Grudzień to słodko-gorzki
miesiąc i w zależności od tego, co dzieje się w naszych sercach i głowach raz
dominuje w nim gorycz a raz słodycz…Raz smutek, ból i tęsknota a raz uśmiech,
radość i nadzieja… Raz słowa kojące i rozgrzewające jak promień słońca a raz chłodne i ostre jak igiełki mrozu…Jak w życiu, bo mam wrażenie, iż ostatni miesiąc roku jest kwintesencją ludzkiego
żywota, losem człowieczym w pigułce, mikrokosmosem uczuć i emocji o różnym
zabarwieniu i nasileniu…
Grudzień to taki
miesiąc, gdzie ludzie chcą dzielić się swoją radością, zarażać nią, rozsiewać
wokół dobre, anielskie prawie fluidy niczym niebieściutkie, pełne uroku
niezapominajki. Myślą o sobie ciepło, tęsknią za sobą, ślą kartki z życzeniami,
telefonują, piszą maile a jeśli mogą spotykają się nareszcie. To także miesiąc,
gdy chce się obdarowywać wzajemnie. Sprawiać bliskim, przyjaciołom i serdecznym
znajomym miłe niespodzianki, dając tym samym znak, iż zależy nam na sobie, że
raduje nas, iż można kogoś czymkolwiek ucieszyć. To nie musi być nic wielkiego.
Drobiazg, w którym zawarta jest cząstka serca, dobrych intencji czy też kawałek
ważnych, łączących ludzi wspomnień…
Grudzień to także
czas wspominania tych, którzy odeszli na zawsze i dlatego nigdy już nie podzielą się z
nami opłatkiem. A ich brak i związana z tym tęsknota są niczym niemożliwa do
wyjęcia z serca drzazga, która mimo upływu czasu wciąż sprawia ból, podczas gdy
inne zmysły mocno przytępia. Uczucie utraty i samotności bywa najważniejszym
gościem przy świątecznym stole. Wielu osobom
grudniowe święta kojarzą się z samotnością tym wyraźniejszą, im więcej widzi
się pogodnych, beztroskich ludzi celebrujących wigilię w serdecznym gronie
rodzinnym, mających przy sobie kogoś, komu na nich naprawdę zależy,
niedotkniętych jeszcze żalem i bólem nieuleczalnej choroby czy utraty a może po
prostu umiejących sobie jakoś radzić z tymi trudnymi sytuacjami oraz uczuciami?
Do tego zewsząd napadają człowieka nachalne, świąteczne reklamy. A im więcej
widzi się tych reklam z Mikołajami, bombkami,
wręczającymi sobie prezenty życzliwymi osobami, gdzie w tle ktoś nuci radośnie
kolędy a gwiazdki na choinkach lśnią jak prawdziwe, tym większe jest w
człowieku poczucie osaczenia nimi, niemożliwości ucieczki przed tą obowiązującą
radością, wyłamania się z fali pozytywnych wzruszeń i emocji, bycia prawdziwym
w odczuciu pustki i beznadziei. I pojawiają się trwożne myśli, że oto znowu idą
święta, jak zawsze od tej porze roku, choć czasem lepiej może żeby nie szły a
zatrzymały się w miejscu gdzieś tam w krainie baśni i dzieciństwa, w czasie
niedotkniętym jeszcze lękiem, żalem, goryczą i bólem…
Piekłam kilka
dni temu urodzinowo - świąteczne serduszka piernikowe dla mojej córki. To jej
ukochane od zawsze, kojarzące się z grudniowymi okazjami ciasteczka. Pachnące
goździkami, cynamonem, czekoladą i wanilią. Chrupiące, cieniutkie, delikatne,
niezbyt słodkie a nawet leciutko gorzkawe poprzez dodatek ciemnego kakao i kawy
rozpuszczalnej. Kiedyś, gdy moja córcia była mała, wycinanie foremkami
przeróżnych kształtów pierniczków a potem zdobienie ich kolorowym lukrem
stanowiło naszą stałą, domową, przedświąteczną tradycję. Było okazją do
wspólnej zabawy, snucia baśniowych opowieści, śpiewania kolęd albo innych,
pasujących do tych chwil piosenek. Jak choćby kołysanki opowiadającej o królu,
paziu i królewnie…
Był sobie król, był sobie paź
i była też królewna
Żyli wśród róż, nie znali
burz, rzecz najzupełniej pewna
Kochał ją król, kochał ją
paź, kochali ją oboje.
I ona też kochała ich, kochali się we troje
I ona też kochała ich, kochali się we troje
Lecz srogi los, okrutna
śmierć w udziale im przypadła,
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła.
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła.
Lecz żeby ci nie było żal
dziecino ukochana,
Z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana…
Z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana…
Kiedyś
tę samą kołysankę śpiewała mi Mama. I tak ja, jak i moja córeczka zawsze
niepokoiłyśmy się dramatycznym zakończeniem piosenki. Nie chciałyśmy się
pogodzić z tym, że bohaterowie tej opowieści zginęli tak bezsensownie, tak
banalnie, ot, po prostu zjedzeni przez kogoś…Na nic nam była ta pociecha, że
skoro byli zrobieni z lukru, piernika i marcepana, to ich przeznaczenie było z
góry wiadome. A przecież byli pełni uczuć. A przecież byli razem tacy
szczęśliwi. A baśnie powinny kończyć się dobrze. Jednak ta baśń w prostych
słowach opowiadała o tym, czym tak naprawdę jest prawdziwe życie i jaką my wszyscy
odgrywamy w nim rolę. Jesteśmy zaledwie figurkami ulepionymi ze słodkiej,
nietrwałej masy. Niczym więcej, choć czasem zdaje się nam, że tak jesteśmy
ważni, niezastąpieni, silni i niezłomni. Jednak prędzej czy później ktoś nas
zje. Znikniemy w brzuchu jakiegoś łakomczucha-wszystkożercy. Tak jak było przeznaczone.
Lecz nie warto się smucić, wszak los bezustannie lepi nowe, słodkie figurki.
- I
znowu idą święta i narodzi się niewinna Boża Dziecina, która w przyśpieszonym tempie
dorośnie i już na wiosnę zostanie ukrzyżowana - wzdycham spoglądając ze
współczuciem na leżącego w stajence, być może świadomego swej przyszłości Jezuska…
Tym
niemniej człowiek potrzebuje w życiu radości, pociechy i nadziei. Zapomnienia o
tym, co bolało i jeszcze nie raz zaboli. Wydźwignięcia się z obezwładniającego uczucia
beznadziei. Zastrzyku nowej energii i koloru. Najtrudniej zawsze jest zacząć
coś robić, ale gdy się to stanie, wówczas działa się już siłą rozpędu. A
wówczas dzieją się generalne porządki w domu, remonty, przemeblowywania, zakupy,
pakowanie prezentów, robienie ozdób świątecznych, strojenie choinki a w końcu
także przygotowywanie ciasta piernikowego, wykrawanie foremką różnych kształtów
ciasteczek a potem pieczenie.
Tworzenie
pierników to bardzo miła, niemęcząca, wielogodzinna czynność przyjemnie zajmująca
dłonie i umysł. Na dodatek jeszcze przez kilka dni po piernikowym wypiekaniu
unoszą się w całym domu upojne, korzenne, cudownie kojarzące się z dzieciństwem a
więc nastrajające pozytywnie aromaty. Warto
więc zrobić sobie własne pierniczki. Ożywić serce.
Przez
kilka godzin tworzy się górę przepysznych ciasteczek, do których nie umywają
się, rzecz jasna, te sklepowe. Pierniczki można doprawić po swojemu,
przyozdobić, spakować i np. wysłać komuś w podarunku albo przechowywać w
szczelnej puszce i wydobyć je z niej dopiero na święta by napełniły dom
wspaniałym zapachem i obudziły choć trochę upragnionej, świątecznej magii.
Oto przepis na moje pierniczki, który nieco
zmieniam i udoskonalam co roku:
1. Rozpuszczam w rondlu margarynę.
2. Dodaję do niej ¼ szklanki mleka oraz szklankę cukru.
3. Dosypuję dwie duże łyżki ciemnego kakao, torebkę gotowej przyprawy
piernikowej, opakowanie cukru waniliowego, łyżkę prawdziwej kawy
rozpuszczalnej, szczyptę soli.
4. Mieszam tę masę dokładnie aż do rozpuszczenia i połączenia się
wszystkich składników.
5. Odstawiam piernikową masę w chłodne miejsce do zupełnego przestudzenia.
6. Dodaję do niej dwa jajka i łyżeczkę proszku do pieczenia. Mieszam
dobrze.
7. Dosypuję powoli tyle mąki aż masa całkiem zgęstnieje i będzie wyglądać
jak ciemnobrązowa, plastyczna glina.
8. Na stolnicy posypanej mąką rozwałkowuję ciasto piernikowe na cieniutki
placek.
9. Wykrawam foremką pierniki (jeśli nie macie gotowych foremek można je
sobie zrobić z kartonu i przykładać do ciasta obrysowując je dookoła nożem)
10. Piekę na pergaminie przez ok. 15 minut, przyrumieniając ciasteczka z
obu stron. Z tej ilości ciasta wychodzi kilka dużych blach pierniczków.
11. Upieczone i ostudzone można przyozdobić lukrem, orzeszkami, kolorową
posypką, czekoladą, czym kto tam lubi. Ja wolę takie bez niczego, nieco
wytrawne w smaku, ale pyszne.
I jeszcze na koniec moje niezapominajkowe,
letnie wspomnienie, które w przedziwny sposób łączy mi się z zimowym, słodkim
zapachem pierników…
…Ponad
trzydzieści lat temu wybrałyśmy się z Mamą na przechadzkę po lesie położonym w
pobliżu naszego nowego domu. Szłyśmy sobie raźno niczym dwie pełne energii i
pogody ducha dziewczyny, dwie najlepsze przyjaciółki. Zagadane, rozśpiewane,
zachwycone bujną zielenią i zapachami lasu przemierzałyśmy nieznane nam okolice.
W pewnym momencie odkryłyśmy w głębi leśnych ostępów pełną błękitu, niezwykłą
polankę, porośniętą gęsto dorodnymi niezapominajkami. Nigdy wcześniej tam nie
byłyśmy i nigdy też później nie udało nam się w to pełne uroku miejsce trafić.
Zaskoczone i olśnione tym cudownym odkryciem zapragnęłyśmy posadzić choć jedną
z tych niebieskich roślinek w naszym małym ogródku. Udało nam się gołymi rękami
wykopać ostrożnie mały, niezapominajkowy krzaczek a potem zasadzić go tuż przy
domu rodzinnym. Pięknie się przyjął a co roku coraz bardziej rozrastał, rozsiewał aż w
końcu, po latach nasz ogródek zaczął przypominać tamtą leśną, błękitną polanę.
A ulubionym kolorem mojej Mamy były zawsze wszelkie odcienie niebieskiego.
Dlatego widok niezapominajkowego ogródka bardzo cieszył jej oczy nawet wtedy, a
może zwłaszcza wtedy, gdy już była bardzo chora. Od kilku lat nie ma już mojej
ukochanej Mamy, natomiast niezapominajki jak gdyby nigdy nic kwitną co roku przypominając o czasach, gdy młode, beztroskie i szczęśliwe wędrowałyśmy razem
lasami…
Z tego niezapominajkowego wspomnienia zwierzyłam
się Basi Wójcik na jej blogu (http://5porroku.blogspot.com/2019/12/kazda-szanujaca-sie-gospodyni-miaa.html), gdy zapytała swych czytelników o to, z jakimi
kwiatkami się utożsamiają, które z czym ważnym im się kojarzą. Napisałam o
niezapominajkach, skromnych i delikatnych, a jednak pełnych siły przetrwania, wiernych
i wytrzymałych, a przy tym niosących w sobie pamięć o najpiękniejszych
chwilach, o najważniejszych wzruszeniach i uczuciach…
Kochana Basia,
w której sercu moje wspomnienie uruchomiło lawinę jej własnych wspomnień
obdarowała mnie uroczym Aniołem niezapominajkowym, wymalowanym przez nią z
czułością na plastrze kory brzozowej. Patrzę teraz w serdeczne, błękitne oczy tego
Anioła i uśmiecham się wzruszona, przypominając sobie brązowe, ciepłe
spojrzenie Mamy. A w całym domu wciąż unosi się słodko – gorzki zapach
pierników…



