Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 listopada 2012

Wielofunkcyjna stodoła, nie mająca sobie równych...




 


Kupiliśmy dom, budynek gospodarczy, stodołę i na dodatek przewiązkę. Ale dzisiaj będzie o stodole, o niezaprzeczalnym uroku i możliwościach adaptacyjnych. Była przestrzenna. Jedynie trzeba było uważać na obsuwające się dachówki. To nic, to nic...
 

 Nasz tutejszy hydraulik szumnie nazwany przeze mnie Mecenasem przez dwa miesiące nie potrafił zamontować ubikacji do podobno istniejącej instalacji kanalizacyjnej! Była stodoła, więc nauczyliśmy się „chodzić za stodołę” i to powiedzenie funkcjonuje do dzisiaj. Ha.. A tu jak na złość jesień obnażyła swoje srogości. Planowanie już mieliśmy w jednym palcu, gorzej było z wykonawstwem, ale sami zobaczcie...

 
  Oto nasza ubikacja. Proste i funkcjonalne urządzenie współgrające z naturą. Obsługa ręczna, bezpieczna i oszczędna. Nie wymagała podłączenia do sieci energetycznej, zero zużycia wody, rozkład powolnie naturalny, super wentylacja dzięki znacznej przewiewności. Najnaturalniej było w dni deszczowe. Poprzez przewiewny dach woda lała się prosto na głowę. Dopiero po czasie przejrzałem taktykę Mecenasa. Dyktował nam nie tylko warunki, ale i był to sposób na zniewolenie i uzależnienie klienta od jego wspaniałomyślności. Niestety historia powtarza się, bo okazuje się, że Mecenasów mamy w Polsce w każdym niemal urzędzie, zakładzie usługowym, sklepie i mógłbym wymieniać wspaniałomyślnych za nasze pieniądze bez końca. Nasz Mecenas miał wyostrzony słuch. W krótkim czasie poznał wszystkie krótkoterminowe plany. I zamiast wykonywać robotę każdy nasz pomysł ripostował poprzez własną kieszeń godzinami. A my naiwni traktowaliśmy go, jak człowieka. Ale do czasu...


Stodoła była z nami około roku. Służyła dzielnie jako podręczny magazyn bez limitu objętościowego. Przez pierwszą zimę „robiła” za garaż. Jednak z trwogą patrzyliśmy, jak wypełnia się manelami przynoszonymi z innych bardziej zagraconych pomieszczeń. Służyła też za przystań dla paru nietoperzy...

Zdzichu, to był nasz etatowy pomocnik do wszystkiego. Chudy, żylasty i pełen kiepskich żartów. Ale z tym można żyć, lecz najgorsze to, że był pijaczyną na utrzymaniu mamusi. Hojnie opłacany stawiał się punktualnie trzy razy w tygodniu(a mógł sześć razy) na godzinę ósmą. Przez następne pół godziny jadł z nami śniadanie głośno prowadząc swoje wywody i zawzięcie przy tym mlaskając. Potem szliśmy do roboty i dzielnie pracował do jedenastej popijając wcześniej gdzieś schowane piwo. Dokładnie w tę magiczną godzinę zabierał się do wiejskiego sklepu odległego około kilometra na „drugie śniadanie”.

-Idę na „bączka” i bułeczkę z kiełbaską oznajmiał za każdym razem. 


Kolejna płatna przerwa! No dobra, chłop miał swoje wymogi i trzeba było pozytywnie ustosunkować się do nich. Przyznam, że „ustosunkowania” często przechodziły przez zaciśnięte zęby. Jak Bóg dał, to wracał parę minut po dwunastej i robota wrzała od nowa, choć dla mnie był to ciąg dalszy.

Od nowa do godziny czternastej powtarzałem w myślach mając nadzieję, że może tego dnia popracuje dłużej. Niestety były to tylko mrzonki. Kolejna magiczna godzina rządziła się swoimi prawami i Zdzichu dobrze już pijany zabierał się do swojego siedliska. I teraz miałem problem. Czy przyjdzie jutro czy za zarobione pieniądze dopije się do nieprzytomności?
Zawziąłem się i pewnego dnia przetrzymany został do godziny siedemnastej. Patrzyłem, jak jego twarz z czerwoności przechodzi w kolor szaro- popielnikowy. Ręce trzęsły się nieporadnie, a wzrok nie mógł zatrzymać się w jednym punkcie i latał wkoło trzysta sześćdziesiąt stopni nieujarzmiony. Żałowałem „zawzięcia się” i nigdy więcej podobna akcja z mojej strony nie miała miejsca. Zrozumiałem, że chłop ma swoje niepisane prawa i trzeba je uszanować.

Podjęta została decyzja o rozbiórce stodoły. Bardzo odważna i nie do końca sprecyzowana. Kolejne fazy miały być ustalane na bieżąco.
  
 Zdzicha nie mogłem zatrudnić do tej roboty. Był bardzo wrażliwo - lękliwy na „wysokości”, a przecież to  ja mam autentyczny lęk wysokości ,i nawet podczas oglądania filmu często nogi uginają się pode mną! Nikogo też zdolnego do rozbiórki nie było w pobliżu. Tak, więc wybór padł na Olgę i Cezarego. Podpisaliśmy kontrakt bezwarunkowy. Albo my albo stodoła!


Pożyczyłem długą drabinę od sąsiadki. Rozpoczęliśmy od zrzucania stuletniej dachówki na ułożone kopce siana. Olga zbierała je i układała w stosy, które widać w głębi na zdjęciu. Po rozebraniu trzech czwartych dachu opadliśmy z sił. Przecież było tego kilka ton. Mięśnie odmówiły posłuszeństwa i wystąpiły dziwne zawirowania głowy. Sponiewierani zdecydowaliśmy na dwutygodniowy urlop. Uwierzcie, jak trudno nam było powrócić do rozpoczętej pracy. Ambicje nowo osiedlonych wzięły jednak górę. Wraz z ostatnią spadającą dachówką doznaliśmy niewiadomej ulgi, tak jakby samozadowolenia. Dziwne uczucie, którego nie rozumiemy do dzisiaj. 
 Przez kilka następnych dni dumnie patrzyliśmy na niebo poszatkowane łatami (łaty, to te poziome, wąskie deski). Dachówki, co do których mieliśmy niejasne plany trzeba było przenieść w inne miejsce. I znowu kilka ton przeszło przez nasze ręce.

Z werwą i podziwem patrzyłem na konstrukcję, która miała przetrwać setki lat wedle budowniczych. Kolejne tony drewna połączone na „zacinkę” i trzydziestocentymetrowe gwoździe. Kilka dni poświęciłem na opracowywanie planu. Oprócz zapału nie było w nim logiki i problem sprowadzał się do tego, „gdzie tu ugryźć” na początek. No dobra, trzeba zacząć od dachu. Wymyśliłem, że pół dachu powinno wlecieć do środka stodoły. Piętnaście krokwi z jednej strony dachu podciąłem od środka i z wielkim hukiem pierwsza połowa wylądowała na ziemi. Uff.... 
 
 Przez parę kolejnych dni drewno było sortowane, cięte i czterokilogramową siekierą rąbane na opał. Krokwie zachowaliśmy w całości na przyszłe „pomysły”. Co zrobić z resztą? Przecież prawie cała konstrukcja stała nieustraszona. My niby też!


Tego dnia obudziłem się zły. Bardzo zły. Nie zjadłem śniadania i wyszedłem popatrzeć na makabrycznie sterczące kikuty. Decyzja była szybka. Należy podciąć każdy pionowy pal pod nienaruszoną jeszcze połową dachu. Kiedy doszedłem do ostatniego to zawahałem się. Wszystko trzeszczało, delikatnie przechylając się w stronę trzech jabłoni. Ostatni pal został podcięty do połowy. Odłożyłem piłę i sięgnąłem po siekierę. Ostatnie uderzenie i zwiastun końca w postaci niesamowitego jęku rozpostarł swoje skrzydła ponad Kosztową. Przyznam, że uciekałem z miejsca zbrodni bardzo szybko. Niesamowity huk i trzask towarzyszył mi przy każdym kroku. Obejrzałem się i byłem dumny z siebie. Mam stodołę na ziemi. Uff....
 
  W szybkim czasie zebrało się kilka osób. Sąsiedzi i kilku będących na pobliskich polach. Gratulacje i okrzyki.... Boże, jaki ja byłem dumny z siebie! Najlepszy komplement dostałem od dalszego znajomego: „ty jesteś nasz”! Chwilę pogadali, po czym każdy powrócił do swoich zajęć. Zostałem sam na sam ze stosem powalonych bali. I robota od nowa. Sortowanie, cięcie i rąbanie. I Olga pomagała mi dzielnie, niewiele przy tym mówiąc....

Pociętym drewnem paliliśmy przez całą zimę. Zachowane bale posłużyły do budowy ogrodzeń dla kur, bramek i furtek. Dużo z nich zostało z przeznaczeniem na dalsze projekty.

Ale to nie koniec...
Pozostały „pecki”. Są to słupki podporowe zrobione z kamieni rzecznych i zalane betonem. Wpuszczone w ziemię dość głęboko. Ogromne i ciężkie jak postumenty pomników! Dokładnie nie pamiętam, ale było ich chyba czternaście. 
 
Rozbiłem ponad połowę z nich przy użyciu młota, młotka i przecinaka. Teraz dokładnie rozumiem pracę kamieniarzy! W końcu poddałem się. Na szczęście za kilka dni przejeżdżała obok nas koparka, ta sama, która zimą o dziesiątej w nocy kopała dół na szambo. Dogadaliśmy się szybko. Kierowca koparki wielką łychą wygrzebał pecki i złożył na naszej autostradzie, zbudowanej z wszelkiego gruzu z domu, ogrodu i przewiązki. No, a że chłop chciał zarobić, to wymyśliłem by wykopał nam sadzawkę!

I oto ona. Jak każdy z projektów niedokończona czeka na lepsze czasy.

 
 Olga i Cezary dali radę z rozbiórką stodoły. To nic, to nic.... że projekt nie jest dokończony. Przecież one wszystkie zazębiają się i trzeba robić „przekładki”. To tak, jak w życiu, są sprawy ważne i ważniejsze. Nieznoszące zwłoki i te natychmiast konieczne.


Poza peckami na terenie stodoły znajdował się ponad stukilowy głaz. Niby głaz, jak głaz! A jednak bardzo ważny dla powojennej historii tej zagrody. Ale o tym kiedyś.... To temat na osobny post!



środa, 31 października 2012

Zawsze jest ten pierwszy dzień



  

 No tak,  mamy nie tylko jesień kalendarzową, ale i w sercach zaczyna kiełkować pędami lenistwo. Jako usprawiedliwienie powtarzamy, jak mantrę:

Nic nie musimy
Nic nie musimy dzisiaj (poza oczywiście koniecznym, codziennym obrządkiem gospodarstwa! - Olga.J.)
Nikt nam nic nie każe
Nikt nam nie może nic kazać
Robimy wedle nastroju
Robimy wedle naszego widzimisię

... a że nastrój mamy przeważnie „kiepski”, więc „przekładki” są na porządku dziennym. 

   Początki były entuzjastyczne. To nic, że dojście do drzwi wejściowych trzeba było wycinać maczetą, to nic, że sad wyglądał, jak najdzikszy busz australijski.
To nic...



   To nic – te słowa, co chwilę znajdowały nowe implikacje. W desperacji tłumaczone na wszystkie języki świata grzmiały w naszych głowach, jak dzwony na trwogę. To nic, to nic...

   W niedzielę pamiętnego dnia zajechaliśmy załadowanym po brzegi samochodem z przyczepą. Były tam rzeczy z dwóch walizek oraz zdobyte dobra -  dla początkujących na wagę złota. Uff..
   Wszystko było fajnie do czasu, kiedy musieliśmy przenieść do domu materac. Pomimo wielu podejść nie dawaliśmy rady. I wtedy na drodze ku naszej chałupie pojawił się człowiek. Szedł z rękoma w kieszeniach kurtki i oczywiście w czapce z daszkiem. Zapytał – pomóc? Kiwnąłem tylko głową na znak aprobaty. Był to jeden z dwóch naszych sąsiadów. Uścisk jego dłoni wyrażał nieprawdopodobną siłę, cechującą ludzi żyjących z pracy rąk. W nie tak odległym czasie czekało na mnie wiele podobnych doświadczeń. Nazwałem takich ludzi „żylaści” i słowo to przyjęło się w naszym otoczeniu. 
Małomówny i życzliwy, przyjaznym wyrazem twarzy wrażał niedowierzanie na moje utyskiwania. A narzekać lubię nawet, jak nie mam do tego powodu. Przekrętna natura daje o sobie znać w sytuacjach najmniej spodziewanych. Do dzisiaj o mojej Pani wyrażam się „moja obecna żona. W ten sposób szukam dla siebie tych małych rzeczy, które mogą rozjaśnić szarość polskiego nieba. 

   Przywiezionymi gratami zawaliliśmy jeden z pokoi. To właśnie nimi zakryliśmy dziury w podłodze. 



   Zmęczeni, lecz pełni desperacji zdecydowaliśmy po długich targach, gdzie złożymy nasze członki. Wybór padł na pokój tuż przy kuchni. Mecyje! Był w nim stojak do grzania, a w kuchni stylowe wiejskie meble pełne mysich odchodów i kuchnia kaflowa z dziurami wielkości głowy. Ale była! Był też zdobyczny stół i cztery krzesła. Na stole wyszczerbiony krzyż i dwie nadpalone świeczki.
Wtedy jeszcze nie rozumieliśmy znaczenia tych eksponatów. I na to przyjdzie czas.



   Pośpiesznie zmontowaliśmy łóżko. Zaraz potem zapaliliśmy w kuchni resztkami drewna. Herbaty, herbatki... najlepiej smakują w takich okolicznościach. Nigdy wcześniej i potem nie piłem tak orzeźwiającego napoju. Powoli umysł wracał na swoje miejsce, lecz nieuchronnie zbliżał się czas na wypoczynek. Pierwsza noc w nieznanym domu... dziwne uczucia zagłuszał trud minionego dnia. Potem okazało się, że nie tylko pierwsza...

Cezary Jawor

środa, 3 października 2012

Jak liście...

My, cyganie co pędzimy z wiatrem...Tak zaczyna się tytuł jednej z tych wpadających w ucho biesiadnych pieśni. My - wędrowcy też pędzimy z wiatrem, przemierzając ten świat od krańca do krańca a wciąż będąc pod tym samym przecież niebem. A właściwie należałoby użyć tutaj czasu przeszłego, bośmy od jakiegoś czasu sie zatrzymali, osiadłszy w jednym miejscu na chwilę, a może na troszkę dłużej...
   Mieszkamy obecnie na Pogórzu Dynowskim, już prawie trzy lata temu znalazłszy to miejsce przez Internet. Szukanie zajęło nam dwa miesiace . Byliśmy wówczas w Australii. Mieszkaliśmy tam, czasami podróżowaliśmy i robiliśmy tysiące zdjęć. Zachwycaliśmy się wszystkim a jednak wciąż gdzieś w sercu grała dziwna tęsknota za tym co tu i teraz. I razu pewnego zachciało się nam domu na wsi. Dom miał być jak najbliżej lasu. Sąsiadów miało być jak najmniej. Tylko spokój, bezkres, świeże powietrze, my i nasze zwierzęta.
I to się spełniło. Od dwóch lat remontujemy nasz dom na wsi. Doprowadzamy do porządku otoczenie. Opiekujemy się kotami, kurami i naszym ukochanym psem. A w międzyczasie chodzimy na długie, wielokilometrowe spacery po okolicy fotografując co się da, podśpiewując albo wsłuchując się po prostu w odgłosy lasów i łąk. I to nas cieszy, odmładza, napędza. Niekiedy padamy ze zmęczenia, bo roboty jest huk a my, miastowi cherlacy, nienawykli jesteśmy do takiej harówki. Wszystko przecież trzeba zrobić samemu. na przykład rozebrać stodołę, która psułą widok i zagracała pół ogrodu. Na własnych plecach przenieśliśmy tony belek i desek oraz dachówek z tej prawie stuletniej, rozlatującej się budowli. Dzięki temu mieliśmy czym opalać nasz dom zimą. Mogliśmy też postawić ogrodzenia dla naszych kur, zbudować im wymyślne żerdki i schronienia. Chcemy by nasze zielononóżki były zadowolone z życia, bo tylko szczęśliwe kury znoszą dobre i zdrowe jajka. I tylko prowadzący nieśpieszny, optymistyczny,zgodny ze swą naturą tryb życia ludzie mogą być zdrowi i wciąż mieć ochotę na więcej i więcej.
   Wędrujemy sobie przez życie. Przemierzamy każdy kolejny dzień, ciesząc się każdym, najdrobniejszym nawet osiagnięciem, każdą niepowtarzalną chwilą. Wspominamy nasze australijskie wędrowanie i czasami gra nam w sercu dziwna tęsknota za tym co tam, kiedyś...Może więc kiedys tam jeszcze wrócimy albo chociaż pojedziemy na jakiś czas? Niewykluczone! Czas i rzeczywistość pokażą.
   A ponieważ oboje lubimy pisać postanowiliśmy założyć tego bloga i zapraszać do siebie ludzi podobnych duszą i usposobieniem. Wiemy, że wielu jest takich zapaleńców-osiedleńców jak i my. Zaglądamy czasami na ich blogi i uśmiechamy się do siebie, czytając opisy ich codzienności, tak bardzo przecież podobnej do naszej.
  Żyjemy pod tym samym niebem! A niebo to tak cudne bywa, że dech zapiera i brak jakichkolwiek słów. Tylko oczy chłoną a dusza wciąż prosi i więcej i więcej...

Wieczorem, albo późną nocą zamieścimy kilka z 60 tyś zdjęć z AU.

Do napisania, wędrowcy



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost