Nie, nie będę tu pisała o sylwestrowych fajerwerkach, choć niestety, nie zabrakło tychże w naszych okolicach minionej nocy (która poza światełkami i kolorowymi rozbłyskami sztucznych ogni była wyjątkowo mroczna i nieprzenikniona). Chcę podzielić się z Wami pewnymi obserwacjami i przemyśleniami, które zrodziły się we mnie pod wpływem tego, co zdarzyło mi się ujrzeć i doznać podczas kilku, czy nawet kilkunastu ostatnich nocy grudniowych.
Dzięki moim psom (a może bardziej przez nie), po wielekroć dopraszających się w późnych godzinach wieczornych wypuszczenia do ogrodu miałam możliwość przyjrzenia się rzeczywistości odmienionej przez nienaturalnie wielki i jasny księżyc oraz zdumiewająco mocno świecące, jak gdyby bliższe ziemi niż zazwyczaj, gwiazdy.
Obudzona przez drapiące w drzwi sypialni namolne sierściuchy po wielekroć półprzytomnie wyłaziłam z ciepłej pościeli i jak to ja, bez okularów, w samych kapciach i nocnej koszuli przechodziłam przez łazienkę do przedpokoju a potem na ganek, gdzie otwierałam na oścież wyjściowe drzwi. Jak zawsze radosne na mój widok psiska z zapałem oblizywały mi dłonie a potem natychmiast, popiskując z podniecenia, podskakując i przeciskając się jeden przez drugiego biegły niczym strzały na tył ogrodu aby tam poszczekiwać, wyć i ujadać na ryjące na naszym polu dziki, pasące się tamże sarny oraz inne stworzenia przebiegające w oddali. A choć rozum nakazywałby mi natychmiastowy powrót do zacisznej sypialni oraz ponowne oddanie się w ramiona Morfeusza (tudzież śpiącego snem sprawiedliwym Cezarego) stałam jak zaczarowana na progu domu i wpatrywałam się w niebo oraz malowane srebrzystymi promieniami ciał niebieskich podwórko i ogród. Zdumiewałam się, gdzie też podziała się nagle gęsta mgła zasnuwająca wszystko dookoła od co najmniej tygodnia, od świtu do zmierzchu? Jak to się stało, że wtem wszystko było tak wyraziste a jednocześnie nierzeczywiste jak na obrazkach z książek z bajkami, czytanych w czasach dzieciństwa? Gdyby nie szczekanie moich czterech basałyków, dochodzące zza budynku gospodarczego mogłabym nawet przypuszczać, że chyba mi się śni ta dziwna chwila. Do niezwykłości tego, co obserwowałam dołączało się jeszcze i to, że absolutnie nie odczuwałam żadnego chłodu (choć termometr pokazywał około zera stopni albo najwyżej kilku stopni powyżej zera). Stałam tam niemal naga, bo tylko w zwyczajnej, frotowej koszulinie a czułam się jakbym trwała w jakiejś banieczce ciepła i spokoju. Żaden wiaterek mnie nie muskał chłodnym powiewem. Żaden mroźny podmuch do mnie nie dochodził. Po prostu chłonęłam ten czar, który się wokół dział całą sobą. I pewnie zapominając o wszystkim mogłabym tak stać godzinami.
Pierwsze, co mnie zachwycało i dziwiło to niewidziana nigdy wcześniej wielkość księżyca oraz to, że granatowo-stalowe chmury rozsunęły się jak gdyby specjalnie po to, by on, czarodziej i władca nocy mógł w pełni ukazać swe imponujące, jak gdyby z rtęci ulane oblicze. Po drugie przecierałam oczy ze zdumienia, bo choć nie było na ziemi szronu ani śniegu, to betonowe schodki, trawa i całe podwórko bielało a może wręcz świeciło delikatnym, jasnobłękitnym światłem. Sama sobie nie dowierzając, iż to nie śnieg a tylko niezwykłe światło, kucałam aby dotknąć kamiennego podłoża, na którym stałam. A potem szłam kilka kroków przed siebie aby pogładzić delikatnie czuprynę zimowych, wilgotnych traw. A każdy kłos, każda roślinka lśniła niczym lameta z choinki. A choć przesuwały się po nich ogromne cienie płynących w górze obłoków nie traciły niczego ze swego nieziemskiego blasku. Stojąc tam, jakby w centrum jakiejś sceny teatralnej nie bałam się wcale. Odczuwałam jakiś nieokreślony, ale dziwnie podniosły nastrój. Nie marzłam. Nie dygotałam. Nie dopatrywałam się w tym, co widziałam niczego złowróżbnego. Miałam wrażenie, że czuję jak cała ziemia oddycha spokojnie, jak w tajemnym misterium łączy się z niebem i przekazuje mi cześć swego uniesienia. Zdawało mi się, iż byłam przypadkowym świadkiem czegoś wielkiego i niepojętego. Ale nie jako intruz, ale cichy obserwator i jako drobna cząstka większej całości, która otaczała mnie i otulała spokojem. Odczuwałam całą sobą dawno już nie odczuwaną wolność i …wdzięczność. Bo dana mi była ta chwila. Ten cud, którego nie umiałam i dotąd nie umiem nazwać. I tak jak nagle rozwiewają się mgły, tak ode mnie odpłynęły gdzieś wówczas dzienne zmartwienia i uporczywe myśli. Byłam niczym czyste naczynie, w które ktoś wlewa powoli krystaliczną, szemrzącą łagodnie, żywą wodę. I myślałam, że jeśli nawet to tylko sen, niech trwa, niech dalej trwa...
Ech! W końcu, gdy jednak rozsadek brał wreszcie górę postanawiałam wrócić do domu. Najpierw jednak próbowałam przywołać do siebie psy, zapamiętałe w nocnym ujadaniu. Czasem do mnie przychodziły a czasem nie. Znając je dobrze wiedziałam, że nie ma co krzyczeć po próżnicy. Trzeba zostawić je na dworze, żeby się wyszczekały do woli. Zatem rzucając ostatnie spojrzenie na posrebrzony ogród i wielowarstwowe jakby, niewytłumaczalnie jasne niebo zamykałam za sobą drzwi i cichutko, by nie budzić Cezarego wracałam pod cieplutką kołdrę. Potem albo zasypiałam szybko, albo rozpamiętując to, co widziałam oraz czego doświadczyły moje zmysły leżałam na wznak i gładząc mruczącego na mych piersiach kota wpatrywałam się w cienie tańczące na suficie…Rano, jedyną pozostałością nocnych wyjść były tylko liczne, błotniste ślady zostawione przez psy na kuchennych kafelkach. A co ze mną? Cóż, nie miałam nawet kataru. Za to uśmiechałam się leciutko na wspomnienie tego, co przeżyłam.
Taka sytuacja powtarzała się po wielekroć przez kolejne noce. Zazwyczaj pierwsze moje wyjście następowało około północy albo godziny pierwszej. Drugie miało miejsce miedzy trzecią a czwartą rano. Co działo się w międzyczasie? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że rzeczywistość widziana o północy i ta w parę godzin później była już zupełnie inna. Jakby dwóch artystów malowało coś inną techniką, a przede wszystkim z zupełnie odmiennym zamysłem.
Przed świtem wpuszczałam do domu spokorniałe i mokrusieńkie od kilkugodzinnego przebywania na dworze psy. A potem przez chwilę stałam na progu nadziwić się nie mogąc gęstym woalom mgły roztaczającej się nad podwórkiem, ogrodem i okolicznymi łąkami. Niebo tworzyło ciemnoszarą, nieprzeniknioną i zwartą, jednolitą kurtynę. Siąpiła delikatna mżawka. Za parę godzin miał się zacząć nowy, mglisty dzionek. Zniknął, jakby go nigdy nie było, nocny spektakl srebrzystych świateł i cieni. Znikła aura tajemnicy i czegoś mistycznego. Świat znowu ubrał się w maskę nieprzeniknionej mgły…
Skąd wzięła się ta mgła? Kto i po co rozpiął jej sieci nad oceanem przedświtu? Czym było to, co widziałam kilka godzin wcześniej? Nie wiem i pewnie się nie dowiem (choć nie zdziwiło by mnie, gdyby znalazło się na to wszystko jakieś racjonalne, naukowe wytłumaczenie). Pozostaje mi tylko wspomnienie zachwytu, wzruszenia i spokoju otaczającego mnie zewsząd. Kawałka cudu, którym podzieliła się ze mną nocna rzeczywistość, dając mi wgląd w jakiś nieuchwytny a kojący i pełen nadziei czar...
Takoż i ja dzielę się nim z Wami. I choć może zabrzmi to banalnie a pewnie i dziecinnie, to chcę Wam szepnąć, że zdaje mi się, iż liczy się nie tylko to, co widzimy, co odczuwamy na co dzień. Czy też to, co wlewa się nam zewsząd natrętnie do głów i serc trującym, bezlitosnym, pełnym sztuczności strumieniem. Że ten strumień wcale nie jest takie silny, wcale nie najważniejszy i jedyny. Bo przecież schowane przed wzrokiem ludzkim wszędzie dzieją się jakieś prawdziwie piękne, tajemnicze, pełne mocy, ale i łagodności oraz dobra rzeczy, które mają wpływ nie tylko na przyrodę, ale mogą go mieć także na nasze spragnione nadziei dusze. I dzieje się tak. I dziać będzie. Chociażby w magicznej jasności nocy …
P.S.
Obserwując te nocne zjawiska nigdy nie przyszło mi na
myśl by pójść po aparat fotograficzny i zrobić im zdjęcia. Dlatego ilustracją
powyższego tekstu są tylko fotografie mgieł otulających Pogórze Dynowskie
podczas kilku ostatnich dni minionego właśnie roku. I jeszcze poniższa piosenka, którą w jak zwykle charakterystyczny dla siebie, magiczny sposób śpiewa Enya. Koniecznie spójrzcie jak piękny jest teledysk, stworzony jako podkład do tego utworu...









