niedziela, 16 czerwca 2019

Koniec kurzego rozdziału naszej opowieści…




   Wczorajszego  poranka znaleźliśmy na środku naszego ogrodu bezładnie rozrzucony stosik kurzych piór. Kilka metrów dalej leżał następny pęk pierza. A za rabatką zielną jeszcze jeden. Poza tym ogród był zielony, piękny, rozświergotany i pełen słońca. Jak gdyby nigdy nic. Ale my z Cezarym już wiedzieliśmy co się stało. Oto kolejna z naszych kur w jakichś wielce dramatycznych okolicznościach dokonała żywota. 


   
   Jeśli można sądzić po pozostawionych śladach, to zbrodni tej dokonał jakiś lis. Widocznie biedaczka usiłowała mu uciec, wyrwać się z jego pazurów i zębów. Ale nie dała rady. W końcu uległa a my w domu nie słyszeliśmy jej krzyków. Drapieżca wziął następną ofiarę z naszego maleńkiego, bo już liczącego tylko trzy sztuki kurzego stadka. Następną i ostatnią. Zdecydowałam się bowiem, że pozostałą przy życiu kurę oraz koguta oddam mieszkającej nieco dalej od lasu, zaprzyjaźnionej sąsiadce, która ma swoje stadko drobiu a mały wybieg dla kur dobrze zabezpieczony przed atakami lisów i jastrzębi. Też już w przeszłości doświadczyła wiele napaści tutejszych drapieżników, dlatego zrobiła wszystko by zmniejszyć zagrożenie. Podwyższyła ogrodzenie, powtykała w ziemię patyki i nałożyła na nie plastikowe butelki, które stukocząc pod wpływem wiatru działać mają na dzikich łakomczuchów odstraszająco. Jestem przekonana, iż nasz kogut i kurka będą u niej bezpieczne i szczęśliwe. Że szybko przyzwyczają się do nowego miejsca i zapomną o dawnym domu. W naszym ogrodzie dokuczałaby im tylko samotność i nieustanne poczucie zagrożenia z powietrza i zza płotu.


   Od wczoraj zatem nie mamy już kur… Cały dzień sprzątaliśmy kurnik w trzydziestoparostopniowym upale. Rozbieraliśmy tamtejsze drewniane konstrukcje, grzędy i gniazda.  Pomieszczenie zieje teraz pustką. Tylko wiatr w nim na przestrzał hula. To budzi przygnębienie i nostalgię…Trzeba będzie jak najprędzej wymyślić dla kurnika jakieś nowe zastosowanie. A zważywszy na to, że wciąż brakuje nam tu miejsca do składowania drewna opałowego oraz różnych rupieci i przydasi, to pewnie bardzo szybko owo zastosowanie się znajdzie. 



   Dziwnie pusto i martwo zrobiło się też w ogrodzie.Kurzy wigwam nikomu sie już nie przyda. Jakiś kolejny rozdział naszej osiedleńczej, pogórzańskiej opowieści już za nami…Smutno, zanim człowiek przyzwyczai się do obecnego stanu rzeczy…



   Jest jednak ktoś, kto wcale się nie smuci. Oto nasze psy, dla których dotąd teren zielononóżek był prawie całkiem terra incognita a przede wszystkim stanowił ziemię zakazaną nagle stanął przed nimi otworem. Ależ były szczęśliwe mogąc wpaść na tyły ogrodu i wybiegać się tam do syta, wywąchać wszystko, obejrzeć każdy zakamarek, wytarzać się i pogonić wesoło miedzy drzewami i krzewami. Miło było popatrzeć na ich szaloną radość.







   Jednak ponieważ kury były z nami prawie dziewięć lat i przez te lata oboje z mężem bardzo dużo dzięki nim i razem z nimi doświadczyliśmy nachodzą człowieka wspomnienia. Pozwólcie, że na łamach tego bloga powspominam trochę razem z Wami. Naszym kurom należy się przecież ten ostatni, poświęcony im tekst…



   Często pisałam tu o naszym kurzym stadku. Były bardzo ważną częścią gospodarstwa, naszego tutejszego życia. Poświęciliśmy im ogrom pracy i starania. Nauczyliśmy się od zera wielu rzeczy o zwyczajach i potrzebach kur. Nie raz byłam bardzo zmęczona tą codzienną robotą związaną z zielonóżkami kuropatwianymi. Gotowaniem wielkich ilości ziemniaków w parniku. Ubijaniem ich monstrualnie dużą ubijaczką i mieszaniem ze śrutą. Donoszeniem do kurnika świątek piątek , latem i zimą ciężkich wiader paszy i wody. Ocieplaniem kurnika na zimę oraz sprzątaniem go na wiosnę. Jednak nigdy nie żałowałam, że mieliśmy u siebie kury, że mogliśmy być tak blisko ich świata. A co najważniejsze, nie spodziewałam się, iż tak bardzo staną się mi bliskie, że tak mocno będę przeżywać to, co się z nimi dzieje.




   Wszystko zaczęło się od kupionych w Mikołowie czterech zielononóżek i koguta. Zrobiliśmy im wówczas prowizoryczny kurnik w starej sławojce. Otoczyliśmy go plastikową siatką. Jednak w tamtym czasie kury mogły swobodnie wędrować u nas po całym ogrodzie. Nie bały się jeszcze niczego, bo nie miały pojęcia o czyhających na nie drapieżcach. My też nie wiedzieliśmy, że w pobliskim lesie kryje się mnóstwo chętnych na bezpłatny, zielonóżkowy posiłek dzikich zwierząt a cudowny błękit nieba, choć tak czysty i niewinny przynieść może, niestety, wiele zagrożeń z powietrza. Kurki nie bały się też naszej suczki, Zuzi, która nigdy nie zrobiła im najmniejszej krzywdy a nawet nie raz pomagała nam złapać jakąś kurzą uciekinierkę w ogrodzie sąsiada. Wywąchiwała ją w chaszczach bezbłędnie. Przytrzymywała łapą i ziając czekała cierpliwie aż nadejdziemy i zabierzemy ptaka do kurnika. Łagodnością i delikatnością Zuzi można też było się zachwycić, gdy wchodziła do budy i w zębach wynosiła nam stamtąd nienaruszone jajka, które kury-dziwaczki uparły się tam właśnie znosić. Były to radosne, beztroskie nieomal czasy…




  Pierwszy, związany z zielonóżkami smutek ogarnął nas wówczas, gdy zachorował a potem padł nasz pierwszy kogut. Byliśmy wówczas świadkami chwytającej za serce troski zaniepokojonych chorobą koguta kur, które nie odstępowały go na krok, otaczały biedaka kołem, podtykały mu w dziobkach smakowite kąski a nawet ogrzewały własnymi ciałami. Potem  widzieliśmy trwającą wiele dni rozpacz i żałobę jego osieroconych żon. 


   Musieliśmy zatem zrobić wszystko by znowu pogoda wróciła do kurnika. Kupiliśmy następnego koguta i jeszcze kilka zielononóżek. Stado zaczęło się rozrastać. Wydawało się, że kury mogą mieć u nas prawdziwy raj. Gwarantował im to wielki, zielony ogród, swoboda, jakiej tu doświadczały, dobre jedzenie, które im co dnia szykowałam (najbardziej smakował im gotowany makaron i jajka na twardo!:-) Zdecydowaliśmy się wobec tego na rozwinięcie kurzej hodowli. Kupiliśmy mogący pomieścić kilkadziesiąt jaj inkubator i z entuzjazmem zabraliśmy się za rozmnażanie naszego stadka. Były to czasy, gdy jeszcze mało kto słyszał o zielononóżkach i o wspaniałym smaku oraz wartościach odżywczych ich jajek. W naszych okolicach byliśmy pewnie prekursorami w ich hodowli.


   Za każdym razem wzruszeniem napełniało mnie wykluwanie się kolejnego zdrowego i pełnego sił żywotnych kurczaczka. Smutkiem natomiast kolejne śmierci niezdolnych do życia, zbyt słabych piskląt. Jednak zdecydowanie więcej było wtedy radości. Tym bardziej, że niektóre z naszych kur poczuły instynkt macierzyński i zaczęły wysiadywać swoje jaja. Po wykluciu ich potomstwa mogłam dokładać tym troskliwym matkom wyhodowane przy pomocy inkubatora maleństwa. Pozostałym w domu kurczaczkom zrobiliśmy w wielkiej, drewnianej skrzyni po zbożu mini kurnik ogrzewany lampą. W opiece i trosce nad maluchami posunęliśmy się nawet do tego, że na czas pierwszej zimy skonstruowaliśmy w kotłowni ogromną wolierę dla podrośniętych kurczaków. Miały tam wykonane z gałęzi żerdki, gniazdka i półeczki, zawsze pełne poidełka i karmidełka oraz dużo pachnącego siana. Traktowały mnie jak swoją matkę. Ufnie siadały na dłoniach. Wyjadały ziarnka z ręki. Dawały się głaskać. Cieszyły na mój widok i wołały, gdy zbyt długo do nich nie zaglądałam. Przez kilka zimowych miesięcy nasz dom od świtu do zachodu pełen był kurzych świergotów, popiskiwań i zabaw. A także zapachu ich odchodów, które produkowane w ilościach hurtowych i co dzień sprzątane i tak, niestety, wydzielały swą charakterystyczną woń. Dlatego też nie mogliśmy doczekać się wiosny i wyprowadzki kurzego towarzystwa do budynku gospodarczego. No cóż! Jednak dom powinien być domem a nie kurnikiem!:)







   A gdy wreszcie zrobiło się ciepło wszystkie dorosłe i małe kurki nareszcie zamieszkały razem w wielkim kurniku. Mogły wychodzić na spacery do ogrodu. Cieszyć się przestrzenią i wolnością. Rozkoszować zieloną trawą oraz wydziobywanymi z żyznej ziemi dżdżownicami. Kąpać się w promieniach słońca albo w przyszykowanym dla nich piasku i w popiele. Przyjaźnić się ze sobą albo kłócić. No i przede wszystkim znosić coraz więcej jajek, które najpierw sprzedawaliśmy na targu w Rzeszowie a potem zaprzyjaźnionym blogerom przez Internet.






   Kolejnej wiosny do naszych zielononóżek dołączyło kilka cechujących się dużą żywotnością czubatek polskich i znoszących zielono-niebieskie jajka araukanów. Zwłaszcza czubatki szybko weszły one w komitywę z dotychczasowymi rezydentkami.  Wspaniale ozdabiały nam ogród i budziły zachwyt wszystkich sąsiadów i odwiedzających nas znajomych.  




  Ze złożonych do inkubatora jajek zaczęły wykluwać się mieszańce tych dwóch ras. Z jedną z tego typu kurek mam związane kolejne, smutne wspomnienie.  Biało, beżowa kurka Ramona przyszła na świat z niedowładem nóg. Nie mogła tak jak inne kury wskoczyć na żerdkę. Nie umiała nawet samodzielnie wyjść z kurnika. Zdrowe, w pełni normalne kury od razu zauważyły jej inność. Dziobały nieszczęśnicę. Nie dawały przystępu do pokarmu i wody. Musiałam ją wynosić na rękach i sadzać na trawie by tam podtykać jej smakowite kąski. Na noc zabierałam kurkę do domu, gdzie żyła sobie samotnie w wyścielonym siankiem, kartonowym pudełku. Mimo swego kalectwa Ramona była radosnym, rozświergotanym i ufnym ptakiem. Jednak tylko nasza Zuzia dotrzymywała jej towarzystwa. Całe dnie leżała przy niej na trawie i gdy tylko kurka jej zdaniem przemieściła się za daleko na swoich słabych, powykręcanym nóżkach, brała ją delikatnie w pysk i przenosiła na trawnik pod dziką czereśnią. Niestety, pewnego dnia Zuzia odeszła na kilka chwil od swej podopiecznej. Zajęła się czymś w domu. A w tym czasie jakieś drapieżne ptaszysko porwało biedną Ramonę. Zostało po niej tylko kilka białych piór…


   Niedługo potem zaczęły się ataki na pozostałe kury. Rozzuchwaliły się jastrzębie, myszołowy, lisy, tchórze i kuny. Instynkt łowcy odkryły w sobie, niestety, Jacuś, Hipcia  a nawet niewidoma Misia. Podwyższyliśmy zatem siatkę w ogrodzie. Zainstalowaliśmy w nim własnej roboty strachy na wróble i plastikowe ptaki - odstraszacze. Staraliśmy się też spędzać jak najwięcej czasu w kurzej części ogrodu. Niestety, niewiele to dało. Co roku drapieżniki zabijały nam od kilkudziesięciu, do kilkunastu kur. Wreszcie, gdy nasze stadko liczyło już niewiele więcej niż dziesięć sztuk sprzedaliśmy inkubator i zdecydowaliśmy, iż nie będziemy poszerzać naszej hodowli. Była to bowiem walka z wiatrakami. Generowała więcej strat niż korzyści. I niekiedy więcej smutków, niż radości.


   Tego roku kurzy rozdział naszej opowieści nieodwołalnie dobiegł końca. Pożegnaliśmy się z naszymi ostatnimi kurkami – emerytkami. Jedne padły ze starości. Inne stały się łupem drapieżców.  Tak widocznie musiało być. Nie na wszystko człowiek ma wpływ. Z wieloma niemożnościami musi się pogodzić. Zostało nam po naszych kurkach trochę piór i dużo, dużo wspomnień. Pozostał ogrom wiedzy o hodowli zielononóżek, ich codziennym życiu i obyczajach. Najważniejsze, czego dowiedzieliśmy się o nich jest to, że są to bardzo inteligentne, wrażliwe i uczuciowe ptaki. Że nie niepokojone przez drapieżniki mogłyby żyć szczęśliwie wiele lat. Że potrafią wchodzić między sobą w głębokie związki, troszczyć się o siebie wzajemnie, być serdeczne, lojalne i ofiarne oraz długo pamiętać o tych, które odeszły. Czasem myślę, że my, ludzie, wiele moglibyśmy się od nich nauczyć…
  

Etykiety

Aborygeni afirmacja życia apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie fotoreportaż głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grass tree grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty kolędy komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni pieśń piosenka piosenki płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słońce słowa smutek South Australia spacer spiżarnia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś Wilsons Promontory wiosna wirus woda wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi