Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 grudnia 2025

DOBRO...

 




   Za oknem minusowe temperatury. Jest wietrznie, mglisto i srebrzyście od szronu. Oblodzona niby szklanka droga sprawia, iż niewiele samochodów odważa się wyruszyć w zmrożone, pełne niebezpieczeństw oddale a ludzie, którzy usiłują dostać się gdzieś piechotą kroczą tak nieporadnie jakby dopiero co nauczyli się chodzić. Ślizgają się i niekiedy upadają boleśnie. Niektórzy wobec powyższego rezygnują z wędrówki a inni, ci którzy koniecznie muszą, mimo upadków uparcie prą do przodu. Obserwuję to wszystko z troską i podziwem. My z Cezarym póki co nie musimy się ruszać z naszego siedliska. Jednak za niedługi czas mam umówioną wizytę kontrolną u pulmonologa w Rzeszowie. Czy uda mi się tam wówczas dotrzeć? Moje ukochane Pogórze potrafi wszak płatać niemiłe, pogodowe niespodzianki... Tymczasem staram się o to nie martwić, bo w domu ciepło, spokojnie i zacisznie, a nawet sennie odrobinę. Psy rozłożone na swoich legowiskach pochrapują smacznie. Kot z lubością rozkoszuje się gorącem buchającym z kaloryfera i wyciąga się jak długi na parapecie. Oboje z mężem podjadamy co rusz świąteczne smakołyki, dając sobie na koniec roku dyspensę od nieco surowszej a na pewno prostszej i zdrowszej zazwyczaj diety. Trwa i błyszczy uczuciem tego chwilowego bezpieczeństwa nasza banieczka zwyczajnej codzienności. Niechże trwa jak najdłużej...

   Słuchając kolęd , popijając herbatkę ziołową i zerkając od czasu do czasu to na ustrojoną choinkę, to na odwiedzany przez sikorki karmnik za oknem zamyślam się i wzdycham...Za mną trudny, obfitujący w bolesne a nieraz tragiczne zdarzenia rok. Te zdarzenia wywarły na mnie ogromny wpływ. Zmieniły patrzenie na wiele spraw. Wytrąciły z jakże kruchego poczucia równowagi i stałości. Nie oszczędziły też poczucia trwogi, wobec tego co stać się jeszcze może i nadziei, że uda się zachować przynajmniej to, co jest. Dziwna to mieszanka. Rozkołysana wciąż ta moja łódka i jakoś nie potrafi osiąść bezpiecznie na falach. Mam wrażenie, iż nie jestem już tą samą, co niegdyś osobą. Coś się złamało, nieodwołalnie przepaliło. Dojrzałam pewnie jak każdy prędzej czy później dojrzewa, dostrzegając świat takim jakim on jest, choć chyba nadal wolałabym patrzeć na niego przez różowe okulary. Przyjęłam do wiadomości, chociaż nadal nie potrafię się z tym pogodzić, że nie wszystkie opowieści mogą mieć szczęśliwe zakończenie i że pozytywnych bohaterów nie zawsze spotyka nagroda za ich szlachetne postępowanie. Zło, niesprawiedliwość, obojętność, choroby, ból i śmierć plenią się dokoła a niekiedy niestety wbrew wszelkim dobrym życzeniom ostatecznie zwyciężają. W kotle codzienności obok pozytywnych uczuć i faktów gotuje się mnóstwo złych emocji, goryczy rozczarowań, trucizny wzajemnych złości, nieufności i wrogości. A choćby bardzo się chciało, to przecież nie da się z tego przepastnego naczynia wyłuskiwać wciąż tylko słodkich rodzynek, nie przyjmując do wiadomości istnienia zjadliwej reszty zawartości owego kotła...

   Jednocześnie tegoroczne zdarzenia pokazały mi zaskakująco pozytywne oblicze życia stawiając na mej drodze wspaniałych LUDZI. Osoby, które bezinteresownie obdarowały mnie swoim czasem, cierpliwością, uwagą, spokojem, poczuciem humoru, życzliwością, szczerością, zrozumieniem, troską, modlitwą, ufnością, pomocą i wsparciem. Jednym słowem DOBREM w każdym możliwym wymiarze. I ja to zauważam, doceniam, przyjmuję i wchłaniam w siebie niczym życiodajną wodę. Bez niej bym nie przetrwała. Pragnę też dzielić się tą bezcenną wodą z innymi, choć mam wrażenie, że nie wychodzi mi to na razie tak jak bym chciała, jak powinnam...




   Wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem widzę, że tam gdzie ciemność, tam też istnieje światłość. Tam, gdzie zło, tam kryje się i DOBRO. A tam gdzie cierpienie, istnieje też zwykle pocieszenie. Tylko trzeba to chcieć i umieć odkryć, dostrzec. DOBRO w napotkanych przeze mnie osobach szeptało mi w tym roku wciąż tę samą mantrę: nie jesteś sama, nie jesteś sama...

   Ponieważ było tych LUDZI mnóstwo, to nie próbuję nawet wymienić tych wszystkich wyjątkowych istot, które dane mi było poznać w tym roku czy też spojrzeć na nie z innej, niż ze znanej do tej pory strony. Wspomnę zatem poniżej chociaż o niektórych we wdzięcznej pamięci mając też oczywiście pozostałych...Im wszystkim, Wam, którzy czy to czytacie zasyłam z oblodzonego Pogórza lśniące niczym ogromny neon słowo : DZIĘKUJĘ!!!♥

Lecz przede wszystkim:

...Cioci, która dowoziła mnie codziennie do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów szpitala, w którym przebywał mój ciężko chory brat. A rozmowy, które przeprowadzałyśmy podczas tych wypraw, ich serdeczność i szczerość uświadomiły mi, że mimo tego, iż nasze kontakty dotąd były więcej niż sporadyczne, to więzy krwi trwają i stają się w trudnych chwilach prawdziwą opoką...

...Pielęgniarzowi z hospicjum, który z wielką delikatnością a jednocześnie zdecydowaniem niby piórko podnosił mego ciężkiego tatę i pokazywał jak należy go przewijać, jak pielęgnować, jak ubierać mu damską koszulę nocną, zapobiegającą obsesyjnemu rozdrapywaniu pampersa...Emanował przy tym tak niesamowitym poczuciem humoru, że człowiek mimo niewesołych okoliczności chichotał jak dziecko. I choć czasem był to śmiech przez łzy, to i taki był ważny, bo na moment uwalniał serce od nieustannego ciężaru i ścisku...

...Doktorowi z Podkarpackiego Centrum Chorób Płuc w Rzeszowie, który w trybie niezwykle pilnym przyjął mnie do szpitala i zlecał, przeprowadzał czy monitorował wszelkie niezbędne w mojej sytuacji badania. Okazał się nie tylko wspaniałym lekarzem, ale i pełnym empatii oraz ciepła człowiekiem. Szczodrze ofiarowywał swój czas, troskę i zainteresowanie, zaglądając po kilka razy dziennie do sali i wypytując o samopoczucie, wszystko dokładnie tłumacząc, nigdy nie okazując zniecierpliwienia, obojętności ani chłodnego dystansu. Chyba nigdy dotąd nie miałam do czynienia z tak wspaniałym doktorem, z kimś kto wykonuje swój zawód z prawdziwego powołania...Nawiasem mówiąc szpital, w którym leżałam także ze wszech miar zasługuje na pochwałę. W dobie, gdy na służbę zdrowia tylko się psioczy, bo brakuje pieniędzy, odwołuje się planowane zabiegi a na wizytę u specjalisty czeka się latami w Podkarpackim Centrum Chorób Płuc było niczym w zupełnie innej bajce. Nowocześnie, czysto, wręcz luksusowo. Zachwycały dwuosobowe sale z wygodną łazienką, z ogromnym telewizorem na ścianie i wielką szafą na ubrania i rzeczy osobiste pacjentów, pyszne posiłki, troskliwe i pogodne pielęgniarki oraz życzliwe panie sprzątające. Gdybym jeszcze kiedyś miała trafić do jakiegoś szpitala (odpukać w niemalowane!), to jedyne czego mogłabym sobie życzyć, by był to taki szpital jak ten...

...Sąsiadowi, który w dniu mojego powrotu ze szpitala, gdy obfite śniegi do cna zawaliły pogórzańskie drogi zorganizował dla mnie dowóz jeepem pod samą bramę naszego siedliska. Tu czekał zdenerwowany, kompletnie zziajany Cezary, który przez kilka godzin odkopując nasze autko przed domem zmuszony był w końcu uznać, że mimo heroicznych starań nie da rady wyjechać po mnie, bo musiałby równie dokładnie odśnieżyć ponad pięć km drogi do miasteczka, gdzie dostarczyć miał mnie autobus z Rzeszowa. A jeszcze wcześniej w ostatecznej desperacji dzwonił z prośbą o pomoc do straży pożarnej, bo widok szalejącej uparcie śnieżycy nawet taki szalony pomysł podsunął mu do umęczonej głowy. Straży jednak nie udało mu się załatwić. Na szczęście zaprzyjaźniony z nami sąsiad rozumiejąc w jak ciężkim jesteśmy położeniu postarał się poprzez sieć swoich kontaktów szybko załatwić dla mnie bezpieczną podwózkę...




   DOBRO jest. Ono trwa, leczy, dodaje sił, napełnia nadzieją. I choć dzieje się wokół tyle złego, choć nadal ogrom zmartwień zalega kamieniem w sercach i tyle nas osacza niemożności, choć nadal popadamy w zwątpienie, rozpacz i niemoc, to jednak często znajduje się ktoś, kto w odpowiedniej chwili poda nam pomocną dłoń i pomoże się wydźwignąć, znowu powstać i iść dalej. I my także, mimo uczucia, iż tak niewiele możemy, tak niewiele znaczymy możemy być dla kogoś tą siłą, tym wsparciem, które w danej chwili okaże się decydujące, najważniejsze.

   Tym nieco patetycznym zapewne tekstem żegnam się ze starym rokiem, ze zdarzeniami ,które odcisnęły się we mnie mocnym śladem. Oby ten Nowy Rok był lepszy i dla mnie i dla Was. Nie wiemy jakie zagadki się w nim kryją, co planuje dla nas Los. Wszystko jednak trzeba będzie przyjąć, ze wszystkim się zmierzyć, wierząc, że ów Los zsyła nam tylko to, z czym będziemy sobie umieli poradzić. Bo przecież jakoś sobie radzimy...Prawda?

   Jedyne, czego mogłabym sobie i nam wszystkim życzyć, to tego by mimo oblodzenia na drodze, mimo obitego od upadków ciała i bolesnych zwątpień w duszy udało się nam dalej iść przed siebie. Póki się da – mimo wszystko przed siebie, w sercu i u boku mając DOBRO, DOBRO, które jest i będzie...




niedziela, 7 grudnia 2025

Co było a nie jest...

 




...”Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr” - głosi popularne powiedzonko. I pewnie sporo w nim prawdy, czyli podpowiedzi by żyć dniem dzisiejszym nie oglądając się przesadnie za siebie i nie przegapiając w ten sposób tego co jest. A jednak człowiek niekiedy się zapętla i spogląda w tył chcąc znaleźć tam przesłanie, wyjaśnienie po co to było i co z tym teraz począć. I chyba ja troszeczkę tkwię teraz w takim zapętleniu, pytając nie raz samą siebie, dlaczego właściwie ścieżka mojego życia na kilka tygodni zboczyła w tę dziwną, zupełnie nieoczekiwaną stronę? Było to trochę tak jakbym przez ten czas znalazła się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w odmiennej linii życia, gdzie poddawana byłam rodzajowi testu na wytrzymałość psychiczną, na umiejętność dostosowania się do tego, co się działo oraz na wyciąganie z tego wniosków na przyszłość, czyli nauki co do wagi i sensu dalszego ciągu istnienia.

   Nie mam pojęcia, czy udało mi się zdać ów test. I dlaczego ktoś zdecydował aby poddać mnie owemu testowi. Pewnie tak trzeba było. Może po to bym do głębi zrozumiała, jak niepewna, krucha i łatwopalna jest zwyczajna codzienność, bym ją bardziej doceniła i zwyczajnie potrafiła się cieszyć ową powtarzalną rzeczywistością, tym, co mam, co wokół mnie i we mnie. No tak, ale to pewnie tylko czubek góry lodowej tych wszystkich nauk, które można z takiego doświadczenia wyciągnąć. Dlatego próbuję wciąż sięgać niżej. Dokopać się do głębszych warstw tych znaczeń. Myślę, że to nie jest przejaw obsesji czy zupełnie niepotrzebnej dociekliwości a tylko otwartości na wyzwanie, z którym powinnam się zmierzyć oraz podejścia do fascynującej zagadki, którą chciałabym próbować chociaż w części rozwiązać.

   Tak czy siak mądry Los, czy może nieprzenikniony zamysł wszechświata pewnego późno letniego dnia skierował mnie na tą alternatywną ścieżkę, gdzie już na wstępie zionęła przede mną otchłań niepewności, grozy, lęku i bólu. A potem ni stąd ni zowąd przy końcu jesieni zawrócił mnie z owej ścieżki i pozwolił bezpiecznie wylądować tam, gdzie byłam przedtem. I niby wszystko jest tak, jak było. I ja taka sama i świat wokół. A jednak coś jest inaczej...Dzięki zajrzeniu w odmienną rzeczywistość doświadczyłam tylu przeróżnych uczuć i emocji, tyle się nowych rzeczy o sobie samej i innych dowiedziałam, że aż nie potrafię i długo chyba jeszcze nie będę umiała tego ogarnąć i nazwać słowami.

   Mógłby ktoś powiedzieć (i zapewne sporo miałby w tym słuszności): otrząśnij się wreszcie kobieto! Nie rozpamiętuj niepotrzebnie tego, co było i idź dalej bo czas ucieka! Ech! Gotowam przyznać temu komuś rację. Bo patrząc z boku tak to właśnie wygląda. Nic się przecież nie stało, o czym tu więc gadać? Na cóż te żmudne i czcze domysły? Nie byłabym jednak sobą, gdybym w ten sposób do tego, co mnie spotyka nie podchodziła. Gdybym nie rozmyślała, nie zastanawiała się, nie pytała...Zatem czy się to komuś podoba, czy też nie żyję znowu tak jak żyłam wprzódy, ciesząc się tym, co jest, ale jednocześnie nie potrafię i nie chcę bagatelizować tego, co mi się przydarzyło. Wierzę bowiem, że wszystko jest po coś, bo całe życie to nauka i muszę być gotowa na kolejne lekcje, na uważne ich zrozumienie oraz umiejętność wyciągania z nich wniosków w przyszłości.

   Wdzięczna jestem Losowi, iż zdecydował się mnie zawrócić z tej pełnej grozy, raniącej stopy i serce ścieżki, że dał mi szansę na kontynuowanie tego, co było przedtem. Bo przecież w tym samym czasie wiele osób nadal musi podążać tą złowieszczą, usianą kolcami drogą. Nikt ich nie odwraca z tej drogi przez mękę i nikt w żaden sposób nie gwarantuje im tego, iż w końcu dane im będzie dojść do jakiejś zbawiennej przystani czy oazy. Podczas gdy ja wybiegłam ze szpitala z taką lekkością w duszy i w ciele, jakby mi w cudowny sposób kilkadziesiąt lat ubyło, tam na miejscu zostało mnóstwo nieszczęśników, którym kolejne badania potwierdziły wstępną diagnozę i którym nic nie miało być oszczędzone. Wyfruwałam do zwykłego świata ubranych już świątecznie wystaw sklepowych, przyozdobionych w czapy świeżego śniegu skwerów, podążających w zaaferowaniu i nieodmiennym pośpiechu ubranych w kolorowe kurtki ludzi.... Leciałam spoglądając po raz ostatni w okna na pierwszym piętrze szpitala, gdzie w welurowej piżamie w kwiatki pozostała pani Teresa zbyt słaba, by móc wstać i pomachać mi przez okno, gdzie został pozornie dziarski, lecz podskórnie pełen obaw pan Antoni, u którego poprzedniego dnia wykryto złośliwego guza na oskrzelach, gdzie nadal tkwiła chudziutka pani Zosia, wiecznie zmarznięta i pogrążona w depresji po niedawnej resekcji jelita grubego a do tego trawiona nieoperacyjnym nowotworem płuc. Tymczasem ja pełna wdzięczności i optymizmu a jednocześnie wyrzutów sumienia i dziwnego żalu żegnałam ten świat, który w jednej chwili potrafił odebrać nadzieję i radość życia, po to by w kolejnej ni stąd ni zowąd ją przywrócić. 

   Nie, nie mam do nikogo z lekarzy pretensji mimo, iż przedwcześnie i nazbyt pochopnie stwierdzono u mnie złośliwy nowotwór płuc. Może też nazbyt szybko wyrobiono dla mnie kartę szybkiego leczenia onkologicznego DILO? Może niepotrzebnie od samego początku nakreślano przede mną plan operacji i chemioterapii po niej? Tak, to wszystko spadło na mnie tak nagle, tak mocno uderzyło mnie obuchem w głowę. Ale rozumiem, iż lekarze na co dzień stykają się z podobnymi do mojego przypadkami i dlatego kierowani pewnie rutyną i poczuciem obowiązku a także koniecznością pośpiechu starali się działać tak szybko, tak zdecydowanie jak się da, by uratować mnie i dać szansę normalnego życia. Bo mnóstwo wszak jest przypadków, gdy nowotwory wykrywa się zbyt późno, bo człowiek przegapia albo bagatelizuje objawy choroby a do tego kolejki do specjalistów ciągną się miesiącami i latami. Nie dziwota więc, że wiele osób do specjalisty trafia dopiero wtedy, gdy niewielkie są już szanse na wyleczenie a czasem nie ma ich wcale. W Polsce co roku na raka płuc umiera ok. 20 tys. osób. I ta liczba wciąż rośnie...

   A wracając do owego sobotniego popołudnia, gdy opuszczając mury szpitala szłam szybko u boku mając panią A., moją niedawną sąsiadkę z łóżka obok, której tak jak i mnie dane było uciec katowi spod topora...Ogromnie zbliżył nas do siebie ten szpitalny czas. Mam wrażenie, iż otworzyłyśmy się przed sobą bardziej, niż przed kimkolwiek, kiedykolwiek przedtem. Szpitalna codzienność oraz towarzyszące nam tam przeżycia i lęki sprawiły, iż rozumiałyśmy się wtedy lepiej, niż z kimkolwiek bliskim, kto nie doświadczał tego, co my. Na moment przecięły się nasze ścieżki, lecz oto zostawiałyśmy za sobą to wszystko i rozstawałyśmy się podążając tam, gdzie czekały na nas nasze rodziny i przyjaciele, gdzie pragnęło naszego powrotu zwyczajne, pełne wyzwań, wspomnień i marzeń życie. Jak sobie z tym wszystkim poradzimy? I czy jeszcze się kiedyś spotkamy? Małe są na to szanse, ale nie mam co do tego pewności. Wszak życie jest kompletnie nieprzewidywalne. A ta nieprzewidywalność jest z jednej strony piękna i fascynująca a z drugiej straszna i odpychająca. I nigdy nie wiadomo, z którą z nich będzie się miało do czynienia.

   A tymczasem wokół rozpościera się jak gdyby nigdy nic kolejny grudzień. Tuląc do piersi kotkę patrzę przez okno i zauważam, że znikła już zupełnie z okolicznych pól cała ta niedawna wspaniała, śnieżna biel. Została listopadowa szarość, srebrzysta mglistość, żółtość traw, nagie konary drzew i spowijający to wszystko wilgotny chłód. To surowa w formie, lecz nadal ujmująco piękna rzeczywistość. Spoglądam na stare zdjęcia. Okazuje się, iż w zeszłym roku było podobnie. I w jeszcze poprzednim też. A mimo to wciąż z niegasnącą nadzieją czekało się i nadal czeka na śnieg, na tę grudniową dziewiczą biel otulającą rzeczywistość nieco magiczną pierzynką. Bo przecież dobrze jest móc na coś czekać. Dobrze jest móc mieć nadzieję i jakiekolwiek marzenia...

   Oby ten grudzień przyniósł mnie, Wam i wszystkim naszym bliskim mnóstwo dobrych niespodzianek. A jeśli nawet zdarzą się te złe, to jest szansa, że i przez nie przejdziemy jakoś obronną ręką. Bo przecież do większości z nas Los wciąż wyciąga pomocną dłoń i pozwala byśmy mogli kiedyś odetchnąć wreszcie głęboko i tak po prostu stwierdzić: co było a nie jest, nie pisze się w rejestr...




środa, 5 listopada 2025

Szczęście w nieszczęściu...

 




   Dwa zdarzenia w ostatnim czasie mocno dały mi do myślenia o tym, iż Wszechświat w jakiś sposób czuwa jednak nad nami, daje coś do zrozumienia, a może i pomaga. Pierwsze miało związek z naszymi częstymi ostatnio wyjazdami do Rzeszowa, gdzie odwiedzałam pewną przychodnię specjalistyczną. Otóż po jednej z takich wizyt zajechaliśmy naszym autkiem pod wielki supermarket. Zaparkowaliśmy go na ogromnym parkingu i ruszyliśmy na rekonesans po przybytku, w którym już dobrych kilka lat nie byliśmy, bo jakoś nas wcale do niego nie ciągnęło. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po powrocie na parking okazało się, że nasz samochodzik odmawia sprawnej jazdy. Coś od spodu zaczęło w nim dziwnie szumieć, zgrzytać i sprawiać wrażenie jak gdyby jakieś ciało obce blokowało koła. Obejrzeliśmy je zatem z każdej strony spodziewając się, iż ktoś dla kawału włożył nam pod któryś z błotników plastikową butelkę. Ale nie, nic tam nie było. Dopiero pewien młody mężczyzna, który parkował obok zajrzał pod spód naszego rumaka a poświeciwszy sobie latarką z telefonu zawyrokował natychmiast, iż pękła sprężyna łącząca przednie koło z podwoziem. I dlatego owo koło wydawało tak dziwaczne zgrzyty.

  • Oj! To całe szczęście, że ta sprężyna urwała się państwu tu, na postoju a nie na ruchliwej szosie. Bo jakby koło się wam w trakcie jazdy urwało, to nie byłoby czego po was zbierać! - zawyrokował spoglądając na nas z podziwem niby na wyróżnionych przez los ocaleńców.

   Od razu do rozmowy dołączył się inny, stojący nieopodal mężczyzna i stwierdził, że nawet sam widział kiedyś tak straszliwy wypadek, gdy pędzące kilkadziesiąt km na godzinę autko nagle wpadło w poślizg i rąbnęło z całej siły w barierkę, a urwane koło poturlało się do rowu, na szczęście nie uderzając po drodze w inny pojazd. Co stało się z pasażerami feralnego auta? Tego ów mężczyzna nie wiedział, ale domyślał się, iż byli co najmniej mocno poranieni.

  • Tak, że naprawdę macie państwo szczęście! - potwierdził spostrzeżenie młodego człowieka i kręcąc z niedowierzaniem głową odjechał w sobie tylko znanym kierunku.

   Cóż. Po przemyśleniu całej kwestii oboje z Cezarym uznaliśmy zgodnie, iż rzeczywiście mieliśmy szczęście, bo czymże były problemy z drogo wycenionym przewiezieniem naszego autka lawetą czy zapłaceniem u mechanika kilku stówek za naprawę, skoro nam nic się nie stało. Skoro cali i zdrowi mogliśmy wrócić do domu, do naszych kochanych zwierzaków. Bo tak naprawdę, to liczy się tylko zdrowie i życie nasze oraz naszych bliskich. Cała reszta to tylko dodatki...


   A drugie zdarzenie? Otóż przez kilka ostatnich tygodni w związku z moim niedawnym zapaleniem płuc oraz z podejrzanymi cieniami wykrytymi na prześwietleniu rentgenowskim jeździliśmy do pulmonologa w Rzeszowie. Ostatecznie po tomografii okazało się, że owe cienie to niestety nowotwór płuca. Nowotwór jeszcze mały i nie dający na razie żadnych oznak ani dolegliwości. Na tyle mały, że o ile nie będzie żadnych przerzutów a mój stan zdrowia na to pozwoli będę mogła mieć wykonaną operację, w trakcie której zostanie mi wycięty płat płuca wraz z owym guzem.

   A gdzie w tym owo tytułowe szczęście w nieszczęściu? Otóż gdyby nie zapalenie płuc, to bym o owym nowotworze nic nie wiedziała a on rozwijałby się w moim organizmie bez żadnych przeszkód aż stałby się tak duży i groźny, tak zagarniający inne części ciała, że jego operacyjne usunięcie nie byłoby już możliwe. I zostawałaby wówczas tylko chemio oraz radioterapia a to, jak wiadomo, w wielu przypadkach nie przynosi oczekiwanych rezultatów.

   Od jakiegoś czasu w związku z powyższym żyję w stanie sporego rozedrgania psychicznego. Mam napady lęków i problemy ze snem, dlatego bywa, iż muszę się wspomagać środkami uspokajającymi. Wsłuchana w ciszę nocną rozmyślam intensywnie o tym, co mnie czeka, boję o to, co byłoby jeślibym odeszła, co wówczas z bliskimi... Nie chcę tak myśleć, ale myśli same pchają mi się do głowy i kraczą niby czarne ptaszyska...Zastanawiam się też skąd mi się ten nowotwór wziął, skoro żyję zdrowo, odżywiam się też zdrowo, nie przyjmowałam żadnych podejrzanych preparatów, używek ani suplementów, nigdy nie paliłam papierosów a do tego okolica, w której mieszkam słynie z krystalicznego, górskiego powietrza....


       - Czy jakoś przyczyniły się do tego zmartwienia, których ilość od końca zeszłego roku wciąz wzrasta? - dociekam, z ciężkim sercem wspominając chorobę brata a zaraz potem taty.

  • Może to bliskość wieży przekaźnikowej jakoś mi zaszkodziła? A może odwierty gazu ziemnego w pobliskim lesie? To wcale nie żadne głupie teorie spiskowe. Wszak kwestie wpływu na zdrowie przekaźnika i odwiertów gazu poruszyli ze mną lekarze - pulmonolodzy, którzy także podejrzewają, iż coś może tu być na rzeczy...

  • Być może zalęgnięcie się we mnie tego ósmego pasażera Nostromo było mi z jakichś powodów pisane, no bo jeśli wszystko dzieje się po coś, to i w tym jest jakiś sens, jakaś nauka...?

  • Ech! Nie da się tu dojść do żadnej jednoznacznej odpowiedzi! - stwierdzam w końcu i włączam w telewizji You Tuba aby zająć czymś znękany umysł. A czasem coś sobie w myślach nucę i wyobrażam sobie, że wędruję po moich ulubionych miejscach. Po lesie, po łąkach, po okolicznych bezdrożach i malowniczych dróżkach. Wówczas nieraz ogarnia mnie błogi, wewnętrzny spokój i doznaję przeczucia, iż będzie dobrze bo musi być dobrze, bo zdecydowanie jeszcze na mnie nie pora.

  • Rak to nie wyrok! – oświadczam przekonując samą siebie i próbując odganiać w ten sposób owe złośliwe ptaszyska.

  • Przecież jestem silna (i poza tym nowotworem zupełnie zdrowa), do tego pozytywnie nastawiona a wobec tego dam radę przetrwać i przezwyciężyć wszystko, co mnie teraz czeka a Wszechświat ma mnie jednak w opiece. W takich chwilach czuję więc wobec niego ufność a nawet wdzięczność. I wierzę a raczej mocno chcę wierzyć, że jeszcze nie raz wzejdzie dla mnie słońce...- dopowiadam te słowa w myślach niby jakąś mantrę.


   Jutro na kilkanaście dni idę do szpitala, gdzie wykonają mi pełną diagnostykę, która da ostateczną odpowiedź na to, jaki rodzaj nowotworu zagnieździł się w moich płucach, czy są przerzuty i w jaki sposób będę leczona. Mam nadzieję, że zakwalifikują mnie na operację, którą zrobią najszybciej jak tylko się da i która rzecz jasna się uda. Oczywiście obawiam się także owej operacji, ale jednocześnie wiem, że to będzie najlepsze dla mnie w tej sytuacji. I że będą szczęściarą, jeśli uda mi się ją pomyślnie przejść a potem w pełni zdrowia żyć tak, jak żyłam do tej pory. W troskliwej opiece Wszechświata, w bliskości dzikiej natury, w zgodzie, w przyjaźni i w miłości z ludźmi, którzy są mi bliscy...

Proszę, trzymajcie za mnie kciuki! Odezwę się (mam nadzieję!) jak już będzie po wszystkim!


czwartek, 11 września 2025

Trudny czas...

 




   Długo nie odzywałam się na blogu i wiem, że niektórzy z Was niepokoją się tym moim nietypowym milczeniem. To był trudny dla nas obojga a zwłaszcza dla mnie czas. Najpierw musiałam wyjechać stąd na kilka tygodni by zaopiekować się chorym tatą a gdy ogarnęłam jako tako tamte sprawy i wróciłam na Podkarpacie wkrótce sama rozchorowałam się poważnie. Dopadł mnie wirus RSV a potem przejechało po moim organizmie niby walcem ostre zapalenie płuc. Teraz na szczęście już zdrowieję i powoli dochodzę do siebie, ale nadal jestem bardzo osłabiona.

   Te ciężkie przejścia sprawiły, że dziwnie zobojętniałam na wiele rzeczy, które przedtem wydawały mi się ważne i zajmujące. Chyba zrozumiałam, iż zdrowie, życie, najbliżsi są to dla mnie najistotniejsze, najcenniejsze sprawy. To jest to czemu powinnam poświęcać głównie uwagę, bo to jest tym, na co mogę mieć jako taki wpływ. A przynajmniej starać się go mieć. Bo przecież i tak, cokolwiek by się nie robiło, my ludzie jesteśmy niczym bezradne listeczki miotane falami ogromnego oceanu. Przez jakiś czas udaje nam się unosić na powierzchni i cieszyć słońcem czy błękitem nieba, jednak w końcu opadamy w ciemną głębię. Takie jest przeznaczenie wszystkich listeczków. I tych maleńkich i tych dużych, i tych szaroburych i tych kolorowych.. A nawet wielkich, twardych jak kamień i wydawało by się niezniszczalnych dębów. Nie myśli się o tym na co dzień, nie powinno myśleć, by nie popaść w depresję i beznadzieję. Bywają jednak chwile, gdy na skutek bolesnych doświadczeń człowiek uświadamia sobie mocno to wszystko i przewartościowuje wiele spraw, które dotąd uważał za naprawdę istotne. Myślę, że i takie momenty są potrzebne. Dowiadujemy się wiele o sobie przez całe życie, bo życie to nieustanna nauka i zmiana.

   Niechże ta nauka trwa dla nas wszystkich jak najdłużej. Niech poza gorzką refleksją przynosi nam także wiele radości, prostego szczęścia, miłości, satysfakcji i jakichkolwiek powodów do uśmiechu A przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa i stałości. Możliwości spokojnego cieszenia się tym, co jest. Bez lęku, że zaraz pryśnie jak bańka mydlana...

   Na zdjęciu ilustrującym ten tekst widać miejsce po starej wiacie na drewno, którą tego lata udało nam się rozebrać z Cezarym. Myśleliśmy, że damy radę w tym roku zbudować nową, ale będzie to chyba musiało poczekać do przyszłego roku. Możliwe jest też, że nie zdecydujemy się na tę budowę wcale, bo jakoś podoba nam się to puste miejsce, daje nowe, fascynujące spojrzenie na ogród. Czasem w słoneczny i ciepły dzień siadamy sobie na krzesełkach pod ostatnią z naszych starych jabłoni - renetą i wyobrażamy sobie, że można by tam coś w przyszłości zasadzić czy zasiać, inaczej zagospodarować ten placyk w ogrodzie. A wiata? Może powstać w zupełnie innym miejscu. A może też nie powstać. To, na szczęście, zależy tylko od nas obojga...


sobota, 3 maja 2025

Nic dwa razy...

 


Nic dwa razy się nie zdarza – westchnęłam wspiąwszy się na wieżę w Krzywczy. Był pogodny, lecz dość wietrzny, majowy dzień a ja stałam na szczycie metalowej konstrukcji i rozglądałam się dokoła szukając podobnych wrażeń i doznań jak w lutym, kiedy to pierwszy raz wspięłam się na to miejsce. ( link do lutowej wyprawy na wieżę)



   Wówczas wymagało to ode mnie sporo odwagi i uporu. W chłodny, lutowy dzień wieża zaskoczyła mnie swoją wysokością, uczuciem lekkiego chybotania i niepewności a jednocześnie zachwytu nad bezmiarem widoków wokół, nad niezwykłym wrażeniem znalezienia się na samym szczycie świata. Oszołomiła i oczarowała poczuciem, iż jestem niby śmiały i hardy orzeł, że mogę wszystko, że nie mając skrzydeł lecę, frunę wolna od wszelkich trosk i znowu młoda, gdzie tylko oczy poniosą...






   Nie dziwota zatem, iż poczuwszy wtedy coś tak mocno postanowiłam sobie, że jeszcze kiedyś powtórzę ten wyczyn. Na przykład wiosną, gdy zmienią się kolory natury a pogórzańskie pejzaże nabiorą nowego wyrazu. Dlatego kiedy tylko czas, pogoda i samopoczucie pozwoliły wybraliśmy się znowu z Cezarym do niedalekiej Krzywczy. Ciekawa byłam tego, co zobaczę, co poczuję, gdy znowu znajdę się na tych niesamowitych wysokościach. Czy będzie lepiej, gorzej a może po prostu zupełnie inaczej, niż uprzednio?






   I cóż. Było zdecydowanie inaczej. Wspięłam się szybko, bez najmniejszych wahań i lęków. W try miga znalazłam się na górze, mijając po drodze innych turystów jak ja złaknionych silnych wrażeń. Pierwsze co dostrzegłam to ogromne, szybko przemieszczające się po niebie chmury, które zasłaniając słońce mocno zacieniały wiele obszarów widocznych w dole. Mimo to barwy wiosennej zieleni prezentowały się jaskrawo, wręcz oślepiająco. Pola, krzewy i drzewa w dole mieniły się melanżem wielu odcieni zieloności, żółci i złota. Natomiast srebrna nitka Sanu była ledwo dostrzegalna. Przez specyficzne światło tego dnia brakowało jej wyrazistych konturów i głębi. A do tego gęste korony drzew skutecznie ją zasłaniały. Nawet wyraźnie zielony zawsze most na Sanie teraz jakby wyblakł i zdawał się jasnoszary.




- Wiosna coś daje, lecz coś też zabiera. Jak każda pora roku, życia. Tak jest. Tak być musi – szepnęłam w nagłym zrozumieniu.




   Wiosenny, pachnący świeżością i ściętą trawą wiatr szarpał moimi włosami bezustannie wciskając je do oczu i ust. Pewnie podobnie miotał konarami okolicznych drzew i chaszczy. Pogratulowałam sobie decyzji o zostawieniu czapki z daszkiem w samochodzie, bo jak nic szalone wietrzysko by mi ją z głowy zdmuchnęło. To zdanie się na siłę powiewów nie było jednak ani przykre ani straszne. Dawało sporo przyjemnej swobody i ochłody, ulgi po niedawnej jeździe w zbyt mocno nagrzanej puszce naszego samochodu. Postałam więc jakiś czas na najwyższym podeście wieży a potem zbiegłam w dół z taką prostotą i pewnością, jakbym nic innego w życiu nie robiła, jak tylko po takich krętych i ażurowych, wiodących w przestworza schodkach biegała. I nie, nie wynikało to z polepszenia mojej kondycji fizycznej, bo z nią jest ostatnio nie najlepiej, ale raczej z uczucia pewności i braku obaw przed zejściem z tych wysokości. Proces wejścia i zejścia wydał mi się łatwy. Zaskakująco łatwy...



   Zdumiało mnie to i ucieszyło a jednocześnie rozczarowało, bo choć tego pragnęłam, to nie udało mi się znaleźć w sobie tamtej lutowej ekscytacji i dumy z własnego wyczynu, a do tego oszołomienia i wzruszenia takiego, jak wtedy.



Ale przecież nic dwa razy się nie zdarza. W pałacu strachów w lunaparku też tylko za pierwszym razem człowiek ma dreszcze na całym ciele. Potem już wie, czego się spodziewać – pomyślałam znowu.



- A choć wieża taka sama i pejzaże wokół spektakularne, to aura zupełnie odmienna. I ja też chyba trochę inna, niż wtedy. I we mnie też coś się zmieniło. Może coś zgasło, coś się przesunęło, jakiś obłok zakrył kawałek nieboskłonu..?



- Wiosna coś daje, lecz coś też zabiera. Jak każda pora roku, życia. I stale coś się kończy, choć coś się też zaczyna – powtórzyłam znowu z ledwo uchwytną tęsknotą za tym, co przesłoniła właśnie chmura nieustannie toczącego się naprzód czasu. Przez chwilę trwało we mnie lekkie uczucie żalu, ale potem naszła mnie myśl, że chociaż nic dwa razy się nie zdarza, to przecież wciąż dookoła wyrastają wieże, na które można się wdrapać A jeśli nawet nie wyrastają, to koniecznie trzeba je samemu dla siebie budować. Wyznaczać jakieś cele. Chociażby wcale nie tak wysokie. Jakiekolwiek. Byleby tylko się człowiekowi chciało wspinać...



środa, 12 lutego 2025

Anielcia…

 


 


 

   Starość miewa różne oblicza. Pierwsze to pogodne, łagodne i spokojne, bo pogodzone z losem, bo pełne mądrości i doświadczeń życiowych, bo w otoczeniu kochającej rodziny a zwłaszcza wnuków. Drugie to smutne i gorzkie, bo samotne, zbędne, pełne bólu i bezradności, żalu za tym co bezpowrotnie minęło. Mało komu zdarza się ta pierwsza, sielankowa wersja schyłku życia. Choć większość z nas marzy i wyobraża sobie, iż taka właśnie będzie. Jednak okazuje się, iż mały mamy wpływ na to, co się z nami stanie. Jacy będziemy i jak poradzimy sobie z tą resztą przydzielonej nam przez Opatrzność egzystencji... Poniższa opowieść jest opisem zwyczajnej, tutejszej codzienności. Codzienności będącej udziałem wielu starszych ludzi na wsi…

 


   Trwał chłodny i słoneczny, lutowy poranek. Za oknem mróz po swojemu przyozdabiał Pogórze miliardami srebrzystych diamencików, ażurowych koronek i płatków lodowych kwiatów. Miotane powiewem wiatru strzępki szronu niby śniegowe gwiazdki opadały migotliwie z okolicznych drzew. Słonko wznosiło się coraz wyżej a niebo błękitniało wyraziście co sprawiało, że widok na krętą, znikającą wśród lasu drogę robił się coraz piękniejszy. Dopiero co byłam na zewnątrz by wsypać ptaszkom słonecznika do karmnika oraz zrobić kilka zdjęć a teraz rozgrzewając się kubkiem kawy trwałam w niemym zapatrzeniu na ten cud natury. Kolejna zima tutaj zachwycała mnie niezmiennie.

- Oby wiele jeszcze było takich zim przede mną i Cezarym – pomyślałam spoglądając z pełną troski czułością na męża stojącego przy piecu i pilnującego by się słonina odpowiednio przysmażyła na nową porcję smalcu.  Skwarki złociły się i pachniały bardzo apetycznie…

   Raptem z owego zapatrzenia wyrwał mnie głośny dźwięk telefonu.  Dzwoniła Anielcia - ponad osiemdziesięcioletnia sąsiadka z niedalekiego przysiółka położonego w głębokiej dolinie.

 

- Co tam u Was, Olusiu? Mróz bardzo dokucza? Jak się z Cezarym czujecie? – zapytała jak zawsze na wstępie zagajając serdecznie rozmowę. Odrzekłam, że różnie, raz lepiej, raz gorzej zdając sobie doskonale sprawę, iż na pewno nasze banalne dolegliwości mają się nijak do ogromu jej boleści i trosk. Wszak Anielcia od wielu już lat była wdową i póki jako tako radziła sobie sama z codziennymi obowiązkami nie było źle. Wprawdzie od dawna narzekała na serce, na bolące stawy oraz na protezy biodrowe, ale mimo wszystko chciało jej się jeszcze uprawiać przydomowy warzywnik, zasadzić a potem ukopać własnych ziemniaków, drewna pociupać do kuchennego pieca, kota – przybłędę nakarmić. Od kiedy pamiętała jej życie wypełniała ciężka praca w domu i na roli, opieka nad czworgiem dzieci, pomoc w wychowywaniu wnuków. To wszystko nadawało życiu sens i rytm. Dzięki wspólnej z mężem pracy a potem niewielkiej emeryturze było co do garnka włożyć, choć zdarzała się też taka bieda, że i jajko na wagę złota było. Nieraz do miasta kilkadziesiąt kilometrów na piechotę się chodziło, żeby sprzedać jagody albo grzyby nazbierane w sąsiednim lesie. Każdy grosz się liczył, zatem w pocie czoła wypracowywało się środki na skromny, ale samodzielny i uczciwy byt. W lepszych, spokojniejszych chwilach zdarzała się nawet chęć by niekiedy jakąś książkę przeczytać, z sąsiadkami się spotkać, o swoich sprawach poplotkować beztrosko. Czekać na codzienne wschody słońca i cieszyć się, że nadal można je oglądać… Tak mniej więcej było kiedyś. A dziś?

- A Ty, jak sobie radzisz, Anielciu? – zapytałam omalże pewna, iż nadal przebywa u swojej starszej córki w mieście. Ostatnimi laty bowiem mocno niedomagała i po kilku pobytach w szpitalu potrzebowała codziennej opieki. Dlatego więcej z córką niż u siebie siedziała.

- Jakoś tam sobie radzę. Muszę, przecież przeważnie sama tu jestem. Pokuśtykam trochę po obejściu. Jak mam siłę, to sobie coś ugotuję, a jak nie, to i kromka chleba z pasztetówką wystarczy. Staremu człowiekowi niewiele już trzeba – westchnęła z pełną goryczy rezygnacją.

- Ale na szczęście dwa razy w tygodniu przychodzi opiekunka z gminy. Zrobi zakupy, drewna z komórki naniesie, chwilę się po domu pokręci, o zdrowie zapyta i idzie. Nie tylko mnie ma przecież na głowie – dodała jak zawsze pełna zrozumienia i empatii dla innych.

- To u córki w mieście być nie chciałaś? Przecież tam centralne ogrzewanie mają, ciepło w domu i nie byłabyś sama…- odezwałam się od razu wyobrażając sobie siebie na jej miejscu.

- Córka schorowana. Sama więcej teraz po szpitalach niż w domu przebywa. To i nie będę jej sobą głowy zawracać jak tyle ma własnych kłopotów. A poza tym tam bardziej byłam sama niż tutaj… - szepnęła ze smutkiem.

 – Wzrok mi się ostatnio pogorszył i nie da rady już książek czytać a sprzątać tam i gotować córka zabraniała, żeby mi to na serce nie zaszkodziło…To i całe dnie bezczynnie tam siedziałam w okno się gapiąc, dawne czasy wspominając a tak w ogóle nie wiedząc co ze sobą zrobić, bo to przecież sama do miasta nie pójdę. Taki człowiek nieporadny się zrobił i tak mu dziwnie obco w tym wielkim świecie. Ludzie zrobili się też całkiem niż kiedyś inni. Ech! Trzeba mi było wracać tutaj. W ogóle za długo tam siedziałam – znowu westchnęła bezradnie i w tej chwili dała się słyszeć w jej głosie drżąca nutka tłumionych głęboko emocji.

- Wolę być u siebie. Powinnam być tutaj. Ten dom, ta ziemia, to całe moje życie. Każde drzewo w ogrodzie, każdy kawałek ziemi i lasu. Jak ja o to nie zadbam, to już nikt nie zadba. Ja tu wszystko znam i kocham. A właściwie to znałam…Bo i tu się całkiem popsuło. Ech, ludzie, to jak dzikie zwierzęta. Jak wyczują u kogoś słabość, to zaraz gotowi zagryźć, zabrać wszystko… - jęknęła z rozpaczliwą rezygnacją, pociągając raz po raz nosem.

- A co się stało? Ktoś Ci krzywdę Anielciu zrobił? – przypomniałam sobie, że już kiedyś staruszka opowiadała mi o sąsiedzie pijaku, co do spółki z mieszkającą nieopodal sąsiadką drewno Anielci z komórki bezczelnie podkradał.

- Jak byłam u córki w mieście sąsiad znowu włamał się do drewutni i zabrał stamtąd wszystko, co mogło mu się na coś przydać. Nie tylko drewno, ale w ogóle wszystko, co mógł sprzedać, żeby na wódkę grosz mieć! Istna hiena cmentarna! – pełna oburzenia zamilkła na chwilę, oddychała tylko spazmatycznie raz po raz przełykając łzy.

- Skorzystał, że nikt go nie mógł nakryć i wyniósł wszystkie narzędzia, piły, dłutka i śrubokręty, co to moim mężu zostały. Nawet siekiery nie zostawił! I do tego doszło, że jak mi się udaje kogoś nająć do porąbania drewna, to proszę, żeby ze swoją siekierą przyszedł, bo u mnie nic już nie ma! – załkała jak bezradne dziecko a ja pożałowałam natychmiast, że to telefoniczna a nie w cztery oczy rozmowa, bo wiedziałam, iż Anielci przydałoby się teraz zwyczajne przytulenie. Żadne słowa przecież nie wydawały się w tym momencie adekwatne…

- Zgłosiłaś to na policję? – zapytałam przypomniawszy sobie, że tak postąpiła kiedyś.

- Nie! Bo i po co? Nie mogę udowodnić przecież, że to on mi zrobił. Ten śmierdzący pijus w nos mi się śmieje albo dokucza, że jemu się wszystko należy a takie staruchy jak ja powinny już dawno na cmentarzu leżeć. A poza tym nastraszył mnie, że dom mi spali, jak na niego naskarżę… - wyszeptała z trwożliwym zawstydzeniem.

- A rodzina? Co na to Twoja rodzina? – odezwałam się, myśląc o tym, że przecież kilka kilometrów od Anielci mieszka jej najmłodsza córka, zięć i wnuki. I że na pewno w takiej sytuacji powinni jakoś zareagować. Pomóc jej. Obronić. Zaopiekować się.

- Ech, Oluniu! Oni czasu całkiem nie mają. Każdy swoim zajęty. Każdy tylko za pieniądzem goni albo po doktorach jeździ. Mówią, że powinnam w mieście u starszej córki siedzieć. Wtedy nie byłoby z niczym kłopotu. Dom na wsi by się sprzedało, grosz między nich podzieliło i szlus. Każdy by miał dobrze. Nie rozumieją tylko tego, jak bliskie jest mi to miejsce, jak żyć bez niego nie umiem. A mimo wszystko wciąż się chce człowiekowi żyć, choć nie za bardzo ma już po co i dla kogo – zwierzyła się z bolesną szczerością.

- I wiesz, Oluniu mnie się jeszcze czasem wierzyć nie chce, że bliscy mogą tak jakoś zobojętnieć, tak się oddalić. To się w głowie nie mieści, że choćby człowiek nie wiadomo, jak kochał, dbał, pieścił, pomagał, to na starość nic się z tego nie liczy, to nikt już tego nie pamięta. I człowiek staje się jak ten spróchniały, nie nadający się do niczego jak tylko do wycięcia pień. A przecież kiedyś był silnym drzewem, które bez żadnych warunków i ograniczeń dawało innym cień i schronienie. Ale taka widać już kolej rzeczy – szepnęła Anielcia znowu głęboko wzdychając.

   A ja przypomniałam sobie dawne opowieści Anielci o tym jak to kiedyś często pojawiały się u niej dzieci albo wnuki, żeby pomóc, zapytać, czy babci czegoś nie potrzeba, zatroszczyć się jakoś. Jak te najmłodsze wesoło biegały po ogrodzie rwąc pyszne papierówki i czereśnie. Jak wdrapywały się na kolana a babcia całowała ich rumiane policzki. Jak szyła im fikuśne fartuszki i sukieneczki. Jak piękne haftowała dla córek obrusy. Jak ciułała grosz do grosza, żeby im się do motoru albo samochodu dołożyć. Do tego wszystkiego wdzięczna za najdrobniejszy objaw starania i serdeczności piekła dla rodziny smaczne ciasta, z myślą o bliskich suszyła grzyby i jabłka nad kaflowym piecem, zapraszała na niedzielne obiady a także chętnie obdarowywała wnuki paroma groszami ze swej skromnej emerytury, płacąc im w ten sposób za naniesienie drewna, za zrobienie zakupów a nawet za sam fakt odwiedzin…

- Córki się zestarzały, pochorowały i nie mają już tyle sił, co kiedyś. Wnuki porozjeżdżały się w różne strony i rzadko w tych okolicach się pojawiają. Zostały prawnuki, ale dla nich te marne sto złotych, co im babka do kieszeni włoży, to tyle, co nic…Nie chce im się tu przychodzić. A jak już przyjdą, to zaraz wychodzą, tak się nudzą. Tylko by w swoje telefony i komputery patrzyły. Takie to teraz czasy. I chyba nie będzie już lepiej! – zamilkła całkiem już tym wszystkim zgnębiona.

- Może żeby w końcu było lepiej, to musi być jeszcze gorzej? – szepnęłam próbując skierować rozmowę na inne tory, na bardziej ogólne tematy.

- Bo to nie tylko Ty Anielciu mówisz o tym, że źle się wszędzie dzieje, że ludzie nie tacy jak kiedyś, że wszędzie wkrada się rozkład, demoralizacja, interesowność, lenistwo i brak szacunku dla tradycji oraz dla ludzi w podeszłym wieku. To zauważa wiele osób, nie tylko tych starych. W niedobrą stronę zmierza ta nasza rzeczywistość. Ale widocznie tak być musi. Najwidoczniej ten świat powinien spaść na samo dno, żeby się kiedyś odrodzić. Tak jak kiedyś imperium rzymskie upadło, tak i upadnie chyba nasza cywilizacja. A co będzie po nas? Czy nam dane będzie tego dożyć? – zapytałam retorycznie.

- Tobie Oleńka i Cezaremu pewnie tak, boście ode mnie młodsi. A ja muszę już tylko jakoś doturlać się do końca i tyle.  – odparła ze smutkiem.

- Jednak mimo wszystko chyba powinnyśmy się cieszyć, Anielciu, że dane nam było żyć w normalniejszych, niż dzisiejsze czasach! Bo nie wiadomo czego będzie musiała doświadczyć dzisiejsza młodzież! I jak sobie da radę z trudem życia, skoro całkiem jest do tego dawania rady nieprzystosowana – stwierdziłam wyobrażając sobie sytuację, iż ci zapatrzeni w telefony komórkowe młodzi ludzie musieliby wziąć się za tak ciężką pracę, do jakiej przyzwyczajeni byli niegdyś wszyscy mieszkańcy wsi, do jakiej przyzwyczajona była Anielcia, że musieliby zacząć szanować każdą kromkę chleba, każdą sztukę odzieży. Wszystko to, co im dzisiaj ot tak, pod nos jest podawane.

- Tak, chyba możemy się tym cieszyć… Tymczasem ja teraz znowu mam skierowanie do szpitala i nie wiem, ile mnie tam potrzymają. Ale może jak wyjdę, to już będzie wiosna? – zawołała nagle pełna radosnej nadziei Anielcia.

- I wiesz co, Oleńka? Ja na tę wiosnę tak czekam! Cieszę się na to słoneczko, co stare kości rozgrzeje, na te młode trawki i listeczki, na pierwsze główki żółciutkich podbiałów na skraju pola, na kobierce fioletowo-różowych miodunek w ogrodzie, na ten cudowny zapach ziemi budzącej się po zimie…- rozmarzyła się raptem staruszka, uspokajając się już zupełnie. I ja oddychając z ulgą po odejściu od trudnych tematów skwapliwie rozmarzyłam się razem z nią. Chwilę jeszcze szeptałyśmy o tych wspaniałych woniach i barwach wiosennych, o kluczach żurawi powracających z daleka, o porannych, ptaszęcych śpiewach i łopotach, o wiecznie żywych wspomnieniach z czasów, gdy miało się w sobie mnóstwo siły i chęci by żyć, by po prostu cieszyć się tym zwyczajnym życiem. Mówiłyśmy też o tym, że znowu to wszystko przyjdzie i będzie, jak zawsze co roku. Tylko trzeba do tego czasu dożyć. Nic więcej…

   Na koniec wymogłam na Anielci obietnicę, że jeśli będzie potrzebowała jakiejkolwiek naszej pomocy, to niech zaraz dzwoni a my z mężem postaramy się do niej przyjechać i zrobić, co będzie trzeba. Wzruszone pożegnałyśmy się serdecznie umówione na rychłe spotkanie. Może właśnie na wiosnę? Jak to mamy w zwyczaju przysiądziemy wówczas razem na wygodnej, ogrodowej ławce. Tej, którą, własnoręcznie zmajstrował kiedyś z modrzewiowych desek jej mąż. Spoczniemy tam, gdzie zawsze najwięcej miodunek i stokrotek kwitnie. Wystawimy twarze ku słońcu i nie będzie już nawet potrzeby nic mówić. Wystarczy nam ta dobra chwila, gdy będziemy mogły wspólnie chłonąć to światło, ciepło i wonne powiewy wiosennego wiatru…

 


  

niedziela, 8 września 2024

Oparcie…

 


 

   Ten tekst ma związek z tematem poprzedniego. Bo oparcie często bywa też synonimem zaufania.A to takie ważne by móc na czymś się oprzeć. Na czymś trwałym, fundamentalnym, niepodważalnym i pewnym. Lub też iluzorycznym, ale dla nas ważnym. Każdy z nas potrzebuje czegoś takiego, nawet gdy sobie tego nie uświadamia. Dla jednego to wiara i religia, dla drugiego nauka i doświadczenie empiryczne, dla trzeciego poglądy polityczne, dla następnego rodzina, miejsce do życia, tradycja, historia, dobro, uczciwość, sumienie…. Gotowiśmy bronić tego czegoś niemalże do utraty tchu, bo nie wyobrażamy sobie byśmy mogli bez tego oparcia istnieć. Zaraz owładnęłaby nami przerażająca pustka i samotność. Przewrócilibyśmy się i stalibyśmy  jako te bezradne, wywrócone na grzbiet żuki, które nie dają rady o własnych siłach stanąć znów na nogi. Bo jak tu istnieć bez poczucia jakiejś pewności i sensu? Jak przetrwać wiedząc, że nie ma nic, w co warto wierzyć, o co walczyć?



   Dla mnie takim oparciem, ucieczką od coraz bardziej niepokojącej rzeczywistości polityczno-społecznej była dotąd natura. Jej prostota, sprawiedliwość i sens. Piszę „była”, ale przecież w dużej mierze nadal jest i będzie. Zdarzenie z użądleniem przez szerszenia mocno nadszarpnęło moją ufność. I chwilowo zachwiało mną w posadach. Wracam jednak do swego poczucia sensu, do tego, co mnie wewnętrznie kształtuje oraz pomaga istnieć. I nadal, mimo wszystko, tym czymś jest bliski związek z naturą. Rozumiem, że w naturze także istnieją zagrożenia a ja w żaden sposób nie jestem przed nimi chroniona, bo w równym stopniu podlegają im wszystkie istoty żywe. Jest to normalne i sprawiedliwe. Miłość do natury w żaden sposób nie zabezpiecza przed bolesnymi ciosami z jej strony. Tak jak miłość do rodziców nie zabezpiecza przed ich ostrymi reprymendami, jeśli na nie zasłużymy. Miłość do rodziców niestety nie zabezpiecza też przed ich utratą. Przez całe życie doznajemy kolejnych utrat, z którymi musimy się pogodzić a nawet uznać je za naukę dla nas. I po każdym kolejnym upadku wstać i iść dalej, wiedząc i rozumiejąc więcej.



   Osy i szerszenie istniały i będą istnieć. Mają do tego takie samo prawo jak ja. Tyle, że ja muszę się nauczyć uważniej i bezpieczniej istnieć pośród nich. Nie popadać w paraliżujący lęk lecz być świadomą wielu możliwych zagrożeń. A także stać się nieco mniejszą idealistką, czyli osobą kroczącą zanadto w chmurach a zbyt mało po twardej ziemi.  Nie zastanawiać się też, czy zasłużyłam w jakiś sposób na ten wypadek z szerszeniem. Być może potrzebna mi była taka właśnie lekcja. A może owo użądlenie było tylko to ślepym trafem. Czystym przypadkiem. Nie wiadomo. Zdaję sobie sprawę, że choćbym nie wiem jak uważała, to i tak wszystko zdarzyć się może. I kiedyś się zdarzy, w taki czy inny sposób. Gdyż przeznaczeniem każdego jest wszak ostateczny koniec istnienia…



   Likwidacja szerszeni w naszym ogrodzie zwróciła nam uwagę na konieczność bliższego przyjrzenia się starej jabłoni, w której istniało jedno z owych owadzich gniazd. W jakiś czas po owej likwidacji oglądając owo drzewo stwierdziliśmy, że w większości jest ono spróchniałe, popękane na całej długości pnia, suche i puste w środku. Z tego pustego miejsca w ubiegłych latach korzystały kolejne pokolenia ptaków zakładając tam swoje gniazda. A w tym roku już żaden ptak nie miał tam przystępu, gdyż w całości zasiedliły je szerszenie.  Krążyły wokół niego strzegąc czujnie swego siedliska i nie pozwalając nawet na swobodne przechodzenie obok. Ilekroć kosiłam w jego pobliżu zawsze miałam z tyłu głowy informację, by mieć się na baczności, by nie stracić go z pola widzenia. Bo gdy tylko podchodziłam zbyt blisko rozwścieczone owady latały agresywnie nad moją głową a nawet mnie w nią uderzały ostrzegawczo, na szczęście nie żądląc jednak. Cezarego dwukrotnie jednak użądliły, kiedy nieświadom jeszcze ich obecności w drzewie zbliżył się do nich, ale ponieważ nie jest na nie uczulony, to poza chwilowym, specyficznym bólem nic więcej przykrego nie odczuwał.

   Po każdej wichurze czy deszczu coraz więcej suchych gałęzi opadało ze stareńkiej jabłoni a nieliczne jabłka, które jeszcze rodziła małe były, cierpkie w smaku i robaczywe. Żal mi było staruszki, jak żal mi każdego innego wycinanego drzewa czy krzewu, ale musiałam zgodzić się z Cezarym, iż nie ma co zwlekać. Należy podjąć ostateczną decyzję i niestety ściąć drzewo, z którego nie ma już żadnego pożytku, a które przeciwnie, może stanowić zagrożenie dla nas i psów, jeśli nagle złamałoby się i zwaliło nagle na kogoś z nas. Poza tym jego pusty pień w przyszłych latach znowu mógłby służyć innym owadom za świetne miejsce do zasiedlenia. A tego na pewno już byśmy nie chcieli. Poza tym mamy w ogrodzie kilka innych jabłoni. Jabłek z nich jest aż nadto dla nas.

   Pewnego dnia zatem nasz znajomy, uczynny drwal oraz Cezary wzięli się za ścinanie jabłoni. A zrobili to tak sprytnie, że padając drzewo niczego nie uszkodziło, nie złamało, choć w pobliżu wiele rośnie drzew, krzewów i bylin, choć tuż obok stoi pokryta dachówkami wiata na drewno opałowe.

   Sądzimy z mężem, że teraz owe rośliny będą lepiej rosły, że posadzone w ich pobliżu kwiaty też poczują się lepiej. Owa wielka jabłoń wysysała bowiem z ziemi ogromną ilość życiodajnej wilgoci i pewnie dlatego zawsze rosnące w jej pobliżu rośliny wyglądały marnie.







   Po ścięciu jabłoni zajrzeliśmy z ciekawością do jej wnętrza. Widać tam było ogromne, podzielone na okrągłe plastry gniazdo szerszeni...Była to wspaniała, wielopoziomowa, szerszeniowa kraina ze swoimi prawami, planami, ścieżkami, ze swoją zwyczajną codziennością. Nie spodziewała się zapewne, że tak nagle przestanie istnieć…Dokładnie tak samo, jak nie spodziewały się tego upadające ludzkie państwa i metropolie, które uważały, że są niezniszczalne i wieczne, że zawsze będą stanowiły oparcie dla kolejnych pokoleń. Ale historia przetoczyła się po nich niczym miażdżący wszystko na swej drodze walec. I nadal się toczy, choć wielu z nas do niedawna wydawało się, że żyjemy w najlepszym, najbezpieczniejszym momencie dziejów ludzkości…

                                                         miejsce po ściętej jabłoni a w tle stara lipa

                                        


poniedziałek, 15 maja 2023

Nie zawsze maj jest majem…

 

 



   W maju, jak to w maju. Pracowicie i zielono. Więcej jest się w ogrodzie, niż w domu. Chce się być tam, gdzie tętni życie, wspierać to życie, być jego częścią. Mniej teraz człowieka przejmują i angażują sprawy dalekiego świata. Znacznie bardziej liczy się jego własny, mały a przecież tak bardzo potrzebujący opieki, pracy i starania bliski światek.  Myślę, że podobne odczucia ma większość osób żyjących blisko natury, oddających się jej w zupełności. A natura? Cóż,  jest wymagająca, zawłaszczająca, niecierpliwa, ale i ogromnie szczodra.  W zamian za wszystkie codzienne i nieraz bardzo żmudne czynności obdarza spokojem ducha, uczuciem przywróconej magicznie młodości, satysfakcjonującej sprawczości i towarzyszącej im pożyteczności wszystkich wiosennych działań.



   I tak właśnie na ogół jest u nas. Stopiliśmy się w jedno z otaczającą nas przyrodą. Jesteśmy jej maleńkimi, ufnie sprzęgniętymi z machiną istnienia trybikami. I to wystarcza. Więcej się nie łaknie. Zdrowie i chęci, póki co, pozwalają na wykonywanie obowiązków związanych z gospodarstwem i ziemią. Na ten corocznie powtarzający się taniec wielu nowych planów i zamierzeń, koniecznych i powtarzalnych obowiązków oraz wytrwałej ich realizacji. Tańca, podczas którego ma się wrażenie, że jakaś równowaga jest utrzymana a swoim działaniem stwarzamy coś dobrego.



   No tak, ale czy nie zdarzają nam się pomyłki, błędy, nietrafne decyzje albo porażki? Czy zawsze jesteśmy z siebie zadowoleni? I czy wszystko przebiega tak wspaniale i bezproblemowo, jak niektórym mogłoby się wydawać po lekturze naszego bloga? Bywa różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Nikt z nas nie jest przecież ideałem. Czasem się człowiekowi nic nie chce a niekiedy  robi się coś pobieżnie albo byle jak, byleby było, bo po prostu nie ma się siły na więcej. Innym razem działa się mechanicznie, nie rozmyślając wiele o konsekwencjach. Bo po prostu trzeba to właśnie zrobić – tak czy siak a błędy czy straty są przy tym nieuniknione. Człowiek  - ogrodnik pomaga nowemu życiu, ale też decyduje co ma prawo do istnienia a co nie. Co jest przydatne a co zbędne. Jego dziełem są wszak wielkie hałdy wyrwanych z korzeniami chwastów albo przekopane ostrym szpadlem grudy ziemi wraz z kryjącymi się w niej dżdżownicami i innymi niewinnymi stworzonkami. To on przycina co roku gałęzie drzew, kształtując je po swojemu. Przegania z ogrodu wszelkimi możliwymi sposobami (nieraz bardzo drastycznymi) krety, nornice, ślimaki i uznawane przez niego za szkodniki owady. Kształtuje otaczający go świat po swojemu, biorąc odpowiedzialność za to, co robi, choć nie zawsze robi dobrze, choć jego działanie niektórym istnieniom niesie kres albo cierpienie. Jest niczym bóstwo, od którego woli zależy tak wiele. Bóstwo, które przecież będąc częścią koła życia też w pewnym momencie ulegnie destrukcji, bo inne bóstwo lub po prostu przypadek zdecydują o tym, że nadszedł czas nieuchronnego końca.



   A wszak wiadomo, że z każdym rokiem będzie nam w Jaworowie coraz ciężej, że pewnej wiosny może zabraknąć sił, że w końcu i nas może zabraknąć. Bo przecież nic nie trwa wiecznie. Zmieni się wszystko. Palec losu od czasu do czasu beznamiętnie wskazuje na kogoś i to, co wydawało się stałością, wiecznością, a nawet nudną powtarzalnością – raptem znika…A pogodny, beztroski, pełen niezapominajek maj przekształca się nagle w zasnuty melancholią, szary listopad.


   Czasem w najbardziej pogodny i kwitnący rozmaitymi barwami, na pozór beztroski dzień przychodzi mi ta niewesoła myśl do głowy. Lęk przed przyszłością, przed jej nieuchronnością niby czarny ptak przysiada na sercu. Na szczęście, ledwo się pojawia, zaraz znika odegnany przez wszechogarniającą moc odradzającej się, pełnej buzującej energii natury. Bo jakże mogłoby przestać istnieć coś, co żyje tak intensywnie? To przecież jakaś abstrakcja, bluźnierstwo, naruszenie tabu! Po co w ogóle rozmyślać o smutnych rzeczach, przydawać im mocy, zasnuwać ponurym cieniem ten cudowny, zielony czas? Wszak maj ma być majem i basta.




   Ale przecież maje bywają różne dla każdego. Wszystko jest subiektywne, indywidualne, delikatne. Podczas, gdy jedni cieszą się, śmieją, pracują ile sił w mięśniach, inni zastygają w niemocy, smucą się i cierpią, bo właśnie teraz dzieje się u nich coś złego. Albo przypominają sobie coś, co boli i mniej lub bardziej boleć będzie zawsze. I choć bronią się przed tym jak mogą, to bywa, iż uraża ich cudza beztroska. Otwiera rany w ich duszach świat, który tak bezwstydnie, tak do utraty tchu cieszy się tym swoim wszechogarniającym istnieniem.  Ci cierpiący mają wrażenie, że im jest dokoła promienniej, im pogodniej wkoło, tym wyraźniej odcina się w ich sercu boleść, żal, smutek, uczucie niesprawiedliwości, rozpaczy, lęku, bezradności, tęsknoty…Tyle się dzieje w tym samym a tak różnym dla każdego czasie. Każdy odczuwa po swojemu, bo każdemu co innego w danym momencie przypada w udziale. Los, ten pracowity ogrodnik trzyma się swoich planów, nie przejmuje się ludzkimi rojeniami ani tym co wypada, co być powinno. Robi swoje. Wbija ostry szpadel to tu, to tam…



   Cieszę się moim majem, ogromnie go doceniam póki trwa. Jest jeszcze dla nas w Jaworowie dobry i łaskawy. Jeszcze roztacza wielobarwne uroki i blaski. Jeszcze zachęcając do czynu podśpiewuje stare piosenki, głaska, rozwesela, maluje naiwne obrazki, opowiada baśnie o wieczności. Otula kojącą obecnością nawet w pochmurne, chłodne dni. Ale myślę też o tych, dla których maj stracił już ten czar. Coś się niestety zmieniło u nich na zawsze…Przestali czuć się trybikami tej machiny dziania chociaż życie dokoła płynie dalej jak gdyby nigdy nic. I mimo ich ogromnej wyrwy w sercu trwa, będzie trwać i swoim tempem kręcić się po dawnemu. Jednak wreszcie, taką mam nadzieję,  czas powolutku zasklepi i zabliźni tę głęboką ranę. Wreszcie da znowu odrobinę odetchnąć. Pozwoli materii duszy choć trochę zazielenić się kolejnej wiosny i znaleźć powód by starać się na nowo żyć. Po nowemu, inaczej, ale mimo wszystko żyć. Jakkolwiek się da. Bo tylko to się liczy. Ta nasza krótka chwila istnienia. Ta niezwykła wyprawa w nieznane. Ten cudowny lot ku słońcu.



    I właśnie dla  wszystkich bliskim sercu osób, dla tych, których uczucia mocno czuję w sobie, bo są, były czy też będą kiedyś moimi uczuciami ten tekst.




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost