Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gospodarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gospodarstwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2026

Żeby ciepło było...

 




   Ta wyjątkowo mroźna zima uświadomiła chyba większości z nas jak ważne jest ciepło w domu, możliwość ogrzania się po powrocie z zimnicy, poczucie, że tego ciepła do końca sezonu nie zabraknie. Z tego, co czytam wiele nowoczesnych źródeł ogrzewania nie zdało egzaminu i nie dość, iż nie zapewniło wystarczającego ciepła, to jeszcze wywindowało rachunki za ogrzewanie do niebotycznych rozmiarów. Myślę, że tak sroga zima uświadomiła wielu z nas na czym naprawdę można polegać w tak mroźny czas. Jakie źródło ogrzewania rzeczywiście się opłaca i jest niezawodne a jakie jest nam wciskane przez różnych lobbystów i cwaniaków, ale potem nie spełnia naszych oczekiwań a wręcz przeciwnie – rozczarowuje. Pojawiają się różne artykuły, filmy i komentarze na ten temat. Niektóre wydają się szczere , obiektywne, zgodne z prawdą. Inne przekłamują, próbują przeinaczać rzeczywistość. Dlatego nie we wszystko można wierzyć. A najlepiej polegać na własnym doświadczeniu albo na opinii wiarygodnych, zaprzyjaźnionych osób.




   Niedawno obejrzałam filmik jakiegoś człeka, którego pompa ciepła mimo pracy na cały regulator i mimo ocieplonego domu prawie wcale nie grzała a zmarznięci mieszkańcy domu gromadzili się wokół kominka, gdzie ogień tańczył wesoło pośród rozgrzanych do czerwoności kawałków drewna. Dobrze, że nie rozebrali owego kominka, bo zostaliby tylko z ową nieszczęsną pompą oraz przywalonymi śniegiem panelami słonecznymi na dachu...Jednak z tego co wiem w niektórych częściach Polski (np. w Krakowie) palenie w kominkach jest zabronione. Co więc mają począć Krakowianie w takiej jak powyższa sytuacji? Zamarznąć w imię zielonego ładu? Zapewne są miejsca, gdzie pompa ciepła się sprawdza, ale przypuszczam, że dotyczy to nowo wybudowanych domów, nowocześnie ocieplonych, ze szczelnymi, trzyszybowymi oknami, z ogrzewaniem podłogowym i nie wiadomo czym tam jeszcze. A jak ogrzać starsze domy? Obawiam się, że bez totalnego remontu i przebudowy używanie nowych, polecanych jako ekologiczne źródeł ciepła jest prawie niemożliwe.




   Widziałam też inny filmik, gdzie kolejny nieszczęśnik pokazywał swoją zamarzniętą pompę i zarzekał się, że pewnie wiosną zdemontuje i wyrzuci owo dziadostwo a teraz i w kolejne zimy palił będzie w piecu na drewno. Przekonywał przy tym, mocno przesadnie, że do porządnego ogrzania domu wystarczą na cały dzień dwa polana drewna! Bzdura! Żeby ogrzać dom średniej wielkości potrzeba tego drewna znacznie więcej. Wiem to z naszego własnego, zdobytego przez szesnaście lat mieszkania na wsi, doświadczenia.




   Mamy w domu dwa piece. Kuchenny na cienkie szczapki i gałęzie oraz piec centralnego ogrzewania, także na drewno, tyle że znacznie grubsze. Jak wiecie z lektury naszego bloga zazwyczaj kupujemy w dużych ilościach metrowe bale buka, grabu, brzozy albo jesiona i sami je potem obrabiamy oraz suszymy przygotowując do sezonu zimowego. Oczywiście wymaga to sporej ilości pracy, ale to się nam opłaca i póki mamy jeszcze siły oraz zdrowie zapewne nadal tak będziemy robili. A kiedyś, gdy już owych sił zabraknie, a pewnie stanie się to wkrótce – zdecydujemy się na kupno już pociętego, suchego drewna, co wymagać będzie od nas tylko przewiezienia go do drewutni. A jeśli i to stanie się zbyt trudne...? O tym trzeba będzie także pomyśleć.



   Oczywiście zasięgnęliśmy wiadomości w sprawie tak popularnego obecnie programu rządowego „Czyste powietrze”. Wyobrażaliśmy sobie, że uda się porządnie ocieplić dom, wymienić dach, założyć na niego panele czy też wymienić piec na nowszy albo i porządną pompę ciepła. To sprawiłoby, że o wiele mniej mielibyśmy roboty z przygotowywaniem opału na zimę a może nawet nie mielibyśmy jej wcale. Ot, płynęłoby sobie ciepełko ze słonka i elektryczności a my siedzielibyśmy sobie jak jakieś paniska przed telewizorem i o nic nie musielibyśmy się troskać....Oj, naiwni! Otóż już na wstępie okazało się, że musielibyśmy bardzo dużo do tego interesu dopłacić a na to nas po prostu nie stać. „Czyste powietrze” nie jest dla każdego... Całkowity koszt doprowadzenia przeciętnego domu do wymaganych przez UE standardów wynosi ok. 300 tysięcy. Toż to jakieś abstrakcyjne kwoty absolutnie nie do zdobycia dla zwykłego człowieka. Do tego jak wszyscy widzimy opłaty za energię elektryczną wciąż rosną. I nie mam pojęcia jak sobie większość z nas poradzi, gdy w 2028 roku zaczną nas łupić podatkami związanymi z wprowadzeniem ETS2....





   Tak więc jest, co jest. Palimy jako zawsze drewnem, bo to się najlepiej u nas sprawdza. Koszt zakupu drewna dla takiego jak nasz domu wynosi obecnie około 4000 do 5000 zł. Na cały sezon grzewczy dla dwóch naszych pieców. Niekiedy dużo czasu zajmuje znalezienie odpowiedniej oferty sprzedaży drewna opałowego. Cena nie może być zbyt wysoka a drewno powinno być dobrej jakości. Tymi sprawami zajmuje się w naszym domu Cezary. A ponieważ ma do tego dobre oko i potrafi się targować w końcu zawsze coś korzystnego znajduje i znowu kolejna góra grubych bali na podwórzu czeka na naszą obróbkę.. .Dodam jeszcze, iż zgodnie z obecną wiedzą palenie drewnem jest ekologiczne, bo dym z takiego spalania drewna w sobie niewielką ilość pyłów w porównaniu z innymi materiałami opałowymi. Jest biały i prawie bezwonny. Większość naszych sąsiadów ma podobne piece i dlatego w naszych okolicach nie ma mowy o brudnym śniegu, o przykrym zapachu z komina i smogu. Przeciwnie. Powietrze jest tu zdrowe i krystaliczne. Wielu twierdzi, ze wręcz sanatoryjne.





   A wracając do naszych codziennych, zimowych realiów. Mniej więcej co dwa, trzy dni przywozimy do domu kupionym specjalnie do tego celu wózkiem ogromne ilości drewna opałowego. Wygląda to tak, że Cezary ładuje wózek a potem we dwoje pchamy go do domu i po schodkach, na których leżą prowizoryczne podjazdy ze sklejki wtaczamy go aż do kotłowni. Tam ja rozładowuję wszystko i układam porządnie w ogromnej skrzyni obok pieca a cieńsze kawałki odkładam do koszyka. Koszyk ów zanosi się potem do kuchni i tam owego cieńszego drewna pod piecem kuchennym od rana do zmierzchu się używa. Na tym piecu wszystko gotuję a w jego piekarniku piekę. Nawiasem mówiąc chleb upieczony w takim piecu, czy ciasto smakują zupełnie inaczej niż to z elektrycznego czy gazowego piekarnika. Do tego ów kuchenny piec znakomicie ogrzewa nam przyległy doń pokój, w którym przeważnie z psami przebywamy. Tak, że w piecu c.o. zaczynamy zwykle palić dopiero po południu. No chyba, że mrozy są trzaskające, wtedy robimy to wcześniej. Znaczenie ma tu ilość przygotowanego przez nas wiosną drewna. Jeśli mamy go dużo, tak jak teraz, to nie musimy oszczędzać. Wiemy, że w drewutni jest spory jego zapas. A na wiosnę znowu go powiększymy...





   I jeszcze jeśli chodzi o dowóz drewna, to po rozładowaniu odbywa się powtórka z rozrywki. To znaczy Cezary wyprowadza na dwór wózek, jedzie z nim do drewutni, wypełnia po brzegi a potem przychodzę ja i we dwójkę, pchając i ciągnąc co sił wprowadzamy go do domu. Taki załadowany wózek waży na pewno ponad dwieście kilo, zatem jeśli chciałabym poradzić sobie ze wszystkim sama musiałabym ładować do niego o wiele mniej drewna. I kiedy nie ma na dworze lodu i śniegu jest to całkiem łatwe. Natomiast tak jak teraz, gdy człowiek ślizga się na podwórku potrzebuje pomocy drugiej osoby. Dodać jeszcze muszę, że palimy w piecu c.o. przez cały rok z uwagi na to, że właśnie ów piec ogrzewa nam wodę. Tyle, że w trakcie ciepłych pór roku zakręca się grzanie na kaloryfery i dlatego potrzeba wówczas znacznie mniej drewna.




   A co do zimy...Nie mamy ocieplonego domu, dlatego niestety ciepło ulatuje z niego różnymi szparami i po całodniowym opalaniu rano znowu jest zimno. Jednak w trakcie palenia w piecach nie narzekamy wcale na chłody. Wręcz przeciwnie. A w kuchni niekiedy musimy rozbierać się do podkoszulków, bo od kuchennego pieca bije takie gorąco, że aż potem spływamy. Dlatego nie narzekamy wcale na obecne mrozy a przeciwnie, cieszymy się nimi, bo miło po wyjściu na dwór poczuć na twarzy te mroźne igiełki, fajnie popatrzeć na zimowe pejzaże, pobawić się z psami na śniegu, pomachać łopatą do odśnieżania, zrobić trochę zdjęć. A potem wrócić do domu i napić się gorącej herbaty z imbryka, który wciąż grzeje się na piecu...




   Mamy nadzieję, że to czym i jak palimy w piecach zawsze będzie mogło od nas tylko zależeć, że kolejne rozporządzenia unijne czy rządowe nie nakażą nam czegoś a nie zakażą czegoś innego. Na samą myśl o czymś podobnym płakać się chce i zgrzytać zębami. W końcu po to przecież wyprowadziliśmy się na wieś by móc czuć się tu wolnymi, niezależnymi i spokojnymi. Oby nikt nam tego nie zabrał, nie zaburzył, bo w dzisiejszych czasach wszystko, co do tej pory było dobre i niezawodne wydaje się upadać niby domek z kart...






wtorek, 11 marca 2025

Sekretne życie naszego ogrodu…

 



 

   Czy pamiętacie mój ubiegłoroczny, majowy post zatytułowany „Tajemnica różowej miski”? ( https://wewanderers.blogspot.com/2024/05/tajemnica-rozowej-miski.html )Otóż przed kilkoma dniami nieoczekiwanie wyszło na jaw, kto jest owym tajemniczym zjadaczem zawartości owej miski oraz łakomym pożeraczem kości po naszych psach. Na dodatek tego kogoś mogliśmy obserwować na gorącym uczynku, nie ma więc już żadnych wątpliwości, kto zacz! A jak to z tym było? O tym właśnie poniższa opowieść…

   Trwało jedno z tych wyjątkowo ciepłych, późnych marcowych popołudni zbliżających się już do wieczora. Psy nakarmione i ogrzane wiosennym słonkiem zostały już zwołane do domu. Ułożyły się skwapliwie na swoich legowiskach i zapadły w mocny, spokojny sen. Ja utrudzona wielogodzinną pracą przy drewnie takoż położyłam się z westchnieniem ulgi na łóżku w zacisznej sypialni. Czułam się niby balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Zamierzałam kapkę odpocząć a potem zwlec się i wziąć prysznic w nadziei, iż pobudzi on do życia moje nadwyrężone członki. Ale póki co potrzebowałam wyłącznie leżenia na wznak. I świętego spokoju. Jednakże nie było mi to dane.

   Oto Cezary, który także szykował się do zasłużonego odpoczynku nagle przypomniał sobie, iż zostawił otwarte okno w samochodzie stojącym na podwórzu. Chcąc nie chcąc powlókł się by je zamknąć, aby nie dostały się do niego nocą kuny czy też inne podejrzane stworzenia.

   Chwilę potem dobiegło do mnie jego wołanie:

- Czarny kotek jest w naszym ogrodzie! Jak chcesz go zobaczyć, to chodź! – nie zareagowałam na tę wieść i pozostałam w pozycji horyzontalnej, albowiem po wielekroć już tego kotka widywałam jak chyłkiem przemykał od strony ogrodu sąsiada. Widywałam też innego kocurka, burego dachowca odwiedzającego w godzinach porannych nasze obejście. Oba te zwierzaki przybywały do nas na rekonesans by sprawdzić, czy znajdą się dla nich jakieś resztki po posiłku naszych piesków. Wiedząc o tym czasem więc specjalnie coś dla nich zostawiałam. A to skórki od kurczaka a to pozostałości psiej zupki albo resztki z naszego obiadu pod dziką czereśnią. Tym razem niestety, nie było tam nic, bo psiaki siedząc przez cały dzień na dworze nabrały apetytu i wymiotły wszystko do ostatniego okruszka.

   Leżę więc sobie nadal tak samo błogo jak leżałam, kontemplując ostatnie promienie zachodzącego słońca na przeciwległej ścianie, gdy wtem znowu słyszę nawoływanie Cezarego. Tym razem pełne jest ono emocji i ekscytacji.

- No chodź! Musisz to zobaczyć!- zachęcał nieustępliwie a potem wziąwszy aparat fotograficzny poszedł na ganek by stamtąd obserwować i uwieczniać obiektywem owo tajemnicze „coś”.

   Zwlokłam się zatem z łoża i resztką sił powędrowałam w stronę czającego się na owo „coś” męża, mając nadzieję, iż nie robi z igły widły, bo przecież widok dzikich kotków czymś takim właśnie się zdawał.

  Ale to absolutnie nie były z igły widły! To był piękny, rudo – czarno umaszczony lis, który kręcił się po naszym podwórzu i zaglądał we wszystkie kąty, w których spodziewał się znaleźć coś do zjedzenia. Przypomniało mi się wówczas, że parę razy miałam już możność obserwowania tego lisa, gdy dostojnym krokiem przebiegał drogą asfaltową obok naszego domu. Myślałam wtedy, że pewnie idzie w stronę sąsiadów, którzy hodowali maleńkie stadko kur.  Kiedyś przecież i nas w zbójeckich celach jakiś lis odwiedzał. Byłby to ten sam? Teraz jednak, nie musząc się już trapić o bezpieczeństwo naszych kur, których od kilku lat już nie mamy staliśmy oboje z mężem i na ganku z zapartym tchem obserwowaliśmy sprytne, lisie poczynania na naszym podwórku. Cezary przez szybę zrobił kilka zdjęć, ale z powodu narastającej z minuty na minutę szarówki wyszły one niestety nieostro. Przyglądaliśmy się śmiałym wędrówkom lisa (czy może lisicy?) i zdumiewaliśmy się, iż stworzenie jest tak odważne, tak pewne siebie. Pewnie od wielu miesięcy, a może i lat pojawiało się w naszym ogrodzie i zdążyło tu poznać wszelkie zakamarki a nawet uznać je za swoje. Świadczył o tym ostry zapach jego moczu dobiegający nas czasem z różnych stron. Lis oznaczał po swojemu wiatę na drewno, starą kanapę w drewutni, krzesła ogrodowe a nawet samochód. Zrozumieliśmy, iż przestrzeń, którą dotąd uznawaliśmy za naszą, za znaną i oswojoną tak naprawdę należała nie tylko do nas. Oto popołudniami i po zmroku odwiedzały nasze siedlisko różne, pragnące pozostać niewidzialnymi stworzenia. Lisy, koty, kuny i nie wiadomo, co tam jeszcze. Nie raz czekając na psy, stojąc na progu domu pośród księżycowej nocy nasłuchiwałam dobiegającego od strony jabłoni pohukiwania sowy. Dochodziły do mnie różne dziwne szelesty i chroboty. A spośród krzaków malin i bzów pobłyskiwały czasem zielone ślepia nie wiadomo kogo…






   Teraz, patrząc na tego pięknego lisa mieliśmy rzadką okazję zobaczyć na własne oczy jedno z tych ukrytych zazwyczaj stworzeń. Nie dość tego okazało się, iż czasem nasze podwórko odwiedzają jednocześnie różne zwierzaki. Oto bowiem wpatrując się w obwąchującego studnię lisa spostrzegliśmy, iż czarny kotek również nie zamierza dać za wygraną i chowając się za psią budą czeka tylko aż lis sobie pójdzie, by samemu ruszyć na poszukiwania.

   Staliśmy tak przez kilka minut na ganku i podekscytowali przyglądaliśmy się temu sekretnemu życiu naszego ogrodu. Z tego wszystkiego prawie całkiem zapomnieliśmy o zmęczeniu. Cieszyliśmy się, że psy śpią głęboko i nie straszą swym szczekaniem owych dwojga intruzów. Sami poruszaliśmy się na paluszkach i porozumiewaliśmy szeptem, by nie spłoszyć zwierzaków. Czuliśmy się niby dwoje szczęśliwych obserwatorów dzikiej przyrody, którzy nie muszą odchodzić nigdzie od domu, by z ową naturą mieć do czynienia. Wzruszało to nas i zachwycało. Chcieliśmy by chwila ta trwała jak najdłużej…




  Niestety. Nie dane nam to było, gdyż po chwili Misia zwęszyła chyba obecność lisa, bo zaczęła powarkiwać a potem ujadać. Natychmiast do jej ujadania dołączyła Hipcia a potem Jacuś. Jazgot podniósł się w domu niemożliwy a obserwowane przez nas zwierzaki z miejsca czmychnęły z ogrodu. Lis (czy też lisica) przeszedł szybko przez budynek gospodarczy i zgrabnie wyskoczywszy oknem przebiegł ogród i wyskoczył na pole mając stamtąd blisko do lasu. Natomiast czarny kotek przeskoczył przez furtkę wiodącą do ogrodu sąsiada i tam zniknął w chaszczach.

-  Coraz więcej pojawia się w naszych okolicach dzikich zwierząt – szepnął Cezary usiłując nastawić aparat fotograficzny tak by wyraźniej było na nim widać uciekającego lisa.

- Zapomniałem Ci powiedzieć, że rano jak jechałem do mechanika samochodowego widziałem kilkaset metrów stąd szakala. Biegł wzdłuż drogi i wcale się nie bał. Żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu, bo może udałoby mi się strzelić kilka dobrych fotek.

- Szakala? Niesamowite! Tego jeszcze nie było! Widzieliśmy tu już wilki. Słyszeliśmy o niedźwiedziach. Podobno w naszych lasach widywane są też łosie. Dzika natura bierze we władanie nasze Pogórze. I z jednej strony to chyba dobrze, że wygrywa ona z cywilizacją, ale z drugiej dziwne to trochę i straszne. Zwyczajne spacery do lasu nie będą już przez to tak zwyczajne, skoro w krzakach śledzić nas mogą ślepia tylu poukrywanych tam zwierzaków – odparłam wpatrując się z mieszaniną  niepokoju i fascynacji w ciemną bryłę pobliskiego lasu.



   Odczekaliśmy z mężem dłuższą chwilę, dając zwierzakom czas na ucieczkę a potem wypuściliśmy rozszalałe z emocji, skaczące po nas psiska do ogrodu. Wówczas podziwiać mogliśmy ich doskonały zmysł węchu, bowiem wszystkie psy jak po nitce chodziły i wąchały dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą spacerowało tych dwoje: ruda lisica i czarny kot. A teraz pewnie siedząc gdzieś w bezpiecznej odległości obserwowały z daleka nasze krążące po podwórzu psiaki. Z pewnością pojawią się u nas jeszcze niejeden raz, traktując jaworowe obejście niby darmową stołówkę!

 - No i dobrze. Przynajmniej nic się u nas nie marnuje – pomyślałam nawołując kilka minut potem wyszczekane do syta psiaki, które napiwszy się zimnej wody znowu ułożyły się na swoich wygodnych legowiskach i zapadły w sen. Tym razem nie spały już tak spokojnie. Poszczekiwały i poruszały łapami, śniąc zapewne o udanych łowach na naigrywającą się z nich lisicę i równie bezczelnego kota…

   Tymczasem resztki słonecznego światła całkiem zanikły już za lasem i nasze obejście spowijać zaczął wieczorny zmrok. Ciepły, marcowy dzionek właśnie obiegł końca, zatem i my z Cezarym nareszcie mogliśmy się udać na zasłużony odpoczynek…

 


niedziela, 2 marca 2025

Linija i buki…

 



 

…Na początku marca udało nam się kupić sporo drewna bukowego pochodzącego z pobliskiego lasu. Od kilkunastu dni trwała tam wycinka związana z budową drogi śródleśnej (nazywanej przez miejscowych „liniją”), prowadzącej do sąsiedniej wioski. Ciekawostką jest to, że owa budowa liniji zaczęła się jeszcze w czasie drugiej wojny światowej a dopiero teraz ma szanse być dokończona. Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku Niemcy zaprzęgli do roboty sporo okolicznych chłopów i wówczas pod surowym okiem okupantów powstawał szeroki, brukowany szlak mający w przyszłości ułatwić wygodny przewóz towarów, przemarsz wojsk i ciężkiego sprzętu a także pozwalać miejscowym na komunikację z sąsiednimi wioskami. Niestety, Niemcom nie dane było dokończyć tego pożytecznego przedsięwzięcia i przerwano je w okolicach 1944 roku na wieść o zbliżaniu się Armii Czerwonej. Nie raz żałowaliśmy z Cezarym, iż nie doprowadzono do końca owej drogi, bowiem to, co zdołano wtedy wybudować było zrobione wyjątkowo porządnie i trwale. Do dzisiaj ów zaczątek niemieckiego traktu jest świetnie przejezdny, możliwy do przebycia zarówno traktorem, jak samochodem i rowerem a do tego przyjemny do przejścia. Natomiast na pozostałym odcinku niedokończonego projektu napotyka się zryty głębokimi koleinami, tonący w błocie, zarosły krzakami dzikich jeżyn szlak. Wiele razy chodziliśmy tamtędy wybierając się do okolicznych lasów na grzyby (ach, jakie zdrowe borowiki i kozaki udawało się nam tam znaleźć) albo po prostu na spacery z psami. I marzyliśmy, że może kiedyś uda się nam doczekać tej wielkiej chwili, gdy gmina weźmie się za dokończenie owej drogi i będzie można ją przejść suchą nogą a nawet dojechać autem owym skrótem do położonego za lasem centrum wsi.








   I oto wydaje się, iż nasze marzenie ma teraz szanse realizacji. Wczoraj był bardzo słoneczny, prawie wiosenny poranek, dlatego z ochotą wybraliśmy się z Cezarym w tamte okolice, by zobaczyć, co już zrobiono i jak zmienił się tamtejszy krajobraz. Okazało się, iż wycięto mnóstwo buków rosnących do niedawna po obu stronach owej niedokończonej, niemieckiej drogi. Będzie ona bowiem poszerzana i utwardzana na całej jej długości. W planach jest tam przeciągnięcie linii wysokiego napięcia. A po bokach traktu mają powstać rowy porządnie odprowadzające stamtąd wodę. Oby tak się stało! Oby po osiemdziesięciu latach udało się zrobić to, co nie udało się w czasach okupacji. Skorzystają na tym nie tylko mieszkańcy Pogórza Dynowskiego, ale także turyści, ponieważ w wielu miejscach owa droga tożsama jest z przebiegiem zielonego szlaku Przemysko-Bachórskiego wiodącego przez kilkanaście pogórzańskich miejscowości, przez bukowe lasy oraz widowiskowe łąki, wzgórza i kolorowe pola na słonecznych stokach. Dzięki temu ewentualni wędrowcy nie będą już tonąć w błocie ani gubić się pośród chaszczy, bo prawdopodobnie zostaną też poprawione albo wymalowane na nowo oznaczenia szlaku. Taką przynajmniej mamy nadzieję.





   A na razie czeka na nas ogrom drewna do pocięcia, porąbania i zwiezienia pod wiatę, aby leżąc sobie spokojnie przeschło porządnie do przyszłorocznego sezonu grzewczego.  A musicie wiedzieć, iż robota z bukowym drewnem nie należy do łatwych, bowiem drewno to jest bardzo ciężkie i twarde (ale przez to kaloryczne), dlatego zajmie nam to sporo czasu i będziemy musieli się oboje porządnie natrudzić by wszystko to uporządkować. Co roku wykonujemy taką pracę, więc dla nas to nic nowego. Jednak jesteśmy coraz starsi i to, co kiedyś wydawało się w miarę łatwe, dziś już się takim nie wydaje. Dlatego patrząc na te dwie góry drewna leżące na naszym podwórzu trochę nas strach oblatuje. Wiemy jak będą nas bolały mięśnie i kręgosłupy, ile trzeba się będzie nadźwigać, naschylać, naprzerzucać, nałupać, ile wyładowanych po brzegi taczek pod wiatę nawozić. Ale damy radę! Wszak dzięki tej robocie nie dość, że zyskujemy świetny opał na kolejną zimę, to jeszcze teraz mamy szansę spalić trochę tłuszczyku, rozruszać się do porządku i polepszyć kondycję. Potem już żadna robota w ogrodzie nie będzie nam straszna!:-)



   Marzy się nam, że w tym czasie postępować będzie szybko budowa owej leśnej liniji i może już późną wiosną uda nam się przejechać nią do centrum naszej wsi, na wybory prezydenckie. A to aż o kilkadziesiąt kilometrów skróci nam drogę!  Tak, tak! Mieszkamy na końcu wioski, w najodleglejszym jej przysiółku i nie ma stąd bezpośredniej, szybkiej możliwości dostania się do głównej części naszej wsi. Jest ona od nas tak daleko, iż ilekroć się tam wybieramy musimy objechać kilka innych miejscowości. Jadąc tam i zżymając się na ten absurd z dojazdem za każdym razem przyrzekamy sobie, że to już ostatni raz!  Być może w tym roku nareszcie będzie bliżej i łatwiej się tam dostać?



   A póki co marcowa aura z wiosennej przekształciła się znowu w zimową i stosy drewna czekające na obróbkę pokryły się warstwą świeżego białego puchu. W tym tygodniu jednak ma się jednak mocno ocieplić, zatem będziemy mogli zabrać się do pracy. Niech się dzieje, co się ma dziać!:-)





P.S.

Od jakiegoś czasu zauważam ogrom wejść na bloga. Tysiące wyświetleń codziennie wszystkich postów po kilkadziesiąt razy.  Zdumienie bierze, że komuś chce się to robić. I właściwie po co? Podziwiam pracowitość anonimowego czytacza, który najpewniej przy pomocy VPN nabija mi licznik wyświetleń z Austrii, Niemiec i Francji!  Że też mu się to jeszcze nie znudziło?!:-)

sobota, 8 czerwca 2024

Między suszą a mokrawicą…

 



   Dawno nie pisałam, ale nic szczególnego się u nas nie działo i pewnie dlatego natchnienia ani ochoty do pisania nie było. I właściwie nadal tak jest, więc tylko z kronikarskiego obowiązku postanawiam zamieścić nowego posta o tym, czym głownie żyjemy na naszej górce pod lasem.




   Przez większość maja panowała u nas susza, więc w ruch szły konewki i wąż ogrodowy. W spękanej niby na pustyni ziemi nie urosłyby przecież ani ogórki ani pomidory ani sałata….A i tak kiepsko rosły, bo zdaje mi się, iż dla roślin deszcz, jakikolwiek by nie był, ma o wiele większe znaczenie, niż podlewanie przez człowieka. Może chodzi tu o to, że deszcz rosi całą roślinę albo dostarcza jej składników, które  ją w jakiś czarodziejski sposób odżywiają i do życia pobudzają? Tak czy siak magicznego deszczu nie było. Natomiast jego zapowiedzi były prawie co dnia. Pełne nadziei, próżne jednak obietnice.



  

   Nad nami niemal każdego popołudnia się chmurzyło a nawet gdzieś tam z dala grzmiało. Zapowiadała się wyczekiwana ulewa. Złudne to jednak było i frustrujące. Bo człowiek znowu wierzył, gdyż chciał uwierzyć, że tym razem nareszcie popada. Bo tak wspaniale wiało. Bo zewsząd kłębiły się te ogromne szaro granatowe chmurzyska i nawarstwiały coraz mocniej. I nawet widać było czasami, że gdzieś tam na horyzoncie pada. Jasne smugi deszczu nad wzgórzami  widoczne były u nas całkiem wyraźnie. Biegałam więc z aparatem fotograficznym uwieczniając ten cudowny spektakl obłoków i czekając z niecierpliwością na pierwsze krople wody oznaczające początek upragnionych opadów. W całej okolicznej przyrodzie czuć było to oczekiwanie. To radosne podniecenie, że już zaraz, że nareszcie niebo zlituje się nad Pogórzem. Nawet psy ogarniało jakieś szaleństwo. Biegały jak zwariowane dookoła stawiku. Zaczepiały się wzajemnie do zabawy. Pyski śmiały im się radośnie i nawet Jacuś, kulejący staruszek, nabierał dawnego wigoru.  









   Ale cóż. Potem wszystko mijało. Gdzieś tam daleko od nas łaskawe niebo zsyłało komuś zbawczą sikawicę. Jednak nie nam, nie nam. Tutaj  chmury znowu zmieniały zdanie.  Odechciewało im się najwidoczniej przeistoczenia w deszcz. A w końcu rozpływały się w oddali i znowu ukazywało się ostre słońce, które choć pięknie oświetlało ogród, łąki i lasy to przecież nie przynosiło ulgi wyschniętym ziemiom i spragnionym roślinom. I znowu, jak co wieczór musiałam krążyć po ogrodzie z konewką, podtrzymując przy życiu nieszczęsne rośliny.





   Od tej suszy nasze ogrodowe oczko wodne zamieniło się w smętną i maleńką, zatęchłą kałużę. Jednak nawet ta resztka wody cały czas zwabiała do ogrodu spragnione ptaki i owady. A pewnego popołudnia przyciągnęła także jeża. Biedak przytuptał do owej kałuży pewnie ostatkiem sił, ale pił a potem czkał tak głośno, że usłyszała go Hipcia i zafascynowana warowała nad stawikiem, nigdy wcześniej takiego zwierza przecież nie widziawszy. Obawiając się, że psy mogą zrobić jakąś krzywdę jeżowi Cezary ubrał grube rękawice i wyniósł kolczastego gościa na pole za naszym płotem. Obserwowaliśmy go tam przez jakiś czas, póki nie zniknął w gęstwie wysokich traw.




 Aż w końcu i u nas naprawdę zaczęło padać. Czerwiec nareszcie zesłał wyczekiwaną odmianę. Deszcz podlał wszystko obficie. Na dnie stawiku ponownie zalśniła świeża woda. A do tego udało się napełnić wszystkie wiadra i pojemniki deszczówką. Rośliny z miejsca doznały cudownego wręcz odrodzenia. Zieleń zrobiła się bujna, świeża i soczysta. Kwiaty zalśniły nowym blaskiem. A ja nareszcie mogłam odpocząć od dźwigania ciężkiej konewki.




   Ale cóż! Nie ma róży bez kolców. Albowiem teraz pada u nas co dnia. I nie miałabym nic przeciw temu, a wręcz przeciwnie, bo cieszę się, że rośliny nareszcie mogą się napić do syta. Jednak taki mokry stan rzeczy bardzo podoba się ślimakom, które niby zombie w nieprzeliczonych ilościach atakują ogród i pożerają co tylko się da. Najbardziej jak zawsze smakują im ogórki i łubiny. Jednak nawet miętą i wrotyczem nie pogardzą. Dlatego po kilka razy dziennie wyruszamy z Cezarym na ślimacze łowy. Uzbrojeni w długie kije, na końcach których zamocowane są małe ostrza krążymy po ogrodzie i tępimy wszechobecne mięczaki. A te, których nie da się w ten sposób unicestwić zbiera się ręcznie do wiaderka ze słoną wodą, gdzie momentalnie kończą swój ślimaczy żywot. Nie cierpię tej morderczej, obrzydliwej roboty, ale cóż począć, skoro nie da się inaczej ochronić  ogrodu przez bezlitosnym pożarciem. Ślimaki to obojnaki, które rozmnażają się w tempie błyskawicznym. Niektóre mogą w sezonie złożyć po kilkaset jaj, z których bardzo szybko wylęga się równie żarłoczne potomstwo. Ech! Z tego wszystkiego nawet śni mi się po nocach, że monstrualne ślimory podobne do węży albo potwornych wijów szparą pod drzwiami włażą do mojej sypialni łakomie rozdziawiając paszcze. I muszę uważać, żeby bosą stopą nie nastąpić na te oślizgłe potwory a przede wszystkim by nie dać się im zjeść...

   Lubię o świcie wyjść do ogrodu.Zapatrzeć się w dal.  Odetchnąć świeżym powietrzem. Zapomnieć o koszmarach nocnych i w ogóle o całym świecie. Napawać się przez chwilę tą bujnością, zielonością, kolorami dopóki nie zerknę w dół, gdzie jak zwykle brązowieją i rudzieją nieprzeliczone ilości żądnych posiłku ślimaków. ....Zatem chcąc nie chcąc znów biorę szpikulec albo wiaderko ze słoną wodą w dłoń i ruszam na polowanie. 





   Na razie poranek u nas pogodny, ale w prognozach widoczne są kolejne deszcze. I widać malownicze chmury na nieboskłonie. No cóż. Nigdy nie może być idealnie. I sama już nie wiem, co gorsze, czy susza, czy mokrawica…




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost