środa, 4 grudnia 2019

Powitanie grudnia…




   Czas ożywić grudzień na blogu. Wszak listopad wraz z jego mglistymi nastrojami oraz pejzażami malowanymi szadzią to już odległa historia.
   A co przyniósł ze sobą początek grudnia na Pogórzu Dynowskim? Otóż śnieg i lekki, kilkustopniowy mróz! Śnieg na razie w ilościach niewielkich, ale wystarczających by diametralnie zmienić wygląd otoczenia, by odczuwać inną energię dokoła i w sobie. A mrozik o tyle odczuwalny, że miękka dotąd ziemia na podwórku stwardniała i pieski nareszcie przestały wnosić do domu błoto.


   Przedwczoraj śnieżek tylko delikatnie poprószył Pogórze. Wyglądało przez to niby smakowity placek posypany cukrem pudrem. Jednak w ciągu paru godzin biel prawie zupełnie z otoczenia zniknęła, budząc w sercu żal i tęsknotę za kolorytem prawdziwej zimy. 


   Wczoraj znowu napadało go trochę, przywracając tym samym odrobinę zimowej aury. Wychodząc do drewutni po drewno na opał nie omieszkałam wziąć ze sobą aparatu fotograficznego aby uwiecznić ten pierwszy śnieg. Podziwiam i uwielbiam jego widok oraz obcowanie z nim prawie pod każdą postacią, no może tylko poza rozmokłą, szarą breją. Podobnego zdania są chyba także cztery jaworowe psy, gdyż widząc śnieżną pierzynkę na podwórzu od razu nabrały animuszu i porzucając ciepłe, domowe pielesze pomknęły do ogrodu by hasać, szaleć, podgryzać się i tarzać w przypływie nieokiełznanego szczęścia. 







   Spoza gęstych, srebrzystych chmur przebłyskiwało słońce i błękit nieba. Ogród oświetlony był wyraziście choć zarazem delikatnie. Jednak czułam, iż zbliża się jakaś zmiana, że jest to cisza przed burzą. I nie myliłam się. Spojrzałam w dal poprzez drzewa w ogrodzie sąsiada i dostrzegłam, że widok na tamtejsze wzgórza mętnieje, szarzeje, zaciera się coraz bardziej. Wiedziałam, co to oznacza-  potężną śnieżycę! Pierwszą w tym roku i zapewne pierwszą z wielu jakie dane mi będzie podziwiać.




- Ach, dobra nasza! Świetnie się składa, że akurat jestem na dworze! – zatarłam z ukontentowaniem ręce i naciągnęłam mocniej czapkę na uszy.
- No to zrobimy Ci parę zdjęć, szalona Pani Śnieżyco! Przybywaj kochana i pokaż na co Cię stać! – zaśmiałam się wyzywająco i wyszłam na drogę, chcąc stawić czoła oddanej atakom wichru i śniegu pogórzańskiej przestrzeni.


   Nie kazała długo na siebie czekać. Pawie natychmiast dmuchnęła w twarz z całą mocą, każąc odwrócić się od nawały ogromnych płatków śniegowych, co to niby nieulękła armia otoczyła mnie w jednej chwili i sprawiła, że aż dech mi zaparło z wrażenia. 





- Ach, nic to! Dalejże, Śnieżyco! Nie poddam się tak łatwo! – zachichotałam i pobiegłam przed siebie w tę zimową zawieruchę, łowiąc okiem aparatu fotograficznego śniegowe konfetti unoszące się wokół w ilościach nieprzebranych. Oczywiście jak nieomal zawsze moje osobiste odczucia i obserwacje nijak się miały do tego, co utrwalił obiektyw aparatu. Na dołączonych do tego posta zdjęciach widać jakieś wirujące drobinki, jakieś ni to paproszki, ni to piórka unoszące się ponad łąkami, na tle lasu i drogi. Żywa, pełna mocy i zapału Pani Śnieżyca nie dała się pochwycić fotografii.  Była ponadto! A tymczasem jej spotkanie było dla mnie, jedynej wówczas ludzkiej istoty przebywającej na dworze w naszych okolicach naprawdę niezwykłym doznaniem. Muzyką i poezją. Śpiewem i krzykiem. Wzruszeniem i jakimś pierwotnym lękiem. Śnieg osiadał mi na okularach, wdzierał się do oczu, nosa i ust, przylepiał się do szkła obiektywu, oszałamiał i otaczał zewsząd tworząc dziwną, wspaniałą, niepojętą rzeczywistość. Wiatr szumiał głośno i groźnie szamotał suchymi trawami na łąkach, przeginał długie badyle pokrzyw to w lewo to w prawo, tańcował w gałązkach wierzb. A ledwo widoczne psy za ogrodzeniem ogrodu wprawiał w jeszcze bardziej szalony nastrój i widziałam, że obsypane śniegowymi cętkami niby strzały biegają dokoła wiaty na drewno w wariackim amoku. Podzielałam w zupełności ich nastroje. Sama czułam się niby dzika wilczyca. Wolna, nieulękła, przepełniona trudną do nazwania mocą i radością. Połączona z naturą w węzeł porozumienia niewymagający żadnych pytań ani potwierdzeń. Bezcielesna i wieczna. Daleka od siebie codziennej a jednocześnie najbliższa siebie prawdziwej.






   Tymczasem śnieżyca, jak szybko przybyła, tak równie szybko rozpłynęła się w powietrzu. I choć zdawało się, iż tak była intensywna, nieposkromiona i obfita, to zostawiła po sobie zaledwie cieniutką, śniegową kołderkę na trawie, polu i na drogach. A niebo znowu spoglądało na rzeczywistość czystym, błękitnym okiem i mrugało do mnie porozumiewawczo, że cośmy się wyszaleli, to wyszaleli a teraz czas na trochę normalności. I cóż. Trzeba mi było wracać do domu, jak gdyby nigdy nic przywdziewając swą zwyczajną fizys oraz psyche. I chyba nikt patrząc na mnie, tak spokojną i cichą zwykle osobę, w zaparowanych okularach i przekrzywionej, mokrej czapce nie domyśliłby się nawet, istnienia wewnątrz jeszcze przed momentem szalonej wilczycy, serdecznej siostry Pani Śnieżycy!:-)


   Na szczęście nie musiałam długo czekać na kolejne zimowe spektakle natury, zarażające energią, zapraszające do czynnego uczestnictwa w nich i wydobywające ze mnie dzikość i wolność, które tak uwielbiam odczuwać…


   Oto dzisiaj rano bajeczny wschód słońca kazał mi znowu wyjść z domu i fotografować bez opamiętania, aż do wyczerpania baterii w aparacie wszystko to, co dane mi było zobaczyć. Kazał ubrać się błyskawicznie, żeby nie uronić ani chwilki z tego porannego spektaklu barw i iść w ekstazie pustą o tej porze drogą albo i biec przed siebie na spotkanie słońca oraz magii, którą jego blask ożywia.


   Już nie raz pokazywałam na blogu cudowne tutejsze wschody obfitujące w odcienie różu, czerwieni, purpury, fioletu, oranżu i złota. Jednak za każdym razem są one trochę inne. A przynajmniej ja dostrzegam w nich zawsze coś nowego i fascynującego. Dlatego nie tracę ochoty aby je uwieczniać na zdjęciach i co ważniejsze, doświadczać wszystkimi zmysłami czaru budzącego się dnia, jedności z mocą natury, uwielbienia dla niej oraz wdzięczności za to, co dane jest mi oglądać i odczuwać. A im jestem starsza tym bardziej to wszystko, co mogę tu podziwiać doceniam, tym większą odczuwam więź z surową, nie zepsutą jeszcze przez człowieka przyrodą oraz z porami roku, tym bardziej łaknę spokoju i prostego piękna. Natomiast coraz dalsza jestem od świątecznych porządków, tradycyjnych przygotowań, szaleństwa zakupów i w ogóle całej tej aury pośpiechu oraz rozbuchanej konsumpcji kojarzącej się zazwyczaj z ostatnim miesiącem roku. Zdaję sobie sprawę, iż pewnie w szczątkowej formie i mnie w końcu ogarną, zaprzęgną do roboty jakieś związane ze świętami powinności i konieczności. Pewnie dopadną okołoświąteczne smutki i tęsknoty… Pewnie jeszcze zanucę jakieś rzewne kolędy… 










   Ale póki co, daleka jeszcze od tego wszystkiego po prostu staram się trwać w równowadze między tym, co muszę, a tym, co mogę i chcę. Pomagam Cezaremu w remoncie łazienki na parterze. Przynoszę niezliczone kosze drewna opałowego i co rano rozpalam w piecach. Sprzątam i gotuję. Bawię się z psami. Pieszczę koty. Czytam książki, sama coś tam piszę, słucham muzyki, oglądam filmy, dużo, bardzo dużo śpię. Lecz przede wszystkim cieszę się urodą grudnia. Jego surowością i kolorytem. Żyję chłonąc wszystko to, co przynosi ze sobą przestrzeń i pogoda, mróz, śnieg, słońce, niebo i wiatr…



Witaj grudniu!
  
  
  

 

Etykiety

Aborygeni afirmacja życia apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady bliskość blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec człowieczeństwo deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie fotoreportaż głodówka gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień jesień życia kalina kangury kastracja koala kobieta koguty kolędy komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał książka kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni pieśń piosenka piosenki płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słońce słowa smutek South Australia spacer spiżarnia spotkanie strych susza. upał szadź szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś Wilsons Promontory wiosna wirus woda wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi żywokost