zżyte ze sobą stadko. Kogut troszczył się jak umiał o wszystkie swoje żony, będące w wieku emerytalnym zielononóżki kuropatwiane. Wskazywał im miejsca wśród trawy, gdzie można było skosztować robaczków i innych kurzych smakołyków. Zachęcał do jedzenia. Krzykiem ostrzegał przed drapieżnikami nadlatującymi z nieba. Wyprowadzał je rano z kurnika a wieczorem dawał sygnał do powrotu w domowe pielesze. Tak było co dnia. Sielankowa powtarzalność. Jednakże przedwczoraj w ich pogodnym zazwyczaj żywocie zaczęło się coś psuć. Jakiś kawałek układanki nie chciał wejść na swoje miejsce. Oto jedna z kur od kilku godzin tkwiła nieruchomo w kurzym wigwamie i nie zainteresował jej nawet makaron - kolanka (ulubiony przez mój drób smakołyk), który wyniosłam im do ogrodu po południu. Nie reagowała na ponaglenia koguta, ani na kłótnie swych kurzych towarzyszek, jak zwykle zazdrosnych o najlepsze kęski i wyrywające je sobie wzajemnie. Leżała zupełnie nieruchomo. Grzebyczek kurki, tak zwykle czerwony i pogodnie sterczący opadł jej na bok i zbladł.  Kucnęłam przy niej, żeby przyjrzeć się uważniej, żeby zrozumieć, co się z nią dzieje.  Po chwili nie miałam żadnych wątpliwości. Przyszedł jej czas. Kiedyś przecież musiał przyjść a ten słoneczny, kwietniowy dzień nadawał się do tego tak dobrze, jak każdy inny. Ale żal mi było kurzej starowinki, która przeżyła w naszym gospodarstwie kilka szczęśliwych lat, która przetrzymała zimowe miesiące zamknięcia w kurniku i oto teraz, gdy wszystko się zieleniło a promienie słońca tak przyjemnie ogrzewały ogród, gdy można by się nareszcie tym cieszyć, jej przyszło umierać…Żal mi też było koguta, może nawet bardziej od kurki, bo widziałam jak mocno przeżywa dziwne osowienie oraz nieruchomość swej żony i wiedziałam jak smutno mu będzie potem...


   Biedna zielononóżka leżała stale w tej samej pozycji a jej zaniepokojony, pierzasty mąż przychodził wciąż do niej, przyglądał się biedaczce, potrząsał bezradnie łebkiem, coś mówił w kurzym języku, do czegoś usilnie namawiał. Kura próbowała wstać, przejść choć parę kroczków, ale nie miała na to siły i znowu opadała bezwładnie na trociny, którymi wysłane jest wnętrze wigwamu.  Oczy umierającej były coraz bardziej mgliste i nieobecne…


   Mijały godziny i słońce zaczęło powoli zachodzić. Zbliżał się też czas powrotu kur do kurnika. Ale tylko trzy z nich były do tego gotowe. Kogut tkwił cały czas przy swojej czwartej żonie i najwidoczniej nie chciał opuścić jej w biedzie. Wobec tego pozostałe trzy zielononóżki także weszły do wigwamu i solidarnie z kogutem przycupnęły tam zmartwione. Ich sylwetki wyrażały przygnębienie, bezradność i żal.  Dla nich także konanie jednej z nich było małym końcem świata, bo choć często kłóciły się i dziobały, to jednak lubiły się wzajemnie, bo każda z nich była ważna dla pozostałych.


   Wieczorne zimno zaczęło ogarniać już ogród. Płatki stokrotek stuliły się a przez cały dzień urzędujące na jabłoniach sikorki gdzieś się pochowały.  Pozbieraliśmy i pochowaliśmy z Cezarym wszystkie narzędzia ogrodnicze, których używaliśmy przy oczyszczaniu warzywnika z chwastów i przekopywaniu ziemi. Nanieśliśmy do domu drewna do rozpalenia w piecu, bo nocą wciąż zdarzają się u nas przymrozki i byliśmy gotowi do zakończenia kolejnego, pracowitego dnia.  Trzeba było jeszcze zamknąć kurnik, ale jak tu go zamknąć, skoro zielononóżki wraz z kogutem nadal tkwiły nieruchomo w wigwamie i najwidoczniej zamierzały tam zostać na noc? Musiałam wobec tego pomóc podjąć im decyzję i zagonić kurze towarzystwo do budynku gospodarczego. Kogut po raz ostatni spojrzał na nieruchomą kurkę a potem dając sygnał do wymarszu smętnie powędrował w stronę kurnika. Za nim gęsiego kroczyły trzy wierne żony. 



   Zamknęłam za nimi drzwiczki i przez chwilę nasłuchiwałam odgłosów z wewnątrz. Zazwyczaj kury długo dyskutowały o czymś przed snem, zmieniały pozycję na grzędzie i gdakaniem ogłaszały to całemu światu. Tym razem panowała w środku zupełna cisza. Westchnęłam ciężko i poszłam po ledwo już żywą kurkę, spoczywającą w rogu wigwamu. Wzięłam ją na ręce. Pogłaskałam delikatnie. Nawet nie otworzyła oczu. Oddech miała ciężki, chrapliwy i świszczący. Zaniosłam ją do kurnika i ułożyłam w zacisznym zakątku na miękkim sianie. Pogładziłam jej mięciutkie piórka na grzbiecie. I wyszłam. Nic więcej nie mogłam dla niej zrobić. Odkąd mieszkam na wsi nie raz już widziałam kury w takim stanie. Nie było dla niej nadziei. 


   
   Nazajutrz wraz z Cezarym pochowaliśmy w głębokim dołku jej zimne, sztywne ciało. Ileż już takich ciał skrywa ziemia naszego ogrodu? Ileż tego typu, smutnych chwil przeplatało materię naszej tutejszej codzienności? A przecież takie rzeczy są czymś zupełnie zwyczajnym i dość częstym na wsi. Tu i życie i śmierć odczuwa się wyraziściej. Wiele rzeczy widzi się w całej ich drastyczności, do której trzeba przywyknąć, pogodzić się bo…takie jest życie.


   Po śmierci czwartej żony kogut i pozostałe jego małżonki cały dzień spędziły w wigwamie, w tej samej pozycji, co poprzedniego dnia. Nie widziałam nawet by coś jadły i piły. Nie wydawały też z siebie żadnych głosów. Były smutne i zgaszone. Głęboko przeżywały utratę towarzyszki, swą kurzą żałobę.  A mówi się, że kury to istoty głupie i bezmyślne…


   Na szczęście miną kolejne dni i kury powoli zapomną o tej, której już z nimi nie było. I ponownie będą cieszyć się słońcem, robaczkami, makaronem i szmaragdową trawą. Aż do następnego razu, gdy znów na którąś z nich przyjdzie jej czas…


   Myślicie pewnie – to przecież tylko kura. Po co ten tekst? Ileż kur ginie codziennie, ileż z nich ląduje na talerzach w postaci pieczonych udek i skrzydełek i nikt się nad nimi nie roztkliwia? Czy nie lepiej spojrzeć na ludzi, na ich tragedie? A mnie przyszło do głowy, że jeśli w niebie jest jakiś Wyższy Byt, to patrzy na ludzi, kury i inne zwierzęta tak samo. I sprawiedliwie nie robi rozróżnienia czyje życie albo śmierć ważniejsza. W każdym żywocie widzi wartość i sens, bo każdy jest kroplą tworzącą rzekę istnienia. Rzekę, którą wszyscy razem płyniemy do jednego, wspólnego dla wszystkich morza.



   Napisałam kiedyś wiersz o tym, że „W tej samej chwili na tej samej ziemi, ktoś krzyczy ze szczęścia a inny z żałości. I tak będzie zawsze. I to się nie zmieni. Radość i udręka – dwoje pewnych gości…” I nie ma znaczenia, czy te uczucia dotyczą ludzi, czy zwierząt. Myślę, że wszystkie żywe istoty przeżywają takie stany podobnie…Komuś właśnie teraz umiera najbliższa istota – człowiek, pies, kot, ktokolwiek, cokolwiek. I jest to dla niego jakiś koniec świata.
   Trwa odwieczny krąg życia i śmierci. Księżyc zamienia się miejscami ze słońcem. Coś rozkwita a coś przekwita. Podobno nic nie znika na zawsze. Podobno jedno przekształca się w drugie. Jest w tym jakaś pociecha i nadzieja…



Etykiety

Aborygeni afirmacja życia apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie fotoreportaż głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grass tree grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty kolędy komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni pieśń piosenka piosenki płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia spacer spiżarnia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś Wilsons Promontory wiosna wirus woda wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi