Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 stycznia 2022

Ona jest z nami…

 



 

   Nazajutrz po śmierci Zuzi napisałam, że nie ma jej już z nami. Jednak każdy dzień, każda chwila uświadamia nam, że jest wręcz przeciwnie. Ona z nami jest w każdym jej braku. W skojarzeniach, wspomnieniach, codziennych rytuałach, w zwyczajnej codzienności, która bez żywej obecności tej suni stała się dziwna i niepełna, obca jakby. To rozdziera serce i wciąż wywołuje łzy w oczach. A płakać już nie możemy, nie powinniśmy, bo oczy mamy czerwone jak króliki a powieki spuchnięte i piekące.

   Zuzia była ważnym członkiem naszej rodziny, przyjaciółką, dziecinką, bezgranicznie oddaną nam, rozumną i pełną empatii istotą, zatem ból po jej stracie nie różni się niczym od bólu po śmierci bliskiej osoby. Może to, co właśnie napisałam zda się niektórym z Was obrazoburcze, przesadne, niestosowne, bo pies, to pies a człowiek, to człowiek. Jednak my z Cezarym nie potrafimy i nie chcemy robić takich sztucznych rozróżnień. Kochaliśmy Zuzię całym sercem a ona kochała nas. I nic więcej się nie liczy.

   Rozmawiamy o tej słodkiej psinie codziennie. Wspominamy te dobre i te ostatnie, już bardzo smutne chwile. Milczymy i tylko spoglądamy na siebie wiedząc, że wciąż myślami jesteśmy z Zuzieńką. Mamy w komputerach tysiące jej zdjęć, ale na razie nie możemy nawet zerknąć w stare foldery. To za bardzo jeszcze boli. Ogromnie za nią tęsknimy, my i nasze trzy psy…

 


   Zuzia była z nami od samego początku naszego osiedlenia się tutaj. Oboje z Cezarym dobrze pamiętamy ten wrześniowy dzień, gdy w wielkim, kartonowym pudle na targu w sąsiedniej wiosce zobaczyliśmy tę grubą, piszczącą bezradnie szaro beżową kuleczkę. Pięknego, puszystego psiaka, który od razu skradł nasze serca. Krążyliśmy wówczas z godzinę po targu próbując ochłonąć z wrażenia. Przekonując samych siebie, że chęć przygarnięcia tej suni jest tylko nic nieznaczącą fanaberią. Ale nie. To nie była żadna chwilowa zachcianka, lecz mocna, nie dająca się zagłuszyć potrzeba.  Przeczucie, iż ten piesek jest nam pisany. Miłość od pierwszego wejrzenia. I absolutnie nieważne było, iż sporo trzeba było za szczeniaczka zapłacić. Liczyło się tylko to, by była nasza, by była z nami. Zdecydowawszy o jej losie, o tym, że stanie się częścią naszej rodziny już wkrótce  pięliśmy się autkiem stromą drogą w stronę naszego domu na górce. Trzymałam to piszczące maleństwo na rękach a ono wymiotowało raz po raz, co było objawem stresu, ale i choroby lokomocyjnej, z którą psinka zmagała się przez niemal całe swoje późniejsze, dorosłe życie.

   Przez pięć następnych lat (nie licząc kotów) Zuzia była w naszym domu rozpieszczoną jedynaczką. Spała z nami w łóżku. Szarpała nasze kapcie, buty i papierowe worki do odkurzaczy. Radośnie witała przy bramie wszystkich sąsiadów i gości. Podskakiwała wysoko aby każdego polizać po twarzy. Dla zabawy, bez śladu agresji ganiała koty po podwórku. Przyjaźniła się z odważnym, mądrym kocim rudzielcem Tureckim. Pomagała nam szukać po ogrodzie albo po polu naszych kurek zielononóżek kuropatwianych a znalazłszy, nie robiąc im najmniejszej krzywdy przyciskała je do ziemi łapą i cierpliwie czekała aż podejdziemy i wyjmiemy spod jej kurateli kolejną, pierzastą uciekinierkę. Z ochotą wyżerała kurzą karmę. A znajdując w swojej budzie jajka składane tam uparcie przez jedną z zielononóżek brała je ostrożnie do pyska i wynosiła składając na naszych dłoniach. I robiła tak mimo, iż uwielbiała chłeptać surowe jajka. Jednak nauczyła się je brać tylko od nas. W swojej białej miseczce. Zaprzyjaźniła się z kozami a najbardziej z capkiem Łobuzem. Ścigała się z nim i bawiła jak z psem. Radosna, wesoła, beztroska, szelmowsko uśmiechnięta, pełna poczucia humoru, ufności i dobroci.

   Początkowo nieufnie i niechętnie przyjęła pojawienie się w naszym domu lawendowego pieska Jacusia. Obrażona na nas wrogo łypała na tego znienawidzonego intruza Jacka. Zazdrosna o wszystko co i rusz pokazywała mu, gdzie jego miejsce. Ustawiała go, musztrowała i odsuwała od nas, gdy tylko zdało się psinie, że Jacuś na zbyt wiele sobie pozwala. Po jakimś czasie ku naszej uldze zaczęły pojawiać się między tymi psiakami dobre chwile, gdy Zuzia decydowała się zakopać topór wojenny, kiedy znikała w niej zazdrość i napięcie. Wówczas aż miło było patrzeć jak bawili się oboje, podgryzając się, przewracając na trawniku w ogrodzie, goniąc wokół wiaty na drewno a potem ziając zgodnie położywszy się obok siebie łeb w łeb. Jednak to dzisiejsze zbratanie i wzajemna akceptacja w niczym nie przeszkadzały by na drugi dzień Zuzia zapominała o niedawnych zabawach i znowu zabierała się za surowe musztrowanie i bezlitosne stawianie do pionu biednego Jacka. (O pojawieniu się w Jaworowie Jacusia opowiada post z 2015 r. pt. " Towarzysz dla Zuzi")

   Życie Zuzi i Jacusia zmieniło się, gdy na świat przyszły ich dzieci.  Odmieniły się też ostatecznie na lepsze stosunki między nimi. Zniknęły zmienne nastroje Zuzi. Odtąd Jacuś stał się w pełni jej partnerem i towarzyszem a oboje opiekuńczymi, serdecznymi rodzicami (co rzecz jasna nie wykluczało kontynuacji wesołych zabaw i beztroskich gonitw). Ale w centrum zainteresowania tej pary stały teraz ich córeczki: niewidoma Misia i podobna z ubarwienia do swej mamy Hipcia.

   Dzieci Zuzi i Jacusia dorastały, nie wiedząc nawet jakimi są szczęściarzami mając oboje rodziców przy sobie i mogąc zawsze na nich liczyć. Dla Misi i Hipci to było po prostu oczywiste i zwyczajne, że jest ich czworo, że są zawsze razem tworząc zgodne przeważnie stado, wspólnie bawiąc się, jedząc, chodząc na spacery, śpiąc na domowych legowiskach albo pokładając się w ulubionych, cienistych miejscach ogrodu.

   Zuzia przez pięć lat bycia matką przejawiała ogromną czułość i troskę względem swych córeczek. Po powrocie z leśnych chaszczy zawsze czyściła im futerka, wyciągając z nich zębami wszelkie rzepy i kolce, przeczesując je cierpliwie w poszukiwaniu kleszczy, wylizując im najmniejsze choćby skaleczenia i rany.  Pozwalała swym dzieciom na głowę sobie wchodzić, prawie nigdy na nie warcząc i nie odpędzając od siebie. A do tego jak cudownie się z nimi bawiła na podwórku! Porzuciwszy wszelkie nawyki wynikające z wieku i dostojeństwa szalała w radosnych gonitwach i podgryzaniach. A jej oczy, wyraz jej pyska wskazywał na to, że jest po prostu bezgranicznie szczęśliwa.  I my Z Cezarym byliśmy częścią tego szczęścia. Zanurzeni w nim ufnie, nie chcieliśmy pamiętać o tym, że wszystko kiedyś się skończy, że takie wspaniałe chwile nie mogą niestety trwać wiecznie…

  

   Zuzia z nami jest w jej dotkliwym, bolesnym braku. W każdym momencie, który z nią się kojarzy. A kojarzy się nam nieomalże wszystko. Bo przecież była we wszystkim.

 

   Szykuję jedzenie dla Jacusia, Hipci oraz Misi i wyciągam tylko trzy a nie cztery miski. Biała miska Zuzi stoi samotnie na półce w spiżarni. Niepotrzebne już naczynie.

 


   Wychodzimy z psami na spacer. I nie ma już jej intensywnego, wszystkowiedzącego patrzenia w oczy. I nie ma żywiołowej reakcji na hasło: idziemy do lasu. Nie ma nieokiełznanej radości Zuzi. Jej szalonych skoków i entuzjastycznych tańców. Ani swobodnego biegania po znajomych dąbrowach, łąkach, wykrotach i paryjach. Brodzenia w strumykach. Chłeptania wody z kałuży. Tarzania się w suchych liściach. I tylko  na szafce na ganku leży bezużytecznie Zuzina obroża oraz smycz.


 

 Hipcia przesypia teraz prawie całe dnie na dawnym miejscu Zuzi. Ona jedna przełamała opór co do legowiska swej mamy. Och, tak bardzo jest z umaszczenia do Zuzi podobna, że gdyby nie inny kształt jej pyska, inny kolor oczu i rodzaj spojrzenia można by ją z Zuzią pomylić. Zuzia jednak miała spojrzenie pełne słodyczy, łagodności, mądrości, ciepła i bezbrzeżnego zaufania. Hipcia natomiast ma we wzroku mieszaninę uważności i roztargnienia a także Jacusiowej, nieco wilczej ostrości. Jednak widać, iż rozumie, czuje dużo i przeżywa głęboko czas żałoby. Ostatnio w  zastępstwie swojej matki przejęła troskliwą opiekę nad swoją siostrzyczką Misią. I zaczęła ją czule iskać tak, jak to do niedawna robiła w stosunku do swych córeczek Zuzia.

  

  Misia codziennie wącha z mieszaniną nieufności, smutku i lęku legowisko Zuzi. Kiedyś uwielbiała się na nim kłaść i tylko czekała na moment, gdy Zuzia położy się gdzie indziej. Teraz to dla niej ziemia zakazana. Tak, jakby ktoś postawił tam zakaz wjazdu i ona czuje go ze wszystkich psów najmocniej. Cała jej postawa, pyszczek, ułożenie uszu wszystko to wyraża głęboki smutek i bezradność. Wskakuje na kanapę i rozkłada nóżki żeby gładzic ją po brzuszku (jakże to w niej podobne do Zuzi, obie gustowały zawsze w tego rodzaju pieszczotach). Ona oraz reszta psów potrzebują teraz znacznie więcej pieszczot, naszej bliskości, niż za życia Zuzi.

 

   Wciąż śledzi nas spojrzenie smutnego Jacusia, jej przyjaciela, wyrażające tęsknotę, przygnębienie, zagubienie. I nadzieję, że ta bolesna, niezrozumiała dziwność w naszym domu minie jak zły sen. I znowu będzie wszystko normalnie. Był i nadal jest wiernym towarzyszem Zuzi. I ciężko mu bez niej, ciężko. Co dzień szuka ten biały psiak w naszych oczach odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Szuka też  jakiejś iskry otuchy. Pieścimy go, przemawiamy czule, próbujemy się uśmiechać, ale on czuje, że w naszych sercach tkwi drzazga. Taka sama jak w jego serduszku. W końcu, w poszukiwaniu Zuzi idzie biedny Jacuś do ogrodu. Zagląda w każdy kąt...

 


   To, że nie da się uratować Zuzi stało się dla nas jasne kilka dni przed jej odejściem. Cierpiała a środki przeciwbólowe niewiele już pomagały. Biedulka przez kilka tygodni swojej choroby schudła ponad dziesięć kilo.  I nie dziwota, przecież  prawie nic nie jadła i nie piła. Trzeba było dożywiać ją kroplówkami a i to niewiele dawało. Jakąś ulgę w bólu przynosiło Zuzi leżenie na mrozie, na śniegu. Dlatego po wielekroć każdej nocy prosiła o wypuszczenie do ogrodu.  Przynosiliśmy ją stamtąd z Cezarym na rękach bo pod koniec już nawet nie miała sił chodzić.W planie była rychła operacja, ale czuliśmy, że Zuzia jej nie doczeka, a nawet gdyby, to jej nie przetrzyma. Sam weterynarz zakomunikował nam, iż może być tak, że gdy po otwarciu brzucha Zuzi stwierdzi, że to nieoperowalny nowotwór, trzeba będzie zdecydować, czy wybudzać psinę z narkozy, czy też nie...

 



   Tego styczniowego, czwartkowego wieczoru, gdy zbliżała się jej śmierć podczołgała się resztką sił do swego legowiska pod balkonem. Zaczęła ciężko oddychać. Drżeć. Próbowała się podnieść. W końcu dała za wygraną. Ułożyła się na boku i tylko unosiła główkę, spoglądając na nas gasnącym wzrokiem. Zdawszy sobie sprawę, iż to ostatnie jej chwile szlochając leżeliśmy przy niej na podłodze, głaskaliśmy ją i przemawialiśmy do niej czule. Wreszcie przez ciało Zuzieńki przeszła fala gwałtownych konwulsji i psinka oddała ducha. (...)


   W kilka dni po śmierci Zuzi miałam sen, który przyniósł mi chwilową ulgę. Otóż śniło mi się, że razem z Cezarym szukaliśmy po wielkim osiedlu naszych psów. Byliśmy już bardzo zmęczeni tym chodzeniem i wołaniem, przerażeni ich zaginięciem. Aż w końcu jakieś dwie napotkane przypadkowo kobiety, niosące na rękach swego chorego pieska powiedziały nam, że niedawno widziały chmarę psiaków w dolinie pod lasem. Natychmiast tam pobiegliśmy. I oto ujrzeliśmy w tejże dolinie mnóstwo przeróżnych piesków. Niektóre z nich natychmiast rozpoznaliśmy jako nasze a inne zdawały nam się tylko skądś znajome. Zawołaliśmy je do siebie. I przybiegły wszystkie otaczając nas radosnym, entuzjastycznym stadem. A na czele tego stada była nasza Zuzia…

 


 P.S.

Oboje z Cezarym serdecznie dziękujemy za wszystkie komentarze pod poprzednim postem.

środa, 14 sierpnia 2019

Bożenka…




   Od kilkunastu godzin leje u nas jak z cebra. Razem z psami siedzimy zatem w domu, bo nie jest to sprzyjająca spacerom czy choćby wyjściom do ogrodu aura. Jednakże dobra to pora do snucia wspomnień z dawnych lat oraz do zanurzenia się w nostalgiczno-pogodne obrazki kilku ostatnich dni, które oboje z Cezarym spędziliśmy w towarzystwie mojej przyjaciółki ze Śląska, Bożenki. Tylko pisać ciężko, bo osa ukąsiła mnie wczoraj w prawą dłoń, która aż do łokcia spuchła mi jak bania a każdy ruch palców wywołuje spory dyskomfort. Mam też problemy z ubraniem w adekwatne słowa natłoku myśli, uczuć i emocji, jakich źródłem była dla mnie wizyta mej przyjaciółki. Zbyt ważny i cenny był to bowiem dla mnie czas, zbyt wyjątkowy bym z łatwością wystukała kolejnego, lekkiego w nastroju posta.  Dlatego zamyślam się często. Robię przerwy. Zasłuchuję się w bębnienie deszczu o parapety. Daję odpocząć obolałej ręce. Przeglądam od nowa fotografie. Wzdycham i odpływam do tych sierpniowych dni, które minęły zbyt szybko. Ale nic to! Napiszę, jak potrafię. A czego nie będę umiała napisać, pokażę zdjęciami ze wspólnych, dobrych chwil spędzanych w tutejszych, malowniczych stronach Pogórza Dynowskiego.



   Bożenka (nazywana na tym blogu przeszłości Adą – Bzowe dziewczynki, bzowe babuleńki) nie była u nas od siedmiu lat. A przez ten czas bardzo dużo wydarzyło się w naszych życiach. Przeplatały się zwyczajne radości oraz smutki, nie raz dokładały swe nitki zgryzoty, choroby i złe wiadomości, a wreszcie bólem i nieutuloną tęsknotą naznaczyła wielokrotna żałoba. Już nie jesteśmy beztroskimi dziewczynkami, ani pełnymi optymizmu kobietami. Na naszych twarzach pogłębiły się cienie, zmarszczki i bruzdy a w oczach częściej niż blask uśmiechu pojawia się lśnienie łez.  Życie wyrzeźbiło w sercach głębokie koleiny i blizny. Widać tam rany nie do zabliźnienia. Czuć tęsknoty nie do zaspokojenia. Jedno jednak nie zmieniło się w nas wcale. Nadal jest między nami bardzo silna, siostrzana wręcz więź. Mocniejsza nawet pewnie niż niegdyś, bo pogłębiona przez skomplikowane dzieje, trudne sprawy, z którymi miałyśmy i mamy do czynienia, niesione stale przez los wyzwania. Choć nie widziałyśmy się prawie trzy lata, to rozmawiając często przez telefon dzieliłyśmy się zwierzeniami i opowieściami, dodawałyśmy sobie wzajemnie otuchy i pociechy, wspierałyśmy podobną wrażliwością i zrozumieniem, wielokrotnie śmiałyśmy się i płakałyśmy razem. Byłyśmy duchowo blisko, choć kilometrowo daleko. Ech! Znamy się niemalże pięćdziesiąt lat. To szmat czasu. Tyle było po drodze innych znajomości, tyle rozmaitych ludzi, z którymi człowiek nawiązywał bliskie, nieraz bardzo serdeczne relacje. Jednak większość z tych osób dawno już zniknęła w oddali niczym duchy czy cienie. Choć w swoim czasie zdawali się tak ważni, to w pomroce dziejów zatarła się nawet pamięć o ich imionach i nazwiskach. Zostały jakieś migawki, pojedyncze kadry, strzępki wspomnień. Została też pewność, że każdy z tych cieni był mimo wszystko w jakiś sposób istotny i dołożył swoją cegiełkę do budowli takiego a nie innego naszego losu. Z perspektywy czasu wiem jednak, że tylko więź łączącą mnie z Bożenką mogę nazwać prawdziwą przyjaźnią. Życzyłabym każdemu by miał choć jedną taką osobę w swoim życiu, na której nigdy się nie zawiódł, którą mógłby obdarzać bezgraniczną życzliwością oraz zaufaniem a przy tym niezmiennie być pewnym, że jest to wzajemne.





   Ach, jak dobrze było móc znowu móc gościć Bożenkę w Jaworowie, uściskać się po latach, popatrzeć w swoje oczy, odnaleźć dawne siebie i skonfrontować z tym, co jest teraz. Rozmawiać całe dnie i aż do późnej nocy siedzieć z jeżynową naleweczką albo ze szklaneczką bzowego wina mojej roboty w ogrodzie, wsłuchiwać się w chóry sierpniowych świerszczy, zapatrzać w malownicze zachody słońca a następnie w migające konstelacje gwiazd. Zastanawiać się, czy te gwiazdy chcą nam coś powiedzieć, czy wiedzą o nas więcej niż my same, czy może są tylko odległymi, martwymi od dawna punktami w kosmosie.  Rozcierać w palcach wonne liście mięty, melisy oraz czarnego bzu i odnajdywać w nich magię dzieciństwa. Wwąchiwać się z lubością w drobne kwiatuszki maciejki. Odganiać wścibskie komary i ćmy. Bawić się z psami, i smakowicie grillować w ogrodzie. Zbierać pierwsze w tym roku, dojrzałe baldachy owoców dzikiego bzu i wspólnie przyrządzać bzowe konfitury. Bez zmęczenia wędrować wśród łąk, mokradeł, zagajników i przydrożnych kapliczek czując się tak rzeźko jak we wczesnej młodości.














   Jakże cudownie było mogąc zaczynać każdy następny dzień wspólnym śniadaniem i zajadać przetwory z Jaworowej spiżarki a potem spędzać razem swobodny, pogodny czas na długich spacerach po lesie albo po okolicznych przysiółkach. Nucić popularne w czasach dzieciństwa piosenki (obie z Bożenką należałyśmy w podstawówce do szkolnego chóru). Uśmiechać się do wspomnień a wreszcie próbować poszukać w zamglonym labiryncie przyszłości dróżek jasnych i pewnych, opromienionych nadzieją i dobrymi już tylko nowinami.


   Bo tych złych nowin aż nadto. Gdzie tylko się człowiek obróci tam spotyka bezradnych, cierpiących ludzi. Podczas jednej z naszych wspólnych z Bożenką wielokilometrowych wędrówek, w dalekim przysiółku poznałyśmy pewną miłą staruszkę. Prostą, lecz pełną życiowej mądrości kobiecinkę drepczącą powolutku o lasce, dbającą wytrwale o piękne kwiatki w ogrodzie, o psa podwórkowego oraz dochodzącego kotka. Tylko to jej zostało.Schorowana żyje samotnie w murowanym domku z dala od reszty wsi. Kilka lat temu umarł jej długoletni towarzysz życia, nazajutrz czekał ją pogrzeb siostry. Dzieci daleko, wnuki i prawnuki przyjeżdżają rzadko. Każdy ma swoje sprawy i pilne obowiązki. Ale ona to rozumie. Niczego nie żąda. Wszystko przyjmuje z wdzięcznością. Tyle tylko, że całymi dniami nie ma się do kogo odezwać. A tu żyć trzeba. Czymś wypełniać kolejne dni. Spoglądać na malowniczy widoczek za oknem, na pustą, nieuczęszczaną prawie dróżkę. Wspominać dawne dzieje i  czekać na to, co jeszcze przyniesie los…W oczach kobiety błyszczały łzy. Potem niepowstrzymanie toczyły się już po policzkach. Nam z Bożenką też głos wiązł w gardłach.  Pełne byłyśmy współczucia i troski dla niej. Znowu też zmierzyłyśmy się ze swoimi najsmutniejszymi wspomnieniami i najgorszymi lękami o przyszłość. Z ciężkim sercem pożegnałyśmy się w końcu z samotną staruszką. Wylewnie dziękowała nam za rozmowę. Widok jej kolorowego domku dawno już znikł nam z oczu, ale między nami długo jeszcze panowało pełne przygnębienia milczenie…


  Tu, na naszym końcu świata żyjemy z Cezarym prawie jak pustelnicy. Do szczęścia wystarcza nam na ogół kontakt z okoliczną naturą i zwierzętami, okazjonalne spotkania z sąsiadami albo tutejszymi znajomymi. Do zapełnienia czasu wystarcza ciężka praca i codzienne pasje takie jak opieka nad psami i kotami, pielęgnacja ogrodu, pisanie, czytanie, słuchanie muzyki i oglądanie filmów czy też blogowanie. Przywykliśmy do takiego trybu życia. Daje nam on sporo spokoju oraz poczucia spełnienia. Cieszę się i doceniam ogromnie, że mamy to nasze piękne miejsce pod lasem i siebie wzajemnie. Niekiedy jednak dopada mnie tęsknota za tym specyficznym zrozumieniem i podobieństwem wrażliwości jaka może istnieć tylko między bliskimi sobie kobietami. Za snuciem rzewnych opowieści z lat młodości, wspomnień o bliskich ludziach, którzy żyją niestety już tylko w tych wspomnieniach i na czas rozmowy ożywają znowu tak silni, młodzi i pełni wiary w pozytywną przyszłość jak dawniej.  Ożywa potrzeba pełnych otwartości swobodnych, kobiecych zwierzeń, beztroskiego żartowania i wybuchających niczym gejzery, niepowstrzymanych ataków wesołości z byle powodu. Chichotów, które często przekształcają się we wspólny szloch, gdyż szufladki śmiechu i płaczu w żeńskich umysłach sąsiadują ze sobą i mają zwyczaj nieoczekiwanie zamieniać się miejscami. Chwile spędzone z mą przyjaciółką na jakiś zaspokoiły te tęsknoty. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy mogły z Bożenką nacieszyć się tak intensywnie i głęboko swoim towarzystwem, że zdrowie i wszelkie inne okoliczności pozwolą nam na spędzenie następnych, pełnych życzliwości oraz serdecznego ciepła chwil. I obyśmy nie musiały czekać na to kolejne siedem lat. Wszak życie ludzkie, choć zdaje się czasem tak długie, jest przecież żałośnie krótkie…



    I to by było tyle mojej opowieści na dzisiaj. Idę zrobić sobie okład z octu jabłkowego na rękę, bo nic się jej nie polepsza. A potem może, gdy wreszcie przestanie padać wybierzemy się z psami i Cezarym na grzyby. Jeśli jednak deszcz nie odpuści trzeba będzie napalić w piecu i zaparzyć gorącej herbatki, bo jesienny chłód zaczął się już powoli wkradać do domu...


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost