Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierniki. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2019

Pierniki i niezapominajki…






   Grudzień to słodko-gorzki miesiąc i w zależności od tego, co dzieje się w naszych sercach i głowach raz dominuje w nim gorycz a raz słodycz…Raz smutek, ból i tęsknota a raz uśmiech, radość i nadzieja… Raz słowa kojące i rozgrzewające jak promień słońca a raz chłodne i ostre jak igiełki mrozu…Jak w życiu, bo mam wrażenie, iż ostatni miesiąc roku jest kwintesencją ludzkiego żywota, losem człowieczym w pigułce, mikrokosmosem uczuć i emocji o różnym zabarwieniu i nasileniu…

   Grudzień to taki miesiąc, gdzie ludzie chcą dzielić się swoją radością, zarażać nią, rozsiewać wokół dobre, anielskie prawie fluidy niczym niebieściutkie, pełne uroku niezapominajki. Myślą o sobie ciepło, tęsknią za sobą, ślą kartki z życzeniami, telefonują, piszą maile a jeśli mogą spotykają się nareszcie. To także miesiąc, gdy chce się obdarowywać wzajemnie. Sprawiać bliskim, przyjaciołom i serdecznym znajomym miłe niespodzianki, dając tym samym znak, iż zależy nam na sobie, że raduje nas, iż można kogoś czymkolwiek ucieszyć. To nie musi być nic wielkiego. Drobiazg, w którym zawarta jest cząstka serca, dobrych intencji czy też kawałek ważnych, łączących ludzi wspomnień…

   Grudzień to także czas wspominania tych, którzy odeszli na zawsze i dlatego nigdy już nie podzielą się z nami opłatkiem. A ich brak i związana z tym tęsknota są niczym niemożliwa do wyjęcia z serca drzazga, która mimo upływu czasu wciąż sprawia ból, podczas gdy inne zmysły mocno przytępia. Uczucie utraty i samotności bywa najważniejszym gościem przy świątecznym stole.  Wielu osobom grudniowe święta kojarzą się z samotnością tym wyraźniejszą, im więcej widzi się pogodnych, beztroskich ludzi celebrujących wigilię w serdecznym gronie rodzinnym, mających przy sobie kogoś, komu na nich naprawdę zależy, niedotkniętych jeszcze żalem i bólem nieuleczalnej choroby czy utraty a może po prostu umiejących sobie jakoś radzić z tymi trudnymi sytuacjami oraz uczuciami? Do tego zewsząd napadają człowieka nachalne, świąteczne reklamy. A im więcej widzi się tych reklam z Mikołajami,  bombkami, wręczającymi sobie prezenty życzliwymi osobami, gdzie w tle ktoś nuci radośnie kolędy a gwiazdki na choinkach lśnią jak prawdziwe, tym większe jest w człowieku poczucie osaczenia nimi, niemożliwości ucieczki przed tą obowiązującą radością, wyłamania się z fali pozytywnych wzruszeń i emocji, bycia prawdziwym w odczuciu pustki i beznadziei. I pojawiają się trwożne myśli, że oto znowu idą święta, jak zawsze od tej porze roku, choć czasem lepiej może żeby nie szły a zatrzymały się w miejscu gdzieś tam w krainie baśni i dzieciństwa, w czasie niedotkniętym jeszcze lękiem, żalem, goryczą i bólem…

   Piekłam kilka dni temu urodzinowo - świąteczne serduszka piernikowe dla mojej córki. To jej ukochane od zawsze, kojarzące się z grudniowymi okazjami ciasteczka. Pachnące goździkami, cynamonem, czekoladą i wanilią. Chrupiące, cieniutkie, delikatne, niezbyt słodkie a nawet leciutko gorzkawe poprzez dodatek ciemnego kakao i kawy rozpuszczalnej. Kiedyś, gdy moja córcia była mała, wycinanie foremkami przeróżnych kształtów pierniczków a potem zdobienie ich kolorowym lukrem stanowiło naszą stałą, domową, przedświąteczną tradycję. Było okazją do wspólnej zabawy, snucia baśniowych opowieści, śpiewania kolęd albo innych, pasujących do tych chwil piosenek. Jak choćby kołysanki opowiadającej o królu, paziu i królewnie…

Był sobie król, był sobie paź i była też królewna

Żyli wśród róż, nie znali burz, rzecz najzupełniej pewna

Kochał ją król, kochał ją paź, kochali ją oboje.
I ona też kochała ich, kochali się we troje

Lecz srogi los, okrutna śmierć w udziale im przypadła,
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła.

Lecz żeby ci nie było żal dziecino ukochana,
Z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana…


   Kiedyś tę samą kołysankę śpiewała mi Mama. I tak ja, jak i moja córeczka zawsze niepokoiłyśmy się dramatycznym zakończeniem piosenki. Nie chciałyśmy się pogodzić z tym, że bohaterowie tej opowieści zginęli tak bezsensownie, tak banalnie, ot, po prostu zjedzeni przez kogoś…Na nic nam była ta pociecha, że skoro byli zrobieni z lukru, piernika i marcepana, to ich przeznaczenie było z góry wiadome. A przecież byli pełni uczuć. A przecież byli razem tacy szczęśliwi. A baśnie powinny kończyć się dobrze. Jednak ta baśń w prostych słowach opowiadała o tym, czym tak naprawdę jest prawdziwe życie i jaką my wszyscy odgrywamy w nim rolę. Jesteśmy zaledwie figurkami ulepionymi ze słodkiej, nietrwałej masy. Niczym więcej, choć czasem zdaje się nam, że tak jesteśmy ważni, niezastąpieni, silni i niezłomni. Jednak prędzej czy później ktoś nas zje. Znikniemy w brzuchu jakiegoś łakomczucha-wszystkożercy. Tak jak było przeznaczone. Lecz nie warto się smucić, wszak los bezustannie lepi nowe, słodkie figurki. 
-  I znowu idą święta i narodzi się niewinna Boża Dziecina, która w przyśpieszonym tempie dorośnie i już na wiosnę zostanie ukrzyżowana - wzdycham spoglądając ze współczuciem na leżącego w stajence, być może świadomego swej przyszłości Jezuska…

   Tym niemniej człowiek potrzebuje w życiu radości, pociechy i nadziei. Zapomnienia o tym, co bolało i jeszcze nie raz zaboli. Wydźwignięcia się z obezwładniającego uczucia beznadziei. Zastrzyku nowej energii i koloru. Najtrudniej zawsze jest zacząć coś robić, ale gdy się to stanie, wówczas działa się już siłą rozpędu. A wówczas dzieją się generalne porządki w domu, remonty, przemeblowywania, zakupy, pakowanie prezentów, robienie ozdób świątecznych, strojenie choinki a w końcu także przygotowywanie ciasta piernikowego, wykrawanie foremką różnych kształtów ciasteczek a potem pieczenie.
   Tworzenie pierników to bardzo miła, niemęcząca, wielogodzinna czynność przyjemnie zajmująca dłonie i umysł. Na dodatek jeszcze przez kilka dni po piernikowym wypiekaniu unoszą się w całym domu upojne, korzenne, cudownie kojarzące się z dzieciństwem a więc nastrajające pozytywnie aromaty.   Warto więc zrobić sobie własne pierniczki. Ożywić serce.
  Przez kilka godzin tworzy się górę przepysznych ciasteczek, do których nie umywają się, rzecz jasna, te sklepowe. Pierniczki można doprawić po swojemu, przyozdobić, spakować i np. wysłać komuś w podarunku albo przechowywać w szczelnej puszce i wydobyć je z niej dopiero na święta by napełniły dom wspaniałym zapachem i obudziły choć trochę upragnionej, świątecznej magii.


Oto przepis na moje pierniczki, który nieco zmieniam i udoskonalam co roku:

1.       Rozpuszczam w rondlu margarynę.
2.       Dodaję do niej ¼ szklanki mleka oraz szklankę cukru.
3.       Dosypuję dwie duże łyżki ciemnego kakao, torebkę gotowej przyprawy piernikowej, opakowanie cukru waniliowego, łyżkę prawdziwej kawy rozpuszczalnej, szczyptę soli.
4.       Mieszam tę masę dokładnie aż do rozpuszczenia i połączenia się wszystkich składników.
5.       Odstawiam piernikową masę w chłodne miejsce do zupełnego przestudzenia.
6.       Dodaję do niej dwa jajka i łyżeczkę proszku do pieczenia. Mieszam dobrze.
7.       Dosypuję powoli tyle mąki aż masa całkiem zgęstnieje i będzie wyglądać jak ciemnobrązowa, plastyczna glina.
8.       Na stolnicy posypanej mąką rozwałkowuję ciasto piernikowe na cieniutki placek.
9.       Wykrawam foremką pierniki (jeśli nie macie gotowych foremek można je sobie zrobić z kartonu i przykładać do ciasta obrysowując je dookoła nożem)
10.   Piekę na pergaminie przez ok. 15 minut, przyrumieniając ciasteczka z obu stron. Z tej ilości ciasta wychodzi kilka dużych blach pierniczków.
11.   Upieczone i ostudzone można przyozdobić lukrem, orzeszkami, kolorową posypką, czekoladą, czym kto tam lubi. Ja wolę takie bez niczego, nieco wytrawne w smaku, ale pyszne.



     I jeszcze na koniec moje niezapominajkowe, letnie wspomnienie, które w przedziwny sposób łączy mi się z zimowym, słodkim zapachem pierników…

   …Ponad trzydzieści lat temu wybrałyśmy się z Mamą na przechadzkę po lesie położonym w pobliżu naszego nowego domu. Szłyśmy sobie raźno niczym dwie pełne energii i pogody ducha dziewczyny, dwie najlepsze przyjaciółki. Zagadane, rozśpiewane, zachwycone bujną zielenią i zapachami lasu przemierzałyśmy nieznane nam okolice. W pewnym momencie odkryłyśmy w głębi leśnych ostępów pełną błękitu, niezwykłą polankę, porośniętą gęsto dorodnymi niezapominajkami. Nigdy wcześniej tam nie byłyśmy i nigdy też później nie udało nam się w to pełne uroku miejsce trafić. Zaskoczone i olśnione tym cudownym odkryciem zapragnęłyśmy posadzić choć jedną z tych niebieskich roślinek w naszym małym ogródku. Udało nam się gołymi rękami wykopać ostrożnie mały, niezapominajkowy krzaczek a potem zasadzić go tuż przy domu rodzinnym. Pięknie się przyjął a co roku coraz bardziej rozrastał, rozsiewał aż w końcu, po latach nasz ogródek zaczął przypominać tamtą leśną, błękitną polanę. A ulubionym kolorem mojej Mamy były zawsze wszelkie odcienie niebieskiego. Dlatego widok niezapominajkowego ogródka bardzo cieszył jej oczy nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy już była bardzo chora. Od kilku lat nie ma już mojej ukochanej Mamy, natomiast niezapominajki jak gdyby nigdy nic kwitną co roku przypominając o czasach, gdy młode, beztroskie i szczęśliwe wędrowałyśmy razem lasami…


    Z tego niezapominajkowego wspomnienia zwierzyłam się Basi Wójcik na jej blogu (http://5porroku.blogspot.com/2019/12/kazda-szanujaca-sie-gospodyni-miaa.html), gdy zapytała swych czytelników o to, z jakimi kwiatkami się utożsamiają, które z czym ważnym im się kojarzą. Napisałam o niezapominajkach, skromnych i delikatnych, a jednak pełnych siły przetrwania, wiernych i wytrzymałych, a przy tym niosących w sobie pamięć o najpiękniejszych chwilach, o najważniejszych wzruszeniach i uczuciach…
   Kochana Basia, w której sercu moje wspomnienie uruchomiło lawinę jej własnych wspomnień obdarowała mnie uroczym Aniołem niezapominajkowym, wymalowanym przez nią z czułością na plastrze kory brzozowej. Patrzę teraz w serdeczne, błękitne oczy tego Anioła i uśmiecham się wzruszona, przypominając sobie brązowe, ciepłe spojrzenie Mamy. A w całym domu wciąż unosi się słodko – gorzki zapach pierników…


   

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost