Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grudzień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grudzień. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2024

Czekoladki…

 



 

…Dość na razie ponurych wizji i smutnych refleksji. Życie jest jakie jest, ale zawsze wszak jest bezcenne póki trwa... 

   Mamy zatem grudzień a grudzień to wielu z nas dobrze kojarzący się miesiąc. Nie zamierzam go więc teraz zachmurzać, ani psuć nikomu nastroju. I oto jak królik z kapelusza pojawia się temat domowych czekoladek. Ojej, jakie one są dobre! Te sklepowe po prostu się nie umywają. Wczoraj zrobiłam całą miseczkę tych smakołyków. Miały być na dzisiaj, ale śladu już po nich nie ma, bo na drugie imię ja oraz Cezary mamy niepoprawny łakomczuch!:-) Usprawiedliwiam naszą obecną, słodyczową żarłoczność jedynie tym, że  od ponad miesiąca znowu jesteśmy na diecie ketogenicznej.  Trwamy w niej dzielnie dla zdrowia i schudnięcia i całkiem nieźle nam to wychodzi, no ale czasem chce się człowiekowi jakichś odstępstw, małych grzeszków w tym klasztornym jadłospisie. I oto nie dziwota, iż pożarlim, pochłonelim bez opamiętania aż do ostatniego okruszka owe wczorajsze kokosowe czekoladki! A raczyliśmy się nimi wyjątkowo radośnie i bez większych wyrzutów sumienia, bo takie, na szczęście, czekoladki dozwolone są na naszej diecie. Nie zawierają bowiem cukru. A mają w sobie  całkiem zdrowe składniki, bo to gorzka czekolada, masło orzechowe, erytrytol i wiórki kokosowe. Podobne są w smaku do Michaszków, tych sklepowych łakoci z kawałkami orzeszków w środku. Ale po raz kolejny zarzekam się, że sto razy od tamtych pyszniejsze.



Zaraz podam Wam przepis na nie, jeśli ktoś chciałby sobie takie cudo wykonać np. na święta albo na inną okazję.

   Teraz jeszcze wrócę skojarzeniem do jednego z moich ulubionych filmów oraz książki pod tytułem „Czekolada”. To film, który ma w sobie jakaś magiczną moc i nigdy się nie zestarzeje. Zawsze, ilekroć widzę jak grająca w owym dziele główną rolę Juliette Binoche miesza gęstą, błyszczącą, czekoladową masę albo jak robi z niej śliczne czekoladki o różnych kształtach i smakach - zawsze wtedy nabieram ogromnego apetytu na czekoladę. To jest wręcz nieprzeparta, narkotyczna chęć, zatem jeśli nie mam w domu nic czekoladowego próbuję naprędce cokolwiek takiego uczynić sama. I dalej oglądam film albo czytam tę cudowną książkę racząc się ową wytworzoną przez siebie namiastką czekoladowej rozkoszy. To jest zazwyczaj kogel mogel z kakao, budyń czekoladowy albo owsiane ciasteczka z masłem i kakao pieczone w piecu. Wszystko to dobre, ale to nie to, nie to co w filmie, no i nie ketogeniczne na dodatek…A zajadając zagłębiam się w czas opowieści o matce i córce, co to gnane przez wiatr nie potrafią sobie znaleźć na świecie miejsca. Aż w końcu trafiwszy do maleńkiego, francuskiego miasteczka, odnajdują kilkoro ludzi, którzy obdarzają je ufnością, przyjaźnią oraz miłością. I wówczas wiatr może sobie dąć…One nareszcie są u siebie.



   Nigdy nie wyszło mi nic tak pysznego jak teraz te czekoladki. Naprawdę! Orzekł tak nawet mój wybredny mąż, który wielu już moich delicji kosztował, ale nigdy nie zachwycał się tak jak teraz. A ja w takich razach uśmiecham się zadowolona z siebie i zaraz mam ochotę ruszyć do tańca. Tak jak Juliette Binoche z Johnym Deepem na barce, w zaczarowaną, pełną cygańskiej muzyki i miłości noc…A Cezary daje się porwać do tańca…

   Zatem warto owe domowe słodyczki zrobić, tym bardziej, że robi się te czekoladki bardzo szybko i prosto.

   Czego konkretnie potrzeba do ich zrobienia? Tabliczki gorzkiej czekolady, dwóch kopiatych łyżek masła orzechowego bez cukru, dwóch łyżeczek erytrytolu albo ksylitolu, oleju kokosowego(najlepiej nierafinowanego, bo cudnie pachnie kokosem), kilku garści wiórków koksowych oraz jeśli ktoś chce czekoladek bardziej na bogato można dodać pokruszonych orzechów albo płatków migdałów.

   Pierwsze co trzeba zrobić, to rozpuścić czekoladę oraz olej kokosowy w kąpieli wodnej. Ja robię to w ten sposób, że metalową miseczkę z połamaną czekoladą i olejem stawiam w nieco większym od niej garnku, w którym pomału podgrzewa się woda. I mieszam aż wszystko się rozpuści.



   W tym czasie do innej miski wkładam dwie kopiate łyżki masła orzechowego. I stawiam sobie na podorędziu takie dodatki jak: wiórki kokosowe, płatki migdałów, orzeszki, mak, słonecznik czy prażone ziarno sezamu. Można też dodać rodzynek albo innych suszonych owoców (ale to bardzo wzmacnia kaloryczność czekoladek).

   Wlewam roztopioną czekoladę do masła orzechowego i mieszam aż do połączenia składników w jedną, gładką masę.




   Wsypuję do czekoladowej masy moje dodatki. Zaczynam od wiórków kokosowych, bo one najbardziej zagęszczają ową masę. Następnie dosypuję resztę, o ile takową mam. I gdy wszystko jest dobrze wymieszane, połączone i gęste jak zaprawa murarska wlewam toto do przygotowanej wcześniej, wyłożonej woreczkiem foliowym foremki. Ten woreczek jest tam po to by łatwo się potem czekoladowy blok wyjmowało z foremki..






   Następnie wynoszę ową foremkę do zimnego miejsca. Niech całkiem tam przestygnie. Po kilkunastu minutach schłodzoną masę czekoladową wkładam do zamrażarki. Tam po ok. pół godzinie całkiem stwardnieje i zestali się.

   Wtedy nie pozostaje nic innego jak tylko wydobyć ów czekoladowy blok na deskę do krojenia i pokroić go ostrym nożem na dowolnej wielkości kostki.





   Och, jak to pachnie! Jak kusi by natychmiast poczuć ową aksamitną gładkość na języku. By wgryźć się w kokosowy smak, by poczuć na zębach chrupkość orzeszków czy migdałów…Zatem natychmiast je się, cmokta, rozgryza, rozkoszuje jedną, drugą, trzecią…I jeśli jakimś cudem nie pochłonie się wszystkiego, to resztę czekoladek wkłada się w jakiejś miseczce do lodówki i można je tam przechować przez kilka dni. Ale nie sądzę by się tam tyle czasu uchowały. No chyba, że przezornie zainstalowało się na drzwiczkach lodówki kłódkę i schowało gdzieś głęboko kluczyk!:-))



czwartek, 28 grudnia 2023

Nasza jest noc…

 


…Cicha noc, święta noc….Zaniosło się dookoła echem chóralne śpiewanie dobiegające od chaty Jamrożego. Stała owa chatynka na samym skraju lasu, toteż wszelki ruch w obejściu i chałupie dobrze był zawsze słyszalny przez pierwsze brzozy, topole, dzikie bzy i olchy. I zaraz pełne ulgi westchnienie zaszumiało w koronach najbliższych drzew.

- Nareszcie, nareszcie…Chwila spokoju. A może i parę dni spokoju jak dobrze pójdzie. Choć z nimi, z ludźmi to nigdy nic nie wiadomo! Małoż to pijaczków w wigilijną noc się tu zapuszcza? Małoż to par zamiast po pasterce do domów wrócić, po lesie łazi, naprzykrza się i kolędy swoje fałszywie wyśpiewuje? Małoż domorosłych fotografów mir tutejszym mieszkańcom beztrosko zaburza, gwiazdki betlejemskiej niby to wypatrując a tak naprawdę bez ładu i składu po chaszczach błądząc?  – zaskrzypiał zgryźliwie stary dąb. Ten, co to go ostatnia burza śnieżna w połowie zgięła, w połowie złamała. Ale mimo wszystko żył. Istniał. Cieszył się kolejnym cudownym ocaleniem. W przeciwieństwie do pary dorodnych buków, po których zostały tylko na urągowisko wystające z ziemi dwa ucięte krzywo pniaki. A myślały biedaki, że znów im się upiecze. Bo to wiele lat już tak bez szwanku rosły, srebrząc się i pnąc ku dobrotliwemu słonku. Jeszcze chwila a i dąb by przerosły. Jeszcze roczek, dwa a by spoglądały z góry na okoliczne dąbrowy. Ale przyszła ich pora jako zawsze prędzej czy później przychodzi. Drwale zrobili co mieli zrobić, wycięli i buki i one dąbrowy dorodne a pewnie teraz w którejś z chałup dzięki tym drzewom wesoło ogień buzuje. A ludziska cieszą się, że ciepło im w ręce, że mogą mleka dla dzieci i pierogów na piecu zagrzać. A że tam teraz na miejscu dąbrowy pusta, jeno trawą bujną pokryta płaszczyzna? Tak to już jest, tak było i tak zawsze będzie. Kiedyś przecież nowe drzewa tu wyrosną a o starych nikt pamiętać nie będzie.

 Jednak świeże wspomnienie zostało po zgrabnym świerczku, co to od paru już lat czuł na sobie dotyk nieustępliwego przeznaczenia. I owo przeznaczenie dopadło go wreszcie parę dni temu w osobach dwóch rumianych, wiejskich chłopaków, co to dawno już upatrzyli go sobie jako bożonarodzeniową choineczkę. Stary dąb zerknął ze współczuciem na to, co po młodym świerczku pozostało.

- Ot, taki już nas los, przecie! – orzekła sosenka, która takoż parę dni temu straciła kilka dorodnych gałązek. W sam raz nadawały się na stroiki świąteczne, toteż nie zdziwiła się wcale, jak córka Jamrożego pewnego popołudnia przydreptała tu ze swoim ostrym kozikiem i ścięła kilka jej pachnących wieczną zielenią ramion.

- Odrosną, odrosną zaraz… - pocieszała się zerkając z niepokojem na stale kapiącą z ran żywicę.

-  Cichaj już, cichaj sosenko! Dobrze będzie. I ciesz się, bo nareszcie chwila spokoju nastała…Oni tam swoje odprawiają święta a my mamy tu swoją cichą noc. Upragnioną noc – zaszumiał rosnący nieopodal jesion.

- Nasza jest noc! – poniosło się po lesie melancholijno-żałosne wycie watahy wilków, co to zeszłej jesieni przywędrowały w te strony i postanowiły zostać. Nie lepiej tu było ani nie gorzej, niż w innych lasach, ale gdzieś przecie trzeba było żyć. Jakiekolwiek by to życie nie było. Snuły się więc wilki tu i ówdzie na jelonki i koziołki niby to polując a tak naprawdę na wiejskie psy, kury albo owce się zasadzając. Bo tak po prawdzie nie chciało im się wcale za śmigłymi sarnami biegać, skoro tyle innego, łatwiej dostępnego dobra było w okolicy. Poza tym coś je ku ludzkim siedzibom gnało. Coś im kazało stale być blisko tych schowanych między jabłoniami  i gruszami chałup. Niosła się między wilkami legenda, że winna temu była pewna bezdomna suka, co to w ich stado dawno temu się wrodziła i psich cech chcąc nie chcąc w krew im przelała. Teraz tak już miały, że i bały się ludzkich istot i tęskniły do nich jednocześnie. A nie mogąc znaleźć z nimi porozumienia, na złość im chociaż robiły zwierzęta gospodarskie porywając albo dzieciska wracające ze szkoły strasząc. I biegały wciąż w pobliżu, wyły i płakały żałośnie, samych siebie nie rozumiejąc, jako w jakimś omamieniu przedziwnym wciąż trwając.

- Nasza jest noc! – pokwikując zgodnie odrzekły im z ciemności buchtujące między dąbczakami wypasione na żołędziach dziki. Warchlaki plątały się beztrosko między dorosłymi a srebrzysty księżyc oświetlał wyraźne paski na ich grzbietach. Cała polana lśniła teraz od tego blasku a resztki śniegu na gałęziach świerków jaśniały brylantowym migotaniem.

   Gdzieś tam daleko, choć przecież całkiem blisko był świat ludzi. Świat dziwny, gwarny i niepojęty. Pełen szczekliwych, agresywnych słów, tęsknych pisków i pijackich nawoływań, chóralnych śpiewów, ale i samotnych łkań. A tych łkań, zdawało się lasowi, z roku na rok coraz więcej się słyszało. Ale wcale nie bezradne łkania były najgorsze a cisza. Cisza bezdenna płynąca od struchlałych w bólu i beznadziei serc istot, co to choć krew w nich jeszcze uparcie krążyła, to one wcale już nie wiedziały po co to wszystko i jak długo przyjdzie im się jeszcze z samymi sobą męczyć. Las czuł ten ludzki ból i samotność całym sobą. I wiele tu w przeszłych latach widział, wiele zauważał i pamiętał, choć pamiętać nie chciał. Głębokie rowy obronne wyryte w bezbronnej leśnej ziemi. Leje i dziury bo bombach i pociskach. Doły, w których ludzie grzebali innych ludzi a litościwa trawa pospołu z jeżynami i paprociami szybko zarastała i ukrywała te oraz inne, późniejsze mogiły. I jeszcze pamiętał las o tym człowieku, co zeszłej wiosny zawędrował tu pewnego wieczora i choć wokół życie budziło się z całą mocą i radością odrodzonej natury, ten nijakiej radości w duszy nie miał. A wręcz przeciwnie. Pustka mu z oczu wyzierała i rozpacz ostateczna. A tak mu widocznie źle było na świecie, że na zawsze uciec od niego zapragnął. Oddał się zatem w czułe objęcia wiosennego lasu zawisając na sznurze przymocowanym do gałęzi kwitnącej pięknie dzikiej czereśni. Huśtał się tam przez wiele dni a ptaki przysiadały na jego czuprynie i zastanawiały się, czy da się jego płowe włosy jakoś na budowę gniazda spożytkować. A las patrzył i wzdychał, bo nie mógł przecież zrobić nic innego, jak tylko westchnąć głęboko a potem starać się zapomnieć i żyć tym, co było leśnym życiem.

  Bo tak. Tutaj nareszcie trwała noc. Upragniona. Pierwsza od dawna, gdy nie zagrażała fala złaknionych darmowych choinek złodziei. A jeszcze wcześniej zastępów uzbrojonych w warkotliwe piły drwali a w końcu i watah grzybiarzy. Bo ci ostatni intruzi najdokuczliwsi bywali. O gdybyż to jeszcze zbierali tylko zwyczajnie grzyby! Ale nie! Oni jak zwykle przynosili ze sobą tyle hałasu i zniszczenia, tyle zostawiali szklanych i plastikowych butelek, puszek czy kolorowych papierków, że każdego roku las truchlał widząc ich nieprzebrany, jesienny napływ. A oddychał z radością, gdy pierwsze śniegi zakrywały litościwie owe paskudne śmieci, gdy przymrozki warzyły sterczące tu i ówdzie prawdziwki czy podgrzybki. Na te, poza leśnymi zwierzętami, nikt już nie mógł się złakomić. I dobrze.

   Lisica, co się to z jamy pośród liści właśnie wygrzebała wyszeptała w mrok jedno tylko zdanie, znane tu wszystkim hasło:   -„Nasza jest noc” Wiedziała, że szeptu jej wysłucha młody, przystojny lis, co to w okolicy od jakiegoś czasu krążył i jej śladów wypatrywał. Cieszyła się, że udało jej się umknąć najpierw kłusowniczym wnykom a potem polowaniu, co to parę tygodni temu w tych stronach trwało. A całkiem było blisko by stała się upragnionym łupem jednego czy drugiego myśliwego uzbrojonego w superszybki samochód terenowy, nowoczesny sztucer i lornetkę. Ale umknęła. Cudem chyba, bo to i dwa psy gończe ją tropiły a nagonka zewsząd trwała taka, że nie lada sprytu i wytrzymałości trzeba z jej strony było by na bezpieczne bagniska resztką sił dobiec. Przeleżała tam w rowie czas jakiś. Odpoczęła. A gdy się całkiem w lesie uspokoiło przylizała zmierzwione futro, napiła się wody z kałuży i wreszcie w swój ulubiony rejon wróciła. Bo on czekał na nią. Wierny, cierpliwy, zakochany rudo-siwy lis…

- Nasza jest noc – zanucił miłośnie jej wielbiciel wynurzając się spomiędzy zielonego gąszczu jeżyn i przywołując ją do siebie.  Wyprężyła się na jego widok. Zgrabnie ogonem po ziemi zamiotła. Uszami zastrzygła. A potem wsłuchana w jego śpiew i rytm swego serca w upojeniu za nim podążyła. Ale widział to tylko księżyc i  stary dąb, co to od zawsze lubił takie pary podpatrywać a potem ich potomstwu się przyglądać i dobrze mu życzyć.  Ileż już on tu widział i znał lisów, wilków, jeleni, saren, dzików, zajęcy, wiewiórek, kun i myszy! Do tylu się przywiązywał, nad tyloma śmiał się i płakał, że aż w jedno mu się wszyscy zlali. W jeden oddech i błysk, w jeden ruch i szelest. W jedno pełne ufności w opiekę lasu istnienie.

   W tym czasie ludzie siedzieli w swoich przystrojonych świątecznie domach. Grzali się w cieple ognia, spoglądali w swe oczy w blasku świec.

 - Dziadku dębie, dziadku dębie wytłumacz mi, czemu ludzie stale nas tutaj nachodzą. Czy tak im źle w ich ludzkich chatach? Dlaczego tak często zaburzają nasz spokój? Przecież my ich w ich domostwach nie nachodzimy. Czy i oni nie mogliby tak samo? – dobiegł go nieśmiały szept rosnącej w jego cieniu młodej kaliny. I ona miała z ludźmi związane przykre wspomnienie. Oto dorosła i tej jesieni pierwszy raz okryła się czerwonymi koralami. Wyglądała z nimi tak pięknie, że aż budziła zazdrość okolicznych dzikich bzów i leszczyn. Ale pewnego pochmurnego dnia od strony wsi nadjechała hałaśliwymi quadami zgraja ubranych w kaski złaknionych silnych wrażeń młodzieńców. Narobili takiego zgiełku, że ziemia aż dygotała. A do tego rozchlapali dokoła tyle błota, że kalina większość swych korali postradała a te, które zostały pokryły się szarą, ohydną skorupą.

- Bo oni, kalinko miła,  też z lasu prastarego się wywodzą. Kiedyś wszyscy żyli razem, szczęśliwie. Ludzie, zwierzęta i drzewa. Las był domem dla wszystkich. A potem ludzie odeszli i teraz mają w sercach wieczny, bolesny brak. Próbują go czymś zapełnić, a nie potrafią. I chociaż tęsknią, to nie rozumieją za czym ta tęsknota… - odparło ze smutkiem wiekowe drzewo i zadrżało współczuciem, gdy od strony pobliskiej chaty znowu coś zaniosło się nieustępliwym, corocznym echem zwykłego o tej porze świętowania.

- Cicha noc, święta noc…Ano cicha, ano święta…I oby taką pozostała. Zawsze. Choć wiadomo, że za parę dni znowu ci tam hałasować będą, grzmieć i huczeć po północy, rozbłyski dziwne na niebo wypuszczać, leśne istoty niewinne strasząc. Biedni ci ludzie, co to ciszy się boją. Pewnie w tej ciszy mogliby za dużo ze swych skrywanych myśli usłyszeć, za dużo prawdziwych uczuć doznać. Toteż robią wszystko by je czymkolwiek zagłuszyć, odsunąć od siebie jakby ich wcale nie było  – westchnął dąb dostrzegłszy z ulgą, że w końcu światełka w chałupie Jamrożego gasnąć zaczęły. Niedługo potem tylko blask księżyca i ledwie widocznej na niebie gwiazdy oświetlał pogrążony w swym tajemniczym, niedostępnym dla ludzkich oczu dzianiu grudniowy, nocny las…

 




 P.S.

Za inspirację do napisania powyższej opowieści dziękuję serdecznie Jael, autorce bloga https://ambasadaducha.blogspot.com/.

piątek, 1 grudnia 2023

Prawdziwa zima…

 


 

   I oto za oknem prawdziwie śnieżna i mroźna zima. Taka jak za dawnych czasów. Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do łagodnych zim, ciepłych listopadów i bezśnieżnych Świąt Bożego Narodzenia. W tym roku wydaje się, iż wreszcie wszystko wraca do normalności, czyli do stanu sprzed paru lat, gdy jeszcze nie straszono nas ociepleniem klimatu a co najwyżej dziurą ozonową. A propos tej dziury. Czy ktoś z Was może wie, co się z nią stało? Czyżby sama się zasklepiła? Czy może jakiś anioł zstąpił z niebios wraz z cudowną dratwą i pracowicie zacerował ją aby ochronić ludzkość przed jej zgubnym wpływem? Ciekawostka…



   Tak czy siak dalsza część grudnia zapowiada się jeszcze bardziej śnieżnie a nawet lodowato. No i dobrze! Może w końcu wymrozi kleszcze i inne pasożyty tak dokuczliwe dla zwierząt i ludzi. Może ziemia nareszcie nasyci się wilgocią, gdy te śniegi stopnieją i nastanie kolejna wiosna? Mam też nieśmiałą nadzieję, iż ta zimowa normalność ogarnie także inne rejony życia oraz dziania. Że politycy pójdą po rozum do głowy i nareszcie dadzą nam spokojnie żyć, nie stresując nas kolejnymi reformami, podatkami czy zakazami. A żołnierze z toczących się w różnych rejonach świata konfliktów zrozumiawszy, że komuś opłaca się wciąż szczuć ich przeciw sobie a tak naprawdę wojny nie mają najmniejszego sensu, niebawem porzucą broń i wrócą do swych domów, do stęsknionych rodzin, do zwyczajnej, nudnej codzienności. Wiem, to naiwne marzenie, ale wolno i takie mieć zwłaszcza, gdy zima maluje rzeczywistość w różne odcienie niewinnej bieli., gdy po śniegiem wszystko zastyga w bezruchu i gdy wydaje się, że i dla ludzi najwyższa już pora na zasłużony odpoczynek.



   Zasypani malowniczym, białym puchem, uzbrojeni w łopaty do odśnieżania, solidne zapasy drewna i pożywienia dla nas oraz domowych zwierzątek nie boimy się żadnej zimy. Jedyne czego nam brakuje to słońca, bo niewiele go ostatnio a jak się pojawia, to zaledwie na parę chwil. Od razu jednak robi się wtedy tak cudnie, że mimo mrozu chce się przebywać na dworze, chłonąć piękno śnieżnych pejzaży, wystawiać twarz ku zbawczym promieniom słonecznym.  Podobno w przyszłym tygodniu podczas silnych mrozów ma nastać wspaniała, pełna słońca, energetyczna pogoda. Czekam na ten czas z wytęsknieniem. I o ile zdrowie nadal będzie mi wówczas dopisywało ubiorę się cieplutko i powędruję przed siebie z aparatem fotograficznym by robić zdjęcia okolicznym łąkom i lasom, drogom i bezdrożom. Wszystkiemu, co mnie zachwyci, wzruszy, pochłonie.



   A póki co jesteśmy w domu i obserwujemy z ciekawością ożywione ptasie życie toczące się wokół zrobionego przez Cezarego karmnika. Mnóstwo przylatuje tam teraz sikorek, ale zdarzają się również dzięcioły, sójki i zięby. Nasypuję im tam co dzień słonecznika i pszenicy a Cezary przytwierdza do drutów paski słoniny. Mają ptaszki prawdziwą ucztę. A my mamy radość z patrzenia na nie. Zwłaszcza wtedy, gdy psy śpią grzecznie na swoich legowiskach a nie biegają po ogrodzie ujadając i płosząc niewinne ptaszęta!



   Na piecu gotuje się i pachnie smakowicie wywar z wędzonych kości. Będzie z tego esencjonalny barszcz czerwony. W drugim garze pyrkoczą świńskie nóżki i golonka na galaretę. Nie dość, że bardzo oboje lubimy domową studzielinę (tak zwie się w podkarpackich stronach galaretę), to jeszcze mamy wrażenie, iż jest to dla nas zdrowa potrawa. Wszak pełno w niej kolagenu a zmęczonym i obolałym po całorocznej robocie stawom i kościom bardzo tego składnika potrzeba.



   I co jeszcze? Mam na podorędziu świeżą górę książek do przeczytania, w tym sporo nowości, ale i „Dziwne losy Jane Eyre” C.Bronte oraz „Emmę” J. Austen. Myślę, że dobrze jest czasem wrócić do klasyki. Do dawnych, nieco zapomnianych już lektur. I odkryć w nich coś czego się wcześniej nie dostrzegało, rozsmakować się na całego. Zimowy czas sprzyja wszak spokojnej, długiej lekturze. W tle płyną z głośników komputera staroangielskie melodie kolęd. I ogarnia człowieka nieco senny, trochę nostalgiczny, ale przyjemny nastrój. Zwłaszcza, że za oknem wciąż śnieży i śnieży. Spoglądam na ten  biały puch, patrzę na pokryte dziewiczą bielą wzgórza i odpływam w głąb siebie…A nie liczy się wtedy nic więcej, tylko ta chwila, ten cichy, pełen spokoju zimowy czas….


P.S.

A poniżej druga piosenka z moim tekstem zaśpiewana przez aktorkę Magdalenę Daniel.



środa, 8 grudnia 2021

Jestem jaka jestem…

 



Jestem jaka jestem w pięćdziesiątą piątą 

Wędrówki odsłonę wchodzę niezbyt dziarsko

W niepewność się wspinam swoją dróżką wątłą

Choć czoło spocone, ale stopy marzną

Boli, co bolało – nawet bardziej jakby

Dawne znieczulenie już rzadko pomaga

Kiepska jestem nadal w życiowe warcaby

Wciąż się daję ograć, w ufności swej naga

Jestem jaka jestem, kolejne rozstaje

Wszystkich odmieniają, fale czasu płyną

Z trudem się poznaję, gdy przed lustrem staję

W siebie gdy spoglądam, którąś znowu zimą

Bo to ja i nie ja, zmęczona pielgrzymka

Trudniej jest optymizm wskrzesić byle iskrą

Jednak na dnie serca ta sama dziewczynka

Co wciąż wierzy w dobro, które gładzi wszystko

Miesza się ta wiara z doświadczeń bagażem

Miesza się naiwność z bólem rozczarowań

Jestem jaka jestem, mniej niż kiedyś marzę

I w kolejny rok swój wkraczam dziś od nowa…

 


poniedziałek, 7 grudnia 2020

Grudniowe zajęcia…

 



 

   ...Na planowany spacer poszliśmy z psami nazajutrz. Wybiegały się do woli po białych, dziewiczych przestrzeniach i radośnie wytarzały w śniegu. Przyniosły do domu na łapach i między palcami mnóstwo lodowych kuleczek, które sobie pracowicie wygryzały leżąc na dywanie a to, czego nie udało się wygryźć roztapiało się powoli tworząc malownicze, mokre plamy tu i ówdzie. Śnieżna aura trwała w najlepsze, mimo zapowiadanej fali ocieplenia. A w czwartek dała nam w podarunku kolejną zmianę dekoracji zimowych. Oto od bladego świtu podziwiać mogliśmy szronem malowane koronki oblepiające drzewa, trawy i krzaczki a także czerwone jabłuszka w ogrodzie sąsiada. 



 

Nie dziwota zatem, że znowu zachciało mi się wyjść raniutko na spacer i z radością utrwalać na fotografiach te oszronione, przystrojone kokosową posypką cuda. Księżyc, któremu jakoś nie spieszyło się by udać się na spoczynek, przypatrywał mi się ciekawie spoza bieluśkich gałązek owocowych drzewek i uśmiechał się do mnie pełnią swej pyzatej, srebrzystej buzi…


 



 





   A około południa, widząc, że promienie słońca w nowy sposób upiększają rzeczywistość, zaraziwszy swym entuzjazmem Cezarego wyruszyłam razem z nim na wspólną, pogórzańską sesję fotograficzną. Wybraliśmy się drogą wiodącą we wschodnie rejony naszego przysiółka. A ponieważ owa droga jest czymś w rodzaju górskiej przełęczy, była duża szansa, iż po obu jej stronach widoczne będą ciekawe pejzaże odległych lasów, łąk i wzgórz. 


 




   Tak też było, dlatego znowu narobiliśmy całą masę zdjęć, zadowoleni żeśmy zdążyli, bowiem dziś już śniegu u nas jak na lekarstwo i nie wiadomo, ile trzeba będzie teraz czekać na jego ponowne odwiedziny w naszych stronach.






 



   A skoro na zewnątrz obecna pogoda nie zachęca do długich spacerów, bo mokro, błotniście, wiatr dmie z całej siły i jęczy potępieńczo, bezlitośnie miotając nagimi gałęziami drzew, siedzimy sobie w czterech ścianach. A tu roboty moc, bo przecież już za trzy tygodnie święta. I nie ma znaczenia, jakie zwariowane czasy trwają teraz na świecie. Swoje trzeba i powinno się zrobić, choćby po to by nie zamartwiać się bez potrzeby o rzeczy, na które i tak nie ma się wpływu. A robiąc swoje należy wkładać  w to całe serce, choćby po to by potem wspominać obecne chwile jako dobre, znaczące i warte pamiętania.

 


   Zaczęło się u mnie od pierników. W sobotę napiekłam kilka blach tych korzennych, chrupiących ciasteczek. A choć schowane są one od tej pory w szczelnych pojemnikach, to i tak całe domostwo pachnie upojnie goździkami, cynamonem, wanilią i kakao. Przepis na owe pyszne pierniki podawałam na blogu rok temu. Zachęcam do zajrzenia tutaj:

 https://wewanderers.blogspot.com/2019/12/pierniki-i-niezapominajki.html

   Wczoraj dołożył się do tego zapach gotowanych grzybów leśnych, bursztynowej, skwierczącej na patelni cebulki oraz smażonych na złoto litewskich pierogów.

 


   Od kiedy pamiętam w moim rodzinnym domu robiło się owe mało znane pierogi zwane grzybowikami. Kontynuuję tę tradycję, połowę grzybowików zostawiając dla nas a połowę wysyłając rodzinie na Śląsku. To samo dotyczy pierników oraz innych świątecznych smakołyków, będących moją specjalnością.


 

   Jak się robi grzybowiki? Podam Wam poniżej przepis na nie, gdyż owe pierogi (czy inaczej „uszka”) są przepyszne, stanowią osobną, ciekawą i prostą potrawę wigilijną, a każdy, kto ich u mnie spróbował wprost nazachwycać się nie mógł. Natomiast mojej przyjaciółce Bożence tak bardzo przypadły one do smaku, że od bardzo dawna są one żelaznym punktem w jej rodzinnym, świątecznym menu.

 


GRZYBOWIKI

Najpierw trzeba przygotować farsz.

Do zrobienia grzybowików potrzeba sporo suszonych grzybów leśnych (30 dag albo i więcej) a z braku takowych grzybów można użyć smażonych z cebulką, pokrojonych drobno pieczarek.

1.       Grzyby suszone namaczamy wieczorem w zimnej wodzie.

2.       Następnego dnia rano odcedzamy je, zalewamy wodą i wstawiamy do gotowania na ok. 2 godziny (woda spod grzybów będzie wspaniałym esencjonalnym wywarem do zrobienia wigilijnej zupy grzybowej!).

3.       Ugotowane grzyby odcedzamy, studzimy a potem mielimy w maszynce do mięsa na drobnych oczkach.

4.       Na patelni podsmażamy na złoto kilka pokrojonych w drobną kosteczkę cebul.

5.       Mieszamy zmielone grzyby z podsmażoną cebulką, niewielką ilością bułki tartej, z solą oraz pieprzem.


 

Teraz przygotowujemy ciasto na pierogi.

1.       Na stolnicę wysypujemy ok. 1 kg mąki

2.       Dodajemy ok. 1 łyżkę soli

3.       Dolewamy bardzo ciepłą wodę i zarabiamy ciasto o konsystencji takiej jak na zwykłe pierogi.


 


 

Rozwałkowujemy ciasto na dość cienki placek i wykrawamy szklanką albo specjalną wykrawaczką krążki, które nadziewamy grzybowym farszem i porządnie zalepiamy.


 

Na patelni porządnie rozgrzewamy olej, na którym będziemy smażyć pierogi (ma go być sporo, tak jak do smażenia kotletów schabowych).


 

Smażymy surowe pierogi z obu stron na złoto-brązowo. Wykładamy je do odsączenia z nadmiaru tłuszczu do wyłożonej papierowym ręcznikiem kuchennej miski.

 


   Voila! Grzybowiki gotowe do jedzenia. Są smakowite zarówno na ciepło, jak i na zimno. Ja uwielbiam je zajadać w pierwszy i drugi dzień świąt.  Wolę je wówczas niż wszelkie inne frykasy. Z grzybowikami łączy mi się wiele serdecznych, rozrzewniających wręcz wspomnień. Na przykład takie, gdy w czasie stanu wojennego w 1981 roku pracująca w służbie zdrowia mama miała dyżur na kopalni Wujek (w której kilkanaście dni wcześniej odbywały się pamiętne, krwawe strajki). Martwiąc się o nią bardzo i czekając na jej powrót przygotowywaliśmy kolację wigilijną z tatą i bratem. Wtedy chyba pierwszy raz w życiu wzięłam się za samodzielne przygotowanie grzybowików. Już nie pamiętam, jakie mi wtedy wyszły, ale wiem, że na pewno wszystkim bardzo smakowały. A najbardziej mojej zmęczonej, zmarzniętej po powrocie z dyżuru, kochanej mamie…

 


…Dziś w moim domu cudnie pachnie kokosem. Piekłam bowiem kruche ciasteczka kokosowe. Mają kształt gwiazdek i na jakiś czas muszą nam zastąpić gwiazdki śniegowe, bo nie zapowiada się by w najbliższym czasie znowu zrobiło się na dworze biało. A ponieważ Cezary oraz psy uwielbiają moje kokosanki, to nie wiem, czy zdołają one dotrwać do świąt. Może trzeba będzie jeszcze piec kolejne? A choćby nawet, to dla tego wspaniałego zapachu i smaku, dla radości i wdzięczności w oczach moich ukochanych istot – warto! 

 


KOKOSANKI - przepis

1. Ucieramy w misce kostkę margaryny z dwoma szklankami cukru oraz z cukrem waniliowym.

2. Dodajemy duże opakowanie wiórków kokosowych, dwie łyżeczki proszku do pieczenia,  duży kubek   śmietany 18 procentowej oraz jedno jajko i dalej ucieramy.

3. Ucierając dosypujemy powoli ok. 1 kg mąki i zarabiamy porządnie ciasto rękami. Ciasto musi być gładkie i nie lepiące się do rąk.

4. Dzielimy sobie ciasto na kilka części i odkładamy na bok. Bierzemy pierwszą z nich i rozwałkowujemy  na stolnicy w cieniutki placek (podsypujemy mąką, żeby się ciasto nie lepiło) i wykrawamy ciasteczka. Im cieniej wykroimy tym szybciej sie potem upieką i tym bardziej będą delikatne i chrupiące.

5. Układamy ciastka na wyłożonej papierem do pieczenia blasze i pieczemy ok. 15 minut w piekarniku nagrzanym do 200 - 220 stopni.

Z tej ilości składników wyszło mi ponad dwa kilogramy ciasteczek! Gdy wystygną można je przyozdobić po swojemu roztopioną czekoladą, lukrem, posypką z kokosa. Ale dla mnie najlepsze są takie bez niczego!:-))

 



   Tak czy siak, wszystkie składniki do mojej paczki świątecznej dla bliskich na Śląsku mam gotowe. Niebawem im ją wyślę a potem wyobrażać sobie będę ich wzruszenie, gdy w wigilię usiądą przy rodzinnym stole i zajadać będą smakołyki przesłane im przez Olę…

  





Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost