dzisiejszy poranny widok z mojego zasypanego śniegiem okna
Poniżej dwanaście migawek, najbardziej według mnie charakterystycznych, z czymś się mocno kojarzących zdjęć zrobionych w ubiegłym roku. Bardzo trudno było mi ograniczyć się tylko do 12 fotografii. Wymagało to odrzucenia wielu obrazków, równie bliskich sercu, równie zatrzymujących uwagę i wywołujących falę wspomnień. Ale ponieważ tak postanowiłam i sama sobie narzuciłam tę nieomalże kalendarzową formę, to mimo licznych pokus będę się jej trzymać. A dlaczego nadałam tym migawkom numer dwa? Ano dlatego, że w grudniu 2019 roku popełniłam już podobny post, dokonując wyboru najbardziej znaczących zdjęć z tamtego roku. Wymyśliłam sobie wówczas, że takie grudniowe, fotograficzne posty staną się cykliczne i co roku będę starać się podsumowywać w ten sposób mijające dwanaście miesięcy. Ale jak zwykle okazuje się, że założenia sobie a ich realizacja sobie. Przez dwa minione lata, które były niczym tornado dla świata i dla każdego z nas z osobna jakoś nie bardzo chciałam i potrafiłam wziąć się za przejrzenie zdjęć i stworzenie z nich czegoś w rodzaju wizualnego pamiętnika roku. I nadal nie jest to dla mnie łatwe, bo żeby popatrzeć na fotografie z 2022 r. musiałam zacząć od tych styczniowych, a te nieodmiennie budzą w sercu ból…Przejdę jednak przez to, bo życie toczy się dalej a każdy dzień, tydzień i miesiąc przynosi coś nowego i niepowtarzalnego dla tamtego czasu, coś, co warto sobie przypomnieć.
Zuzia
Styczeń. No tak. W styczniu odeszła od nas na zawsze ukochana, jedenastoletnia suczka Zuzia. Nie pierwszy to pies, z którym w moim pięćdziesięciokilkulenim życiu musiałam się pożegnać, ale pierwszy, którego odejście tak bardzo zabolało…Czemu? Pewnie dlatego, że jako mały, pocieszny szczeniaczek była z nami od samego początku, gdy tylko osiedliliśmy się w domku pod lasem. W znaczący sposób uosabiała naszą młodość, entuzjazm, nadzieję. Towarzyszyła nam we wszystkich naszych pracach, przedsięwzięciach, w spacerach, przejażdżkach rowerowych a nawet we wspólnym, nocnym odpoczynku, gdy bezwstydnie rozpychała się pozostawiając nam tylko skrawek wolnej przestrzeni na ogromnym, małżeńskim łożu. Co dnia obserwowaliśmy jej zabawy, dorastanie, dojrzewanie, macierzyństwo, a w końcu starzenie i chorobę. Była dla nas ważna także i dlatego, że właściwie niewiele mając tu kontaktu z ludźmi, to właśnie z psami tworzymy zgraną, kochającą się rodzinę. Stąd to duże, wzajemne przywiązanie, stąd nadal nie w pełni zabliźniona rana…
Hipcia, Jacuś i Misia na lutowym spacerze
Luty. Zima na całego, ale my wraz z psami cieszymy się tą wszechobecną bielą oraz typowymi w naszych okolicach dla tego miesiąca kolorowymi wschodami słońca. Po styczniowym przygnębieniu staramy się robić wszystko by odżyć. Wychodzimy na spacery, chłoniemy niewinne piękno otaczającej nas przyrody. Wprawdzie końcówka miesiąca wraz z początkiem wojny na Ukrainie diametralnie zmienia nasze nastroje, nie zmienia jednak przyzwyczajeń oraz rytmu dnia. Powtarzalne, zwyczajne rytuały uspokajają. Tak więc codziennie dokarmiam żytni kwas chlebowy i dogadzam naszym podniebieniom wypiekając przynajmniej raz w tygodniu pyszne, chrupiące i pachnące cudownie pieczywo…
gaszenie pożaru
Marzec. Zniknął śnieg z pól. Spod gęstwy suchych traw zaczęły przebijać się już młode, zielone roślinki. Wydawało się, że wiosna w pełni przejęła rządy. I pewnie dlatego co poniektórzy miejscowi rolnicy zdecydowali się na wypalanie pól. Pierwszy raz od kiedy tu zamieszkaliśmy z tak bliska widziałam ogromny pożar. Pożoga szybko przemieszczała się w naszą stronę. Był późny wieczór, ale my z Cezarym długo staliśmy przy oknie obserwując usiłowania strażaków by pokonać siłę ognia. Udało się, na szczęście się udało. Na drugi dzień spacerowałam wśród tlącego się jeszcze leciutko pogorzeliska, myśląc o tym, że człowiek nie zna dnia ani godziny, kiedy jego bezpieczny świat może zniknąć, spłonąć. Nie wiemy tego ani my jako ludzkość, ani niewinne żyjątka oraz rośliny usiłujące przetrwać pośród traw wszechświata…
zawilce ukazują się spod śniegu
Kwiecień. Powrót zimy. Ale tylko na parę dni. Tylko po to by na dobre się pożegnać. Bo oto spod śniegu coraz śmielej wychylały się już kremowo żółte pąki zawilców. Oto słońce poczynało sobie coraz odważniej i w drugiej połowie miesiąca zrobiło się dokoła ciepło a na łąkach i po lasach młoda zieleń zaczęła odważnie przejmować rządy. Wieczorami żaby i ropuchy urządzały głośne koncerty swych upojnych arii na głosy. I nie dziwota, że z dnia na dzień w stawie, w ogromnych ilościach pojawił się galaretowaty skrzek a zaraz potem maleńkie kijanki. I nie dziwota, że zaraz nad wodą zaczęły latać miliony muszek, komarów, motyli i ważek. Krety pracowicie wybebeszały ziemię tworząc każdego dnia po kilka nowych kopców. Ptaki poczęły zasiedlać stare gniazda na jabłoniach oraz budować nowe. Z powodzeniem wykorzystywały do tego celu kłaczki sierści naszych psów, które ogarnęło wzmożone, wiosenne linienie. Para dzięciołów, wieloletnich tutejszych rezydentów śmigała w koronach grusz i stukała, pukała, ile wlezie powiększając ubiegłoroczne dziuple. Wszystko co żywe, pchało się do życia, do intensywnego działania. Takoż i my z Cezarym ochoczo ruszyliśmy do wiosennych prac w ogrodzie. Zaczęliśmy od zrobienia kilku nowych płotków wokół warzywników i kwietników oraz pergoli dla róż. Potem można już było kopać, przesadzać, siać. Dawać początek nowemu życiu w jaworowym siedlisku…
majowy ogród
Maj. Rządzi ciepło i bujność wszelaka. Kolory liści, traw, kwiecia polnego i nieba zachwycają, dodają wigoru oraz ochoty do działania. Chce się być częścią natury, pracować, działać, tworzyć, upiększać. Chce się po prostu żyć pełnią życia. Zanurzać dłonie w pachnącej, wilgotnej ziemi. Podziwiać nowe pąki i kwiaty po każdej nocy ukazujące swą misterną, delikatną budowę, oraz niepowtarzalny kształt i zapach. Brodzić pośród tego niezmierzonego bogactwa przyrody. Chłonąć cud istnienia, który jest i będzie ponad zło dziejące się na świecie, ponad chaos i niepewność jutra…
sadzę pomidory
Czerwiec. Ścinam na bardzo króciutko włosy, bo długie coraz bardziej przeszkadzają mi w pracy. Teraz niczym Piotruś Pan, lekka i wolna biegam za kosiarką spalinową, fruwam między grządkami i kwietnikami, fotografuję co tylko się da. Pielę wczesnym rankiem albo późnym wieczorem. Za dnia upał staje się niemiłosierny. Sadzę własne sadzonki pomidorów. Dumna jestem z siebie, że tak wspaniale porosły, że jest ich tak dużo. W nieprzebranych ilościach owocują poziomki-samosiejki. Bezwstydnie opycham się nimi, odurzam ich zapachem i słodyczą. Kiszę owocujące wspaniale ogórki i cukinie. W chwilach odpoczynku z zapartym tchem wczytuję się we wspaniałą, trzytomową opowieść Paulliny Simons o skomplikowanej miłości dwojga Rosjan, Tatiany i Aleksandra ("Jeździec miedziany", "Tatiana i Aleksander". "Ogród letni"). Jestem z nimi w oblężonym w czasie II wojny światowej Leningradzie a potem już w USA, gdzie próbują odnaleźć się po wojennej zawierusze…Przenika się ze sobą świat książki i świat tego, co teraz dzieje się poza granicami naszego kraju. Zostaje myśl, że wszystko się wciąż powtarza, bo ludzie się nie zmieniają. A miłość i wojna zawsze kroczyły ze sobą i będą kroczyć w parze…
ogórkowy gąszcz
Lipiec. Upał niemiłosierny i susza. Tylko wczesnym porankiem da się popracować na zewnątrz, pojechać do lasu po suche gałęzie. Nacieszyć się obfitością czerwonych i czarnych porzeczek, kwaskowatym smakiem agrestu i wiśni. Wieczorami konewką albo wężem ogrodowym podlewam co się da, ale staram się to robić oszczędnie, bo grozi nam brak wody w studni…W najgorszy czas chronimy się wraz z psami w budynku gospodarczym. Tam zawsze jest chłodno i przyjemnie. Można odpocząć od uczucia przebywania na rozgrzanej patelni. Ale ogrodu niestety, nie da się przenieść pod dach. Więdną poziomki i truskawki. Na dzikich bzach schną na wiór ich maleńkie, czarne owocki. Schną i opadają także niedojrzałe jeszcze śliwki. Żółknie i niknie trawa. Jednak różom, lwim paszczom, malwom, hibiskusom i łubinom ten gorąc zdaje się jeszcze nie przeszkadzać. Kwitną i pachną oszałamiająco. Także po raz pierwszy posadzonym tego roku liliom wydaje się być dobrze we wszechogarniającym ukropie. Pszczoły i osy zdają się być jednak podrażnione i zmęczone tą wysoką temperaturą. Jedna z nich w chwili gdy pochylam się między krzaczkami ogórków żądli mnie ni z tego ni z owego i przekonuję się, że niestety jestem na ich jad mocno uczulona. Omal nie dochodzi do wstrząsu anafilaktycznego. Znowu przychodzi myśl, jak wszystko jest niepewne, nieprzewidywalne i że nie znamy dnia ani godziny…
drewno z naszego lasku
Sierpień. Nadal gorąco i sucho. Jednak my nadal gromadzimy drewno na zimę. Jeździmy po nie do naszego lasku. Kupujemy też go sporo znajdując w Internecie w miarę ciekawą ofertę. Mnóstwo potem z tym cięcia, rąbania, łupania, rozwożenia na taczkach. Wiadomo przecież, że choćby gorące lato zdawało się trwać w nieskończoność, to za parę miesięcy trzeba będzie chronić się w domu przed dojmującym zimnem i mieć wówczas czym karmić nasze dwa żarłoczne piece. A póki co zaczynają obficie dojrzewać sierpniowe pomidory. Pałaszujemy je na surowo. Pakuję je do słoików w postaci soków, przecierów, sosów albo suszonych połówek zalanych pachnącą ziołami oliwą… Róże i lilie bez opamiętania nadal kwitną. Na łąkach mnóstwo jasnofioletowej wierzbownicy i ciemnoróżowych bujnych kłosów traw. Lipa nie mogąc w tym upale wykarmić liści zaczyna je gubić tak, jak zwykle gubi je dopiero w październiku i listopadzie. Przyroda jak na zmiłowanie czeka na deszcz. Wdzięczna za każdą krople rosy ożywa o porankach, ale w południe znowu smętnie zwiesza głowę…Pojawia się pragnienie rychłego nadejścia chłodnej, ożywczej, obfitującej w deszcze jesieni…
lwie paszcze
Wrzesień. Misia paskudnie kaleczy się w łapkę. Ma tak głęboką ranę, że wymaga ona szycia. Martwię się o nią, ale nasza biała Misiunia jest jeszcze młodym psem, zatem bardzo szybko dochodzi do siebie. To na szczęście tylko zwykła rana a nie paskudny nowotwór, jak w przypadku jej mamy Zuzi… Nareszcie zmienia się pogoda. Pojawiają się chłodne, deszczowe dni. Dla wielu wyschniętych na pieprz roślin, to już niestety za późno, ale wielu innym te wrześniowe opady ratują życie. I znowu pojawia się myśl, że tak to właśnie w życiu jest. Nie wszystko i nie wszystkich da się uratować. Bo nie wszystko zależy od nas. Rządzi nami los albo ślepy przypadek. I nigdy nie wiadomo, na kogo tym razem wypadnie…A tymczasem w ogrodzie owocują obficie późne maliny i fioletowe winogrona. Czerwienią się aksamitne w dotyku lwie paszcze. Życie nadal ukazuje swoje piękno i swój smak…
jesienne Pogórze Dynowskie
Październik. W ogrodzie dojrzewają jabłka i gruszki. Kwitną astry marcinki a wokół nich uwijają się kolorowe motyle. W lasach coraz więcej grzybów. Jakaż to radość móc znajdować dorodne, wielkie prawdziwki albo schowane pod modrzewiami maślaki. I wspaniale jest nieśpiesznie pojeździć po ubranych w jesienne barwy okolicach żeby zobaczyć jak San toczy powoli swe ciemnoniebieskie wody, by odnaleźć nieznane jeszcze miejsca, pozachwycać się rozległymi panoramami odległych lasów, pól i wzgórz. A wszystko to pod nieskończonym, pełnym malowniczych obłoków niebem. Spokojnym, na szczęście, niebem Pogórza…
oszroniony, listopadowy świat
Listopad. Początek miesiąca nadzwyczaj ciepły i pogodny, ale znowu krzywda spotyka naszą kochaną Misię. Tym razem przez niepozornego kleszcza, który ukąsiwszy ją zaraża babeszjozą. I znów udaje się ją wykurować, ale co się biedula nacierpi, to się nacierpi…Wieści ze świata nadal niewesołe, ale przynajmniej pojawia się pierwszy szron a zaraz potem i pierwszy śnieg na Pogórzu. Jeszcze delikatny i nieśmiały, ale od razu rzeczywistość staje się inna. Ta biel przynosi ze sobą jakąś delikatną nadzieję. Jakby otwierało się nową, pachnącą jeszcze świeżością książkę. Drwale, którzy przez ponad miesiąc hałasowali w pobliskim lesie, bez opamiętania ścinając tam co się da nareszcie skończyli swoją robotę. A odrzutowiec wojskowy, który ni z tego ni z owego pojawił się na naszym niebie i zatrwożył serca więcej się tu nie pojawił. Znowu zrobiło się u nas cicho i spokojnie…
grudniowa zima
Grudzień. Po kilku szaroburych dniach odwilży znowu nastała prawdziwa, sroga zima. Zamieć wraz z siostrą zawieją tańczą po polach i drogach. Sypią bielą w oczy, w nos, za kołnierz. Śnieg wdziera się do domu przy każdym otwarciu drzwi na ganku. W ruch musi iść szufla do odśnieżania, ale choćby się nie wiem jak posprzątało, to po chwili nie ma śladu tego sprzątania (jednak samo odśnieżanie sprawia na razie dużą frajdę, buzują od tego endorfiny, że hej!:-). Psy brodzą w głębokich zaspach, zapadają się, ryją nosami tunele a śnieżyca w trymiga zasypuje ich ślady. W chwili, gdy kończę pisać ten tekst pada tak mocno, że brodzi się w śniegu aż po uda. Żaden samochód w taką pogodę stąd nie wyjedzie. Ma się wrażenie całkowitego odcięcia od świata. Ale na szczęście zapasy mamy zrobione. I wcale nie musimy się stąd ruszać. A gdyby nie to, że trzeba odśnieżyć, popiół wynieść, przynieść z drewutni do domu drewna na opał, to pewnie byśmy w takie dni z domu nie wychodzili a tylko w pobliżu pieca siedzieli i gorący krupnik popijali…Trwa zwyczajne, zimowe życie…