Sekret naszego domu

Część 1 - "Pogłoski"

Pamiętacie jeszcze post Cezarego z października, noszący tytuł „Zawsze jest ten pierwszy dzień”? Opisywał w nim nasze początki tutaj, w tym wiejskim domu. Nasze zagubienie, szok i zwykłe nadrabianie miną, gdy wydawało się, że to wszystko jednak nas przerośnie. Dzisiaj ciąg dalszy opowieści…

   Dom był wówczas królestwem pająków, much i myszy. Smętne zasłony wielowarstwowych pajęczyn zwisały od sufitów do podłóg. Zza każdego świętego obrazka, wiszącego na ścianach wyłaziły chmarami senne muszyska. A w dziurach w podłodze, po stołach i starych meblach hasały bezczelnie rezolutne myszki, które prawie wcale się nas nie bały. Wszystkie te stworzenia królowały tu od ponad pięciu lat, tyle czasu bowiem, nikt tu już nie mieszkał. Wiadomo, że każde domostwo opuszczone przez mieszkańców niszczeje i popada w powolną ruinę. I tutaj tak się stało. Wiatr hulał w ogromnych szparach okien. Targał bezlitośnie, czarnymi od brudu strzępami firanek. Nie wywiewał jednak z pomieszczeń zapachu stęchlizny, mysich odchodów i spróchniałego, przeżartego przez korniki drewna. Wszystko nadawało się do remontu! Od dachu po drzwi wejściowe.



   Chodziliśmy po wszystkich pomieszczeniach, poszukując jakiegoś punktu oparcia. Czegoś, co nadawało się do użytku i natychmiastowego przysposobienia dla nas, osiedleńców z dwoma walizkami, wielką paką papieru toaletowego oraz z jednym wielkim łożem, darowanym przez zatroskaną o nasz los rodzinę.

   Ostatnią kondygnację tego dość dużego domu stanowił strych. Wielki, zagracony, cuchnący nie wiadomo czym, ciemny i ponury jak kaplica cmentarna. Oglądaliśmy go zdruzgotani, przerażeni ogromem pracy, jaka czekała nas tutaj przy uprzątaniu tego wszystkiego. Brodziliśmy po stosach starych szmat, worków, sznurków i plew zbóż zmieszanych z mysimi kupkami. Oblepieni pajęczynami kichaliśmy raz po raz i odganialiśmy z twarzy ogłupiałe światłem naszych latarek pająki. Plątaliśmy się w jakichś dziwacznych taśmach, zwisających u pułapu. I pocieszaliśmy się wzajemnie, że kiedyś na pewno urządzimy tu coś fajnego – jakieś atelier fotograficzne albo pracownię rzeźbiarsko malarską?



   W końcu zmęczeni obchodem naszego upragnionego siedliska usiedliśmy przy zakurzonym stole, popatrzyliśmy smętnie na stojące na nim świeczki i westchnęliśmy ciężko…Jak my z tym wszystkim damy sobie radę? Jak żyć???

   Czy zwróciliście uwagę w poście Cezarego na następujące zdania? „Na stole stał wyszczerbiony krzyż i dwie nadpalone świeczki.
Wtedy jeszcze nie rozumieliśmy znaczenia tych eksponatów. I na to przyjdzie czas.”

   Właśnie teraz ten czas nadszedł. Okazało się, ze nie bez powodu dom tak długo czekał na kupca. Nie bez powodu, choć tak duży, dość solidnie wymurowany, i co ważne,  nie trawiony wilgocią (jak wiele innych, wiejskich chat), stał latami bezskutecznie wyczekując na kogoś, kto zechciałby tu osiąść. Nie bez powodu ludzie we wsi, gdy pytaliśmy o dojazd do tego miejsca kilkakrotnie upewniali się z niedowierzaniem, że właśnie o to miejsce nam chodzi. A potem patrzyli na nas z dziwnym uśmieszkiem ni to politowania ni to ironii.

Dom miał pewien mroczny sekret. Sekret wiadomy chyba wszystkim mieszkańcom tutejszej wsi. Tylko my dowiedzieliśmy się o nim ostatni. Już po kupnie.

   Oświeciła nas w tej kwestii nieświadoma naszej niewiedzy życzliwa sąsiadka. Wpadła któregoś wieczoru, obdarowała słoikami swoich konfitur a potem pijąc z nami herbatę zapytała ni stąd ni zowąd, czy się nie boimy? Ale czego mielibyśmy się bać? -  popatrzyliśmy na nią zdziwieni - Wilków w pobliskim lesie przecież nie ma!

- No bo to różnie ludzie gadają – odrzekła ona – Jak się mieszka w domu powieszonego, to można czuć się trochę dziwnie.
- Ja bym się tam nie bała, bo w duchy nie wierzę! – dodała zaraz , śmiejąc się nieco zbyt głośno, jak na nasz gust – Ale Was podziwiam, żeście się zdecydowali tu osiąść. Już tylu odeszło stąd zrażonych opowieściami o tym, co się tu po nocach wyprawia!

- Nic się nie wyprawia! – zawołaliśmy zgodnie – Zresztą umordowani po całym dniu ciężkiej harówki śpimy jak zabici i niczego nie słyszmy. Nie wierzymy zresztą w żadne duchy i głupie zabobony – dodał Cezary

Popatrzyłam na minę Cezarego. Może on nie wierzył! Ja wychowana na horrorach i powieściach grozy byłam kiedyś lękliwa jak mała myszka. A po obejrzeniu japońskiego filmu „Ring” nie tykałam żadnej taśmy wideo przez dłuższy czas. Na telewizor też jakoś bałam się zerkać…

   Mina Cezarego była dziwna, podejrzana. Patrzył na mnie z niepewnością, usiłując pokryć ją sztucznie beztroskim śmiechem i żartobliwym mrugnięciem oka.

I wtedy zrozumiałam – Cezary wiedział! Znał tajemnicę tego domu.! Tylko mnie pozostawił w błogiej niewiedzy, dobrze wiedząc, że nie zdecydowałabym się tak ochoczo na zamieszkanie tutaj.

   Usiłując ukryć drżenie głosu, poprosiłam miłą sąsiadkę aby opowiedziała cokolwiek o tym, kim był ów powieszony i jak doszło do tego, że w tak dramatyczny sposób zszedł z tego świata. No i najważniejsze - jakież to straszenie się tu po nocach odbywa?! A ona, jakby tylko czekając na moją zachętę długo i ciekawie opowiadała. Ale co mówiła i jak dalej rozwinęła się nasza historia dowiecie się w jednym z następnych postów…




Cz. 2 -"Opowieść o Staszku"

- Staszek był chorym, bezradnym życiowo człowiekiem – opowiadała dalej sąsiadka

 - Odkąd umarli mu rodzice przez wiele lat mieszkał tu zupełnie sam, za towarzystwo mając tylko kota przybłędę i kolesiów od wódki. A ci naciągali biednego Stasia na co tylko się dało, wykorzystując go bez żadnej przyzwoitości. Wyprzedawał więc pomału wszystko, co miał. A w domu i w obejściu, w ostatnich latach, nie robił nic – dodała rozglądając się z troską po kątach naszego domu.

I my rozejrzeliśmy się wokół po raz nie wiadomo który, wzdychając ciężko. W chwili, gdy się tu wprowadzaliśmy poza zepsutą lodówką, starą kuchenką gazową, kilkoma meblami i świętymi obrazami na ścianach nie znaleźliśmy wiele więcej.

- To, czego Staszek nie sprzedał, rozdrapali jego spadkobiercy. Ci Iksińscy, od których ten dom kupiliście – w tonie jej głosu pojawiło się dziwne rozdrażnienie – A żebyście widzieli, jak podstępnie wkradali się w jego łaski! Jak go omotywali na spadek licząc? A przecież to tylko dziesiąta woda po kisielu! Prawie żadna rodzina!

Sąsiadka zamilkła raptem tak, jakby chciała coś jeszcze dodać, coś, co cisnęło jej się na usta, ale w porę się powstrzymała. Widać było w jej oczach ogrom obudzonych na nowo emocji, związanych z tamtymi latami.

- Przychodził do nas często. Głodny, brudny, pijany. Jeść mu dawałam, ciuchy do prania zabierałam, do głowy mu wbijałam żeby się opamiętał, żeby przestał pić i zadawać się z tymi ludźmi…  Ale gdzież tam! Nie posłuchał! Chory był i naiwny jak dziecko… - powiedziała z żalem i nieznaczną jakby pretensją w głosie

- Chorował na depresję i się nie leczył, prawda? - zapytałam (sama domyślałam się tego od jakiegoś czasu, bo w szufladach kuchennych znalazłam mnóstwo niezrealizowanych recept na środki psychotropowe).

- To z tej samotności i pijaństwa tak mu na głowę padło – ciągnęła dalej sąsiadka, rozsiadając się wygodniej na zielono wyściełanym krześle po Stasiu

- A szkoda człowieka, bo mądry był i pamięć do dat i liczb miał nadzwyczajną. Lubił czytać. Zbierał ciekawe wycinki z gazet. I jak czasem coś tak mądrze powiedział, to ludziskom szczęki opadały! - uśmiechnęła się na wspomnienie tego i widać było, że musiała kiedyś lubić po swojemu tego biednego Staszka.
A mnie się znowu skojarzyło, że podczas sprzątania kredensu natrafiłam na mnóstwo zeszytów z wklejonymi tam zdjęciami z czasopism przyrodniczych i podróżniczych. Był też słownik ortograficzny. Kilka rozlatujących się książek J. Verne’a i równie zdezelowany „Pan Wołodyjowski”... Tyle po ludziach zostaje. Jakieś tropy, strzępy, fragmenty cudzej pamięci…

- A jakie tu kiedyś wielkie gospodarstwo było! Największe chyba w okolicy! Krowy, konie, świnie, wozy, traktor nowiuśki, kilkanaście hektarów zbóż i ziemniaków, lasy ogromne. Rodzice Staszka bardzo pracowici byli. Nic więcej z tego życia nie mieli tylko tę pracę i pracę. A on roztrwonił to wszystko, przepił i już… - znów zamilkła i zapatrzyła się w ciemniejące w wieczornym zmierzchu za oknem kontury stodoły i budynków gospodarczych.

- Ja już będę musiała lecieć, bo mój mąż będzie się o mnie martwił! – zerwała się naraz z miejsca i chciała natychmiast ruszyć do wyjścia.

- Posiedź jeszcze Wandziu! Prosimy serdecznie! Tak miło się rozmawia przecież. Niedaleko masz do domu, to się Twój Władek na pewno nie martwi. Wie przecież gdzie poszłaś - zakrzyknęliśmy oboje, usadzając ją znowu na krześle. Nie bardzo protestowała przeciw temu, wiec pewnie ta jej nagła chęć wyjścia była tylko ot tak - pro forma…
 Nawiasem mówiąc, Władyś to był ów mocarny mężczyzna, który pomógł nam pierwszego dnia wnieść nasz materac do domu. Nie wyglądał nam wówczas na człowieka, który martwiłby się z lada powodu. Zresztą przy bliższym poznaniu zyskiwał jeszcze więcej. Spokojny, grzeczny, opanowany i ujmująco skromny…Zresztą to opowieść na całkiem inną historię!
Wróćmy, więc do tamtego wieczoru i pierwszej z wielu, jakie jeszcze przyszło nam odbyć, rozmowy o nieszczęsnym Stasiu.

- A czemu był sam? Czemu się nie ożenił? - zapytałam o sprawy zasadnicze, jak to kobiety zazwyczaj czynią!

- Miał kiedyś dziewczynę. W młodości. Matka mu ją z głowy wybiła. Zakazała spotykania się z nią. Niby, że on bogaty a tamta biedna. Posłuchał, bo go wydziedziczeniem straszyła. Rodzice strasznie nim rządzili i za nic go mieli. A przecież odkąd im pierwszy, kaleki synek umarł tylko Staszek im został! Też zresztą pokręcony taki, po źle leczonej w dzieciństwie krzywicy. Kto miał wtedy czas na zajmowanie się dzieciakiem... 
   Kobieta wróciła myślami do tamtych dawnych lat i nagle wykrzykneła, przypomniawszy sobie wyraźnie jakiś obrazek z przeszłości
- Czego ja się tu napatrzyłam! Jak oni to dziecko traktowali. Zawsze zabierali go ze sobą na pole, bo w domu nie miał się kto malcem zając. I razu pewnego idę ja na grzyby i widzę, jak ten dzieciak zanosi się strasznym płaczem, siedząc na barana u ojca, a matka, ta jędza z piekła rodem, idzie za nimi i dźga go widłami od siana żeby płakać przestał! No moi Państwo kochani! Jak tak można z dzieckiem robić?! 

 Wandzia kipiała wprost z oburzenia i przeżywała tamtą scenę tak wyraźnie, jak gdyby widziała to przed chwilą...

 - A  i jak dorósł wcale lepiej nie było - dodała 
-  Niekiedy mu wmawiali, że jak umrą to on ich wielkie bogactwa odziedziczy. Wielki pan będzie, co to wybierze sobie dziewuchę, jaką tylko będzie chciał . Krzyki do nas czasami dochodziły, jakie na syna urządzali. A on cichy i posłuszny robił tylko, co mu kazali – odpowiadała Wandzia, kiwając głową ze współczuciem.

- I tak na tym wyszedł! - westchnęłam, próbując wyobrazić sobie smutne życie tego człowieka, jego zahukanie a potem samotność w tym wielkim domu, który wcale mu szczęścia i bogactwa nie przysporzył.

- To i nie dziwota, że zwariował w końcu chłopak - mówiła znów sąsiadka 
-  Jakieś omamy miał. Jakieś plany dziwne sobie roił i ludziom o tym opowiadał. Na pośmiewisko tylko! Biegał czasem zimą po polu, w koszuli tylko i krzyczał coś, sam do siebie i do tych ptaków chyba na niebie. Sąsiadów straszył, gdy nocą nagle taki podniecony, pijany, półnagi do okien pukał a i niekiedy te okna kamieniami wybijał. Czasem naprawdę strach było go do domu wpuścić…

 -A żal było człowieka… - wspominała dalej kobieta, energicznie mieszając cukier w kolejnej herbacie, którą jej zaparzyłam.
- A byli tacy, co głupoty o nim opowiadali, że chłopców bardziej woli, że po lesie gdzieś się z nimi, nie wiadomo po co włóczy. Że im wódkę stawia a oni z nim… potem wiadomo, co robią! Ale ja tam w takie plotki nie wierzę! - żachnęła się sąsiadka, patrząc z mieszaniną wstydu i oburzenia w nasze oczy

- Oj, nie miał on przyjaciół a i dalsza rodzina nie bardzo o niego dbała. Na dodatek pieniądze po rodzicach się skończyły a on nie robił nic, by gospodarstwo przynosiło jakiś dochód. Aż wreszcie ktoś mu pomógł o rentę się wystarać, z racji tej jego depresji. I wyobraźcie sobie, że ledwo tę rentę dostał, to za parę dni już go na świecie nie było! - wykrzyknęła niepogodzona wciąż z tym trudnym do pojęcia faktem Wandzia

- Powiesił się! - dopowiedziałam cicho, patrząc w napięciu w jej rozgorzałe uczuciami oczy

- Tak, powiesił. Na Waszym strychu! A mój Władyś go po paru dniach tam znalazł, drzwi wyważając….


Cz. 3 - _Sen"

Po wypowiedzeniu, a właściwie pełnym emocji „wysapnięciu” z siebie ostatniego zdania Wandzia umilkła. I my milczeliśmy poczuwszy się wtedy dziwnie niepewnie. Mimochodem zerknęliśmy do przedpokoju, skąd prowadziły drzwiczki wiodące na strych. Nosiły one ślady uszkodzenia. Zamykało się je na zagięty gwóźdź – zamek i klamka tkwiły w drzwiach już tylko jako smętne atrapy…
   Za oknem tymczasem robiło się coraz bardziej ciemno. Była druga połowa września i wieczór zapadał z każdym dniem szybciej. Dzień był pochmurny i chłodny a teraz wzmógł się wiatr i szarpał blachami, którymi pokryty był nasz dach.

- To musiało być okropne przeżycie dla Władzia – powiedziałam cicho, przerywając to pełne zgrozy i przygnębienia milczenie.

 - Oboje to przeżyliśmy! – westchnęła sąsiadka – Był człowiek, nie ma człowieka…
 - Na szczęście miałam w domu krople nasercowe, więc zaraz Władysia  i siebie poratowałam…

- Wiesz Wandziu, trudno mi o to pytać, będąc tutaj, pod tym dachem, ale skoro już tyle wiemy, to proszę, powiedz jeszcze czy te plotki o straszeniu w tym domu są chociaż odrobinę wiarygodne…? – popatrzyłam w napięciu w oczy naszego gościa

- Już mówiłam, że ja tam w takie głupoty nie wierzę! No, ale są tacy, co się upierają, że dziwne rzeczy tu widzieli i słyszeli. Śmiejcie się jednak z tych bajań, bo to ci sami pijaczkowie je rozpowszechniają, którzy tu ze Stasiem pili. A pić wcale nie przestali, to i nie dziwota, że po pijaku jakieś omamy miewają i przywidzenia! Nie mają już meliny u Stasia to często tu po krzakach, naprzeciw domu Staszkowego wysiadują i wspominają go, w ciemne okna się wpatrując…. – kręcąc głową z politowaniem i lekką ironią mówiła sąsiadka

- Pewnie masz rację, Wandziu kochana, ale żeby skończyć już ten temat powiedz nam proszę,  co oni tutaj widzieli… - ciągnęłam ją za język, chcąc wiedzieć wszystko i być przygotowaną na wszystko …w razie czego!

- Nie mów, lepiej nic nie mów Wandzia, bo się ta moja Ola będzie bała w nocy do ubikacji wyjść i będę musiał z nią wstawać! – zaśmiał się, trochę jednak zbyt nerwowo, jak na mój gust, Cezary

- A gdzie się tam będzie bała! Toż to dorosła kobieta i chyba w bajki miejscowych moczymordów nie uwierzy?! – zawołała, śmiejąc się także Wandzia, a potem, klepiąc mnie po ramieniu dodała – Ja tam niczego podejrzanego tu nie widziałam, a przecież mieszkam naprzeciwko. To i bać się nie ma czego, a tylko modlić za spokój duszy tego biednego Staszka i tyle!

- Dobrze, dobrze! Modlitwa modlitwą, ja jednak chcę wiedzieć jakie historie opowiadają Ci ludzie.  Jak mi nie powiesz, to się będę domyślać Bóg wie czego i będzie jeszcze gorzej! – prosiłam uparcie, nie zważając na znaczące kopnięcia pod stołem, które serwował mi co chwilę Cezary

 - Najwięcej to gadał Janek Kowalczyk, dawny, Stasiowy kumpel od kieliszka! Janek tu las niedaleko ma i często tam po drzewo jeździ. Mówił, że parę tygodni po śmierci Staszka przystanął na moment pod tą wielką lipą, co to obok Waszego domu rośnie i zapatrzył się w okna strychu. Ot, ciekawy był, czy co tam się nie poruszy. Wiecie, moi kochani, ludzie to czasem widzą to, co chcą widzieć!  - przerwała znowu sąsiadka patrząc w ledwie widoczne przez okno zarysy naszej starej, ogromnej lipy.

- I opowiadał, że najpierw usłyszał dziwne miauczenie kota dochodzące nie wiadomo skąd. Potem nagle wiatr zimny znienacka powiał. A raptem gałąź lipy spadła mu prosto na głowę, aż mroczków dostał! – sapiąc z podniecenia, kontynuowała opowieść Wandzia

 - No to się chłopina wystraszył. Konia popędził i odjechał stamtąd czym prędzej. A potem opowiadał, że to duch Staszka go tą gałęzią rąbnął i on już więcej tamtędy nie pojedzie. Tylko naokoło, polami!

 - A czemu Staszek miałby mu krzywdę robić? Przecież skoro razem kiedyś pili to pewnie się kolegowali! Co Staszek miał przeciw niemu? – zapytałam od razu, próbując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie postępowania „ducha”.

 - Wszyscy wiedzą, że Janek mu pieniądze był winien! I to dużo pieniędzy! Na traktor nowy kiedyś pilnie gotówki potrzebował, to go naiwny Staszek wspomógł. A tamten do oddawania był nie skory! Wciąż tylko Stasiowi oczy mydlił, że pożyczkę w banku weźmie i spłaci wszystko, co do grosza. Ale nijakiej pożyczki nie wziął a tylko wciąż u Stasia przesiadywał i razem z innymi pił, pił i pił. Za Stasiowe pieniądze przeważnie!

   I znowu zaległo między nami ciężkie milczenie. Byliśmy z Cezarym tutaj nowi i właściwie nic nie wiedzieliśmy o panujących we wsi stosunkach międzyludzkich. Weszliśmy w nową dla siebie rzeczywistość. W obcy kosmos cudzych historii, emocji, interesów jawnych i ukrytych. Każdy mógł nam powiedzieć cokolwiek, a my w labiryncie tutejszych układów i powiązań musieliśmy albo brać wszystko na wiarę, albo po prostu przyjmować wszystkie opowieści ostrożnie, z dystansem.
Jeszcze nie raz przyjdzie się nam na tej wsi gubić w tych wszystkich historiach, nazwiskach oraz miejscowych nazwach i obyczajach. I chociaż postanowiliśmy tu żyć i wrastać w ten świat, to w takim jak ten momencie czuliśmy się tu tylko jak obserwatorzy, jak widzowie w teatrze. Taki stan zdarzać się nam miał w przyszłości wiele razy. A mimo to czuliśmy jakąś ciepłą przynależność do tego miejsca i rosnącą chęć poznawania go coraz dogłębniej…

 - I więcej już nikogo tu nic nie straszyło? – zapytałam, odetchnąwszy głęboko. W duszy czułam jednocześnie ulgę, że to tylko tyle i jakby lekki żal, że nic więcej…

- A gdzież tam! Pełno było takich opowiastek! – wykrzyknęła sąsiadka, lubując się widocznie naszym rosnącym zainteresowaniem

 - Bronek od Przybyłów mówił kiedyś, że światło migające w oknie na strychu widział. I czuł, że coś tam na niego z góry patrzy. No to poszedł, i że niby odważny taki, z głupia frant do drzwi zapukał. A w domu coś żałośnie zamiauczało tylko, dziecka głosem jakby zapłakało, a potem cisza nastała i to światełko migać przestało!
 - No właśnie! A co się stało z kotem Stasia? Może go kto przypadkiem w domu zamknął i biedna kocina z głodu tam umierała? – zawołałam, przypomniawszy sobie o kocie – przybłędzie, którym ponoć zaopiekował się kiedyś Staś

 - A gdzież tam! Ten Iksiński, co to w spadku wszystko odziedziczył kilka razy dom przeszukał dokładnie. W każdy zakamarek zajrzał i nic. Ja też tam byłam. Kiciałam i kiciałam, kotka przywołując. Kawałek kiełbasy dla niego w kuchni na podłodze położyłam. A na drugi dzień, jak poszłam sprawdzić czy zjedzona to znalazłam ją przez myszy nadgryzioną, a obok pełno mysich kupek leżało. Kota ani śladu!  - rzekła pewnością w głosie sąsiadka, a potem jeszcze dodała – Zdawało się im to miauczenie i tyle. A kota pewnie po śmierci Staszka jakiś lis zjadł czy jastrząb. Mało to takich rzeczy się tutaj zdarza?!

 - Byli też tacy, co ponoć samego Staszka widywali. A właściwie cień jego, zarys gdzieś w lesie albo w wysokich trawach. I zarzekali się, że to prawda, że z nikim innym go pomylić nie mogli, bo Staś chłopem był postawnym, w barach szerokim. I zawsze trochę przygarbiony chodził a głowę lekko na bok, przekrzywioną trzymał. I przeważnie w swoje czarne, flauszowe palto się ubierał. Albo w samej koszuli latał, jak już z nim gorzej było…i takiego go właśnie widywali za życia. Taki też im się niby po lesie jako duch zwidywał.
Tyle tych przeróżnych bajań, moi drodzy, o nim prawią, że tak po prawdzie wychodzi mi na to, że jak nic, lubią się przechwalać. Nudzi się zwyczajnie chłopom i zamiast do jakiejś roboty się wziąć język sobie po próżnicy tylko strzępią! – orzekła autorytatywnie sąsiadka i naciągnąwszy beret na uszy wstała do wyjścia

- Kochani! Na mnie już najwyższa pora! Miło się siedziało i rozmawiało. Teraz Wy musicie do nas wpaść. Serdecznie zapraszamy! A ty się Oleńko nic nie bój. Śmiej się z tych historii. Przecież mądra kobieta z miasta jesteś, co to się wystraszyć byle czym nie da! – Wandzia przytuliła mnie i wycałowała gorąco, potem pożegnała się równie serdecznie z Cezarym i poszła.

   Po wyjściu sąsiadki popatrzyliśmy na siebie z mężem, sami nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. On najchętniej by wszystko zbagatelizował, przeszedł nad tym do porządku dziennego, jako nad czymś, co było, minęło i nie ma żadnego wpływu na nasze życie. Zresztą dlatego też wcześniej nie powiedział mi o pogłoskach krążących na temat byłego właściciela naszego domu.
   Nie miałam o to do niego żadnych pretensji, bo wiedziałam, że chciał dla nas obojga jak najlepiej. Trzeba się było po prostu z problemem bolesnej historii mieszkańców tego domu jakoś uporać. Nie dać się jej zdominować, przygnębić, pozwolić by odebrała nam napęd i entuzjazm do działania.
   To teraz tylko nasz dom. My będziemy w nim tworzyć swoją własną opowieść. Przeszłość pozostanie przeszłością. A biedny Staszek, jeśli patrzy gdzieś tam na nas z góry, na pewno nie ma nic przeciwko temu żeśmy tu zamieszkali. Był nieszczęśliwym lecz przecież dobrym i rozumnym człowiekiem, widzi więc, że nowi mieszkańcy jego domu nadają mu życie, wnoszą akcent tak potrzebnej temu miejscu radości i wolności.

   Jednak ta przeszłość wyłaziła do nas wciąż ze wszystkich kątów. Nie dało się od niej opędzić. Co otworzyliśmy jakąś szufladę, to zmierzyć się musieliśmy z tysiącem drobnych pamiątek z dawnych lat. Były tam ogromne pęki kluczy, które nie pasowały do żadnych drzwi. Zdjęcia nieznanych nam osób. Zegarki, których czas dawno już stanął w miejscu. Drobne karteluszki pełne pisanych maczkiem zapisków o wydatkach i zyskach. Stare książeczki modlitewne, z podkreślonymi kopiowym ołówkiem wersami. Brzytwy o wyszczerbionych ostrzach. Wreszcie kawałki sztucznych, plastikowych protez z osadzonymi w nich srebrnymi zębami…

   Wciąż przed nami było sprzątanie strychu. Kiedyś wydawało mi się to pracą tytaniczną lecz przy dużej dozie wysiłku i cierpliwości jednak możliwą do wykonania. Teraz doszedł do tego ciężar wiedzy o tym, co się tam wydarzyło i co już na zawsze chyba naznaczyło owo miejsce grozą i smutkiem.

   Odkładaliśmy więc to sprzątanie strychu ile się tylko dało. Mnie natomiast zaczęły męczyć jakieś dziwaczne sny.
 Śniło mi się, że przebiega po mnie kot i chce bym go wypuściła na dwór (wtedy jeszcze nie mieliśmy naszych kotów, przywieźliśmy je od rodziny kilka tygodni potem). W tym śnie wstawałam i nie świecąc światła szłam po omacku do drzwi. Otwierałam je lecz kot nie wychodził. Siadał w progu i głośno mruczał. Wpatrywał się w mrok i trwał tak jak wmurowany, nie chcąc wrócić do domu ani wyjść na zewnątrz. A kiedy delikatnie go wypychałam, pragnąc jak najszybciej wrócić do łóżka, kot opierał się z całej siły. Wreszcie zdecydowanym ruchem brałam go na ręce i wystawiałam za próg. I kiedy już miałam zamykać drzwi słyszałam gdzieś z głębi podwórza  ciche kroki i czyjeś cichutkie, bardzo dalekie nawoływanie: kici, kici, kici…..

   Pamiętam, że ciarki przechodziły mi wtedy przez całe ciało. No, bo kto mógł w nocy chodzić wokół domu i nawoływać mojego kota…? Serce zaczynało mi bardzo mocno bić i chciałam się jak najszybciej znaleźć w bezpiecznej sypialni. Pobiec do Cezarego, wcisnąć się bezpiecznie pod kołdrę i nie myśleć już o dziwnych, nocnych odgłosach. Ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Nie umiałam wejść po schodach. Nie umiałam wydobyć z siebie głosu, chociaż próbowałam wołać z całych sił : Czarek, Czarek!
Z moich ust wydobywał się tylko cichy pisk a serce waliło jak oszalałe.

   I wtedy budziłam się w ramionach Cezarego, który tulił mnie i powtarzał wciąż i wciąż: Obudź się Oleńko, obudź się, to tylko sen….


Cz. 4 - "Strych"

Przez te moje nocne jęki, przez stan napięcia, w który popadałam ilekroć pomyślałam o przeszłości tego domu także i Cezary zaczął się czuć nieco dziwnie.
Najpierw się denerwował, że histeryzuję i przesadzam z tym wiecznym rozmyślaniem o tajemniczych sprawach, dotyczących tego miejsca. Potem i on stracił swój sławetny, spokojny sen…
   Pewnego wieczoru, gdy szykowałam kolację w kuchni a Cezary wyciągnął się jak długi na łóżku w naszej sypialni stało się coś, co podważyło jego sceptycyzm i niewiarę w rzeczy paranormalne. A mianowicie nagle zauważył ze zdumieniem i nieoczekiwanym dreszczem lęku, że lampa na suficie rusza się miarowo. Kołysze się i wygina w każdą stronę coraz bardziej, rzucając przy tym ruchomy, długi cień na ścianę….

- Ola! Możesz tu na chwilkę przyjść?!! – zawołał mnie nagle, mając tak dziwny ton głosu, że rzuciłam byle gdzie nóż, którym akurat kroiłam chleb i przybiegłam czym prędzej do sypialni.

- Proszę Cię, połóż się na chwilę na łóżku i popatrz na lampę. Połóż się i powiedz mi, co widzisz! – poprosił pełnym emocji szeptem i stanął obok łóżka, pilnie przyglądając się a to mojej twarzy a to lampie

- No jak to, co widzę!? – zdziwiłam się

- Naszą lampę widzę i pajęczynę na niej! Wiem, wiem mam przynieść szczotkę i zdjąć to paskudztwo, tak? – trochę się zirytowałam, że Cezary dla takiego drobiazgu odrywa mnie od roboty w kuchni

- Ta lampa sama się rusza! A właściwie dopiero co się ruszała! – zdenerwował się Cezary, wpatrując się z rozczarowaniem w zupełnie nieruchomy teraz, szklany klosz lampy

- Czaruś! Nie denerwuj się! Ja Ci wierzę. Nic, co dzieje się lub stanie w tym domu już mnie nie zdziwi – powiedziałam uspokajająco. Następnie wstałam, przytuliłam mojego rozdygotanego nieco męża a potem ni z gruszki ni z pietruszki zaśmiałam się nerwowo

 - To takie śmieszne jest?! – zdenerwował się na powrót Cezary

- No nie, ale pomyśl Czarek. Ten duch ma widać niezłe poczucie humoru, skoro bawi się tak z nami w kotka i myszkę! – parsknęłam, wciąż się śmiejąc i ocierając łezki, które poleciały mi nagle z oczu

   Memu mężowi, na szczęście, też udzielił się mój czarny humor i już niedługo potem wcinaliśmy razem w kuchni kolację chichocząc i żartując, jakiż to znowu numer nam tutejszy duch zaraz wywinie. A może siedzi właśnie przy naszym stole i dobrze się bawi, śmiejąc się razem z nami…? Trochę beztroskiego uśmiechu przydałoby się przecież i biednemu Stasiowi!

   Na drugi dzień widzieliśmy się z Wandzią i Władysiem. Opowiedzieliśmy im o rozchybotanej lampie a oni podszedłszy do całej sprawy zaskakująco naukowo i pragmatycznie, prawie rozwiali na jakiś czas nasze złudzenia o mocach nie z tego świata, zabawiających się sypialnianą lampą.

 - Jak jest przeciąg w pokoju, to wszystko się rusza! Przecież póki nie wymienicie okien, to wciąż będzie wam wiatr po pokoju hulał! – orzekł pełnym przekonania głosem Władyś i popatrzył na nas ze współczuciem
- Póki co, poutykajcie trochę szmat w szparach okien, bo przecież nocki już zimne – dodał jeszcze.

- Ale to nie to! – zirytował się Cezary – w pokoju było bardzo ciepło, bo nahajcowałem w piecu, aż miło! Drzwi były zamknięte a okna już dawno szmatami zatkaliśmy!
 - Ja i u siebie nie raz widziałam to samo! – odezwała się na to Wandzia
- Żyrandole huśtają się właśnie pod wpływem ciepła w pokoju. Tak samo jak zasłony i firanki. Jak się dobrze w piecu napali, to pod sufitem jest takie ciepło, że pojawia się silny prąd powietrza, który porusza lekkimi przedmiotami. Sprawdźcie to kiedyś!

Sprawdziliśmy. Cóż, prąd nie był na tyle silny, by wychylać lampę aż pod takim kątem, jak opisywał Cezary. Przecież lampa to nie dziecięca huśtawka!

   Powyższe wydarzenie oraz moje męczące sny zmusiły mnie do podjęcia decyzji o natychmiastowym sprzątaniu strychu. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że to w jakiś sposób pomoże rozwikłać te dziwne sprawy,
Potrzebowaliśmy jednak do tego sprzątania jakiejś pomocy. Kogoś, kto byłby silny i „nie bojący się” – jak by powiedziała Wandzia…
   Bardzo szybko znaleźliśmy chłopaka chętnego do tej roboty. Był to sympatyczny Wojtek -  drwal, niespełna dziewiętnastoletni mieszkaniec naszej wsi, który już raz, w kilka dni po wprowadzeniu się tutaj pomagał Cezaremu w oczyszczaniu naszej studni. Ileż oni się wtedy razem naharowali! Nawyciągali się wówczas setek wiader pełnej cuchnącej, brudnej cieczy, mułu i nawrzucanych doń przez wiele pokoleń tutejszych mieszkańców śmieci. Były tam zardzewiałe podkowy, rozlatujące się gumiaki, siekiery, wielgachne śruby, nożyce, dziurawe wiadro, kawał kamiennych żaren, szkło, butelki a nawet drewniane koło od wozu! Na szczęście nie było tam żadnych kości ludzkich, bo przecież i tego można się było spodziewać w tej przepastnej, studziennej graciarni!

   Wojtek omal cały dzień spędził na naszym strychu, co i rusz znosząc z niego na podwórze wory śmieci i ciężkich przedmiotów takich jak zepsuta waga, stare ramy okienne oraz plastikowe pojemniki pełne cuchnących olejów. Daliśmy mu wprawdzie do pracy maseczkę, osłaniającą oczy i usta, ale i tak dobiegało nas co chwilę jego głośnie kichanie i parskanie. Oj, nawdychał się tam wtedy ten dzielny chłopak mnóstwa kurzu i smrodu!

   Po obiedzie, na który uwarzyłam pyszną grochówkę z boczkiem i grzankami Wojtek, westchnąwszy ciężko znów wrócił do roboty. Zależało mu na tej pracy u nas, bo w jego chałupie się nie przelewało. Jego matka – wdowa, miała malutką rencinę oraz zasiłek opiekuńczy na dzieci i ledwie starczało im na skromniutkie wyżywienie czy jak teraz, zakup węgla na zimę. Wojtek miał więc właściwie na utrzymaniu ją i sześcioro swego młodszego rodzeństwa! Toteż najmował się chętnie do wszelkich możliwych prac. Na co dzień najczęściej jednak zajmował się wycinką drzew i obróbką drewna w tartaku. Patrzyłam na niego z podziwem. Tak na oko, to chuchro z niego było! Skąd więc znajdował w sobie tyle siły i wytrzymałości by pracować tak ciężko? Odpowiedzią na to pytanie zdawał się być wspaniały charakter Wojtka. Był to człowiek pogodny i miły a przy tym uparty, zawzięty, i naszym zdaniem, po prostu bardzo odpowiedzialny. A co najważniejsze - miał złote serce…

   Pod wieczór Wojtek brudny i zasapany zszedł na dół ze strychu, niosąc na rękach naręcze starych worków parcianych. Zapytał, czy nie mógłby ich sobie wziąć, bo w gospodarstwie zawsze worki się przydają a Matula nie ma w czym kartofli na zimę trzymać. Rzecz jasna, z radością mu je podarowaliśmy. W ogóle powiedzieliśmy mu, że jeśli znajdzie tam cokolwiek ciekawego dla siebie, to niech nam to najpierw pokaże, zapyta a najprawdopodobniej dostanie wszystko, co mu się tylko przyda. Oboje z Cezarym nie spodziewaliśmy się znaleźć na strychu żadnych skarbów, czy w ogóle czegoś wartościowego. Przecież gdyby coś takiego tam kiedykolwiek było, to na pewno Pan Iksiński dawno już by to sobie zachachmęcił!
Wojtek orzekł, że przyjdzie nazajutrz i postara się dokończyć robotę, której według niego, już nie tak wiele na strychu zostało.
   No to dobrze. Jednak ani nazajutrz ani następnego dnia Wojtek nie przyszedł. Nie odpowiadał też na nasze telefony. Jego komórka nie działała. Martwiliśmy się oboje o naszego kochanego Wojtusia. Czy aby mu się coś złego nie stało w drodze powrotnej od nas do domu?!…
W końcu udało nam się dodzwonić do jego matki i powiedziała nam pełnym zgryzoty głosem, że wieczorem, po powrocie od nas poszedł gdzieś z kolegami i przepadł na całą noc. A teraz wciąż chory od przepicia odsypia te nocne eskapady…

   To była nauczka dla mnie i Cezarego by nie płacić nigdy najętym pracownikom za tylko częściowo wykonaną robotę. Nie mieliśmy jeszcze wówczas pojęcia, że tu na wsi alkoholowe libacje są nadal ulubioną formą spędzania wolnego czasu…Nie przypuszczaliśmy też, by tak pracowity, rozumny i rozważny chłopak, za jakiego uważaliśmy Wojtka także już był dotknięty przekleństwem nałogu. Czuliśmy się w pewien sposób odpowiedzialni za niego. Żal nam też było jego matki, która tłumacząc się za syna prawie płakała nam w słuchawkę telefonu. Zapewniliśmy ją czym prędzej, by się tak bardzo nie przejmowała, bo jak chłopak wytrzeźwieje, to gotowi jesteśmy na powrót przyjąć go do pracy. Czekamy na niego niecierpliwie, bo trzeba przecież skończyć to, co zaczęte!
   Jednak Wojtek wciąż się nie pojawiał… A po naszym następnym telefonie do jego matki dowiedzieliśmy się, że będąc wciąż mocno skacowany, idąc rano do obrządku poślizgnął się na progu stajenki i  potłukł tak bardzo, że aż wylądował w szpitalu. Miał wstrząśnienie mózgu i na domiar złego paskudnie złamał nogę!
Współczuliśmy Wojtkowi i jego matce i obiecaliśmy im pomóc, jeśli zajdzie jakaś pilna potrzeba.

   Teraz jednak znowu zostaliśmy z problemem strychu zupełnie sami. Cezary zajęty był na dworze rozbiórką drewnianej przewiązki, łączącej nasz dom z budynkiem gospodarczym. Nie za bardzo więc miał teraz czas by zająć się czymś innym.
Wobec tego ja podjęłam odważną decyzję, że sama dokończę sprzątanie strychu, zaś Cezary pomoże mi najwyżej wynieść z niego to, co byłoby za ciężkie dla mnie.
   Mój mąż popatrzył na mnie z mieszaniną niedowierzania i podziwu. Ale znał mnie dobrze i wiedział, że potrafię być bardzo odważna, twarda i uparta. A co sobie zamierzę, tego dokonam, choćby gwoździe z nieba leciały!
Poszliśmy razem na strych, by ocenić jak wiele roboty na nim jeszcze zostało.
Niestety, okazało się, że mnóstwo! Wojtek nazbyt optymistycznie zapowiedział tę parę dni temu, że chyba da radę skończyć sprzątanie nazajutrz. Według mnie pracy starczyłoby tu dla dwojga na co najmniej tydzień!

   Ale słowo się rzekło i trzeba się było do roboty wziąć! Ubrałam swój najwygodniejszy, stary dres, chusteczkę na głowę, rękawiczki na dłonie oraz maseczkę na twarz i przystąpiłam do dzieła!

   Wciąż sporo tam było potłuczonego szkła i kafelków. To ładowałam do wiader i znosiłam na podwórze. Pod ścianami leżały w bezładnych stosach stare ciuchy i szmaty. Wciskałam je w plastikowe worki, które ustawiałam w rządku tuż przy wejściu. To samo robiłam z masą plastikowych kabli i pogryzionych przez myszy sznurków. Wytaszczyłam też stamtąd pełno jakiegoś żelastwa, części starych, rolniczych maszyn, zardzewiałych rur i szyn. Już się martwiłam, co my z tym wszystkim poczniemy?! Po śmieci przyjeżdżano na wieś raz na miesiąc. Trzeba je było posortować i włożyć w zakupione wcześniej, specjalne, tylko do tego przeznaczone worki. Worki nie były tak tanie, a tymczasem góra śmieci do wywiezienia wciąż rosła! Na szczęście przyjeżdżał tu od czasu do czasu wóz z pobliskiego skupu złomu i zabierał żelazne i metalowe graty. Przynajmniej z tym nie będzie więc kłopotu!
   Nie chcę Was tu zanudzać opisem mojego żmudnego i dość monotonnego jednak sprzątania. Dość powiedzieć, że po tygodniu byłam zaledwie na półmetku! Po prostu nie byłam w stanie spędzać tam całych dni. W maseczce było mi bardzo niewygodnie, więc ją zdjęłam i odtąd cierpiałam wciąż na męczący, lejący się ciurkiem z nosa katar oraz uporczywe kichanie! Wychodziłam zatem często na dwór, by odetchnąć ożywczym, górskim tlenem, dającym niesamowitą ulgę po tym zakurzonym, zatęchłym, strychowym powietrzu.
   A tymczasem na zewnątrz pogoda była przepiękna! Świeciło pogodnie wrześniowe słońce, było przyjemnie ciepło a nasza lipa mieniła się wszystkimi odcieniami złota. Prace Cezarego szybko posuwały się naprzód i po przewiązce nie było już prawie śladu.

   Teraz zabrałam się za ostatnią górę grochu z kapustą, która czekała na mnie na strychu do uprzątnięcia!
W większości składały się na nią śmierdzące, stare taśmy od kombajnu. Niektóre były w całkiem dobrym stanie. Te odkładałam do osobnego worka, bo mogły nam się w przyszłości przydać jako liny do ciągnięcia czegoś. A te potargane i wystrzępione składałam osobno, bo nadawały się tylko do wyrzucenia.
   Właśnie byłam w trakcie grzebania w tych taśmach i kucałam, pochylając się nisko nad nimi, gdy wtem moja ręka natrafiła na coś dziwnego. Przeraziłam się, bo było to kudłate, sierściowate, sztywne i zimne a przy tym jakby oślizgłe….

 - To szczur! Wielgachny szczur! – zawołało coś w mojej głowie i jak oparzona zerwałam się na równe nogi.
Zaraz potem jednak uspokoiłam się na tyle, by przynieść z podwórza widły i rozgarnąć nimi ostrożnie stos taśm.

   Już wiecie, co tam znalazłam, prawda? Tak, to był kot. Martwy kot Stasia…





Epilog

   Jeszcze tego samego dnia pochowaliśmy kota zaraz za płotem naszego ogrodu, na samym skraju pola.
   Teraz wszystko zaczęło się nam układać w logiczną, bardziej zrozumiałą całość.
Już pojmowaliśmy, dlaczego nawiedzały mnie sny o kocie i dlaczego tyle osób słyszało tu jego miauczenie. Pewnie pan Iksiński przeszukując dom, nie miał na tyle wytrwałości i czasu, by poszperać uważniej na strychu. I jakoś nie zwrócił jego uwagi dziwny fetor, unoszący się tam w powietrzu. A tymczasem kot Stasia leżał pod taśmami pewnie już od dawna. Tylko nie wiadomo czy umarł przed Stasiem, czy już po, z rozpaczy po śmierci swojego pana…?

   Może zapytacie czy te sny gnębiły mnie nadal? Na szczęście ustąpiły zupełnie. Po dokładnym wysprzątaniu, wymieceniu i umyciu strychu zaczęłam spać snem sprawiedliwych. Mogłam teraz poświęcić czas na inne, dużo przyjemniejsze prace i bez wyrzutów sumienia namawiać codziennie Cezarego na dalekie spacery po lesie.
   Wojtek drwal szybko wyzdrowiał i jeszcze nie raz pomógł nam w naszym gospodarstwie. Zupełnie niedawno temu spotkaliśmy go w lesie i omal nie poznaliśmy. Zmężniał jakoś i w ramionach się rozrósł, ale wciąż ma swój pogodny  uśmiech i z ciekawością wypytuje o nasze sprawy.

   Oboje z Cezarym często rozmawialiśmy i rozmawiamy do tej pory o Staszku. Wypytujemy o niego każdego, kto tylko mógłby coś wiedzieć. Wciąż nam jednak mało tych wiadomości, bo wydaje nam się, że okoliczni mieszkańcy tak naprawdę znali go tylko z jednej strony. Nikt nie miał tu ani potrzeby ani ochoty, by zastanowić się głębiej nad tym, jaki był, czym się interesował, o czym marzył? Może i nam nie dane będzie nigdy się tego dowiedzieć. Bo przecież po człowieku zostaje tylko cudza pamięć, a jakże jest ona ulotna i wybiórcza. Mamy jednak wrażenie, że tak właściwie, to moglibyśmy zaprzyjaźnić się ze Stasiem. Usiąść razem przy gorącej herbatce i porozmawiać chociażby o tej jesieni, co to tak pięknie ostatnie liście na złoto przebarwia… 

    I jeszcze ostatnia, ważna kwestia. Czy lampa na suficie przestała się dziwnie kołysać? No cóż, czasami zdarza jej się zahuśtać wesoło, zwłaszcza wówczas, gdy oglądamy na komputerze zdjęcia z Australii i czujemy wyraźnie, że ktoś ogląda je razem z nami…







12 komentarzy:

  1. Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam interesująco spisaną opowieść o Waszym domu, kocie i panu Staszku. Masz talent w pisaniu , naprawdę czyta się na jednym wdechu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tu zajrzałaś i spodobała Ci sie moja opowieść, Alinko. Nasz dom i ogród kryją jeszcze wiele zagadek i dziwnych opowieści. Może je kiedyś opiszę...:-))

      Usuń
    2. czytałam z zapartym tchem:)
      cudna historia :)
      i zazdroszczę Wam tego domu:*

      Usuń
    3. Cieszę się, że trafiłaś tutaj i przeczytałaś histori, od której wszystko sie zaczęło...Czyżbyś zazdrościła nam domu z powodu niewidzialnego lokatora?:-))

      Usuń
  2. Ciekawa historia. W sam raz na bezsenne noce (i nie tylko). Jak widać żonie również "nie zbywa" na talencie:-)
    Z chęcią przeczytałabym więcej takich historii. Na pewno macie ich więcej w zanadrzu. Może jeszcze nie spisane...
    Pozdrawiam Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedne historie czekają na spisanie a inne już się piszą. Zima jest bardzo dobra na takie twórcze dodawanie do kotła.
      Pozdrowienia dla nowej czytelniczki!:-)

      Usuń
  3. Pięknie piszesz :-)
    A historia domu jest bardzo ciekawa.
    Ma duszę ten dom ? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ma duszę. Wiele cierpień ten dom ogladał i teraz nareszcie oddycha swobodnie...

      Usuń
  4. Piękną prozą opowiedziana prawdziwa historia. "Tak mi rób" :)
    Gratuluję, Olu, talentu literackiego i wrażliwości w postrzeganiu ludzi, przyrody, życia, świata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło Livio, że spodobał Ci sie styl mojego pisania. Ten dom, ta okolica, te ślady przeszłosci zapisane w każdej grudzie ziemi bardzo inspirują mnie do pisania. Bardzo duzo tutejszych historii czeka na opowiedzenie. Ilekroć spotykam staruszków, osoby któe jeszcze coś pamietają z czasów wojny i powojnia wypytuję i słucham pilnie. Gdy te osoby odejdą, wszystkie te historie odejdą razem z nimi...
      Juz wkrótce zobaczysz i Ty Livio, że i w okolicach Twojego siedliska wiele drzemie fascynujących opowieści i mieszka lub mieszkało wielu wrażliwych ludzi...

      Usuń
  5. Własnie na to liczę, Oleńko! Mnie też fascynują opowieści o losach "prostych" ludzi, ich dole-niedole, historie z życia wzięte...Kiedyś zaczytywałam sie takimi opowieściami u Orzeszkowej i Konopnickiej, a dziś można takie przepiękne,autentyczne historie przczytać na blogach u wrażliwych ,uduchowionych i utalentowanych poetycko osób, jak np. na Twojej, ogromnie ciekwej stronie. Pozdrawiam ciepło. L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jeśli naprawdę fascynują Cię z życia wzięte opowieści o losach zwykłych ludzi, to przeczytaj sobie w wolnej chwili kolejną opowieśc z pomarańczowej zakładki - "Jadwigę z Modrzewiowej doliny".
      Takich Jadwig na wsiach mnóstwo, ale siedzą cichutko, los swój codzienny, pełen bólu i trudu tkają a nikt na nie uwagi przewaznie nie zwraca. Na pewno i Ty w swoim czasie spotkasz taką Jadwigę Livio.i będzie to bardzo cenna znajomość!
      Ciepłe mysli zasyłam!:-)

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia