Końcówka
listopada i początek grudnia na Pogórzu mroźne były i lodowatym wiatrem
przeniknięte. Nocami temperatura spadała u nas nawet do minus dziewiętnastu
stopni! Uff! Takie mrozy to już nie przelewki! Szybko trzeba było przestawić się
z ciepłej jesieni na prawdziwą zimę. Na dodatek śniegiem trochę posypało. Drogi
oblodziło. Strach było się stąd gdzieś samochodem ruszać. Kto nie musiał, ten
nie jeździł. W takiej sytuacji przydało się w końcu to, że umiem robić
zastrzyki, dzięki temu mogłam pomóc choremu sąsiadowi i nie musiał w taki mróz
wyruszać do odległego o 10 km ośrodka zdrowia.
Zdarzały się też
ostatnio bardzo zimne, ale cudownie słoneczne dni, podczas których chciało się
nam wyjść na spacer z psami. Piesuńki
były wniebowzięte! Szalały po lesie, tańczyły w podskokach, próbowały rozbić pazurami zamarznięte kałuże, żeby dostać się do ukrytej pod spodem wody, zlizywały śnieg z trawy, goniły się i
uśmiechały całą zębatą szerokością swoich pięknych pysków. Nam z Cezarym też dobrze
te spacery robiły. Wracaliśmy rumiani jak ruskie babuszki. I ciepło nam się w
domu wtedy zdawało oraz przyjemnie. Dopiero po dłuższej chwili, gdy zmęczenie z
nas opadało znowu chłód dawał o sobie znać. I dalejże wielkie kosze drewna z
drewutni i spod wiaty przynosić, dalejże rozpalać pod oboma naszymi piecami,
herbatkę gorącą popijać i za czymś konkretniejszym do przekąszenia się rozglądać.
Trwaliśmy tu niby na antarktycznym końcu świata i naleweczki
słodkie popijaliśmy, gorące zupki tudzież inne pyszne dania z rozkoszą zajadaliśmy
w tłuszczyk zimowy bezwstydnie obrastając (jakby jesiennego tłuszczyku było nam
mało!). Wyznam szczerze, iż owe dania najczęściej przyrządzał Cezary, który w
zimowy czas lubi przejąć pałeczkę w kuchni i zaskakiwać mnie swoimi kulinarnymi
pomysłami. Co gotował? A to kurczaka w
curry z ryżem, a to zupę rybną a to wspaniały bigos, a jak mieliśmy smaka na
coś szybkiego i wyrazistego śląską wodziankę przyrządzał. Ech, same pyszności!
A tymczasem za oknem słonko zapowiadając kolejny pogodny,
ale znowu mroźny dzionek malowniczo zachodziło, malując niebo odcienie różu,
oranżu i błękitu Dobrze było siedząc w domowym ciepełku patrzeć na te cuda
spoza firanki…
Podczas ostatnich kilkunastu dni głównie zajmowałam
się pisaniem. Codziennie po kilka godzin tkwiłam przy klawiaturze komputera skupiając
się na dokończeniu historii o „Karczmie na rozstajach dróg”. I hurra! Wreszcie udało
się! Właśnie dzisiaj skończyłam tę pisaną od roku powieść. Bardzo się cieszę, że dałam radę zrealizować
ten pomysł od początku do końca, że nie zarzuciłam go w trakcie, nie poddałam
się lenistwu oraz niewierze we własne możliwości, że udało mi się napisać ponad
trzystu sześćdziesięciostronicową opowieść i zawrzeć w niej wojenne losy kilku
fikcyjnych oraz kilku naprawdę żyjących niegdyś osób. Ową końcówkę powieści
podzieliłam na trzy części i na poświęconym jej blogu będę je publikować co
kilka dni. Mam nadzieję, że zakończenie okaże się dla czytelników interesujące.
Prognozy pogody
zapowiadają u nas od jutra spore ocieplenie. Mają wrócić prawdziwie jesienne
dni, a wraz z nimi błoto na podwórku i pieski ochoczo je do domu na łapach
wnoszące. No trudno. Najważniejsze, że będzie cieplej i w piecu nie trzeba
będzie tyle palić co teraz.
A póki co
jeszcze dzisiaj lekki, kilkustopniowy mrozik. Nic to! W końcu jest już
grudzień. Niechże będzie to dla nas wszystkich przyjazny, piękny miesiąc!:-)





















