piątek, 12 października 2018

Jesień pod tym samym niebem…



   Ósma to już nasza jesień tutaj, na Pogórzu Dynowskim. Czas przynosi nam zmienność barw, obłoków i nastrojów. Daje nagłe przejaśnienia, burze albo ciszę, uspokojenie i cień. Czegoś uczy, coś uświadamia, ale wciąż nie daje odpowiedzi na wiele ważnych pytań.
   Nikt nie wie, ile jeszcze jesieni dane mu będzie oglądać, przeżywać. Jak zmienią go kolejne pory roku? Co zabiorą a co podarują? Co jest naprawdę ważne, a co nam się tylko takim wydaje? Co zdarza się przypadkiem a co wynika z przeznaczenia? Jakie koleje losu czekają za następnym zakrętem? Co się w nas zmieni a co pozostanie takie jak przed laty?




   A tymczasem świat jesienny każdego roku przebarwia po swojemu.  Nie czeka na nic. Ma swoją prawdę, sens i rytm.  Stroi się i przeistacza w zapamiętałym, odwiecznym tańcu życia. Uśmiecha się ufnie do nieba a ono serdecznie odwzajemnia ten szczery uśmiech. Widać, że dobrze się rozumieją. Są tu razem od zawsze…Znają odpowiedzi na wszystkie chyba pytania, dzielą się nimi z nami, ludźmi, tylko że my nie zawsze potrafimy je usłyszeć czy pojąć…





   Dlatego dobrze jest niekiedy móc oddalić się z miejsca, gdzie mieszka się na co dzień i spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy, doznać przejaśnienia myśli, przewietrzyć głowy. Cudownie ciepła pogoda październikowa to najlepsza pora na wyprawy bliższe i dalsze.  Prawie wszystkie prace gospodarskie pokończone. Pojawia się więc nareszcie sporo wolnego czasu, który można nieco inaczej niż zazwyczaj zagospodarować.  Wprawdzie im człowiek starszy, tym rzadziej chce się mu ruszać ze spokojnego przysiółka na krańcu świata, tym niemniej bywa, iż przywiany tu przyjaznym wiatrem dawny zew wędrowców porusza coś mocno w sercu i znowu chce się podążyć za nim, zaciekawić światem, ludźmi i opowieściami, co mieszkają za widnokręgiem…



  … Do Przemyśla mamy czterdzieści kilka kilometrów a bywamy tam dość często, bo właśnie tam mieszczą się wszystkie ważniejsze urzędy, przychodnie specjalistyczne oraz większe niż u nas sklepy. Podczas wyjazdów do tego pięknie położonego miasta zazwyczaj nie mamy czasu ani siły na swobodne wędrowanie i podziwianie jego uroków. Jednak wczoraj po szybkim załatwieniu ważnych spraw w centrum grodu Przemyślidów zachciało się nam odetchnąć innym powietrzem i zobaczyć dokładniej miejsce, które widzieliśmy ostatnio zimą. A tak było wówczas zimno i wietrznie, że nie mieliśmy ochoty na dłuższą wędrówkę. Gęste mgły się unosiły się nad okolicą i nie pozwalały na zobaczenie położonego w dole miasta ani wyrastających z tyłu za nim gór i nizin. W powiewach mroźnego wiatru i siekącej po policzkach śnieżnej zawieruchy czym prędzej wracaliśmy wtedy do ciepłego wnętrza samochodu. Zupełnie inaczej było teraz. Spoceni, porozpinani, zachwycając się po drodze kolorowym drzewostanem oraz starym cmentarzem wjeżdżaliśmy powolutku brukowaną, krętą ulicą Przemysława ku najwyższemu, górującemu nad całym miastem punktowi zwanemu Kopcem Tatarskim. Mieści się on na wzgórzu „Zniesienie” („zniesienie” oznacza pokonanie, w tym miejscu bowiem, jak głosi legenda zwyciężono niegdyś Tatarów, natomiast Tatarzy usypali podobno ten wielki kopiec jako mogiłę dla swego chana). 





  Wysokość tego kopca od jego podstawy wynosi tylko 10 metrów, jednak gdy człowiek wespnie się już na jego szczyt odnosi wrażenie, iż znalazł się na samym czubku świata, bo widzi stamtąd tak rozległą panoramę okolic, że aż w głowie mu się kręci i pragnie się o coś oprzeć albo gdzieś usiąść żeby nie upaść. Na szczęście wzdłuż pieszego traktu biegnącego u stóp kopca znaleźć można mnóstwo wygodnych ławeczek. Można też pójść dalej, wzdłuż dziewiętnastowiecznych fortów twierdzy Przemyśl i krzyża Zawierzenia z 2000 roku.












   Wszystko to piękne było i zachwycające, ale tym co najbardziej mnie w tamtym miejscu urzekło nie były wcale widoki, ale cudowny zapach. Coś mi przypominał, jakąś czułą nutę w sercu budził, gdzieś mi po zwojach mózgowych krążył nie chcąc dać się złapać i nazwać.  Pachniało mi coś z dzieciństwa spędzonego na zielonym osiedlu robotniczym na Śląsku i coś z czasów australijskich, gdy wędrowałam po pokrytych korą eukaliptusów alejkach na górze Arthur Seat. Był to zapach słodki, niewinny, serdeczny i ciepły, pełen bezkresnej wolności i czystego wzruszenia. Mieścił w sobie aromat świeżego siana i jesiennych liści, cierpkości jarzębin i słodyczy malin, woń pożółkłych traw, wody i kurzu…Ach! Gdybyż można było przechowywać na twardym dysku komputera zapachy tak jak przechowujemy zdjęcia! Teraz otworzyłabym taki zapachowy plik i podzieliłabym się nim z Wami, bo żadne słowa nie są w stanie oddać upojności oraz magii tego niezwykłego zapachu…Odtąd chyba już zawsze Kopiec Tatarski z nim właśnie będzie mi się kojarzył i budził dobre wspomnienia.













    I a propos! Przypomniało mi się jeszcze w jakich okolicznościach przed kilku laty dowiedziałam się o tym przemyskim kopcu. Kiepsko się czując po wypadku samochodowym trafiłam do położonego przy ul. Słowackiego szpitala, gdzie poznałam rodowitą Przemyślankę – sympatyczną Agnieszkę. Leżałyśmy przy sobie łóżko w łóżko, zatem miałyśmy sporo czasu na długie rozmowy. Ach, ileż ciekawych opowieści o zabytkach swego miasta miała w głowie ta mądra dziewczyna! Dzięki niej popatrzyłam wtedy na to miejsce zupełnie inaczej niż do tej pory. Agnieszka zasiała w mym sercu płomyczek szczerej sympatii i podziwu dla miasta Przemyślidów.  Opowiadała o czasach panowania w nim Austriaków. O obronie twierdzy Przemyśl w czasie pierwszej wojny światowej. O walkach między Rosjanami i Niemcami toczonymi tu w 1941 roku. O tym, jak  się wszystko wspaniale rozwijało, gdy miasto miało status wojewódzkiego i jak podupadło, po zmianach administracyjnych…








   Ponieważ opuszczałyśmy z Agnieszką szpitalne mury tego samego dnia nic nie stało na przeszkodzie byśmy mogły udać się razem na pobliski Kopiec Tatarski. Tym bardziej, iż pogoda była wówczas podobna do obecnej a do odjazdu autobusu, mającego zawieźć mnie do domu, miałam jeszcze sporo czasu. Oszołomiona widocznymi dookoła przestrzeniami dreptałam za moją przewodniczką z zainteresowaniem słuchając jej zwierzeń o studenckich czasach, gdy najlepiej uczyło jej się właśnie na jednej z położonych tutaj ławeczek. Tu oddalała się od stresów, zmartwień i niepokojów. Zerkała na wszystko z góry i nabierała właściwej perspektywy oraz siły do zmierzenia się z kolejnymi wyzwaniami. Szłyśmy sobie między wielkimi krzewami głogu i jarzębiny, szepcząc o swoich nadziejach i marzeniach, zamyślając się nad swoimi losami a delikatny zefirek przynosił czarowną woń jesiennych drzew, suchych traw i pełnego tajemnic bezkresu. Niestety, tenże łagodny zefirek bardzo szybko przekształcił się porywisty, przenikliwy, chłoszczący nas po twarzach wiatr. Widocznie znudził się naszą rozmową i zapragnął szalonej zabawy, miotania liśćmi, unoszenia tumanów kurzu, wciskania się ostrym chłodem w każdą szparę. Szybko więc zeszłyśmy z Agnieszką góry i pożegnawszy się serdecznie rozstałyśmy obiecując sobie, że jeszcze kiedyś razem powędrujemy. Jednak nigdy więcej się już nie spotkałyśmy i w ogóle urwał się nam kontakt.  Cóż! Tak to już bywa, że czasem los na chwilę stawia kogoś na naszej drodze a czasem na dłużej… Mam nadzieję, że ta mądra dziewczyna nadal mieszka w swoim ukochanym mieście i jest szczęśliwa.  Jestem jej wdzięczna za pokazanie kawałka Przemyśla. Za ten kopiec, który już zawsze będzie mi się kojarzył z nią i tym nieokreślonym, magicznym zapachem jesiennego wiatru…



   …Wracam teraz myślą, spojrzeniem i sercem na moje ukochane Pogórze.  Wszystko tak blisko mnie.  Bo przecież wystarczy tylko przez okno spojrzeć, tylko do ogrodu wyjść, otworzyć furtkę, wystawić twarz do słońca czy wiatru, pójść przed siebie i chłonąć to, co jest…













   Od sześciu już lat na tym blogu oboje z Cezarym pokazujemy Wam nasz świat, okolice bliższe i nieco dalsze. W naszych opowieściach dzielimy się swymi wzruszeniami, przemyśleniami, zachwytami, smutkami i nadziejami. Dziękujemy, za Waszą życzliwą obecność. Mamy nadzieję, że przez te sześć lat pogórzański wiatr choć na chwilę zagościł w Waszych sercach, zostawiając w nich jakieś maleńkie, ciepłe wspomnienie o dwojgu osiadłych wśród lasów, gór i łąk wędrowcach…


  

  

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga Dubiecko dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda muzyka muzyka filmowa nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent prośba przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia spacer spiżarnia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi