Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 marca 2018

Przebudzenie...





   W miasteczku odnalezionych myśli niekiedy czas zamiera. Uliczki są puste. Wiatr chowa się w śnieżnych zaspach i tam głęboko śpi. Dziwny stan zawieszenia. Nic się nie dzieje. Dzianie usnęło razem z miasteczkiem. Widać piękną, kolorową pocztówkę. A mróz ścina tę rzeczywistość nieustępliwymi soplami lodu, zwieszającymi się z okapów dachów, płotów i gałęzi drzew.

   A potem przychodzi odwilż. Spada jedna kropelka. Stukocze uporczywie po zamarzniętym bruku. A ten dźwięk dochodzi do uszu uśpionych mieszkańców. Potem goni ją druga kropla. I trzecia. Nadchodzi jakaś zmiana.

   Stara, śmieszna wróżka Konstancja otula się błękitnym, mglistym szalem i poprawiając przekrzywione rondo żółtego, słomkowego kapelusika spogląda przez swe czarodziejskie szkiełko. Łapie w nie promień słońca i sprytnie obracając nim w powykręcanych reumatyzmem dłoniach, bada rzeczywistość.

   - Już czas.... - szepcze i uśmiecha się tajemniczo. A potem nakierowuje ten promień na okna domów przy rynku. A one zaczynają lśnić i mienić się tęczowo. Potem wróżka wdziewa  zniszczone buty i drepcze do studni. Spogląda w dół na taflę wody i wrzuca doń zaczarowany uśmiech. I woda zaczyna błyszczeć, drżeć, tańczyć. Czuje to woda w pobliskiej fontannie. Muzyka przebudzenia przejmuje ją na wskroś i płynie kryształowymi kroplami nowych, nieśmiałych wzruszeń. Śpiewa piosenki o życiu, które nie poddało się niewierze i marazmowi. O iskierce, która na przekór wszystkiemu przetrwała w najciemniejszym zakątku duszy. Słyszy to wiatr i się budzi. Przeciera oczy i rozgląda się ze zdumieniem. - Ile roboty, ile roboty przed nim...

   Niech wszystko wokół zawiruje. Śmiech, kurz, płacz i marzenia. Wiatr przeciąga stare kości a gałęzie radośnie otrząsają się ze śniegu. Sen opada w dół. Jest tylko mglistym wspomnieniem.
   Wróżka spogląda przez swe szkiełko i widzi nową nadzieję. Miasteczko znów się budzi.



    A potem pojawia się kolejny, zaczarowany promień. Ten, który chce dotrzeć aż do najbardziej zamkniętego serca. Wniknąć tam, gdzie od dawna mieszka tylko smutek, apatia, zniechęcenie a nade wszystko niewiara w samego siebie i w lepsze jutro.



   Taki właśnie promień zamigotał o świcie w oknie starszego, niewyróżniającego się niczym szczególnym mężczyzny, mieszkańca szkolnej przybudówki. Pan Eustachy, na co dzień spełniający pożyteczną rolę woźnego w miejscowej szkole podstawowej miał dzisiaj wolne.  Odchylił zasłony i zmrużył oczy oślepiony natrętnym, bezczelnie spoglądającym na jego zmęczoną, szarą twarz, irytująco optymistycznym światłem słonecznym. Mężczyzna wybierał się rano do przychodni, bo tak doradziła mu wczoraj dyrektorka szkoły a ponadto od dawna męczyły go dziwne bóle w klatce oddechowej i dopadały problemy z oddychaniem. Szybko się męczył i musiał często zażywać odpoczynku. Tak, najwyższy był już czas aby wybrać się do doktora. Ale wstyd mu było okazywać słabość przed sobą samym i przed innymi. Zawsze przecież trwał dzielnie na swoim stanowisku pracy. Dyrektor szkoły w świątek i piątek mógł na niego liczyć. Woźnemu zostało jeszcze kilka lat do emerytury i musiał zrobić wszystko by dać radę dotrwać do tej chwili. A co potem? Cóż, gdy rozmyślał o tym, nie czuł żadnego radosnego oczekiwania czy niecierpliwej ekscytacji. Prawdę mówiąc bał się tej chwili. Tego nadmiaru wolnego czasu, który czymś trzeba będzie wypełnić. Nie miał nikogo. Nieliczna rodzina rozsiana była gdzieś daleko po świecie a on nigdy nie zrobił nic by nawiązać z nią kontakt. Sam przed sobą udawał, że przyjemność sprawiają mu samotne wieczory spędzane z ryczącym na prawie cały regulator telewizorem (miał problemy ze słuchem) oraz rzadkie wyjścia do miejscowej gospody, gdzie lubił wypić sobie kufel zimnego piwa i popatrzeć przez kilka minut na innych, pełnych życia i swobody ludzi. Potem szybko wracał do domu, gdzie zaparzał sobie gorącej herbaty i z westchnieniem rozsiadał się w starym, skrzypiącym fotelu i wspominał stare dobre lata, gdy tyle mu się chciało, gdy nic nie bolało a jego ciało było mu jeszcze przyjacielem a nie wrogiem.

- Ech, lata moje, lata moje młode...Ach, przepadły jak kamienie w wodę...- pół szeptał, pół nucił sobie starą, rzewną piosenkę. A łzy same toczyły się mu po policzkach, przynosząc na chwilę ulgę strudzonemu, samotnemu sercu...



Lata moje lata moje młode
Ach przepadły jak kamienie w wodę
Tak mi tęskno tak mi żal
Gdy obracam oczy w dal
W życia mego ranek i pogodę

Jakie mi was odebrały czary
Świat zielony był a dziś jest szary
Uśmiechami witał mnie
Aż nie mogę pojąć że
Taki był szczęśliwy nie do wiary

Tak niedawno było to tak blisko
Matki twarz schylona nad kołyską
W mroku śpiewa mi do snu
Widzę ją nad sobą tu
Co się stało gdzie to poszło wszystko

Połóż mi na czole swoje ręce
Wróć mi moją młodość w tej piosence
Ach jak szybko minął czas
Ja już nie odszukam was
Lata młode lata me dziecięce...
słowa: Marian Hemar, muzyka: Mordechaj Gebirtig 


   Pan Eustachy nie miał właściwie żadnej pasji, która by go przed samotnością i smutkiem broniła. Kiedyś bardzo dużo czytał, interesował się teatrem i filmem, ale ostatnio nie umiał się skupić na żadnej lekturze ani na tym, co oglądał w telewizji. Zbyt dużo w nim było rozbieganych myśli, krążących wokół zmartwień, wspomnień i codziennych frustracji. 

   Do niedawna bardzo lubił swoją pracę, czerpiąc satysfakcję z tego, iż był w niej dokładny, rzetelny a nade wszystko niezastąpiony. Ale odkąd przez kłopoty ze zdrowiem i to zaczęło się zmieniać a w wielu sytuacjach, gdzie potrzebna była siła fizyczna i wytrzymałość nie umiał ich już z siebie wykrzesać dopadał go lęk o przyszłość i wynikająca z niej niemożliwa do stłumienia irytacja. Ze zmarszczonymi brwiami pojawiał się wówczas na szkolnych korytarzach i szukał tylko kogoś, na kim mógłby swe nerwy wyładować. A ze znalezieniem takiego delikwenta nigdy nie miał najmniejszego problemu. Zawsze przecież napatoczył się jakiś krnąbrny albo nazbyt hałaśliwy uczniak, którego mógł o byle co zbesztać, wygłosić ostrą reprymendę i na koniec wcisnąć mu do ręki szczotkę by za karę posprzątał to, co inni naśmiecili. Do pewnego momentu tak surowy, obsesyjnie wręcz pilnujący porządku i spokoju woźny był wygodny dla starego dyrektora szkoły i nauczycieli. Wszystko w szkole działało jak w dobrze nakręconym zegarku a wszędzie panował wzorowy ład i dyscyplina. Jednak w ostatnich miesiącach zaczęło się pojawiać coraz więcej skarg na niego. Uczniowie wręcz bali się pana Eustachego, który gniewał się bez najmniejszego powodu. Przezornie starali się usuwać mu z drogi. Milkli, gdy pojawiał się w pobliżu. Uprzedzająco kłaniali mu się już z dala. A mimo to on zawsze znalazł jakiś powód do zdenerwowania. Krzyczał wówczas głośno i nieprzejednanie, nie słuchając przy tym żadnych rozsądnych tłumaczeń. A bywało, że łapał jakiegoś nieszczęśnika za ucho, kołnierzyk mundurka czy warkoczyk i w tak poniżającej pozie doprowadzał do wychowawcy.

   Kilka dni temu wezwała go do swego gabinetu, panna Lidia, nowa dyrektorka szkoły. Była to osoba młoda, pełna ambicji oraz wizji, co do nowoczesnego zarządzania placówką oświatową. Marzyła jej się szkoła przyjazna dla dzieci i młodzieży. Rozwijająca ich talenty i zainteresowania. Dysponująca dobrze wykształconą, kompetentną a przede wszystkim sympatyczną kadrą nauczycielską.  Tymczasem znerwicowany, opryskliwy woźny nie bardzo pasował do tego wizerunku. Na dodatek rodzice uczniów coraz częściej skarżyli się, że przez niego ich pociechy boją się chodzić do szkoły. A między sobą nazywają go nawet złośliwym gnomem czy wampirem Nosferatu i wymyślają na jego temat niestworzone historie. Nawet takie, iż nocami niczym nietoperz fruwa po mieście, cicho podlatuje pod uchylone okna mieszkań i podsłuchuje dziecięce sny i myśli, by następnego dnia móc uczniom dokuczać ile wlezie!

- Drogi panie Eustachy! – zwróciła się do niego miłym, cichym głosem młoda dyrektorka, kiedy już zasiadł naprzeciwko niej w gabinecie a potem z mieszaniną powagi i rozbawienia spojrzał w jej oczy, niechcący dostrzegając w tej pięknej, dystyngowanej kobiecie niedawną uczennicę, małą, zadziorną, pucułowatą Lidkę.

- Wydaje mi się, że koniecznie potrzebuje pan odpoczynku! Tak dawno nie był pan na zasłużonym urlopie! Uważam, że najwyższa pora by odetchnął pan od swych codziennych obowiązków – oświadczyła lekko zmieszana dyrektorka, wyraźnie się przy tym rumieniąc, gdyż zdawała sobie sprawę, iż woźny może jej słowa odebrać opacznie i poczuć się urażonym. No, bo jak to? Mieliby tu sobie jakoś poradzić bez niego? Nagle jest niepotrzebny?

   Woźny, niestety, nie dosłyszał oczywiście, co do niego powiedziała. Jak to on, bardzo się tym zdenerwował. Chrząknął niecierpliwie, sapnął i by nie musieć natychmiast odpowiadać udał, iż rozwiązało mu się sznurowadło. Pochylił się nad butami a wówczas coś tak mocno zakłuło go w piersiach, że aż jęknął i cały zlał się potem. Kiedy z trudem się wyprostował był na twarzy czerwony jak burak. Oddychał ciężko. Najchętniej natychmiast wyszedłby z gabinetu szefowej by schronić się w swej służbówce i jakoś dojść do siebie.

- Panie Eustachy! Co się dzieje? Czy ma pan jakieś problemy z sercem? – przerażona jego wyglądem młoda kobieta pochylała się nad nim troskliwie i podawała mu szklankę zimnej wody, gładząc wilgotne od potu czoło mężczyzny.
- Nie, nie! To nic takiego! Ja po prostu, czasem mam problem ze słuchem i denerwuję się, gdy nie rozumiem, co ludzie od mnie mówią! – tłumaczył się zawstydzony jej troską woźny.
- Przed chwilą zasugerowałam panu odpoczynek! – powtórzyła już tym razem o wiele głośniej dyrektorka.
- Powinien pan wziąć zaległy urlop a może wyjechać do jakiegoś sanatorium? Należy się to panu jak nikomu innemu!
- Drogi panie! Jutro proszę sobie wziąć wolne i z samego rana pójść do przychodni. To moje polecenie służbowe! Trzeba przebadać się dokładnie i wziąwszy pod uwagę rady lekarza zdecydować, jaki rodzaj odpoczynku byłby dla pana najlepszy. Potrzeba panu dobrych kilku dobrych tygodni wytchnienia od codzienności. I zapewniam, iż po tym czasie wróci pan do nas odrodzony, uśmiechnięty i pełen nowych sił. A my tu wszyscy będziemy czekać na pana z ogromną niecierpliwością! – w serdecznym tonie  zakończyła swą przemowę dyrektorka a patrząc uważnie w twarz woźnego dostrzegała, że tym razem on doskonale rozumie jej słowa a zrozumiawszy smutnieje i zapada się w sobie.
I właśnie dlatego dzisiejszego poranka pan Eustachy wstał z łóżka bez entuzjazmu. Nie śpieszyło mu się wcale do lekarza, ale obiecał tam pójść. Ta młoda dyrektorka uparła się na niego, a więc nie ma rady.  

   Z trudem przełknął kromkę chleba z masłem. Popił kawą zbożową. Ubrał znoszone, ale porządne palto. Na głowę naciągnął ciepły beret i wyruszył na ukos przez rynek, miotany porywistymi uderzeniami roztańczonego szaleńczo wiatru i oślepiany przez radosne promienie porannego słońca.

  Resztki szarego śniegu dogorywały przy krawężnikach chodników, ale powietrze migotało wielobarwnie a wiatr nucił wesołe, nieomal wiosenne pieśni. Pan Eustachy spojrzał na dachy domów. Błyszczały rosą i wszystkimi kolorami tęczy. Niebo ponad nimi ubrało się w królewskie odcienie różu i złota. W dole oszalałe ze szczęścia wróble obsiadły rosnące przy rynku klony i platany. Psy uganiały się radośnie wokół obsadzonego tulipanami skweru. Ni stąd ni zowąd przyszedł mu wówczas na myśl fragment starego wiersza:




"(...)Słuchać tej pieśni, która pierś rozpiera
Ogromnej ziemi i w niebie zamiera,
Ginąć w tej woni sadów i błękicie.
Pić to wokoło budzące się życie
I czuć z wszechświatem, nie pragnąc dla siebie
Serca na ziemi ni gwiazdy na niebie
Nic nie zamarzyć, nie kochać, nie żądać(...)" 
- K.Górski "Spokojność"
   

   Coś kazało mu pójść w stronę studni przy rynku. Kiedyś, w dzieciństwie, bardzo lubił spoglądać w jej tajemnicze mroki i wypatrywać tam z nadzieją zaklętych korytarzy, fascynujących sekretów. Kiedyś miał tyle marzeń i planów. Potem życie oduczyło go tej ciekawości i tej nadziei. Nauczył się zadowalać tym, co jest. Przywykł cierpliwie znosić swój samotny los i nie wyglądać żadnej odmiany. A czas biegł, zapomniawszy o nim, więc i on zapomniał o czasie. Wrósł w swoją bezpieczną, niezmienną codzienność, w nienaruszalną powtarzalność. I niby dobrze mu z tym było, ale w chwilach takich jak ta, gdy czuł, iż w istocie nie jest niczym więcej, jak tylko miotanym przez wiatr starym liściem klonu, pojawiło się w nim coś w rodzaju dziwnego, niezrozumiałego pragnienia by jednak odważyć się na coś więcej. Ale, na co? Tego jeszcze nie wiedział.

   Dzisiaj było jakąś dziwną, niezrozumiałą zupełnie obietnicą. Zapowiedzią ukrytą w migotliwym powietrzu, w tańczącym wokół jego śmiałej myśli promieniu.  

 Stanął przy cembrowinie studni i zajrzał w głąb. Na dnie coś lśniło niewyraźnie, jak odległy poblask słońca. Wpatrzył się w to zaintrygowany i wyraźniej już zobaczył maleńki krążek -  złoty dukat.
 -Ach -  westchnął - A więc ludzie nadal to robią? Wciąż mają marzenia i wciąż wrzucają tu swoje monety? Wierzą w tę starą legendę, że kto o wczesnym, różowym świcie wrzuci tu dukata i wypowie najskrytsze swe życzenie, temu się spełni...

   Ze zdumieniem i niedowierzaniem sięgnął do kieszeni swojego palta i namacał tam chłodny, okrągły kształt. Trzymał w palcach złotą, lśniącą teraz pełnym blaskiem monetę. Obracał ją w dłoniach, nie potrafiąc zrozumieć skąd się tam wzięła. Wszędobylski, figlarny promień zajrzał mu w oczy i połaskotał spierzchnięte usta oraz policzki. Wówczas pan Eustachy nagle i bez zastanowienia uśmiechnął się do własnych myśli i wrzucił złoty krążek w czarodziejską toń studni. A wypowiedział przy tym bardzo śmiałe marzenie. Takie marzenie, w którym zawierało się wszystko. A studnia odpowiedziała mu radosnym, pełnym obietnic pluskiem...

- A więc i pan w to wierzy?! – usłyszał raptem tuż obok siebie pogodny, lecz nieco schrypnięty głosik dziewczęcy. Obejrzał się i zdumiony dostrzegł stojącą tuż za nim tę dziewczynkę z piątej B, tę małą, ciemnowłosą Zosię, najmłodszą córkę piekarza. Zerknął na nią z zawstydzeniem, gdyż wielce niestosownym wydało mu się to, iż ktoś ujrzał go w takiej chwili…W chwili słabości, dziwnego rozmarzenia, dziecięcego nieomal rozrzewnienia. I już miał burknąć coś po swojemu, zbesztać to bezczelne, wścibskie dziecko, które ośmieliło się tak bezceremonialnie zagadnąć do niego, gdy nagle ujrzał, że dziewczynka ma rozgorączkowane oczy i zapuchnięty od kataru nos.

- A co to Zosiu? Chora jesteś? – zapytał i troskliwie poprawił tkwiącą na czubku głowy dziecka, przekrzywioną, zieloną czapeczkę.
- Tak, proszę pana! Właśnie idę do przychodni. Wczoraj wieczorem źle się poczułam i mamusia zdecydowała, że nie powinnam wybierać się dzisiaj do szkoły, bo jeszcze inne dzieci pozarażam – odparła miodowooka dziewczynka, pociągając wymownie nosem.
- A ja tak nie cierpię chorować! – otarła załzawione od kataru oczy i spojrzała na niego bezradnie.
- Wie pan, dzisiaj w szkole mamy mieć pierwszą próbę do naszego przedstawienia o powitaniu wiosny. I tak się na nią cieszyłam, bo gram tam leśnego elfa a ja bardzo lubię takie zaczarowane istoty. Tyle się bajek pięknych o nich naczytałam! – zwierzyła się spontanicznie, lecz zaraz umilkła raptownie i oblała się rumieńcem przypomniawszy sobie zapewne, do kogo mówi. 

- To ja już pójdę! Do widzenia panu! – zawołała i obróciła się na piecie by pobiec w stronę pobliskiej przychodni, która właśnie o tej porze była otwierana.
- Poczekaj dziecko! Pójdziemy razem! – sapnął pan Eustachy i zadziwiając samego siebie dodał:
- Ja też idę do lekarza a poza tym bardzo lubię szkolne przedstawienia i zawsze z ciekawością patrzę, co tam znowu wymyślacie! Słabo słyszę i nie bardzo wiem, co tam mówicie, ale pokazujecie takie cuda, że chcąc nie chcąc nawet podglądam te wasze zabawy w teatr – oznajmił, zrównując krok z Zosią i spoglądając serdecznie w jej zdumione oczęta dodał:
- A mając mniej więcej tyle lat, ile Ty masz teraz zaczytywałem się w książkach przygodowych i nawet marzyło mi się, że wyruszę kiedyś śladami Stasia i Nel!
- Jejku! Nigdy bym się tego po panu nie spodziewała! – pisnęła z radosnym zdumieniem uczennica a potem wkładając ufnie ciepłą rączkę w chłodną dłoń srogiego woźnego roześmiała się i zapytała:
- A która ich przygoda podobała się panu najbardziej? Bo mnie ta ze słoniem!

  Słysząc tę miłą konwersację wróżka Konstancja, która niewidzialnie przysiadła sobie na solidnym, drewnianym okapie studni aż klasnęła radośnie, płosząc tym samym ciekawskie gołębie, tkwiące dotąd przyjemnie na pobliskim klonie. Ptactwo rozpierzchło się we wszystkie strony a wróżka obserwując z zadowoleniem tę pochłoniętą rozmową dziwną parę, oddalającą się teraz zupełnie niespiesznie w stronę przychodni wyszeptała ciche zaklęcie. Jakie to było zaklęcie? Och, o tym wiedział tylko wszędobylski, ciekawski wiatr, zaczarowana woda w studni i figlarny promień porannego słońca, skaczący teraz beztrosko po budzących się ze snu oknach kamieniczek przy rynku, po parapetach, na których stały doniczki ze świeżo rozkwitłymi krokusami, fiołkami, żonkilami i tulipanami…

c.d.n.




P.S
Opowiadanie to w mocno skróconej wersji było już kiedyś na tym blogu publikowane.

czwartek, 24 listopada 2016

Nocni goście...



   

   Poniżej do poczytania miasteczkowa opowieść zaduszkowa, która dwa lata temu w mocno okrojonej wersji ukazała się na tym blogu. Oto jej pełna wersja.


   Gospoda pod złotym liściem ma dziś niepospolitych gości. W kominku płonie niewidzialny ogień. Schowane głęboko w migotliwym żarze paleniska pieką się ziemniaki i kasztany. W glinianych dzbankach paruje grzane wino z wonnymi korzeniami. W starych, fajansowych kuflach pieni się piwo. Tańczą cienie płomyków świec, odbitych na ścianach, obrazach i w kieliszkach. A wszystko to za jakąś senną, nieprzenikalną dla zmysłów zwykłych śmiertelników mglistą żaluzją.

   Wokół największego w gospodzie stołu zasiadło dziwaczne towarzystwo. Jest dawny burmistrz miasteczka, tęgi Antoni. Podkręca sumiastego wąsa i śmieje się rubasznie. Jest ojciec krawcowej, niegdyś wzięty i znany na całą okolicę zegarmistrz Ambroży. Jest matka roztańczonej Agnieszki, cicha, nieśmiała Teodora. Jest Aleksander, mąż mieszkanki domu z czerwonymi dachówkami. A wśród tych znanych wszystkim postaci niezwykłym strojem i kolorytem wyróżniają się eleganckie mieszczki w staroświeckich, wciętych sukniach, panowie we frakach, piękne damy w kapeluszach o niebotycznie szerokich rondach.

   Oto dawni mieszkańcy miasteczka, którzy zauroczeni tym miejscem, zaklęci w czasie i uczuciach tu pozostawionych zbierają się co roku na Zaduszki, na wspominki i wzdychania, na niezapomniany kufelek tutejszego piwka, na wspólne śpiewanie, nocne chichotki i tęskne szepty. Schodzą ze starych, wyblakłych portretów i obrazków w sepii, wiszących na ścianach gospody. Przybywają z dawnych opowieści, wspomnień i snów, odzyskując na tę noc wyrazistość, kolor i moc niewygasłych uczuć. 

   Czy dużo się w gospodzie od ich czasów zmieniło? Tak, przybyło trochę nowych sprzętów, zniknęło kilka starych, ale wciąż jest tu ta sama atmosfera. Ten sam urok serdeczności i ponadczasowości. Nawet zegar ponad kontuarem nie ma ochoty na swój uparty, codzienny marsz i spoglądając życzliwie na gości gospody bez pośpiechu wsłuchuje się w ich wspomnienia i westchnienia.

   Za sprawą pełnych intensywności spojrzeń a także tańca radosnych ogni w kominku w gospodzie robi się coraz cieplej. Wkrótce wesołym gościom kolory na twarze występują. Niektórzy zaśmiewają się wspominając swoje i cudze wpadki, anegdotki, ploteczki. Jakieś pieski szczekliwe i dokazujące ogryzają nogi stołu. Gruby, biały kot łasi się do gości, błyskając wszystkowiedzącymi, fosforyzującymi ślepiami. Właśnie przysiada na kolanach drobnej, otulonej w błękitny szal, pachnącej jaśminem i miętą staruszki. Spogląda wnikliwie w jej oczy i mrucząc opowiada o swoich tajemnych drogach poprzez srebrzyste zakątki wyobraźni, skrytki najdelikatniejszych marzeń i zamierzeń losu. Szepcze jej o spacerach po drogach mlecznych i cienistych zaułkach dalekich, niedosiężnych dla przeciętnych śmiertelników przestrzeni.

   Wróżka Konstancja uśmiecha się do niego i uważnie słuchając gruchającego mruczenia gładzi pieszczotliwie miękkie futerko czerpiąc z tego dotyku najgłębszą wiedzę o tym, co było, jest i będzie a także serdeczną, gwiezdną energię i spokój bezczasu…

  A gdy kot, ukojony jej czułą pieszczotą przymyka oczy i usypia staruszka zagaduje serdecznie do dawnych przyjaciółek z dzieciństwa. Doskonale pamięta jak spotykały się na ślizgawce w miasteczku a potem chodziły na gorące kakao do cukierni, gdzie w tajemnicy przed rodzicami córka cukiernika Eulalia częstowała koleżanki przygotowywanymi na święta najlepszymi na całym świecie pierniczkami…Innym znów razem biegły do parku by karmić wiewiórki a potem szczęśliwe i zmęczone odwiedzały gospodę i przysiadały gdzieś w cieniu, by odpoczywając wsłuchiwać się w historie snute tu przez wędrowców z dalekich stron.

   Pełna werwy, korpulentna Adelajda, babka obecnej gospodyni Hanny kręci się jak fryga po tym pachnącym dymem z kominka i starymi perfumami wnętrzu! We wszystkim pomaga jej córka Dorota. Roznosi w misach gorące kasztany. Częstuje pąsowo-amarantowymi nalewkami na dzikim bzie i płatkach róży. Zaprasza do wspólnego śpiewu i tańca. Młody, nieustannie zakochany w urodziwej Dorotce mąż Artur porywa ją w tany. Przez jakiś czas wirują na drewnianej podłodze zapatrzeni w siebie, pogodni, pełni nadziei i szczęścia. Nie pamiętający o dawnych radościach czy smutkach, o spełnieniach i tęsknotach. O nieistnieniu w świecie, w którym kiedyś wyroki losu nagle i niespodziewanie kazały im pozostawić ich jedyną córkę – Hanię.

   W pewnym momencie jednak Dorota przerywa ten beztroski taniec. Nasłuchuje. Przykłada palec do ust i wpatruje się z natężeniem w oczy męża. Do ich uszu dociera ciężkie westchnienie śpiącej na pięterku córki.  A zaraz potem jej jęk i szloch. Większość zgromadzonych w gospodzie osób nieruchomieje i wsłuchuje się w te dźwięki z pełnym bezradności smutkiem. Także Adelajda porzuca swoje zajęcia a ocierając dłonie w fartuch szepcze:

- Dzieci moje, naszej Hani śni się coś złego. Trzeba dziewczynkę jakoś pocieszyć! Nie mogę się tu bawić i udawać, że nie słyszę tego, kiedy przecież słyszę tak wyraźnie, że serce mi pęka! – i staruszka już wspina się po skrzypiących, drewnianych schodkach wiodących na facjatkę. Za życia była prędka do podejmowania wszelkich decyzji i nadal taka jest. A przecież mglisty wymiar, w którym teraz przebywa oddzielony jest nieprzekraczalną barierą od świata wyrazistości codziennych, ludzkich przeżyć i doznań. I choć te dwa światy łączą ze sobą w niekończącym warkoczu uczuć, to trudno wpłynąć na poszczególne sploty, na drogę ku przeznaczeniu.

   Księżyc oświetla twarz Hanny chłodnym, seledynowym blaskiem i wplata srebrzysto-diamentowe iskierki w jej rozrzucone po poduszce, miedziane włosy. Kobieta ciężko oddycha. Na jej policzkach widoczne są ślady łez. We śnie znowu jest dziewczyną, którą raptem dosięga straszna wiadomość o wypadku rodziców.

- Nie, to niemożliwe, to się nie stało naprawdę – jęczy i biegnie na skróty przez park, żeby zobaczyć tę drogę, to miejsce…

Ale zamiast dotrzeć tam przysiada przy parkowej rzeźbie, przedstawiającej wspaniałą, uskrzydloną niewiastę. Przytula czoło do jej dłoni. Szlocha…

- Mamo, mamusiu…Nie odchodź ode mnie. Pamiętasz? Miałyśmy razem przesadzać malwy, przycinać róże, robić maść z żywokostu. Miałaś upinać mi welon do slubu a potem huśtać moją córeczkę na kolanach…
   Roztrzęsiona, lecz nadal pogrążona w głębokim śnie miedzianowłosa kobieta przekręca się gwałtownie na wznak. Otwiera szeroko oczy i niewidzącym wzrokiem spogląda w dal. Nagle woła:
- Tato, tatuniu! Zobacz, umiem już sama rozpalać ogień w kominku, umiem nawet porządnie narąbać drew. Byłbyś ze mnie dumny!Tatko, mieliśmy wybrać się razem na leszcze. Nauczyłeś mnie przecież zakładać robaki na haczyk...A teraz nasze miejsce jest puste...A nasza rzeka śpiewa chyba tylko o samotnosci...
Gospodyni wzdycha ciężko i ucicha. Zaczyna się nowy sen...

   Wiatr podnosi chmurę świeżo opadłych puszków topoli i oto Hanna siedzi w gospodzie zasłuchana w magiczną muzykę skrzypiec. Grający na nich mężczyzna patrzy na płomiennowłosą Gospodynię z uwielbieniem. Gra jej opowieść o wiecznej miłości, o gorącym lecie, o kolorowej, pełnej maków łące, na której tańczą i tańczyć będą zawsze zaczarowane sobą ludzkie serca.

   W tej chwili na twarzy Hanny widać spokój i blask szczęścia. Kobieta uśmiecha się i ściska mocno poduszkę.

- Mój kochany… Twoje nadzieje są moimi. Nareszcie czuję, że żyję…Tak mi ciepło! Tak dobrze. Już zawsze będziemy razem…

Chwilę potem poduszka wypada jej z ramion i Hanna miota się bezradnie w wielkim, małżeńskim łożu rodziców.

- Gdzie jesteś? Dlaczego maki przekwitły?  Wszędzie tak cicho, tak pusto…Boję się. Nie dam rady sama…

   Adelajda pełna współczucia dla wnuczki gładzi jej czoło, przytula, całuje drżące powieki. Lecz nie udaje się jej przeniknąć do męczących snów Hanny. Wreszcie staruszka nuci jej starą kołysankę. Ulubioną kołysankę Hani z czasów, gdy tamta była jeszcze pogodnym, beztroskim dzieckiem a babcia usypiała ją wieczorami opowiadając baśnie i nucąc takie, jak ta właśnie szemrzące jak górski potok, kojące piosenki.

Za morzem i górą, za borem i łąką
Kraina jest cudna, gdzie zawsze jest słonko
I wszyscy szczęśliwi a dzieci radosne
Witają dzień każdy, jak święto, jak wiosnę…

   Ale Hania nie słyszy piosenki. Przepełniona niepokojem oraz dusznym lękiem drży i miota się bezradnie w swej samotnej sypialni. Babka Adelajda milknie. Widzi, że choć bardzo chce pomóc, to niczego tu nie zdziała. Wstaje, podchodzi do okna i spogląda z wyrzutem w oblicze zupełnie obojętnego, zdawałoby się, na cierpienie ludzkie księżyca.

- Jakoś źle to jest wszystko urządzone. Czy ona musi tak cierpieć…? Czy nie można by czegoś zrobić…?

   Księżyc, jak zwykle, nic nie odpowiada. Tylko ciemna chmura, nadciągającego od zachodu deszczu przysłania na chwilę jego tajemnicze, nizinne przestrzenie teraźniejszości i głębokie jak kosmiczne doliny zamiary.

- Śpiewaj dalej Adelajdo! W tę zaduszną, jedyną w roku noc, nawet księżyc pragnie pogodnej, ciepłej pieśni! – słyszy nagle babka czyjeś ciche, lecz pełne niezwykłej mocy słowa.

   Staruszka obraca się, dostrzegając ze zdziwieniem, że na progu izdebki stoi wróżka Konstancja a tuż przy niej przejęci i wzruszeni tą chwilą Dorota z Arturem. Trzymają się za ręce i patrzą z ogromną miłością na swą nieświadomą ich obecności córkę. Potem spoglądają z nadzieją na księżyc, po którego srebrzystym promieniu wędruje właśnie biały kot i cicho mruczy melodię babcinej kołysanki…

Gdy wieczór zapada i dzieci się kładą
To gwiazdy z księżycem im szepczą swe baśnie
A kwiaty na łąkach wciąż pachną i pachną
Dopóki Ty także spokojnie nie zaśniesz…

   Wreszcie twarz Hanny wypogadza się. Miedzianowłosa kobieta przewraca się na bok, otula kołdrą aż po same uszy i usypia głęboko, nie niepokojona już przez żadne sny i widziadła.

- Co z nią będzie wróżko? – pytają pełni troski rodzice Hanny powoli wracając do reszty gości, oczekujących ich w izbie na dole.

- Czy wreszcie los pokaże jej swe łaskawe oblicze? – domaga się odpowiedzi także i Adelajda, drepcząc tuż obok otulonej w błękitny szal staruszki.

   Konstancja nic nie odpowiada. Uśmiecha się tylko leciutko i przykłada palec do ust. A ich myśli spowija wówczas spokój oraz pachnąca jaśminami i miętą nadzieja.

   I znowu gospoda rozbrzmiewa muzyką. Przecież nadal trwa bardzo wyczekiwana przez cały rok zaduszkowa noc. Pojawić się tutaj mogli nareszcie wszyscy ci, którzy w tym miejscu spędzili wiele dobrych chwil. Tu, w serdecznej, biesiadnej atmosferze odpoczywali po pracy. Śpiewali pieśni. Zwierzali się sobie wzajemnie. Zaczerpywali oddechu przed trudami dalszej podróży. Przed wyruszeniem w świat pełen zgiełku, obojętności, pozerstwa a przede wszystkim pogoni za karierą i pieniądzem. A chociaż na co dzień przebywają teraz w rejonach spokojnych, eterycznych, nie zbrukanych marnością oraz ulotnością uczuć, to nadal pragną tutejszego ciepła, żaru, spokoju, magii. Przyzywa ich tu coś najważniejszego: miłość, tęsknota i siła wspomnień z dawnych, dobrych czasów. I choćby zdołali już do tej pory osiągnąć zupełnie niedosiężne dla innych rejony, choćby poznali niezwykłe rzeczywistości, światy tajemne i wspaniałe - dziś i tak zbierają się tutaj. Dziś ich noc. Ich święto.

   Toasty raz po raz spełniają. Zajadają się gorącym, przepysznym żurem. Parzące, wonne ziemniaczki z żaru wygarniają i snują, snują swe opowieści. A w tych opowieściach lata całe w chwile się wplatają. I już nie wiadomo gdzie w tym jest czas, gdzie przestrzeń. Kolorowe suknie pan szeleszczą cichutko jak jesienne liście. Fraki i garnitury panów odświętne i nieskazitelne budzą podziw i wzruszenie.

   A gdy zbliża się pora świtania milknie muzyka, ogień w kominku dopala się, szepty i śmiechy odpływają coraz dalej i dalej. Wkrótce już wszystko się wycisza, blednie, ubiera w delikatne barwy poranka. Róże w wazonach na stolikach więdną, żółknąc powoli i nieubłaganie poddając się dotykowi przemijania.
   I już tylko delikatne cienie przez jakiś czas jeszcze pozostają na ścianach i w kątach, tańcząc tam i wirując razem z drobinkami kurzu i płatkami róż. Wreszcie wstaje słońce i jak gdyby nigdy nic napełnia ciepłym blaskiem listopadowy dzień...


   A Hanna? Hanna budzi się, przeciera oczy, uśmiecha z wdzięcznością czując na mokrym jeszcze od łez policzku serdeczny dotyk słońca…



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost