Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

Opowieść o pierwszej miłości



      Andrzej czekał na Małgosię w pobliżu jej szkoły. Wypatrywał niecierpliwie jasnego warkocza dziewczyny, błyszczących w słońcu okularów, szarej kurtki. W kieszeni miał wiersz, napisany dziś na dużej przerwie. Wiersz - wspomnienie wczorajszego, wspaniałego dnia. Znali się od kilku tygodni a byli sobie tak bliscy, jak gdyby znali się od zawsze. A spotkali się niedawno, zupełnie przypadkiem, w tramwaju. Ona stała z nosem w książce. On usiłował dostać się do uchwytu przy siedzeniu a zrobił to tak niezgrabnie, że omal jej nie przewrócił. Zaczęło się więc banalnie. Ale potem było już bardzo ciekawie, bo okazało się, że czytana przez nią książka to był "Władca pierścieni" - jego ukochana powieść fantasy!
    Małgosia, ta szara myszka, niepozorna okularnica tak się cieszyła, że ma nareszcie kogoś bliskiego, z kim można ciekawie porozmawiać i czuć się bezpiecznie. Może mówić z Andrzejem o tym, o czym z nikim do tej pory mówić się nie dało - o literaturze, o marzeniach, o świecie wyobraźni i snów. Jej koleżanki miały trochę inne zainteresowania. Dzieliły się uwagami na temat Facebooka, Twiterra, mody i oczywiście chłopaków. Włosy farbowały na wszystkie kolory tęczy. Na udach i kostkach miały poprzyklejane wymyślne tatuaże i gdyby tylko mogły pozakładałyby sobie kolczyki, gdzie tylko się da. Chichotały na widok przystojnych chłopców i robiły wszystko, by tylko oni zwrócili na nie uwagę. Najważniejsze były cotygodniowe imprezy w osiedlowym klubie albo w domu którejś z nich. Szykowały się na te wyjścia zawsze jak na swój pierwszy bal a potem godzinami omawiały wrażenie, jakie udało im się wywrzeć na czarnobrewym, ubranym w skóry Waldku czy blond czupryniastym Adamie, szkolnym mistrzu szermierki. Niejdedna z nich miała już za sobą jakieś seksualne doświadczenia i te z nich bez ogródek dzieliły się pieprznymi opowieściami ze swymi przyjaciółkami. 
   A chłopcy? Chłopcy popalali w kątach papierosy albo skręty. Wymieniali się niezbyt wyrafinowanymi lingwistycznie uwagami na widok długonogich lasek, czyli dziewczyn. Przechwalali się swoimi możliwosciami i osiągnięciami w miłosnych podbojach. Emocjonowali się sportem albo grami komputerowymi. Na przerwach szkolnych, spośród ogólnie panującego hałasu wyróżniały się ich oryginalnie brzmiące, naznaczone mutacją głosy i wulgarne rechoty.
   Czy wypadało w takim gronie pokazywać swoją inność? Czy można było ujawnić kawałek swojej wrażliwości? Czasami wystarczyło wypowiedzieć się trochę odważniej i wnikliwiej na lekcjach polskiego, analizując jakiś wiersz czy opowieść o uczuciach ludzkich, żeby potem wciąż słyszeć pod swoim adresem uwagi na temat swojej dziwacznosci i śmieszności. Wypadało wszystko traktować lekko, banalizować i wyśmiewać uczuciowość a na piedestał wynosić to, co modne, cool, trendy...
   Małgosia była inna i tę inność, niestety, było widać. Ale, że uważano ją przy tym za uczynną i przydatną istotę (dawała odpisać od siebie na klasówkach, pisała za koleżanki wypracowania z polskiego) nie szydzono z niej za bardzo a tylko traktowano trochę, jak nieszkodliwą lecz w sumie sympatyczną dziwaczkę.
   Andrzej pasjonował się szachami i wygrał już kilka turniejów wojewódzkich, zyskując tym samym szacunek swoich kolegów i imponujac im swoją ponadprzeciętną wiedzą. Był dobry zarówno z przedmiotów humanistycznych, jak i ścisłych. Potrafił zadać czasami nauczycielowi z historii takie pytanie, że jego kolegom aż szczęki opadały! Dlatego, chociaż nie trenował żadnych sportów siłowych ani popularnej w jego szkole koszykówki i choć miał trochę widocznej nadwagi, dawano mu spokój i liczono sie z jego zdaniem.
   Był początek wiosny. I wszystkim trudno było usiedzieć na lekcjach. Marzyło im się, by dzień wagarowicza był codzień albo by wszystkich nauczycieli rozłożyła naraz jakaś grypa stulecia i żeby szkołę zamknięto na cztery spusty. Wybiegali z niej wszyscy na wyścigi, jak chmara rozświergotanych, zbyt długo trzymanych w klatce ptaków. Po niektórych z nich przyjeżdżali rodzice, bo musieli jeszcze odbębnić jakieś pozaszkolne zajęcia. Ci mieli smętne miny skazańców, bo najchętniej pobiegli by teraz do parku i poganiali po pachnących świeżą ziemią alejkach, obrzucając się zeszłorocznymi, zbutwiałymi liśćmi.

   Małgosia wybiegła ze szkoły jako jedna pierwszych. Nie zdążyła nawet zapiąć kurtki a czapkę nałożyła byle jak, na bakier. Frunęła na spotkanie z Andrzejem nareszcie wolna od hałasu, od męczącego, szkolnego stresu. W plecaku niosła dla niego nowoodkrytą w szkolnej bibliotece książkę Doroty Terakowskiej pt. "Samotność bogów". Przejrzała ją uważnie i już wie, że to będzie kolejne, literackie olśnienie.
   Na jego widok, tylko na chwilę, powróciła jej dawna nieśmiałość. Ale on uśmiechnął się do niej tak ciepło, tak serdecznie,  że już bez wahania podbiegła do niego. I szli tak razem: on troszkę za gruby, ona troszkę za chuda. Dwoje zwykłych nastolatków z nieodłącznymi plecakami. Minęli ruchliwe ulice śródmieścia a potem, chwyciwszy się za ręce powędrowali do parku. Jak to dobrze, że w drodze do domu mogli iść tak sobie razem przez wiosenne, parkowe alejki. Przedłużać tę chwilę w nieskończoność. Patrzeć sobie w oczy i rozmawiać, wymieniać się uwagami jedno przez drugie, śmiać się i żartować, albo po prostu milczeć i wsłuchiwać się w swe niewypowiedziane jeszcze uczucia...
   Minęły ich dwie koleżanki Małgosi: klasowe śmieszki i strojnisie Hanka i Danka. Robiły pod ich adresem jakieś głupie uwagi. Chichotały znacząco i kręciły dziwacznie biodrami, usiłując poruszać się z gracją w swych modnych bucikach na wysokim obcasie. Skręcili więc w boczną alejkę, chcąc pozbyć się natrętnego towarzystwa tych laleczek Barbie.
   Przysiedli z tyłu placu zabaw. W pobliżu rzeźby, przedstawiającej uskrzydloną, piękną kobietę. Wczoraj długo o niej dyskutowali. Wyobrażali sobie, kim mogłaby być. Wymyślali jej historię, fantastyczną przeszłość. Nadali jej nawet imię: Królowa Ptaków...
   Znowu przyszły jednak te muchy uprzykrzone - Hanka z Danką. I na złość im usiadły na tej samej ławce, oddając się z lubością swemu ulubionemu zajęciu: piłowaniu paznokci. Spoglądały przy tym  wyzywająco na Małgosię i Andrzeja, tak, jakby chciały ich sprowokować do kłótni. Oj, będą jutro miały o czym gadać w szkole! Ależ cicha woda z tej Małgosi - ho, ho! No, kto by pomyślał?!
   Ale Andrzej i Małgosia, nie przejmując się niczym, po prostu wzięli się za ręce i poszli przed siebie, nie zwracając uwagi na dziecinne docinki koleżanek. Zaczarowani sobą. Niedotykalni. Trzynastoletni zakochani...
    Zerwał się ciepły, wiosenny wiatr. Chmara wróbli, gołębi, sikorek i srok zataczała koła nad parkowymi magnoliami. Wyglądało to tak, jakby tańczyły niezwykły, powietrzny balet. Czuły wiersz płynął szeptem wśród drzew a Królowa Ptaków przysłuchiwała mu się życzliwie i leciuteńko poruszała zaczarowanymi skrzydłami...

niedziela, 13 stycznia 2013

Roztańczona Agnieszka





     Krąży po miasteczku przygarbiona, dziwaczna, stara Agnieszka. Krąży, do siebie gada. Ni stąd ni zowąd wybucha śmiechem lub rozpaczliwym płaczem. Wcale nie chciała tutaj zostawać...Miasteczko nie było jej celem...I kiedyś wreszcie przecież musi się jej udać to, co sobie wymyśliła.... 
     Bo kiedyś, bardzo dawno temu wyruszyła na najważniejszą wyprawę swego życia. Ze sobą miała tylko starą, zniszczoną walizkę a w niej kilka książek, trochę ubrań. Chciała dotrzeć do Ameryki. Słyszała o tamtejszych cudach. Marzyła o ujrzeniu na własne oczy wspaniałości Wielkiego Kanionu, rozległych prerii, bizonów i dzikich mustangów. A przede wszystkim pragnęła zamieszkać z dzikimi Indianami i poznać ich najwspanialsze legendy...Ale zatrzymało ją słońce. Oślepiło Agnieszkę, zamazało drogę, zamieszało w pamięci.

     I została. Próbuje opowiadać wszystkim napotkanym mieszkańcom o swych wielkich planach, dawnych nadziejach...Nikt nie chce jej już słuchać. Wszyscy dobrze już znają jej niedorzeczne opowieści. Z pobłażaniem przyglądają się tej dziwacznej, przygarbionej postaci, która dzień w dzień siada na rynku, rozkłada małe, stołowe sztalugi by rysować węglem i pastelami dzikie twarze czerwonoskórych, ciemne sylwetki kojotów, pomarańczowe, o dziwacznych kształtach, skały.

     Żyje ze sprzedaży swych szkiców. Mnóstwo ich wisi w "Gospodzie pod złotym liściem". Ktoś z dużego miasta kupił je od niej na targu. Kilka ma też mieszkanka domu z czerwonymi dachówkami.

     Agnieszka codziennie jada ciepły posiłek w gospodzie. Życzliwa Gospodyni zawsze stara się ją serdecznie ugościć w podziękowaniu za jej niezwykłe obrazki, którymi za posiłki odwdzięcza się rysowniczka. W gospodzie ta stara, niezwykła kobieta przysłuchuje się opowieściom gości. Czasem spija resztki z pozostawionych przez nich kieliszków wina. Weselej jej potem. Wieczorami tańczy na rynku, wokół fontanny, w migotliwym blasku księżyca. Rozwiane, siwe włosy wirują wokół jej drobnej, pomarszczonej twarzy a wielowarstwowe, kolorowe spódnice unoszą się, jak skrzydła motyla. To taniec indiańskich duchów powietrza. Czuje wokół siebie ich obecność. Obiecują jej, że wkrótce czerwony pył prerii przeniesie ją do wyśnionej krainy...

     Wydawałoby się, że Agnieszka jest dziwacznym lecz zupełnie zbędnym elementem miasteczka. Ale nie...Wczoraj właśnie przybył do gospody ktoś, kogo nie interesowały pieczone grzyby i wesołe przyśpiewki tutejszego barda. Przybył człowiek ciekawy szkiców Agnieszki. Powiedział, że miasteczko właśnie z nich słynie. Z zachwytem przypatrywał się galerii jej rysunków na ścianach gospody. Agnieszka będzie sławna i bogata! - oznajmił wszystkim zebranym tu osobom.  - Muszę koniecznie z nią pomówić! - dodał tonem, nie znoszącym sprzeciwu. I wszyscy pobiegli szukać starej, niedocenianej dotąd rysowniczki.

     Lecz nigdzie jej nie było. Przepadła bez śladu. Na ławce, przy ulubionej fontannie zostawiła swoje sztalugi, szkicownik, książki Karola Maya. Wiatr tarmosił nimi bezlitośnie a dziwny, czerwony pył wciskał się wszystkim w nosy i oczy...





Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost