Pokazywanie postów oznaczonych etykietą listopad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą listopad. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 listopada 2024

Śnieżek, pierwszy śnieżek…



Śnieżek, pierwszy śnieżek prószy, sypie, pada

Delikatnym puchem wiruje w przestrzeni

A każdy jego płatek baśnie opowiada

Tobie, drogom, niebu, pobielonej ziemi

 

Tańczą w krąg wspomnienia, płyną gdzieś z oddali

A śniegowe gwiazdki, niczym dobre duszki

Pomagają znowu ożywić, ocalić

Dawnych, dobrych czasów srebrzyste okruszki

 

Dotknij płatka myślą, wsłuchaj się w szept chwili

Niech się snuje lekko od człeka do człeka

Pora czas zimowy bajaniem umilić

Opowieść zimowa tuż obok już czeka…


…Raz słabiej, raz mocniej prószy listopadowy śnieg. I oto znowu nadeszła pora coraz krótszych dni oraz  długich i mroźnych, listopadowych wieczorów. Wieczorów, gdy coraz częściej człowiekowi ckni się do wspominania dawnych, lepszych czasów albo do snucia zajmujących opowieści przy migoczących świecach i kominku wesoło trzaskającym iskierkami. Czas, kiedy chce się oddalić od spraw zwyczajnego, codziennego świata i zanurzyć w jakieś bezpieczne i niezmiennie spokojne miejsce, pośród opowiadanych cichym głosem historii, które spowijają duszę w ciepłą, delikatną mgiełkę rozmarzenia, uśmiechu i szybującej swobodnie wyobraźni…



   I oto moja propozycja! Już nieraz zapraszałam Was na tym blogu do wspólnej zabawy w pisanie. Za każdym razem było to nieco ryzykowne z mojej strony, bo przecież mógł nie znaleźć się nikt chętny do podjęcia pałeczki i kontynuowania wraz ze mną opowieści. Jednak zawsze, mimo mych obaw, pojawiał się tu ktoś, kto nie bał się wyruszyć w dal na skrzydłach wyobraźni. Dzięki temu ukazywały się tu  nasze wspólnie tworzone poematy, zdarzały się także pełne humoru albo głębszej refleksji wiersze, czy też snute na wiele głosów baśnie. I teraz znowu naszła mnie na to ochota. Najwidoczniej jak byłam tak nadal jestem niepoprawną marzycielką!:-)

   Zatem zapraszam Was serdecznie do podjęcia wątku poniższej, zimowej opowieści, do jej kontynuacji w komentarzach. Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, jeśli zaciekawi Was taka forma blogowej zabawy i zapragniecie cokolwiek od siebie dopisać, to cudownie. Dzięki temu zabawa będzie się nieśpiesznie rozkręcała. Ja zaś sukcesywnie będę Wasze fragmenty opowieści wklejać do treści tego posta a niekiedy pewnie też dokładać między nimi kilka swoich zdań jako spoiwo pojawiających się tu wątków. Niektórzy z Was pewnie teraz wzruszą ramionami, że to niedobra pora na takie przyjemności, że zbyt wiele zmartwień macie teraz na głowie, a do tego świat całkiem zwariował i Was też w ten obłęd coraz bardziej wciąga. I ja to rozumiem, bo sama czuję podobnie. Jednak właśnie dlatego, jakby na przekór przygnębieniu, szaleństwu i obawom chcę pisać, tworzyć coś razem z Wami, próbując zagłuszyć w ten sposób choć trochę stado owych kraczących nieustępliwie trosk i lęków. Czy damy radę oddalić się od tego wszystkiego i raz jeszcze wspólnie zabawić w bajarzy…? Poniższa opowieść – rzeka – cicho szemrze i czeka…




   Emilia – młoda, jasnowłosa kobieta mocniej otuliła się zrobionym przez siebie na drutach, mięciutkim szalem. Było przenikliwie zimno i nieprzyjemnie wilgotno. Od kilku dni trwała niezmiennie typowo późnojesienna, dżdżysta pogoda. Idąc na przełaj starym parkiem nieśpiesznie wracała z zakupów do domu. Nie miała ciężkiej torby, bo niosła w niej zaledwie sześć kostek masła zdobytych na promocji oraz dwa opakowania żółtego sera takoż ogłaszanego jako okazyjnie tani.

- Do czego to doszło! – sarkała w myślach - że trzeba polować na podstawowe produkty spożywcze jak w zamierzchłych latach socjalizmu, o którym nieraz opowiadali rodzice.

- No tak! Tyle, że wtedy nie było niczego a teraz niby jest wszystko, ale ceny tak niebotyczne, że mało kogo na normalne zakupy stać! Dziwne, dziwne to czasy! Sama nie wiem, które gorsze! – westchnęła ze smutkiem, nie mogąc pogodzić się z tym jak bardzo od kilku lat pogarszała się jakość życia. Nie cierpiała chodzić po sklepach. Nie tylko dlatego, że było drogo i na tak niewiele mogła sobie pozwolić. Po prostu od zawsze była istotą uciekającą jak tylko się da przed dotykiem prozaicznej rzeczywistości. Poza mało inspirującą pracą w call center miała na szczęście swoje małe królestwo prywatnych zainteresowań. I to im chciała poświęcać jak najwięcej uwagi. Zajmowała ją ostatnio moda z dawnych lat. Zwłaszcza ta sprzed kilku stuleci. Potrafiła godzinami oglądać w Internecie a potem przerysowywać kopie starych rycin i obrazów przedstawiających kobiety w osiemnastowiecznych, opartych na krynolinach sukniach albo przeciwnie, te w zbyt wąskich, opiętych spódnicach jakie nosiło się na początku dwudziestego wieku. Do tego od kilku lat najważniejszą jej pasją było robienie zdjęć w plenerze. Gdzie tylko mogła zabierała ze sobą aparat fotograficzny a spoglądając w jego obiektyw odpływała w zupełnie odmienną rzeczywistość.

   Właśnie teraz rozejrzała się dokoła okiem bystrego fotografa. Nie najlepsze to były warunki do fotografowania, ale nawet w obecnej aurze stanowiące dla osoby takiej jak ona ambitne wyzwanie, dające jakieś ciekawe możliwości. Dzień był wyjątkowo ciemny i pochmurny. Zaciągnięte granatowo-szarymi obłokami niebo zwiastowało rychłe opady deszczu albo śniegu. Czarno-biało-brunatna rzeczywistość ukazywała świat w omalże wieczornym, przydymionym jakby wydaniu. Do tego z dala zaczęła napływać srebrzystobiała mgła, jeszcze bardziej ograniczająca pole widzenia.

 - Szkoda, że nie wzięłam ze sobą aparatu. Może udałoby się utrwalić tę dziwną, pełną oczekiwania nie wiadomo na co aurę – szepnęła do siebie i z braku tegoż aparatu, zrobiwszy z kciuka oraz palca wskazującego „oczko” spojrzała w nie z uwagą. I wówczas ni stąd ni zowąd zaczął padać śnieg. Najpierw były to pojedyncze, wielkie płatki a zaraz potem istna śniegowa fala ogarnęła ją ze wszystkich stron. Do tego zupełnie nieoczekiwanie spoza gęstych chmur przebił się jakiś odważny promień słońca i od razu pomalował świat w zupełnie nowe barwy.

   Ogarnął ją czysty zachwyt. Nadziwić się nie mogła tej nagłej piękności przysypanego białym puchem, popołudniowego parku,  migotliwym blaskom tańczącym pośród opadłych liści i pochylonych  traw, błękitno-srebrzystymi cieniom ścielącym się pomiędzy drzewami i alejkami, ostatnim różom pokrytym śniegiem niby apetyczną, bitą śmietaną. Emilia okręciła się radośnie wokół własnej osi. Nie wiadomo czemu poczuła się tak lekko i tak swobodnie jakby znowu stała się małą dziewczynką. Jakby znowu wszystko było możliwe. Zaśmiała się próbując złapać w dłonie i usta wielkie płatki śniegu krążące wokół niej w coraz gęstszym wirze. Ale one nie dały się pochwycić. Zaraz się roztapiały i znikały bez śladu. Tylko te na rzęsach zatrzymywały się na dłużej, ale i one wkrótce rozpływały się niby łzy tocząc się po jej policzkach. Tak się tymi płatkami zajęła, że zupełnie nie zauważyła, iż nie wiadomo kiedy zeszła ze swojej zwykłej ścieżki i zanurzyła się w nieodwiedzane nigdy wcześniej, nieznane, lecz oszałamiająco piękne rejony parku.

   …Zewsząd otaczały ją teraz pokryte świeżą bielą topole, platany i dęby, które splecione ramionami zdawały się poruszać w dziwnym, rozkołysanym tańcu. Śniegowe gwiazdki osiadały na ich gałązkach i zdawały się dźwięczeć stamtąd milionami maleńkich, kryształowych dzwoneczków. Zdawało się, iż dokoła w rzeźkim i pachnącym czystością powietrzu brzmiała jakaś słodka i tęskna melodia. Niby grany na skrzypkach i pianinie magiczny, kiedyś dobrze znany a dziś zapomniany sentymentalny walc sprzed kilku stuleci…


kontynuacja Jotki:

Emilia zaczęła wirować wraz z płatkami śniegu w takt walca, a ptaki skulone na gałęziach starych drzew jakby kibicowały dziewczynie w tym zimowym tańcu.
W końcu, gdy zatrzymała się w półobrocie, bo zakręciło jej się w głowie, otworzyła oczy i ze zdziwieniem rozejrzała się wokół. Nie tylko park zmienił oblicze, ale i jej strój przypominał raczej oglądane i przerysowywane dawne stroje.
Z dala dojrzała piękny dworek rozświetlony pochodniami, a na podjeździe szykowano ...tak, to chyba kulig!
Emilia pobiegła w tamtą stronę, nigdy nie była na prawdziwym kuligu!

kontynuacja Hanki C.:

Emilia spojrzała w dół:
- Ojej, ale ślisko! Co ja mam na nogach? Zaraz wyrżnę orła, muszę uważać.
Stopy obute miała w wysokie, wiązane trzewiki na śliskich podeszwach.
No i stało się, kolejny krok i Emilia upadła jak długa. Jęknęła boleśnie próbując się podnieść, ale kilka warstw długich spódnic i ciężki wełniany płaszcz uniemożliwiały jej wstanie z upadku. No tak, ale wstyd - pomyślała - jestem teraz kobietą upadłą - zachichotała pod nosem. Kątem oka ujrzała zbliżającą się do niej męską postać w otoczeniu myśliwskich psów. No, to po mnie -pomyślała - zachciało mi się kuligu.

kontynuacja Kitty:

Emilia poczuła nagle coś zimnego i mokrego na policzku i zamarła... Kolo niej stał wielki, piękny rudy wyżeł i zamaszyscie lizał ją po twarzy. - Max! Do nogi, co ty wyprawiasz hultaju?!l Nad głową Emilii rozległ się mocny męski głos o bardzo przyjemnym brzmieniu. Uniosła wzrok do góry i zobaczyła wpatrzone w nią ciemne i śmiejace się oczy. 

kontynuacja Olgi J.:

Przystojny, szpakowaty, lecz młody jeszcze mężczyzna z zawadiacko podkręconym czarnym wąsem przykucnął przy niej i mocno uchwyciwszy jej dłonie pomógł zawstydzonej biedaczce stanąć na nogi.

- Mam nadzieję, że nic sobie panna nie połamała! Dzisiaj wszak ślisko niemożebnie. W sam raz na sannę a nie na takie dzikie susy po lodzie! Czy aby nic panny Emilii nie boli? – zapytał otrzepując jej płaszcz ze śniegu i poprawiając troskliwie przekrzywioną na bakier zimową, futrzaną czapkę.

 - Nic mi nie jest – wyszeptała i oblawszy się rumieńcem zamilkła zmieszana, bo ów mężczyzna spoglądał na nią w ten sposób, w jaki nikt nigdy jeszcze na nią nie patrzył.

…Czy ja go znam? Wygląda na to, że on zna mnie dobrze…Ale skąd? I co ja tu właściwie robię? Co to za miejsce? Chyba jednak upadając uderzyłam się w głowę i wszystko to jakieś przywidzenie… - rozmyślała gorączkowo.

- Skoro panna Emilia dobrze się czuje, to nie pozostaje mi nic innego jak porwać pannę do sań. Konie  czekają a i reszta towarzystwa niecierpliwie powrotu panny wypatruje! A po kuligu czekają nas jeszcze tańce. Wszak panna obiecałaś mi pierwszego walca? – ozwał się wąsaty przystojniak, zaglądając  nieco zbyt poufale w jej oczy a potem nie czekając już na odpowiedź zaprowadził osłupiałą dziewczynę ku parskającym wesoło czarnym koniom zaprzężonym w wyłożone futrami sanie…

kontynuacja Jotki:

Emilia umościła się wygodnie, sanie ruszyły, a ona poczuła się jak w filmie, niczym Oleńka i Kmicic!
Cudownie było jechać przez las, ze świerków co chwila spadały na nich czapy śniegu, konie parskały i nieznajomy opiekuńczo otoczył ją ramieniem.
Kulig kuligiem, ale Emilii nie opuszczała myśl, że przecież na jakiś tam bal, to ona nie ma się w co ubrać! a fryzjer, a makijażystka? A w ogóle, co to jest, jakaś ukryta kamera? Może nawet można cos wygrać?
W takim razie Emilia zagra tę rolę najlepiej jak potrafi!


kontynuacja Hanki C.:

Konie biegły szybkim truchtem. Zimny pęd wiatru smagał policzki Emilii piekącym chłodem. Wtem konie pognane do szybszego biegu przez powożącego przyspieszyły, sanie szarpnęły, Emilia uderzyła w coś głową. Zapadła ciemność.
Kiedy ocknęła się stała w parku trzymając w ręku siatkę z kostkami masła i serem. Spojrzała w dół , na stopach znowu miała swoje wygodne trekingowe buty, a ciepła kurtka z kapturem z kożuszkiem otulała ją miękko.
Dziwna mgła gdzieś odpłynęła , a promienie słoneczne święciły coraz jaśniej. Emilia poczuła coś chłodnego na szyi. Sprawdziła dłonią, to była jakaś zawieszka. Odstawiła siatkę na ławkę i sięgnęła do zapinki. W ręku trzymała srebrny łańcuszek z owalną zawieszką. Z boku zawieszka miała zapięcie, naciśnięte przez Emilię uwolniło zawartość. Wnętrze owalnego wisiorka zawierało dwa zdjęcia. Na jednym Emilia rozpoznała siebie, ale drugie przedstawiało kogoś bardzo podobnego tylko dużo starszego. Była to kobieca twarz z wyblaklymi, błękitnymi oczami w otoczeniu delikatnych zmarszczek jaśniejąca spokojnym, pięknym uśmiechem. Kto to jest?
Emilia szybko pobiegła do domu.
- Koniecznie muszę zapytać mamę co to za osoba. To musi być ktoś z rodziny - myślała rozgorączkowana Emilia.
Biegiem wpadła do domu i do kuchni gdzie mama właśnie szykowała kolację.
-Mamo? Zobacz, kto to ? - zawołała pokazując mamie zawieszkę.
O! Odnalazłaś mój wisiorek! Gdzie był!? - zapytała zdziwiona mama.
- Mamo! - zawołała zniecierpliwiona Emila - Kto jest na tym zdjęciu!?
-A to Twoja prababcia Emiliana. Piękna kobieta. Jesteś do niej podobna. Bardzo podobna - uśmiechnęła się mama...

kontynuacja Olgi J:

- Emiliana? Pierwsze słyszę! – zdziwiła się dziewczyna – Dlaczego nigdy mi o niej nie opowiadałaś? I w ogóle, to skąd miałaś ten wisiorek?

- Bo sama niewiele o niej wiem, Emilko. To postać, która owiana mgłą tajemnicy. Wiadomo tylko, że żyła w XIX wieku, no i miała córkę, także Emilię.  A ten wisior przechodzi w naszej rodzinie właśnie z matki na córkę. I ja też go kiedyś od twojej babci dostałam. Przykazała mi bym strzegła go jak oka w głowie, bo jest to najcenniejsza i jedyna właściwie pamiątka po naszej protoplastce.

- Ale mimo to mamuś zgubiłaś go? – Emilia spojrzała z wyrzutem w błękitne oczy matki, a potem z czułością obróciła delikatnie palcami srebrny medalion. Miała niejasne wrażenie, że już kiedyś go widziała i dotykała. Ale kiedy to było?

- No niestety! Zapodział mi się lata temu podczas przeprowadzki! – wyznała z zawstydzeniem jej mama – Ileż ja się go naszukałam! Razem z tatą przetrząsnęliśmy każde pudło, każdy zakamarek. I jak kamień w wodę! – na twarzy mamy odbijała się teraz mieszanina skruchy, ulgi i wielkiej radości.

- I nagle się znalazł! Ty go, córuś masz! Ale skąd? Jak? – mama wyciągnęła dłoń po wisior – Oddasz mi go Emilko? Tym razem schowam go tak, że nigdy już się nie zgubi a ty w przyszłości będziesz mogła podarować go swojej córce – oznajmiła spoglądając wyczekująco w oczy dziewczyny.

- Ach! W tym rzecz, że nie pamiętam skąd go mam. To bardzo tajemnicza sprawa – szepnęła przyglądając się uważnie misternie wygrawerowanym na powierzchni medalionu wzorom – Jest piękny i na pewno bardzo cenny! – szepnęła uśmiechając się do podobizny urodziwej Emiliany.

 - A do mojej, ewentualnej potomkini to jeszcze daleka droga, mamuś! O ile w ogóle jakaś kiedyś będzie! – zaśmiała się Emilia – Ale póki co, jeśli pozwolisz chciałabym go trochę ponosić. Mam zamiar bliżej się mu przyjrzeć, sfotografować go, odrysować te wzorki, a potem poszukać w Internecie czegoś na jego temat. Może tam znajdę jakiś ślad po naszej pra, prababce?

kontynuacja Hanki C.

Emilia jak powiedziała, tak zrobiła. Sfotografowała medalion, raz i drugi, bo zdjęcie było zamazane. Spróbowała jeszcze raz i kolejny, ale zdjęcia nie wychodziły.
Rozeźlona Emilia położyła wisior na klawiaturze komputera.
Błysnęło, trzasnęło, ktoś powiedział poirytowanym głosem - Tylko nie elektronika. Precz mi z tym ! I... Emila znalazła się w dziwnym pokoju. Wiało chłodem. Siedziała przed sekretarzykiem, przed nią leżały kartki papieru, obok trącona ręką huśtała się suszka do osuszania atramentu.
- Kochana, jeszcze nie śpisz? - usłyszała męski głos. Odwróciła się i ujrzała w drzwiach mężczyznę, tego samego, który pomagał jej wsiąść do sań. Był tylko trochę starszy, a dawne ogniki w czarnych oczach przygasły. Emilia spojrzała w lustro stojące w rogu pokoju. Z odbicia patrzyła na nią prababka Emiliana. Dziewczynę przeszły zimne dreszcze...

kontynuacja Olgi J.

   …Po chwili okazało się jednak, że to nie było lustro a okno czyjejś sypialni. Spoza niego spoglądała na nią urodziwa i dziwnie do niej samej podobna, lecz nieco od niej starsza, ubrana w wykwintny szlafrok kobieta. Najwidoczniej jednak nie widziała Emilii, bo jej wzrok prześlizgiwał się obojętnie po jej twarzy. Była to sprawka porannego słońca, które tak mocno świeciło w okno, że dama aż zmrużyła oślepione jego blaskiem oczy. Czym prędzej więc odwróciła się i z pełnym rozbawienia westchnieniem zbliżyła się do stojącego jej pobliżu siwowłosego mężczyzny, który bez powodzenia próbował zawiązać pod szyją granatowy krawat.

- Oczywiście, że wstałam, mój drogi. Najwyższa już była pora. Przecież sam sobie nie poradzisz z tym węzłem. Pomogę ci Ksawery a potem weźmiemy Maxa i przejdziemy się po ogrodzie, dobrze?

- Nasz Max Trzeci  - staruszek ledwie już powłóczy nogami, ale na wspólny spacer zawsze jednak znajduje siłę i ochotę – dodała, powracając myślami do dawnych, tkliwych wspomnień, gdy Max Pierwszy, dziadek obecnego ich psa tańczył wokół nich radośnie, kiedy tuż po sannie stanąwszy z dala od reszty towarzystwa pierwszy raz się pocałowali…

   Najwidoczniej Ksawery pomyślał o tym samym, bo na jego ustach też zagościł teraz pełen wzruszenia uśmiech.

- Ach, wspomnienia, wspomnienia…Niech zawsze nas rozświetlają, tak jak moje serce rozświetlać będzie po wieczność twoja Uroda, moja najmilsza Emiliano – mężczyzna uśmiechnął się do niej serdecznie a w chwilę potem złożywszy na jej dłoni pełen wdzięczności pocałunek wyszedł z pokoju aby nie przeszkadzać kobiecie w ubieraniu. Do pomieszczenia od razu weszła pokojówka i jak co rano, sprawnie zabrała się za zasznurowywanie na swej pani gorsetu, wkładanie jej krynoliny i całej reszty przygotowanego na dzisiaj stroju…

   Emilia obserwująca zza okna scenę czułości miedzy małżonkami a potem skomplikowane ubieranie pięknej damy zwanej Emilianą poczuła się dziwnie niestosownie. Jakby była zwyczajnym podglądaczem a jednocześnie jak gdyby przed jej oczami toczył się jakiś kostiumowy, sentymentalny film.

- Czy ta kobieta jest moja matką, czy może raczej prababką? I czy to wszystko tylko mi się śni…? – wyszeptała do siebie.

- Ale jeśli to sen to bardzo realny! – jęknęła spojrzawszy na siebie i dostrzegłszy, że sama odziana jest w starodawne spodnie do konnej jazdy. Poczuła też boleśnie,  iż mocno ściska jej żebra gorset a jasne do niedawna proste włosy teraz w dziwnie upiętych, sztywnych lokach opadają jej na ramiona gęstą falą…

kontynuacja MaB:

Prababcia Emiliana była bardzo szykowną kobietą. Nawet w dzień powszedni przechadzała się po pokojach jak dama. Dziś ubrana w białą koszulę z wysoką koronkową stójką z przodu ozdobioną kameą. Wysoko upięte włosy lekko okalały twarz. Spódnicę przepasała paskiem, dołem zaszeleściła krynolina. Właśnie wydawała kucharce dyspozycje, kiedy zobaczyła Emilię.
- Dziecko, a co ty masz na sobie? Spodnie? Emancypantką chcesz zostać? Czy oni tam w tym mieście do reszty powariowali? Dwadzieścia dwa lata I dalej panienką!

kontynuacja Olgi J.

- Dzień dobry, kochana mamo! Dzień zapowiada się wprawdzie mroźny, ale słoneczny. Dlatego poprosiłam stajennego żeby osiodłał naszego kasztanka. Tak dawno już na nim nie jeździłam! Proszę, się na mnie nie gniewać! Wszak mama sama do niedawna gustowała w porannych przejażdżkach! – odparła grzecznie Emilia ze zdziwieniem słysząc własne słowa. Miała wrażenie, jakby ktoś wkładał w jej usta kwestie z jakiejś staroświeckiej sztuki. Dobrze jednak czuła się w tej roli. Pełna była cudownej euforii i blasku. Jakby tuż za rogiem czekała na nią jakaś upragniona, wspaniała przygoda! 

- To prawda, córko! Od czasu jednak mojego ubiegłorocznego upadku zdecydowanie wolę poranne przechadzki z twym ojcem – odparła z powagą jej „matka” i skrzywiła się lekko, tak jakby nadal odczuwała ból w skręconej niegdyś kostce.

- No więc dobrze, dobrze Emilko, jedź już skoro koń czeka! Tylko uważaj na siebie proszę. Jedną ciebie z ojcem mamy i gdyby ci się coś nie daj Bóg stało, nie wiem co byśmy poczęli! – po chwili zastanowienia dodała z czułą troską Emiliana.

- A poza tym, kochane dziecię pamiętaj o tym, że w sobotę wyprawiamy bal na twoją cześć. Kończysz wszak dwadzieścia dwa lata. Najwyższa już pora aby zainteresowali się tobą jacyś godni twej ręki młodzieńcy! Twoje koleżanki z pensji dawno już są mężatkami! –  szepnęła jeszcze znacząco  a Emilii od razu zrzedła mina…Jedyne, co ją w tej chwili pocieszało to dotyk srebrnego wisiorka spoczywającego na jej piersi tuż pod zapiętą pod szyję, futrzaną kurtką. Wydawało jej się, iż z wnętrza medalionu promieniuje na jej serce jakieś światło pełne mocy i ciepła. Nadziei na dobrą, lecz wcale nie tak przewidywalną, jak chciałaby jej matka, przyszłość! 

***

Kochani! Dziękuję wszystkim chętnym za wzięcie udziału we wspólnym pisaniu powyższej opowieści. Mam nadzieję dziewczyny, że dobrze się bawiłyście, że tak jak mnie, sprawiło Wam to pisanie radość. Nie kończę tu niczego, bo jeśli ktoś miałby ochotę jeszcze coś dopisać, to zapraszam serdecznie! A póki co serdeczne myśli Wam oraz czytelnikom zasyłam!:-)♥



poniedziałek, 11 listopada 2024

Przemiany, przemiany…

 


 

   Za oknem widok zmienia się nieustannie, ale ostatnie przemiany, które mogłam zaobserwować w ciągu paru zaledwie dni są wręcz spektakularne. Słoneczny początek listopada wraz z niesamowitą wyrazistością i nasyceniem kolorów liści, nieba, spowitego światłem ogrodu oraz okolicznych łąk ustąpił na rzecz porannych mgieł a potem całkowitego zachmurzenia. 




   Tak było jednak tylko przez chwilę, bo oto dzisiejszy poranek zdecydował się okryć świat szronem i srebrzystą mgłą. Pokazało się minus cztery na termometrze i na dworze od razu mróz wziął we władanie rzeczywistość. Nie mogłam zatem nie chwycić aparatu fotograficznego i nie wybiec w ten wczesno poranny świat.  Śpieszyłam się wiedząc, iż wschodzące słońce szybko nabierze mocy i sprawi, iż wszystkie te biało-srebrno-złote zjawiska znikną tak szybko, jakby ich nigdy nie było. 




   I tak się stało. W chwili, gdy piszę ten tekst za oknem już prawie całkiem nie ma śladu po szronie. Ulotniła się gdzieś tajemnica sennych wzgórz, schowanych w opalizujących mgłach i lśniących drobinkach lodu. Robi się zwyczajnie, choć nadal pięknie. Jeszcze widać na brzozach mieniące się złoto listeczki, jeszcze na jeżynach rumieni się odporne na mróz listowie a krzewuszki, berberysy i tawuły pokazują wciąż jeszcze barwy złota, pąsu i ostatniej zieleni. Napawam się tym wszystkim wiedząc, że zaraz i to zniknie. Jednak ukaże się coś nowego, coś co zaskoczy, zachwyci, wzbudzi podziw, wzruszenie i uczucie uczestniczenia w misterium natury. Misterium, którego moc nigdy się nie kończy.





   Listopad nie jest ani lepszy  ani gorszy, niż reszta miesięcy. To tylko następny, konieczny etap by przygotować się do zimowej odsłony rzeczywistości. A to, jak się na listopadowy świat patrzy, w głównej mierze zależy od człowieka, od jego nastawienia i umiejętności dostrzegania wartych zauważenia rzeczy…Mógłby ktoś powiedzieć, iż istnieją przemiany na dobre, ale i na złe. To jednak bardzo subiektywne stwierdzenia. Dla każdego inne. A tymczasem natura po prostu robi swoje, nie oglądając się na nasze oczekiwania i przyzwyczajenia. Ma swoje własne plany i działa tak, jak działać powinna. Natomiast intencje, preferencje i życzenia człowieka niewiele tu mają do rzeczy. Jesteśmy zbyt maleńcy, zbyt mało znaczący, by natura przejmowała się naszymi działaniami i zamierzeniami. Choć ostatnimi czasy wielu niestety odzywa się takich, co wmawiają reszcie jakobyśmy my, ludzie w znaczący sposób wpływali na klimat i ogólnie przyszłość środowiska naturalnego. A mnie takie stwierdzenia wyglądają na jakąś śmieszną manię wielkości albo na groźną propagandę mającą na celu podporządkowanie ludzkości określonej ideologii, na zrujnowanie gospodarki i wyssanie z niej nie tylko coraz bardziej topniejących zasobów finansowych, ale i sił żywotnych. Nie wolno się temu poddawać. Trzeba mieć nadzieję, że ten ideologiczno-propagandowy pęd ku autodestrukcji sam się wypali i pęknie jak prędzej czy później pęka wszystko, co sztucznie rozdęte, kłamliwe a przede wszystkim podszyte chęcią zysku i totalnej kontroli człowieka. Słychać już, że nowo wybrany prezydent Ameryki ma w planach odejście od rujnującej jego gospodarkę polityki klimatyzmu. Może więc i reszta świata pójdzie po rozum do głowy?  Czekam na to z utęsknieniem i coraz bardziej w to wierzę, widząc, iż nawet zajadli do tej pory obrońcy Zielonego Bezładu zaczynają dostrzegać jego absurdy i zabójczy wpływ na dobrobyt obywateli Europy.






   Listopad nastraja mnie życzliwie do świata. Wlewa mi w duszę tak potrzebny spokój i delikatną nadzieję. Każdego poranka rozpalam w kuchennym piecu, co daje nam tak potrzebne o tej porze ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Spoglądam z lubością w tańczące płomyki, w tlące się na żółto i karminowo węgielki. Cieszę się, że znowu udało się nam zgromadzić spory zapas drewna. Nie wyobrażam sobie tego, by nie wolno mi było dołożyć do pieca kolejnej szczapki, by ktoś autorytatywnie mógł mi zakazać tego, co od zawsze było czymś najnaturalniejszym i najnormalniejszym, od początków istnienia ludzkości nierozerwalnie z nią związanym.  Mocy ognia, potężnej energii, na której opiera się życie, dzięki której można przetrwać wszelkie chłody i mrozy.  A przecież już teraz wielu ludzi marznie, uwierzywszy w rządowe obietnice, iż tylko inwestując w odnawialne źródła energii spowolni ocieplenie klimatyczne a przy okazji pomoże i sobie.  Brzmi to jednak nieco fałszywie. Co komu po wielkich inwestycjach, skoro zwyczajnie jest mu zimno a do tego nie stać go na comiesięczne opłaty?






   Ech! Wszystko w naturze toczy się tak, jak toczyć się powinno. Może więc i w świecie ludzi sprawy wrócą na tor normalności i już wkrótce przestaniemy się zamartwiać o wysokie rachunki za energię elektryczną, gaz i opał, o bankructwa kolejnych firm, o rosnące bezrobocie i zadłużenie państwa?





   „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, tak brzmiał tytuł spektaklu do słów Agnieszki Osieckiej. A może nie trzeba będzie czekać na wiosenne przemiany? Może one powolutku dzieją się już teraz? I nawet listopad, ten przez wielu tak nielubiany miesiąc tętni podskórnym życiem nowych, bardziej racjonalnych nurtów myślowych, pozytywnych zamysłów a przede wszystkim sposobów wyjścia z labiryntu niemocy? Bo przemiany dzieją się cały czas. Nawet wówczas, gdy ich nie dostrzegamy, nawet, gdy zdaje się nam, że nic optymistycznego, godnego nabrania haustu wiary nie zachodzi. Ale to nieprawda. Dzieje się wciąż i wciąż…Opadają złote listki, ale przecież na ich miejscu pojawia się srebrzysta koronka szronu. A coraz bardziej nagie drzewa i krzewy nabierają w spokoju sił przed kolejnym dzianiem…



czwartek, 4 listopada 2021

Ciasteczka z niespodzianką...

 

 

 



   Wbrew tytułowi tego posta nie mam tu zamiaru pisać o sławnych, chińskich ciasteczkach z niespodzianką, ale o ciastkach mego wypieku, które pełne są przeróżnych ziaren, orzeszków oraz wiórków kokosowych i dlatego nigdy nie wiadomo dokładnie, na co się w takim ciasteczku trafi. Owe ciastka smakują nie tylko nam, ale także przypadły do gustu mojej rodzinie na Śląsku, u której miałam okazję kilka dni temu gościć. To było bardzo wzruszające spotkanie, pełne serdecznych rozmów,  opowieści oraz wspomnień z dawnych lat przetykanych westchnieniami i uśmiechami przez łzy…Bo tak to w życiu jest – to co słodkie wydaje się jednocześnie także gorzkie a między tymi dwoma skrajnościami mieści jeszcze wiele innych, trudnych do określenia smaków. Do tego nasuwa mi się taka jeszcze refleksja, że tylko to, co naprawdę ważne zawiera w sobie wiele warstw i odcieni odczuwania. Nie jest płaskie i jednowymiarowe niczym w telewizyjnej, cukierkowej reklamie. To, co najważniejsze ma w sobie dużo głębi,  znaczeń, przesłań i nabrzmiałego emocjami międzysłowia. A do tego czas bezustannie częstuje nas swoimi ciasteczkami z niespodzianką. Nigdy nie wiadomo, co tam w środku będzie i jak długo jeszcze dane nam będzie owe wypieki zjadać…



***

Czas nie próżnuje – wciąż wypieka

Swe z niespodzianką ciasteczka

Dlatego nie wie nikt, co go czeka

Jakiego tam znajdzie orzeszka

 

Czy będzie słodki, gorzki, nijaki

Czy stanie się zmian zwiastunem

Jakie czas daje rady i znaki

I które są ważne, które?

 

To ciastko nęci, tamto kusi

To zaś odpycha – spalone

Czas stale szepcze – wybrać musisz

A potem iść w swoją stronę

 

Czas nie ma czasu - robi swoje

Zagadki w ciasteczkach zamyka

Daje nadzieje, niepokoje

A potem nagle znika, znika…

 

 


   Wróćmy jednak do moich tytułowych ciasteczek. Są bowiem pyszne, zdrowe a do tego bardzo proste w wykonaniu.  Do ich zrobienia nie użyłam ani grama mąki czy cukru i dzięki temu oboje z Cezarym możemy się nimi często raczyć bez lęku o narażenie zasad naszej diety niskowęglowodanowej.

 

Do ich wykonania potrzebujemy:

 

2 białka kurze

Kilka kropel aromatu waniliowego albo migdałowego

szczyptę soli

3 albo cztery łyżki ksylitolu, erytrytolu albo po prostu cukru, jeśli ktoś nie ma oporów w jego używaniu

Mniej więcej po garści różnych ziaren: sezamu, słonecznika, dyni, lnu i maku.

Garść drobno posiekanych jakichkolwiek orzeszków (ale niekoniecznie)

Szklankę wiórków kokosowych

 

   Najpierw trzeba widelcem albo trzepaczką dobrze wymieszać białka z ksylitolem, aromatem i solą. Nie ma potrzeby robienia piany. Wystarczy by wszystkie składniki dobrze się w rozpuściły.

Następnie dosypuje się do owego białkowego płynu po kolei wszystkie ziarna, wiórki, orzeszki i dokładnie miesza masę. Ma być gęsta, zwarta, mokra i lepka. Dlatego sami musimy regulować sobie ilość dosypywanych składników. Gdyby masa była zbyt rzadka dokładamy więcej ziaren albo wiórków kokosowych. A gdyby stała się zbyt gęsta można dodać jeszcze jedno kurze białko.

 Teraz rozgrzewamy piekarnik do ok. 150 – 160 stopni Celcjusza.

Bierzemy płaską, dużą blachę i wykładamy ją papierem do pieczenia.

 Nakładamy na ów papier łyżką  i rozpłaszczamy jak najcieniej naszą ciasteczkową masę. 


 

 Wkładamy blachę do piekarnika i pieczemy aż do zrumienienia z obu stron (trwa to ok. pół godziny albo trochę dłużej).

   Jeśli nam się nie spieszy a nasze kubki smakowe nie powodują u nas ślinotoku, wyczuwszy dobiegający z pieca wspaniały, kokosowo-orzechowy zapach wypieku, możemy pozwolić by ciasto wystygło w piekarniku. Natomiast, gdy mamy przemożną ochotę by jak najszybciej zacząć chrupać ciasteczka wyjmujemy blachę z piekarnika i zanosimy ją w jakieś chłodne miejsce. U mnie najzimniej jest zawsze na ganku. Dlatego studzę tam wszystko a nawet w sezonie jesienno-zimowym przechowuję potrawy w garnkach, półmiskach i rondlach niemieszczących się w lodówce.

   Wystudzone porządnie twarde i sztywne niczym karton ciasto trzeba oderwać ostrożnie od papieru do pieczenia a następnie pokroić  ładnie nożem albo połamać na nieregularne kawałki. 


 

   I voila! Oto możemy już chrupać z rozkoszą smakołyki, które są nieco podobne do sklepowych sezamków, ale moim zdaniem, o niebo od nich lepsze, bo nie tak przeraźliwie twarde i słodkie. A jeśli mamy chęć na istną rozpustę smakową można sobie owe ciasteczka polać rozpuszczoną, gorzką czekoladą (ale to znacznie wydłuża czekanie na degustację!). Możne też je czymś posmarować: konfiturami, dżemem, powidłami, serkiem homogenizowanym, bitą śmietaną czy po prostu masłem. I mówię Wam – pycha nad pysznościami!:-)


 

    I jeszcze ciekawostka. Otóż powyższe ciasteczka można sobie również zrobić w wersji na słono. Jeśli oczywiście ktoś miałby ochotę na zdrowe, smakowite, słone chrupanki!  Wówczas nie dodajemy do ciasteczkowej masy żadnego słodzidła ani wiórków kokosowych a za to dosypujemy więcej soli, można dodać papryki (słodkiej albo ostrej, jeśli lubi się uczucie piekła w gębie) oraz wszystkich innych dodatków smakowych, które lubimy. Mogą to być np. ziarna czarnuszki czy kminku, płatki chili, pieprz czarny albo ziołowy, curry czy suszony czosnek albo cebulka. Dobrze pasuje też do tego dodatek startego na tarce żółtego sera.

   Z powyższych składników powstają chrupiące, zdrowe krakersy, które możemy zajadać same albo z jakimiś smarowidłami typu: masło, pasztet, serek, domowy smalec ze skwarkami czy co tam komu jeszcze przyjdzie do głowy!:-)

 


   Wystarczy spojrzeć za okno by zauważyć, iż przeminął już październikowy przepych barw i mocnych odcieni purpury, czerwieni, złota i rudości. Coraz mniej na drzewach liści… Odziany w poszarpaną kapotę listopad rozsiada się wygodnie na swym jesiennym, uplecionym z czarnych gałęzi tronie. Nuci wietrzne śpiewki i pełne szelestów deszczowe bajanki. Szumi niegasnącymi wspomnieniami i nadziejami. Szepcze coś o przemijaniu i tęsknocie, o upartych pytaniach bez odpowiedzi i nagłych niespodziankach od losu, czasu czy też Wszechświata…Zasnuwa mgłami i mżawkami widok na wzgórza, lasy, łąki oraz tajemnicze oddale... 



   To dobry czas na rozkoszowanie się domowym zaciszem. Na odpoczynek od wieści ze świata. Na zanurzenie się w świat książek, filmów, muzyki czy robótek ręcznych. To także idealna pora na wypiekanie a następnie zajadanie takich prostych, domowych ciasteczek z niespodzianką. A gdy jeszcze do tego popija się herbatkę z imbirem i cytryną albo grzane wino, wtedy ciepło szybko opanowuje spracowane ciało a miły spokój duszę…I na ten listopadowy czas tego właśnie z całego serca Wam życzę!:-)

 


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost