wtorek, 17 października 2017

I znowu się życiem ucieszyć…





   
    Czasem trzeba w człowieku przycisnąć jakiś guzik, gdy zacina się niczym źle naoliwiony mechanizm albo stara płyta i zapętla wokół jakiegoś tematu, wokół smutku czy troski. Zrobić coś, by go odczarować, by znowu ruszył z kopyta, by mógł się życiem ucieszyć…Wprawdzie przeważnie nie wiadomo, gdzie się ów guzik znajduje i jak nim trzeba kręcić aby nastroić się odpowiednio, tym niemniej trzeba próbować. Bywa, iż wystarczy wyjść z codziennej rutyny, zrobić coś po nowemu albo ruszyć się gdzieś, gdzie jeszcze człowieka nie było. Tam, gdzie nas nie było istnieje i czeka na nas jakaś  magiczna, dziewicza kraina, którą dopiero musimy odkryć aby pomalować ją w barwy swych odczuć, nastrojów i wspomnień. 


   Taką krainą od kilku lat były dla mnie i dla Cezarego Bieszczady. Niby mieszkamy dość blisko od nich (do Sanoka mamy ok. 70 km), ale nigdy jeszcze nie zapuszczaliśmy się w legendarne, najwyższe i najdziksze części tego pasma górskiego. Widzieliśmy już kilka razy Solinę i przyległe do niej miejscowości, ale to właściwie wszystko. I wciąż był w nas duży niedosyt. Marzenie, które czekało cierpliwie w przedpokoju i nawet nie tupało, bo jak tupać, skoro nie było nigdy z kim całego naszego zwierzyńca zostawić, więc jakże tu swobodnie wyruszać?


   Ale w końcu stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać. Życie przeleci nam w try miga, zdrowie do reszty się zepsuje a my wciąż będziemy tylko wzdychać za tą upragnioną wycieczką.  A tymczasem teraz, właśnie teraz złota, polska jesień wprost zaprasza by zobaczyć o tej porze wymarzone góry, by je podziwiać, fotografować a może i przemierzyć jakiś szlak?  Może już za parę dni wróci plucha i szarobure odcienie nieba i nie zdążymy, znowu nie zdążymy?  



-„Carpe diem, carpe diem, kochanie!” – zakrzyknęliśmy do siebie w sobotni wieczór, wstając od komputerów ! Uff! W końcu podjęliśmy decyzję. Spróbujemy  zwiedzić najważniejsze miejsca Bieszczad w tempie ekspresowym, to jest „objazdowym”. I zajmie nam to jeden dzień, bo więcej zająć nie może, ponieważ nie damy rady zostawić na dłużej naszych czworonożnych przyjaciół oraz kurzej gromadki.


   Wyruszyliśmy w niedzielę przed ósmą rano zabierając ze sobą mnóstwo pysznych kanapek, kilka butelek wody mineralnej i trochę owoców. Cezary był kierowcą a ja jego pilotem. Na moich kolanach spoczywała mapa interesujących nas okolic i to ja decydowałam, którędy i dokąd będziemy jechać. Bardzo mi ta rola odpowiadała!


   Przejechaliśmy tego dnia około 400 kilometrów robiąc wielką pętlę po Bieszczadach i zatrzymując się choć na chwilę w takich miejscowościach jak: Komańcza, Cisne, Wetlina, Ustrzyki Górne, Stuposiany, Muczne, Czarna Górna i Lutowiska. Niestety, przez większość dnia niebo było zachmurzone, kilka razy też pokropiło, dlatego jesienne barwy gór wyglądały na mocno przytłumione. Zdarzały się jednak chwile, gdy słońce pokazywało nam swoje łaskawe oblicze i oświetlało pięknie kolorowe stoki, lasy, przełęcze, szczyty, potoki i szlaki. Łapaliśmy wtedy szybko aparaty fotograficzne i olśnieni feerią jaskrawych kolorów pstrykaliśmy tyle zdjęć, ile się tylko dało.


  

  

  Najważniejszym jednak momentem całej wyprawy była wspinaczka na Połoninę Wetlińską (1228 m. n.p.m.). Szkoda przecież byłoby spędzić całego dnia głównie w samochodzie i nie dotknąć prawdziwych Bieszczad, nie poczuć ich w płucach i mięśniach, nie uraczyć ich poezją duszy… Wędrówkę na połoninę zaczęliśmy z Przełęczy Wyżnej, znajdującej się między Wetliną a Brzegami Górnymi, zostawiwszy pierwej samochód przy drodze, pomiędzy innymi, ciasno zaparkowanymi tam autami (na parking nie zdecydowaliśmy się, ponieważ żądają tam aż 20 zł za postój!).


   

    Cała wspinaczka pod górę miała potrwać godzinę i piętnaście minut – taka informacja widniała na tabliczce przy szlaku. Ha! Nie tak łatwo się jednak wspinać po stromych i wąskich, pokrytych ostrymi kamieniami albo błotem ścieżkach. Musieliśmy się zatem często zatrzymywać by odsapnąć. Zaczynaliśmy nawet powątpiewać, czy w tym tempie w ogóle zdołamy dokaraskać się na górę. Wreszcie, po mniej więcej pół godzinie powolnego marszu zziajany Cezary, patrząc mi serdecznie w oczy  wydyszał:

- Oleńko! Masz zdecydowanie lepszą ode mnie kondycję. I widzę, jak się palisz do tego wejścia na szczyt. Żal byłoby tam nie wejść, skoro już tu jesteśmy, skoro tyle się na tę wyprawę wyczekałaś. Idź dalej sama, napstrykaj pięknych zdjęć za nas dwoje a ja tu poczekam na Ciebie w lesie przy szlaku. Siądę sobie na jakimś pieńku i odpocznę, rozejrzę się dokoła spokojnie, też co nieco sfotografuję. Czas szybko mi zleci. I już będziesz z powrotem! Idź i niczego się nie bój! Dasz radę! – przekonywał a ja rozdarta między wyborem pozostania z mężem i troską o niego a wejściem na upragniony szczyt długo nie umiałam podjąć decyzji. 


   Patrzyłam w jego oczy i spoglądałam na niknącą w oddali szarą nitkę magicznie przyzywającej mnie drogi. Przez kilka chwil rozpatrywałam w sercu wszystkie za i przeciw a w końcu ucałowawszy mocno mego miłego postanowiłam, że jednak pójdę. Czułam bowiem, iż potrzeba mi było tej wspinaczki, zmierzenia się z tym wyzwaniem, poczucia, że coś ode mnie zależy, że mam w sobie siłę aby pójść i dojść i choć na ten czas zapomnieć o wszelkich zgryzotach. I chyba potrzeba mi też było tej odrobiny samotności, aby znowu zrozumieć kim jestem i czego chcę.


   I poszłam. A ponieważ mogłam poruszać się swoim tempem, to okazało się, iż daję radę iść szybko, miarowo i omal bez zmęczenia. Zdaje się, iż nasze wspólne, nieomal codzienne wyprawy do lasu, połączone z licznymi wspinaczkami oraz trudnymi zejściami w doliny rzeczywiście zaowocowały u mnie całkiem dobrą kondycją i wytrzymałością fizyczną. I oto  teraz ja, pani w średnim wieku, z lekką nadwagą oraz bolesnymi ostrogami na piętach, wspinałam się jakby mnie wicher niósł. Ubrana na cebulkę (bo w górach pogoda jest wszak zdradliwa), obuta w stare trampki gnałam przed siebie, mijając po drodze odzianych w markowe ciuchy młodzieńców, kobiety z małymi dziećmi na rękach i marudzące ze zmęczenia, depczące im po nogach szkraby, smukłe dziewczyny w eleganckich sandałkach, przycupniętych na rozłożystych korzeniach drzew turystów i popijających tam gorącą kawę z termosu a wreszcie nawet jakąś pannę młodą wspinającą w ubłoconej sukni ślubnej u boku swego nie mniej ubrudzonego, świeżo poślubionego małżonka. 



   Wędrowałam patrząc uważnie pod nogi aby się nie potknąć na śliskich występach skalnych ( wielu przede mną się potykało a niektórzy upadali boleśnie) a jednocześnie spoglądając często na boki i przed siebie by nie stracić nic z uroków mijanej okolicy. Od czasu do czasu odpowiadałam na zwyczajowe przywitania, schodzących z góry wędrowców i wspinałam się dalej i dalej, ocierając pot z czoła i przecierając co jakiś czas zaparowane okulary. Nie czułam się samotnie. Nie bałam się niczego. Góry otulały mnie swoją mocą a ludzie uśmiechali się do mnie. Ja uśmiechałam się do nich. Wszyscy oni kompletnie mi przecież nieznani, dziwnie w tamtych chwilach byli bliscy. Połączeni tym samym marzeniem, potrzebą i celem. Iść i dojść. Odpocząć od spraw świata. Zmierzyć się z samym sobą i pokłonić się tym górom, które uosabiają marzenie o wolności, niezmienności i surowym pięknie. Jak to śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski o Bieszczadach…?


„Co ty tam robisz jeszcze na Zachodzie
Czy cię tam forsa trzyma, czy układy
Przyjedź i mojej zawierz raz metodzie:
Ja - zawsze, gdy jest jakiś ruch w narodzie -
Wyjeżdżam w Bieszczady.

Mówią, że Polska o głodzie i chłodzie -
No cóż, na głód i chłód nie znajdziesz rady,
Lecz po co tłuszcz ma spływać nam po brodzie
Gdy można żyć o owocach i o wodzie
Jadąc w Bieszczady.

Tam niespodzianki cię czekają co dzień
Gdy w połoniny wyruszasz na zwiady,
A potem patrzysz o słońca zachodzie
Siadłszy na drzewa przewalonej kłodzie
Jak żyją Bieszczady.

Przyjeżdżaj zaraz, jeśliś jest na chodzie.
Rzuć politykę, panny i ballady.
Tutaj jesienią - jak w rajskim ogrodzie
Oprócz istnienia - nic cię nie obchodzi
Przyjeżdżaj w Bieszczady”



   I doszłam. Doszłam wreszcie na sam szczyt. Zobaczyłam tam przepiękne, bezkresne połoniny otulone sinosrebrnym niebem. Ujrzałam przestrzenie mgliste i dalekie a jakże urokliwe i wabiące. Jakieś nieznane szczyty, jakieś przełęcze, osady w dole i maleńkich jak mrówki wędrowców na szlaku. Barwy pasm górskich na powitanie promieni słonecznych połyskiwały czerwienią i żółcią, pomarańczem, różem i fioletem. A ostry wicher świstał i zrywając mi raz po raz czapkę z głowy śmiał się do mnie wołając, że życie jest piękne, że tyle jeszcze cudownych rzeczy można w nim napotkać, że wystarczy nie bać się i iść, po prostu iść... A ja mu uwierzyłam…I uśmiechając się do wszystkich mijanych w drodze powrotnej ludzi mówiłam do nich: dzień dobry, dzień dobry…A oni mi odpowiadali. Tej pani w średnim wieku, rumianej ze zmęczenia, dyszącej ciężko, w czapce wciśniętej tyłem do przodu i patrzącej na nich lśniącymi ze wzruszenia oczami…


   Cała ta samotna wędrówka w obie strony nie zajęła mi więcej niż godzinę. I już byłam z powrotem przy Cezarym, który cierpliwie oczekiwał na mnie oparłszy się wygodnie o pień starego buka a na mój widok uśmiechnął się szeroko i zawołał:
- Już jesteś? No to z ciebie prawdziwa torpeda, Oluniu!
- A tak! Lux torpeda! – ucieszyłam się i uścisnęłam go serdecznie. Potem chwyciliśmy się za ręce i razem zeszliśmy powoli w stronę samochodu, podziwiając po drodze mieniące się barwami, jesienne, zaczarowane Bieszczady …





Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia