Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania bzowe dziewczynki, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania bzowe dziewczynki, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2019

Bożenka…




   Od kilkunastu godzin leje u nas jak z cebra. Razem z psami siedzimy zatem w domu, bo nie jest to sprzyjająca spacerom czy choćby wyjściom do ogrodu aura. Jednakże dobra to pora do snucia wspomnień z dawnych lat oraz do zanurzenia się w nostalgiczno-pogodne obrazki kilku ostatnich dni, które oboje z Cezarym spędziliśmy w towarzystwie mojej przyjaciółki ze Śląska, Bożenki. Tylko pisać ciężko, bo osa ukąsiła mnie wczoraj w prawą dłoń, która aż do łokcia spuchła mi jak bania a każdy ruch palców wywołuje spory dyskomfort. Mam też problemy z ubraniem w adekwatne słowa natłoku myśli, uczuć i emocji, jakich źródłem była dla mnie wizyta mej przyjaciółki. Zbyt ważny i cenny był to bowiem dla mnie czas, zbyt wyjątkowy bym z łatwością wystukała kolejnego, lekkiego w nastroju posta.  Dlatego zamyślam się często. Robię przerwy. Zasłuchuję się w bębnienie deszczu o parapety. Daję odpocząć obolałej ręce. Przeglądam od nowa fotografie. Wzdycham i odpływam do tych sierpniowych dni, które minęły zbyt szybko. Ale nic to! Napiszę, jak potrafię. A czego nie będę umiała napisać, pokażę zdjęciami ze wspólnych, dobrych chwil spędzanych w tutejszych, malowniczych stronach Pogórza Dynowskiego.



   Bożenka (nazywana na tym blogu przeszłości Adą – Bzowe dziewczynki, bzowe babuleńki) nie była u nas od siedmiu lat. A przez ten czas bardzo dużo wydarzyło się w naszych życiach. Przeplatały się zwyczajne radości oraz smutki, nie raz dokładały swe nitki zgryzoty, choroby i złe wiadomości, a wreszcie bólem i nieutuloną tęsknotą naznaczyła wielokrotna żałoba. Już nie jesteśmy beztroskimi dziewczynkami, ani pełnymi optymizmu kobietami. Na naszych twarzach pogłębiły się cienie, zmarszczki i bruzdy a w oczach częściej niż blask uśmiechu pojawia się lśnienie łez.  Życie wyrzeźbiło w sercach głębokie koleiny i blizny. Widać tam rany nie do zabliźnienia. Czuć tęsknoty nie do zaspokojenia. Jedno jednak nie zmieniło się w nas wcale. Nadal jest między nami bardzo silna, siostrzana wręcz więź. Mocniejsza nawet pewnie niż niegdyś, bo pogłębiona przez skomplikowane dzieje, trudne sprawy, z którymi miałyśmy i mamy do czynienia, niesione stale przez los wyzwania. Choć nie widziałyśmy się prawie trzy lata, to rozmawiając często przez telefon dzieliłyśmy się zwierzeniami i opowieściami, dodawałyśmy sobie wzajemnie otuchy i pociechy, wspierałyśmy podobną wrażliwością i zrozumieniem, wielokrotnie śmiałyśmy się i płakałyśmy razem. Byłyśmy duchowo blisko, choć kilometrowo daleko. Ech! Znamy się niemalże pięćdziesiąt lat. To szmat czasu. Tyle było po drodze innych znajomości, tyle rozmaitych ludzi, z którymi człowiek nawiązywał bliskie, nieraz bardzo serdeczne relacje. Jednak większość z tych osób dawno już zniknęła w oddali niczym duchy czy cienie. Choć w swoim czasie zdawali się tak ważni, to w pomroce dziejów zatarła się nawet pamięć o ich imionach i nazwiskach. Zostały jakieś migawki, pojedyncze kadry, strzępki wspomnień. Została też pewność, że każdy z tych cieni był mimo wszystko w jakiś sposób istotny i dołożył swoją cegiełkę do budowli takiego a nie innego naszego losu. Z perspektywy czasu wiem jednak, że tylko więź łączącą mnie z Bożenką mogę nazwać prawdziwą przyjaźnią. Życzyłabym każdemu by miał choć jedną taką osobę w swoim życiu, na której nigdy się nie zawiódł, którą mógłby obdarzać bezgraniczną życzliwością oraz zaufaniem a przy tym niezmiennie być pewnym, że jest to wzajemne.





   Ach, jak dobrze było móc znowu móc gościć Bożenkę w Jaworowie, uściskać się po latach, popatrzeć w swoje oczy, odnaleźć dawne siebie i skonfrontować z tym, co jest teraz. Rozmawiać całe dnie i aż do późnej nocy siedzieć z jeżynową naleweczką albo ze szklaneczką bzowego wina mojej roboty w ogrodzie, wsłuchiwać się w chóry sierpniowych świerszczy, zapatrzać w malownicze zachody słońca a następnie w migające konstelacje gwiazd. Zastanawiać się, czy te gwiazdy chcą nam coś powiedzieć, czy wiedzą o nas więcej niż my same, czy może są tylko odległymi, martwymi od dawna punktami w kosmosie.  Rozcierać w palcach wonne liście mięty, melisy oraz czarnego bzu i odnajdywać w nich magię dzieciństwa. Wwąchiwać się z lubością w drobne kwiatuszki maciejki. Odganiać wścibskie komary i ćmy. Bawić się z psami, i smakowicie grillować w ogrodzie. Zbierać pierwsze w tym roku, dojrzałe baldachy owoców dzikiego bzu i wspólnie przyrządzać bzowe konfitury. Bez zmęczenia wędrować wśród łąk, mokradeł, zagajników i przydrożnych kapliczek czując się tak rzeźko jak we wczesnej młodości.














   Jakże cudownie było mogąc zaczynać każdy następny dzień wspólnym śniadaniem i zajadać przetwory z Jaworowej spiżarki a potem spędzać razem swobodny, pogodny czas na długich spacerach po lesie albo po okolicznych przysiółkach. Nucić popularne w czasach dzieciństwa piosenki (obie z Bożenką należałyśmy w podstawówce do szkolnego chóru). Uśmiechać się do wspomnień a wreszcie próbować poszukać w zamglonym labiryncie przyszłości dróżek jasnych i pewnych, opromienionych nadzieją i dobrymi już tylko nowinami.


   Bo tych złych nowin aż nadto. Gdzie tylko się człowiek obróci tam spotyka bezradnych, cierpiących ludzi. Podczas jednej z naszych wspólnych z Bożenką wielokilometrowych wędrówek, w dalekim przysiółku poznałyśmy pewną miłą staruszkę. Prostą, lecz pełną życiowej mądrości kobiecinkę drepczącą powolutku o lasce, dbającą wytrwale o piękne kwiatki w ogrodzie, o psa podwórkowego oraz dochodzącego kotka. Tylko to jej zostało.Schorowana żyje samotnie w murowanym domku z dala od reszty wsi. Kilka lat temu umarł jej długoletni towarzysz życia, nazajutrz czekał ją pogrzeb siostry. Dzieci daleko, wnuki i prawnuki przyjeżdżają rzadko. Każdy ma swoje sprawy i pilne obowiązki. Ale ona to rozumie. Niczego nie żąda. Wszystko przyjmuje z wdzięcznością. Tyle tylko, że całymi dniami nie ma się do kogo odezwać. A tu żyć trzeba. Czymś wypełniać kolejne dni. Spoglądać na malowniczy widoczek za oknem, na pustą, nieuczęszczaną prawie dróżkę. Wspominać dawne dzieje i  czekać na to, co jeszcze przyniesie los…W oczach kobiety błyszczały łzy. Potem niepowstrzymanie toczyły się już po policzkach. Nam z Bożenką też głos wiązł w gardłach.  Pełne byłyśmy współczucia i troski dla niej. Znowu też zmierzyłyśmy się ze swoimi najsmutniejszymi wspomnieniami i najgorszymi lękami o przyszłość. Z ciężkim sercem pożegnałyśmy się w końcu z samotną staruszką. Wylewnie dziękowała nam za rozmowę. Widok jej kolorowego domku dawno już znikł nam z oczu, ale między nami długo jeszcze panowało pełne przygnębienia milczenie…


  Tu, na naszym końcu świata żyjemy z Cezarym prawie jak pustelnicy. Do szczęścia wystarcza nam na ogół kontakt z okoliczną naturą i zwierzętami, okazjonalne spotkania z sąsiadami albo tutejszymi znajomymi. Do zapełnienia czasu wystarcza ciężka praca i codzienne pasje takie jak opieka nad psami i kotami, pielęgnacja ogrodu, pisanie, czytanie, słuchanie muzyki i oglądanie filmów czy też blogowanie. Przywykliśmy do takiego trybu życia. Daje nam on sporo spokoju oraz poczucia spełnienia. Cieszę się i doceniam ogromnie, że mamy to nasze piękne miejsce pod lasem i siebie wzajemnie. Niekiedy jednak dopada mnie tęsknota za tym specyficznym zrozumieniem i podobieństwem wrażliwości jaka może istnieć tylko między bliskimi sobie kobietami. Za snuciem rzewnych opowieści z lat młodości, wspomnień o bliskich ludziach, którzy żyją niestety już tylko w tych wspomnieniach i na czas rozmowy ożywają znowu tak silni, młodzi i pełni wiary w pozytywną przyszłość jak dawniej.  Ożywa potrzeba pełnych otwartości swobodnych, kobiecych zwierzeń, beztroskiego żartowania i wybuchających niczym gejzery, niepowstrzymanych ataków wesołości z byle powodu. Chichotów, które często przekształcają się we wspólny szloch, gdyż szufladki śmiechu i płaczu w żeńskich umysłach sąsiadują ze sobą i mają zwyczaj nieoczekiwanie zamieniać się miejscami. Chwile spędzone z mą przyjaciółką na jakiś zaspokoiły te tęsknoty. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy mogły z Bożenką nacieszyć się tak intensywnie i głęboko swoim towarzystwem, że zdrowie i wszelkie inne okoliczności pozwolą nam na spędzenie następnych, pełnych życzliwości oraz serdecznego ciepła chwil. I obyśmy nie musiały czekać na to kolejne siedem lat. Wszak życie ludzkie, choć zdaje się czasem tak długie, jest przecież żałośnie krótkie…



    I to by było tyle mojej opowieści na dzisiaj. Idę zrobić sobie okład z octu jabłkowego na rękę, bo nic się jej nie polepsza. A potem może, gdy wreszcie przestanie padać wybierzemy się z psami i Cezarym na grzyby. Jeśli jednak deszcz nie odpuści trzeba będzie napalić w piecu i zaparzyć gorącej herbatki, bo jesienny chłód zaczął się już powoli wkradać do domu...


niedziela, 23 sierpnia 2015

Bzowe dziewczynki, bzowe babuleńki…






   Wspomnienie z dzieciństwa: Jest gorące lato. Razem z moją przyjaciółką Adą chowając się przed namolną Grażynką chronimy się w krzewach czarnego bzu. Klękamy na wilgotnej ziemi. Nieruchomiejemy. Wstrzymujemy oddech, by nikt nas tu nie znalazł, nie usłyszał. Spoglądamy na siebie z porozumiewawczym uśmiechem, wyłapując odległe nawoływania zaniepokojonej naszym zniknięciem Grażynki. O nie! Nie ujawnimy się. Już dość nas namęczyło sobą to hałaśliwe, uwielbiające być w centrum uwagi dziewczynisko. A tutaj spokojny półmrok. Ostro - dławiący, lecz dziwnie słodki zapach kwiatów czarnego bzu. Delikatny szum liści. Ćwierkanie wróbli także mających gdzieś tu kryjówkę. Posmak przygody i tajemnicy. I my dwie, którym nie chce się wcale wracać do zwykłego świata.


   Rozsiadamy się wygodnie. Wygładzamy dłońmi ziemię i patykami rysujemy na niej nasze imiona: Ola i Ada. I jeszcze wokół wielkie serce. Patrzymy na siebie uszczęśliwione. Uśmiechnięte. Rozgrzebujemy patykami mały, piaszczysty kopczyk. Może dokopiemy się do kreta? Znajdujemy niezwykłe szkiełko. Fioletowe. Błyskające amarantowym blaskiem. Skarb, na który obie spoglądamy pożądliwie. Chciałabym zabrać go i schować w mojej porcelanowej szkatułce wraz z innymi cennymi dla mnie przedmiotami. Mam już tam kilka innych, kolorowych szkiełek. Mam piórko papużki, muszlę z perłowym blaskiem, czerwone koraliki, czarny, lśniący miką kamyk znad morza oraz pokryty zielonym nalotem, odpustowy pierścionek... Podnoszę błyskające teraz purpurą szkiełko ku światłu wydobywającemu się delikatną smugą spomiędzy bzowych, kwietnych baldachów. Na twarzy Ady słońce natychmiast projektuje fioletowe zajączki. Poruszam szkiełkiem a jego blaski skaczą w jej brązowych oczach sprawiając, iż ta moja bliska jak siostra przyjaciółka wygląda w tej chwili niczym tajemnicza rusałka. Długie, orzechowe w odcieniu włosy wymykają się jej z warkoczy. Otaczają ciepłą, wibrującą aureolą twarz dziewczynki. Spontanicznie zrywam kwiat bzu i wtykam go jej za ucho. Ada chichocze.
   Z daleka słyszymy nawoływania matki Ady. Czas na kolację. Chcąc nie chcąc trzeba wyjść z naszego bezpiecznego zacisza. Moja przyjaciółka pochmurnieje. Nie bardzo ma ochotę wracać do domu. Na pewno znowu czeka ją tam jakaś awantura…
- Weź sobie to szkiełko i schowaj żeby nie zginęło! – mówię, wręczając jej nasze amarantowe cudeńko. Bardzo chcę żeby znowu się uśmiechnęła.
- Nie! Lepiej je tu z powrotem zakopmy. To będzie nasz wspólny skarb. Dobrze? – szepcze ona poważnie i nie czekając na przyzwolenie z mojej strony ponownie rozgrzebuje ziemię a potem ukrywszy w jej czeluściach szkiełko uklepuje zgrabny kopczyk…



   Chwila obecna: Zrywam owoce bzu. Mimo suszy obrodził niezwykle tego roku. Gałęzie aż uginają się pod ich ciężarem. Kury doskakują łakomie do najniżej rosnących owoców i dziobią je ze smakiem. Rzucam im więc na ziemię kilka dorodnych kiści a sama spokojnie napełniam nimi wiadro. Oboje z Cezarym uwielbiamy czarny bez. Co roku robię z niego przetwory a potem zajadamy je ze smakiem, dostarczając sobie w ten sposób w chłodniejszych porach roku dawki witamin ukrytych w słodko-cierpkiej, wspaniałej galaretce z chrupiącymi ziarenkami . Tak miło jest wieczorem otworzyć słoiczek konfitur i czytając coś, czy oglądając film bezwstydnie i radośnie łasować.


   Ale najpierw trzeba nazbierać pełne wiadro a potem cierpliwie obrywać z kiści drobniutkie, czarne koraliki bzowych jagódek. Siedzę pod budynkiem gospodarczym i od kilku już godzin obrywam, obrywam, obrywam…Psy pchają się do mnie namolnie z obu stron. Fioletowo-różowymi dłońmi głaskam ich pyski, zostawiając przy okazji na ich białej sierści amarantowe plamki. One kręcą ogonami młynki i spoglądają wyczekująco w moje oczy. Już wiem. Muszę przerwać albo szybko skończyć robotę z bzem, bo psiaki są głodne. Wyspały się pod wiatą i doczekać już nie mogą kolacji.
   Z trudem podnoszę się z ławy. Cicho pojękuję. Kilka dni temu podczas wyrywania ostów dla kóz jakiś ból wlazł mi w krzyże i od tej pory, mimo smarowania rozgrzewającą maścią, nie odpuszcza. Kuśtykam niosąc przed sobą ostrożnie miednicę pełną bzowych owocków. Wyciągam z lodówki garnek z mięsem i kośćmi. Biorę psie miski i wychodzę przed dom. Odbywa się cowieczorny rytuał. Ustawiam naczynia na Zuzinej budzie i dzielę sprawiedliwie smakołyki. Psiska kładą się naprzeciwko mnie na trawniku i spoglądają niecierpliwie na moje poczynania. Wreszcie dostają swoje porcje i zabierają się z apetytem za wcinanie. Mogę teraz wrócić do domu i wziąć się za ciąg dalszy roboty z bzem.

   Ledwo zdążyłam umyć ręce, gdy słyszę dzwonek telefonu. Biegnąc do kuchni obcieram pośpiesznie dłonie w spodnie. Odbieram. To Ada. Często dzwoni do mnie wieczorami. Ma wtedy chwilę czasu dla siebie i głęboką potrzebę by nareszcie porozmawiać z kimś, wyrzucić z siebie balast trudnych emocji, a także odetchnąć od własnych spraw i pogrążyć się choć na moment w innej niż własna rzeczywistości…
- I co tam, kochana u Ciebie? – pytam zasiadając przy stole. Znowu z mych ust wyrywa się mimowolny jęk. Korzonki w części krzyżowej pleców nie dają o sobie zapomnieć. Wkładam rękę do miednicy pełnej chłodnych owocków czarnego bzu. Ich dotyk cudownie koi…

- Ach! Wciąż to samo! Ledwo się w tym upale dokaraskałam do rodziców. Jakieś awarie były po drodze. Musiałam przesiadać się do innego tramwaju a potem jeszcze wlec parę kilometrów z ciężkimi siatami wypełnionymi garnkami z obiadem dla moich starych. Ledwo żyję! – wzdycha Ada. I ja wzdycham, bo cóż, rozumiem dobrze jej zmęczenie. Współczuję ogromnie, ciężkiej sytuacji z jej rodzicami. Oboje starzy i bardzo chorzy. Alzheimer i rak płuc. A przy tym matka ogromnie dokuczliwa. Ojciec mrukliwy i zmierzły. I Ada sama schorowana a od czterech lat, dzień w dzień pokonująca tę samą kilkudziesięciokilometrową trasę do rodziców i z powrotem. Troszcząca się o nich ofiarnie i czule. Dogadzająca. Pamiętająca zawsze o kupnie ulubionych batoników dla mamy i papierosów dla taty (ach, w jego stanie już mu przecież nie zaszkodzą!). Jak maszyna wykonująca sprawnie codzienne czynności takie jak: sprzątanie rozsianych po całym domu nieczystości, szorowanie obsikanych podłóg, kąpanie matki, mycie ojca, przygotowywanie kolacji i śniadania na następny dzień…

- Ale dzisiaj mój ojciec mnie dobił! – głos Ady jest pełen bólu i goryczy.
- Pamiętasz, mówiłam ci, że jemu ostatnio poza zupami i kluskami śląskimi nic już prawie nie smakuje? A gdzież ja będę w tym gorącu kluski co dzień lepić?! Nie mam już siły stać godzinami przy kuchni. No to ucieszyłam się jak w osiedlowym supermarkecie odkryłam tanie a dobre kluski. Nakupiłam ich od razu spory zapas. Zamroziłam. Pomyślałam, że teraz tylko będę co parę dni gotować zupy, dusić mięso i robić sos. A robotę z kluskami nareszcie mam z głowy. I cała zadowolona podałam dzisiaj ojcu te kluski z pysznym sosem. I wiesz co? Wściekł się na mnie! Złośliwie wywalił wszystko na ledwo co wyczyszczony przeze mnie dywan. Ryczał, że twarde, niedobre, że na pewno chcę go otruć a w ogóle to jestem taka i owaka, wyrodna, leniwa córka, i że patrzeć już na mnie nie może! – wykrzyknęła moja przyjaciółka i rozpłakała się bezradnie.

   I mnie bolesna kulka natychmiast urosła w gardle. Jak to? Za tyle dobroci i codziennego starania taka teraz moją Adę spotyka nagroda? A przecież nie można usprawiedliwić zachowania ojca Ady chorobą psychiczną, bo to jej matka choruje na Alzheimera a nie on. Tak bardzo bym chciała pocieszyć przyjaciółkę, przytulić, sprawić by mogła oderwać się od męczących ją spraw. Zaprosić znowu do siebie i jak przed kilkoma laty spędzać razem czas na długich spacerach wśród bukowych lasów i pachnących wrotyczem pól. Śmiać się patrząc na kozie utarczki. Śpiewać ulubione piosenki. Zbierać zioła i jeżyny. Palić ogniska. Parzyć się wygarnianymi z popiołu ziemniaczkami. Siedzieć wieczorami na ławie pod budynkiem gospodarczym, łuskać z lubością ziarna dyni i spoglądając w rozgwieżdżone niebo popijać nalewkę z czarnego bzu.


   Ale Ada nie może do mnie przyjechać, bo odkąd umarła jej siostra nie ma kto jej wyręczyć w opiece nad rodzicami. Skazana na swój kierat, coraz bardziej sfrustrowana i zmęczona kilkaset kilometrów ode mnie przeżywa swój codzienny dramat samotnie.
   Po kilku minutach spokojnej rozmowy Ada uspokoiła się trochę. Pośmiałyśmy się nawet na wyobrażenie jej ojca, który w następnym wcieleniu za swój brak szacunku dla pracy córki pokarany będzie rolą gospodyni domowej. A najlepiej jeszcze żony wiecznie niezadowolonego ze wszystkiego męża. Jak dobrze jest tak sie razem posmiać. Aż do łez...Pogadałysmy potem jeszcze trochę i ja też pożaliłam się na wszystkie moje bóle i dolegliwości. Opowiedziałam o nowościach. O ciągnących się kłopotach. O śmiesznych sytuacjach zaobserwowanych niedawno. Wreszcie pożegnałyśmy się z westchnieniem i wzajemnym życzeniem by następny dzień był lepszy od dzisiejszego…



  Wróciłam do roboty z czekającym na mnie bzem. Trzeba było przepłukać owoce a potem wsypać je wraz z cukrem do sokownika. Rozpalić pod kuchnią i dokładać drewienek by sok mógł pod wpływem pary równomiernie skapywać małym kranikiem do podstawionego obok garnuszka. W międzyczasie musieliśmy jeszcze z Cezarym wydoić kozy. Dać im świeżą porcję siana na noc. Wymienić wodę. Zebrać jajka z obu kurników (których ostatnio niestety coraz mniej, bo kury zaczęły okres pierzenia).
  Długo wieczorem urzędowałam jeszcze w kuchni zlewając sok do większego garnka a potem do butelek, pasteryzując je i ustawiając do ostygnięcia na szafce kuchennej. 


   W całym domu roztaczał się słodko-cierpki zapach bzu. Cezary wziął się za czyszczenie przypalonego jak zwykle od spodu sokownika a ja usiadłam przy uchylonym oknie i popijając gorącą herbatę ze świeżo zrobionym przez siebie sokiem zapatrzyłam się w mrok. Wionął na mnie jesienny już prawie chłód. W krzyżach znowu boleśnie coś zakłuło.


- Och, babuleńka już ze mnie, bzowa babuleńka – szepnęłam sama do siebie, czując dotkliwie w kościach ciężar przepracowanego dnia oraz smutek, że na tak wiele spraw nie mam wpływu. Nie pomogę mojej Adzie. Nie przywrócę już dawnych, beztroskich lat. A nasze zaczarowane, fioletowe szkiełko, zakopane i niepotrzebne nikomu marnieje gdzieś tam na starym robotniczym osiedlu, pod zapomnianymi krzewami dzikiego bzu…
- Gdzie tam babuleńka! Wypraszam sobie, bo jak ty babuleńka, to ja dziadziuś! – zawołał dziarsko Cezary wkraczając do kuchni z wyczyszczoną pokrywą sokownika.
 - Dno będę musiał jutro wyczyścić piaskiem, bo przypalenizna tak przywarła, że nie da się jej w ogóle oderwać! – sapnął i usiadł naprzeciw mnie z westchnieniem.
- Napij się herbaty a potem nasmaruj mnie tą maścią rozgrzewającą, bo nic mi się nie polepsza – szepnęłam nalewając mu z dzbanka herbaty.
- Oj, ty babuleńko moja, bieduleńko... Pewnie, że cię nasmaruję! – uśmiechnął się do mnie popijając ze smakiem bordowy napój. A psy położyły upstrzone bzowymi plamkami pyski na naszych kolanach wzdychając uszczęśliwione…

  


poniedziałek, 3 czerwca 2019

Słoneczny początek czerwca…


  

    Od kilku dni nareszcie króluje u nas błękitne niebo oraz życzliwe słońce. Ogród syci się namiętnie jego gorącymi promieniami, przetwarza je na nową zieleń, kwiaty, pełne pasji i siły życie. Ziemia, zamieniona przez majowe ulewy w grząskie bagnisko powoli dochodzi do siebie, dając twardsze oparcie stopom i pewniejsze zakotwiczenie pokoleniom nowych roślin. Człowiek wychodzi rano na zewnątrz i spogląda z zachwytem na tę bujność wszelaką, zachłannie i bezwstydnie wyrastającą na każdym spłachetku ziemi.










  Patrzy i sam chciałby być taką młodziutką roślinką, choćby najmniejszą trawką czy kwiatkiem. Czuć tylko tę chwilę radosnego istnienia. Żyć nią bez reszty. Spijać promienie słońca i cieszyć się nimi. Nie myśleć o tym, co przedtem i potem.  Po prostu celebrować z całych sił swoje „teraz”. I rzeczywiście, przez moment udaje się poczuć takie proste, nieomal dziecięce szczęście. Moment bezcenny. Tak silny, że aż łzy z oczu wyciskający. Łapię takie chwilki perłowe, nanizuję je na pajęczynę codzienności i przechowuję w sobie jak długo się da. Zanim znowu stanę się zdanym na wiatr dmuchawcem…


Dmuchawce

Chyba lepiej odlecieć stąd
Jak dmuchawiec
Wszak rzeczą dmuchawca jest odlecieć
A naszą rzeczą, nie płakać po nim
Wszak będzie tyle następnych dmuchawców
Z tego faktu płynie spokój i pociecha
Ale i smutek, bezradność bolesna
Bo choćbyśmy nie wiadomo co zrobili
I nie wiadomo jak byli ważni
I tak odlecimy jak dmuchawce
…





   Ale jeszcze nie odleciałam… Jeszcze jestem częścią tej łąki życia i patrzę na wszystko, co jest dokoła, chłonąc sercem co tylko się da. Słucham ptasich świergotów, których mnogość wielka teraz w koronach drzew. Tu uwija się rodzina dzięciołów, tam szpaków, a jeszcze gdzieś jaskółek i innych, nieznanych mi z nazwy skrzydlatych śpiewaków. Wszędzie coś się dzieje. Zewsząd dobiegają nowe świergoty. Nawet w budynku gospodarczym zamieszkała para jakichś maleńkich ptasząt, która założyła gniazdko między powałą a krzywo ściętym słupem podporowym i codziennie donosi swym kwilącym pociechom komary, muszki i dżdżowniczki.  Łapiąc chwile wytchnienia między koszeniem zbyt szybko rosnących trawników, cięciem i zwożeniem drewna opałowego albo plewieniem warzywnika i malinowego chruśniaka przysiadam czasem na kanapie w cienistym, chłodnym wnętrzu budynku gospodarczego i nasłuchuję tych piskliwych nawoływań, obserwuję maleńkie sylwetki pełnych poświecenia, ptasich rodziców, którzy starają się jak mogą by wykarmić żarłoczne potomstwo, dać im wszystko co mogą i nauczyć tego, co same potrafią...





   Chodząc co rano z Cezarym na poranny obchód naszych włości przyglądamy się z uwagą koronom drzew owocowych. Już wiadomo, że w tym roku na pewno nie będzie takiego urodzaju jak ostatnio. Ot, pojawi się może trochę jabłek, gruszek, śliwek, czereśni i wiśni.  Natomiast krzewy owocowe obwieszone są niedojrzałymi jeszcze porzeczkami i agrestem. Także krzaki malin porosły wyjątkowo bujnie. Kwitnie i pachnie niczym waleriana krzew kaliny. Obsypują sie różowym kwieciem dzikie róże. Bieleją baldachy czarnego bzu. 



   Wtulam twarz w te maleńkie, bzowe kwiateczki, zaciągam się ich gorzko-słodką wonią i znowu jestem Oleńką, która w dzieciństwie całe dnie bawiła się ze swoją przyjaciółką, Adą w gęstwinie dzikich, osiedlowych bzów. A byłyśmy wtedy niczym niewidzialne wróżki tej bzowej, oddychającej wolnością i radością krainy. Czas nie miał dla nas żadnego znaczenia. Któż by się wówczas martwił tym, jakie są jego zamiary? Któż by uwierzył w jego dziwaczne plany, pokrętne ścieżki, rzeki skomplikowanych emocji i uczuć, oceany bólu i trosk? W ciemne kolory, które niepostrzeżenie wplotą się w tęczowy gobelin zwyczajnej codzienności...?





  Być może uda mi się tego lata gościć u siebie Adę. Oprowadzić między krzakami bzów i znaleźć dla niej w ich cieniu odrobinę magicznego spokoju i upragnionego wytchnienia? Spacerować słonecznymi ścieżkami bukowego lasu, wspinać się zboczami zielonych dolin albo zbiegać w dół, ku potokom i kępom gęstych paproci? Wędrować kwitnącymi łąkami? Iść prosto przed siebie, bez celu, bez pośpiechu? A wreszcie napotkać znów w sobie i uściskać tkliwie te małe, pogodne dziewczynki, których czas się jeszcze nie imał…? 





   Z dużą przyjemnością słucham ostatnio włoskich utworów. A najbardziej podoba mi się śpiewana przez Al Bano i Rominę Power piosenka pt. „Liberta”. Nucę ją podczas pielenia, zwożenia drewna do drewutni, spacerów po lesie z psami, w czasie zachodu słońca, gdy jest chwila na posiedzenie na leżakach w naszym ogrodzie, kiedy palimy ognisko wieczorem i rano, gdy witam pokryty świeżą rosą ogród.


   Jest na YT piękny wideoklip do tej pieśni. Pod jego wpływem napisałam polskie słowa. I teraz tak oto śpiewam sobie o wolności…

Wolność

Wielkie nadzieje, wielkie słowa a zostaje Ci w dłoniach pył
Tyle starania by od nowa zrozumieć, że nie masz nic
Życie przemija i zabiera ze sobą stracony czas
Dusisz się w złudzeń śmiesznej bańce i nie wiesz, że…

Wolność Twa
Nadal żyje, w sercu trwa
Jest jak wiatr
Co bez przeszkód w bezkres gna
Nikt i nic
Nie zatrzyma biegu fal
Więcej nic
Tylko Ty i dal

Wolność Twa
Ciągle żyje, w sercu trwa
Więcej nic
Tylko Ty i wiatr…


Blaski, zachęty, przyrzeczenia tym szczodrze Ci sypie świat
Kręci się znów karuzela, wystarczy byś do niej wsiadł
Lecz Ty wciąż z boku, wciąż z daleka spoglądasz, bo czujesz, że
Liczy się prawda, święty spokój i prawo Twe
(By chronić wolność)

Wolność Twa
Nadal żyje, w sercu trwa
Jest jak wiatr
Co bez przeszkód w bezkres gna
Nikt i nic
Nie zatrzyma biegu fal
Więcej nic
Tylko Ty i dal

Wolność Twa
Ciągle żyje, w sercu trwa
Więcej nic
Tylko Ty i wiatr…




   Kochani! Życzę Wam pogodnego, życzliwego czerwca, w którym uda się znaleźć dużo pięknych, dających poczucie wolności chwil, które kiedyś będą mogły stać się Waszymi dobrymi wspomnieniami!:-))






Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost