Powtarzalność, przewidywalność oraz rutyna
codzienności przyzwyczajają nas do tego, że wszystko jest do siebie podobne, a
przez to wywołujące coraz mniej zaskakujących uczuć, emocji i wrażeń. Do tego
przytłacza nadmiar wszelakich towarów w sklepach, filmów i programów rozrywkowych
w TV. Ogłupiają nowe gadżety, komunikatory i dominujące w nich pragnienie
wyróżnienia oraz akceptacji.
Chciałoby się nieraz uciec na bezludną wyspę, aby
odseparować się od tego wszystkiego albo jakimś cudownym sposobem wrócić do
czasów wczesnego dzieciństwa. Do lat, gdy umysł i ciało dawały wspaniałe poczucie
wszechmocy czy zachwytu nad nigdy niemającym się skończyć życiem. I chciałoby
się znowu poczuć coś dosadniej, wyraziściej, prawie jak w szczenięcych latach,
gdy tak wiele rzeczy bawiło, zaciekawiało, smakowało, dawało pole do wyobraźni
i wielobarwnych snów. Odrzucić na bok kokon niechęci, znudzenia, zobojętnienia
i nawyku. Spojrzeć po nowemu. Raz jeszcze znaleźć skarb. Jednak wiadome jest
wszystkim, iż odnajdywanie skarbów nie jest prostą sprawą. A im człowiek
starszy tym bardziej staje się wewnątrz niechętny do szukania, skostniały,
ślepy na nowe doznania, niemrawy niczym motyl, któremu czas otrzepał tęczowy pyłek
ze skrzydeł. Przebudzenie musi przyjść samo i mimo zwątpień naprowadzić na
omijaną dotąd ścieżkę. Zaskoczyć, zdumieć, olśnić, ogarnąć jak wiosna, jak
magia, jak zakochanie…
Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem
trafiłam w telewizji na koreański serial pt. „Cesarzowa Ki”( ang. "Empress Ki"). Był akurat chłodny, zimowy wieczór. Położyłam
się na kanapie przed telewizorem, okryłam zmarznięte nogi kocem. Westchnęłam
zmęczona i obolała po całym przedreptanym dniu.
Otworzyłam grube tomiszcze „Ksiąg Jakubowych”, ale po kilku stronicach,
nie umiejąc dostatecznie się skupić na lekturze odłożyłam książkę
na bok. Tymczasem Cezary wczytywał się w
coś na ulubionym portalu internetowym. Psy spały pokotem na dywanie. Koty
usadowiły się na krzesłach kuchennych. A ja moszcząc się pod kocem i operując
pilotem w poszukiwaniu czegoś interesującego pośród morza telewizyjnej bylejakości,
miałkości, politycznych przepychanek oraz idiotycznych programów rozrywkowych natrafiłam
w końcu na pierwszy odcinek „Cesarzowej Ki”. Jakie było pierwsze moje wrażenie?
– Ależ to inne od wszystkiego, co dotąd oglądałam…
Zobaczyłam skośnooką, ubraną w łachmany
dziewczynkę uciekającą wraz z matką przez uzbrojonymi napastnikami,
osaczającymi je w ciemnym lesie. Napastnicy o typowo azjatyckiej urodzie odziani
w wielobarwne szaty oraz lśniące zbroje niczym wicher galopowali na swych
rumakach. Ich czarne, gęste włosy spięte były w kitki na czubku głów albo
opadały swobodną falą na plecy. Ci piękni, lecz przerażający mężczyźni
porozumiewali się między sobą ostrą, szczekliwą nieco mową. Zbliżali się do
uciekinierek. W ich twarzach nie zauważało się ani odrobiny litości. W
zapłakanych oczach matki i córki lśnił śmiertelny lęk oraz maleńki promyk
nadziei. Oto przed nimi pojawiły się gęste zarośla. Jeśli tylko zdołają tam
dobiec, na pewno ocaleją. Wrócą do swej wioski. I jeszcze będą razem żyć szczęśliwie
nie niepokojone przez owych żołnierzy ani żadnych możnych tego świata. Niczego
złego przecież nie zrobiły. Dlaczegóż więc przeznaczenie miałoby być dla nich
tak okrutne? Wtem słychać świst strzały. W tle brzmi dramatyczna, przejmująca
muzyka. I już za chwilę los uciekinierek jest przesądzony…
Kiedy czytam ten swój powyższy opis filmowej
sceny nie dostrzegam w nim nic takiego, co tłumaczyłoby zaczynającą się właśnie
u mnie fascynację tym serialem, kulturą koreańską, muzyką a nawet językiem. A jednak właśnie w tamtej chwili uległam
trzymającej mnie do tej pory w swym serdecznym uścisku „chorobie” zwanej
„Cesarzowa Ki”. Od tamtej pory
obejrzałam ów serial przynajmniej trzy razy. Ściągnęłam sobie z netu muzykę z
niego i sukcesywnie piszę polskie słowa do niezwykle melodyjnych, koreańskich
piosenek. Czytam o skomplikowanej, lecz
niezwykle interesującej historii Korei. A w końcu założyłam sobie nawet konto
na portalu gromadzącym podobnych do mnie pasjonatów i tam w gronie
wtajemniczonych oglądam kolejne seriale koreańskie, udzielam się na forum,
wczytuję w kolejne wątki w dyskusji. Jakimż zaskoczeniem, ulgą i radością było
dla mnie odkryć, że nie jestem sama w mojej dziwacznej „chorobie”. Okazuje się, iż w Polsce i na świecie tysiące
osób zakochało się w tym serialu, doznając takiego oczarowania, jakiego nie
wywołał w nich dotąd żaden inny serial. Ze zdumieniem odkrywam w Internecie
liczne fora, portale i blogi poświęcone „Cesarzowej Ki”. Sceny z filmu, klipy
muzyczne albo melodie karaoke opatrzone napisami we wszystkich językach świata
obejrzeć można na YT.

A mimo powyższego zdaję sobie sprawę, iż to,
co tutaj piszę może się komuś wydać śmieszne, dziecinne, banalne, niepojęte a w
ogóle to nieprzystające do mnie. Na dodatek mania serialowa nie jest przecież czymś
szczególnie oryginalnym. Coraz więcej ludzi jej ulega wpatrując się z
uwielbieniem w przystojnych bohaterów „Wspaniałego stulecia” czy „Imperium
miłości”. Me serce poruszyła akurat
koreańska opowieść. Tamtych seriali nie oglądałam, więc się na ich temat nie wypowiem.
Nie wstydzę się swego zauroczenia. Nie oczekuję także, iż kogoś tą fascynacją
zarażę, ponieważ z fascynacjami jest tak, jak z wiarą – albo się wierzy albo
nie. I na nic przekonywania, opowieści i zachęty. Słuchacz czy czytelnik stoi z
boku i przeważnie spoglądając z lekkim pobłażaniem nadziwić się nie może
cudzemu zaangażowaniu.
Jednak prawie każdy z nas pragnie mieć jakąś
pasję, która doda smaku jego życiu i odsłoni inny jego wymiar. Znalazłszy
wreszcie coś takiego cieszymy się, odżywamy i chcemy by ten stan trwał jak
najdłużej. Radzi byśmy podzielić się swymi zainteresowaniami z najbliższymi
choćby po to by nie patrzyli na nas jak na wariatów, ale przeciwnie, należąc do
tego samego klubu pasjonatów stali się żeglarzami na wspólnej łodzi pośród
pełnego blasku oceanu nowej, odczuwanej przez nas magii. I cóż, wyznam Wam, iż mam to właśnie
szczęście, gdyż po wielu staraniach, opowieściach, namowach oraz sprytnych
podchodach udało mi się pewnego dnia usadzić przed telewizorem Cezarego i
streściwszy mu szybko najważniejsze wątki natchnąć go moim upodobaniem do tego
koreańskiego serialu. Ku mej radości Cezary również złapał bakcyla. I póki
serial nadawany był przez polską telewizję codziennie o godzinie siedemnastej
pięć zagłębiał się wraz ze mną w meandry skomplikowanych przygód, intryg i uczuć
naszych ulubionych bohaterów. Teraz mój mąż nie śmieje się już ze mnie, gdy po
raz kolejny oglądam w Internecie któryś z odcinków czy słucham wspaniałej,
serialowej muzyki i śpiewam aż do zdarcia gardła. Cezary wręcz zachęca mnie bym
pisała kolejne piosenki. I co więcej – usiłuje nawet nucić je razem ze mną! Być
może którąś z nich odważę się nawet zamieścić tutaj, jak zawsze ciekawa Waszej
opinii.
A teraz parę ciekawostek na temat
koreańskich seriali i samej „Cesarzowej Ki”. Serial koreański po koreańsku
nazywany jest "hanguk deurama". "Hanguk" oznacza koreański,
a "deurama" to drama (czyli serial). W Korei Południowej kręci się
rocznie około osiemdziesięciu dram. To
wielkobudżetowe, pełne wspaniałych dekoracji produkcje. Zatrudniani są do nich
najlepsi aktorzy, którzy potem w koreańskich odpowiednikach Oscarów nagradzani
są na wielkich galach. Dzięki zaś owym dramom zdobywają popularność i fanów na
całym świecie. Przeciętnie drama mieści w sobie od kilkunastu do
kilkudziesięciu odcinków a każdy odcinek trwa zazwyczaj około godziny.
„Cesarzową Ki” nakręcono w latach 2013-2014. Wersja pokazana w naszej telewizji podzielona
była na 67 odcinków, natomiast na kilku stronach internetowych znaleźć można
oryginalną, podzieloną na 51 odcinków wersję.

„Cesarzowa Ki” to
oparta na prawdziwych faktach drama historyczna ( toczy się w XIV wieku) opowiadająca
o losach Seung
Nyang, odważnej konkubiny
z Korei, która po wielu perypetiach, miłosnych perturbacjach, wyrzeczeniach, poświęceniach
i dramatycznych zwrotach akcji osiągnęła pozycję cesarzowej Chin. Niezwykle
sprawnie napisany scenariusz, wiarygodni, skomplikowani psychologicznie
bohaterowie oraz trzymająca w napięciu akcja sprawiają, że opowieść wręcz
przykuwa do fotela a wspaniała gra aktorów dopełnia pozytywnego wrażenia.
Zdaję
sobie sprawę, że niektórzy widzowie po obejrzeniu przypadkowo wybranego odcinka
nie dostrzegą w tej fabule niczego interesującego. Wzruszą ramionami i odejdą,
gdyż wyda im się ona pewnie hałaśliwym nieco, przerysowanym emocjonalnie
romansem, przeplatanym często scenami azjatyckich sztuk walki. Aby zatem nabrać szerszego oglądu i szacunku
dla tej produkcji trzeba zapoznać się z kilkoma odcinkami a najlepiej z całym
serialem. Szczerze do tego zachęcam. Moim zdaniem historia głównej bohaterki ma
wymiar szekspirowski a wiele dialogów przenika konfucjańska mądrość i wysokich
lotów poezja. Jest ona niczym oszałamiająca swą urodą szlachetna baśń z
nieznanego dotąd lądu. Nie raz w trakcie oglądania owej dramy płakałam, śmiałam
się, kibicowałam w głos moim ulubieńcom, obgryzałam z emocji paznokcie,
doczekać się nie mogąc kolejnej części…
Dzięki „Cesarzowej Ki” weszłam w zupełnie
inną od europejskiej narrację, kulturę, kolorystykę i natężenie uczuć. Było to
dla mnie jak haust świeżego powietrza, jak łyk przeczystej wody. Czy dziwi
zatem, że nie mam ochoty pożegnać się z tym światem i wracać do tego, co w
europejskiej czy hollywoodzkiej kinematografii tak bardzo jest zgrane i odarte
z uczuć oraz mocy…?
Zastanawiałam się, czy pisać o tej
fascynacji na blogu… Bo po pierwsze, odwykłam od blogowej działalności,
oddaliłam się od tej rzeczywistości i w ogóle ciężko mi pisać po przerwie. A po
drugie, na blogu nie pisze się i nie powinno się pisać o wszystkim. Przeróżne przecież istnieją kryteria doboru
tematów. Człowiek nie chce narażać się na krytykę, obmowę, śmieszność czy nawet
odrzucenie. Przeróżni są także czytelnicy.
Wielu jest takich, którzy nigdy się nie odzywają i nie wiadomo, co tak
naprawdę myślą. Blog jest, niestety, ekshibicjonistycznym niemal odsłonięciem
duszy. Ufnym wydaniem się na ogląd i osąd anonimowego odbiorcy. Szczególnie taki blog jak ten oto, w którym zazwyczaj opisujemy z Cezarym
uczucia, przeżycia, nasze wzloty i upadki. Dostrzegam to tym wyraźniej im
dłuższą mam przerwę w publikowaniu postów.
Pisać zatem, czy nie pisać? – oto
jest pytanie! I jak pisać by być w zgodzie z samą sobą i nie żałować potem
niczego…?
Po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw”
postanowiłam jednak opublikować powyższy wpis, gdyż blog jest również rodzajem
pamiętnika i pewnie kiedyś, po latach, czytając ten tekst przypomnę sobie o
swej dawnej fascynacji i uśmiechnę się, jak uśmiecha się człowiek wspominający
swe najlepsze chwile…