Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2026

Pies i lis...

 

                                                                   lutowa odwilż w Jaworowie



- Dlaczego mnie gonisz spuszczony z uwięzi?

Zły warkot brzmi z twojej gardzieli

Wszak nasi dziadowie z tej samej gałęzi

I więcej nas łączy, niż dzieli

Skąd w tobie ta zazdrość o byle okruszek

O kurkę com zwędził tu wczoraj

Ciebie żywią ludzie a ja zdobyć muszę

Wszystko by przeżyć zdołać...


Tak do psa lis gadał zza płotu z daleka

Gdy poczuł, że nic mu nie grozi wcale

A burek z bezsilnej wściekłości zaszczekał

Bo za nic miał te lisie żale

- Ach, dopaść go, schwycić wnet w obłędzie

Oblizał się pies mocno ziając

- Aż kudły rudzielca fruwałyby wszędzie

Bo więcej wszak niewart, niż zając

- I gryzłbym go długo, szarpałbym nareszcie

Jak wczoraj szaraka polnego

Ach! To byłby tryumf pełny i szczęście

I mógłbym odpocząć od złego...


Lecz cóż to? Hen w płocie pies dziurę dostrzega

- Dopadnę go wnet! - serce dudni

Więc rusza, lisowi skręciła się noga

I wpadł raptem do starej studni

A tuż za nim psisko, leżą w dole mrocznym

Gdzie drapiąc się, gryząc zażarcie

Próbują wyjść na wierzch, ale nie ma po czym

Bo studnia ich więzi uparcie

Lodowatej wody sączy się strumyczek

Okrutnie podmywa im brzuchy

Coraz zimniej wokół, tylko granie kiszek

W krąg szemrze, że nie ma otuchy

Sami nie wylezą, zimno ich telepie

Bezradni wśród chłodu a złość gdzieś przepadła

W końcu się wtulili niby bracia w siebie

Pragnąc tylko ciepła, no i może jadła

Czas płynął a oni tam tkwili bez końca

Strwożeni, zmarznięci jak ślepe szczenięta

Stęsknieni promyka dalekiego słońca

O swarach niechcący pamiętać


Po dniach długich kilku, w głodzie i mokrości

Ktoś ich wreszcie znalazł w tym niechybnym grobie

Uwolnieni poszli cicho w swoje włości

Na odchodnym lekko kłaniając się sobie


Jak myślicie, czy długo potrwa zawieszenie broni?

Czy to rzecz możliwa by tam była zgoda?

Czas pokaże wszystko, niesnaski odsłoni

Ale żal mi pieska, no i liska szkoda...




   Jakiś czas temu przeczytałam w necie artykulik o zakończonej powodzeniem akcji ratowania psa i lisa, uwięzionych na dnie starej, nieużywanej od lat studni. Tekst ów dał mi sporo do myślenia i zalinkowałam go sobie wiedząc, że prędzej czy później coś na ten temat napiszę:

https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/pies-z-lisem-wpadli-do-studni-zwierz%C4%99ta-by%C5%82y-zzi%C4%99bni%C4%99te-i-wtulone-w-siebie/ar-AA1OLTqp?ocid=msedgntp&pc=U531&cvid=68f5c650df7b4c03932a5cb4de7602a6&ei=11

   Składając zaś gorzki w wymowie powyższy wiersz zastanowiłam się głębiej nad tym jak bardzo świat zwierzęcy i ludzki zdają się do siebie podobne. Jak wolimy się z sobą kłócić, obrzucać obelgami, gniewać się i poniżać wzajemnie, niż spojrzeć na sprawy z dystansem i darować sobie wszelkie prawdziwe czy urojone przewiny, a nawet spróbować zrobić wspólnie coś dobrego. Ostatnio okropny hejt wylewa się na Martę Nawrocką, wcześniej na jej córeczkę, bo przecież każda okazja jest dobra do hejtu, do zdobycia tym samym chwilowej popularności. Do chóralnego, pełnego pasji i pogardy nienawistnego obszczekiwania. Ach, ileż przyjemności i satysfakcji mają z tego ujadacze. Jak bardzo im ulży, gdy wypuszczą z siebie trochę jadu i złości a potem pójdą dalej udając niewinne baranki. Do czasu, rzecz jasna, gdy pojawi się nowa okazja do szyderstw i napaści. Druga strona sporu politycznego także nie pozostaje bezczynna. Zacierając z radości ręce bierze na tapetę tego czy tamtego polityka rządzącej koalicji albo też jego bliskich, bo nie istnieją żadne świętości. I znowu zaczyna się ostra jazda. Wszystkie chwyty dozwolone. Dokuczanie, obmawianie, oczernianie, podgryzanie, zwalczanie wszelkimi metodami. Wet za wet. Oko za oko...

   Czy to się kiedyś skończy? Ta wzajemna złość i zajadłość, ta nie przynosząca niczego dobrego plemienna wrogość? Być może żeby tak się stało musimy wszyscy wpaść do jakiejś głębokiej studni by zrozumieć, iż tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami, że w prawdziwej biedzie nie liczą się wzajemne animozje, ale zwyczajna ludzka bliskość, wsparcie, zrozumienie i pomoc...? Co mogłoby być taką studnią? Nawet nie chcę o tym dywagować, bo od razu najstraszniejsze rzeczy przychodzą mi na myśl. Ale wiecie co? Obawiam się, że nawet najokropniejsze położenie mogłoby nie być wystarczające by zakopać ów topór wojenny, by przynajmniej na chwilę nastała odwilż w naszych stosunkach. Bo jednak my, ludzie, mocno różnimy się od zwierząt, od psa i lisa. Niestety, na niekorzyść ludzi...





niedziela, 24 listopada 2024

Śnieżek, pierwszy śnieżek…



Śnieżek, pierwszy śnieżek prószy, sypie, pada

Delikatnym puchem wiruje w przestrzeni

A każdy jego płatek baśnie opowiada

Tobie, drogom, niebu, pobielonej ziemi

 

Tańczą w krąg wspomnienia, płyną gdzieś z oddali

A śniegowe gwiazdki, niczym dobre duszki

Pomagają znowu ożywić, ocalić

Dawnych, dobrych czasów srebrzyste okruszki

 

Dotknij płatka myślą, wsłuchaj się w szept chwili

Niech się snuje lekko od człeka do człeka

Pora czas zimowy bajaniem umilić

Opowieść zimowa tuż obok już czeka…


…Raz słabiej, raz mocniej prószy listopadowy śnieg. I oto znowu nadeszła pora coraz krótszych dni oraz  długich i mroźnych, listopadowych wieczorów. Wieczorów, gdy coraz częściej człowiekowi ckni się do wspominania dawnych, lepszych czasów albo do snucia zajmujących opowieści przy migoczących świecach i kominku wesoło trzaskającym iskierkami. Czas, kiedy chce się oddalić od spraw zwyczajnego, codziennego świata i zanurzyć w jakieś bezpieczne i niezmiennie spokojne miejsce, pośród opowiadanych cichym głosem historii, które spowijają duszę w ciepłą, delikatną mgiełkę rozmarzenia, uśmiechu i szybującej swobodnie wyobraźni…



   I oto moja propozycja! Już nieraz zapraszałam Was na tym blogu do wspólnej zabawy w pisanie. Za każdym razem było to nieco ryzykowne z mojej strony, bo przecież mógł nie znaleźć się nikt chętny do podjęcia pałeczki i kontynuowania wraz ze mną opowieści. Jednak zawsze, mimo mych obaw, pojawiał się tu ktoś, kto nie bał się wyruszyć w dal na skrzydłach wyobraźni. Dzięki temu ukazywały się tu  nasze wspólnie tworzone poematy, zdarzały się także pełne humoru albo głębszej refleksji wiersze, czy też snute na wiele głosów baśnie. I teraz znowu naszła mnie na to ochota. Najwidoczniej jak byłam tak nadal jestem niepoprawną marzycielką!:-)

   Zatem zapraszam Was serdecznie do podjęcia wątku poniższej, zimowej opowieści, do jej kontynuacji w komentarzach. Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, jeśli zaciekawi Was taka forma blogowej zabawy i zapragniecie cokolwiek od siebie dopisać, to cudownie. Dzięki temu zabawa będzie się nieśpiesznie rozkręcała. Ja zaś sukcesywnie będę Wasze fragmenty opowieści wklejać do treści tego posta a niekiedy pewnie też dokładać między nimi kilka swoich zdań jako spoiwo pojawiających się tu wątków. Niektórzy z Was pewnie teraz wzruszą ramionami, że to niedobra pora na takie przyjemności, że zbyt wiele zmartwień macie teraz na głowie, a do tego świat całkiem zwariował i Was też w ten obłęd coraz bardziej wciąga. I ja to rozumiem, bo sama czuję podobnie. Jednak właśnie dlatego, jakby na przekór przygnębieniu, szaleństwu i obawom chcę pisać, tworzyć coś razem z Wami, próbując zagłuszyć w ten sposób choć trochę stado owych kraczących nieustępliwie trosk i lęków. Czy damy radę oddalić się od tego wszystkiego i raz jeszcze wspólnie zabawić w bajarzy…? Poniższa opowieść – rzeka – cicho szemrze i czeka…




   Emilia – młoda, jasnowłosa kobieta mocniej otuliła się zrobionym przez siebie na drutach, mięciutkim szalem. Było przenikliwie zimno i nieprzyjemnie wilgotno. Od kilku dni trwała niezmiennie typowo późnojesienna, dżdżysta pogoda. Idąc na przełaj starym parkiem nieśpiesznie wracała z zakupów do domu. Nie miała ciężkiej torby, bo niosła w niej zaledwie sześć kostek masła zdobytych na promocji oraz dwa opakowania żółtego sera takoż ogłaszanego jako okazyjnie tani.

- Do czego to doszło! – sarkała w myślach - że trzeba polować na podstawowe produkty spożywcze jak w zamierzchłych latach socjalizmu, o którym nieraz opowiadali rodzice.

- No tak! Tyle, że wtedy nie było niczego a teraz niby jest wszystko, ale ceny tak niebotyczne, że mało kogo na normalne zakupy stać! Dziwne, dziwne to czasy! Sama nie wiem, które gorsze! – westchnęła ze smutkiem, nie mogąc pogodzić się z tym jak bardzo od kilku lat pogarszała się jakość życia. Nie cierpiała chodzić po sklepach. Nie tylko dlatego, że było drogo i na tak niewiele mogła sobie pozwolić. Po prostu od zawsze była istotą uciekającą jak tylko się da przed dotykiem prozaicznej rzeczywistości. Poza mało inspirującą pracą w call center miała na szczęście swoje małe królestwo prywatnych zainteresowań. I to im chciała poświęcać jak najwięcej uwagi. Zajmowała ją ostatnio moda z dawnych lat. Zwłaszcza ta sprzed kilku stuleci. Potrafiła godzinami oglądać w Internecie a potem przerysowywać kopie starych rycin i obrazów przedstawiających kobiety w osiemnastowiecznych, opartych na krynolinach sukniach albo przeciwnie, te w zbyt wąskich, opiętych spódnicach jakie nosiło się na początku dwudziestego wieku. Do tego od kilku lat najważniejszą jej pasją było robienie zdjęć w plenerze. Gdzie tylko mogła zabierała ze sobą aparat fotograficzny a spoglądając w jego obiektyw odpływała w zupełnie odmienną rzeczywistość.

   Właśnie teraz rozejrzała się dokoła okiem bystrego fotografa. Nie najlepsze to były warunki do fotografowania, ale nawet w obecnej aurze stanowiące dla osoby takiej jak ona ambitne wyzwanie, dające jakieś ciekawe możliwości. Dzień był wyjątkowo ciemny i pochmurny. Zaciągnięte granatowo-szarymi obłokami niebo zwiastowało rychłe opady deszczu albo śniegu. Czarno-biało-brunatna rzeczywistość ukazywała świat w omalże wieczornym, przydymionym jakby wydaniu. Do tego z dala zaczęła napływać srebrzystobiała mgła, jeszcze bardziej ograniczająca pole widzenia.

 - Szkoda, że nie wzięłam ze sobą aparatu. Może udałoby się utrwalić tę dziwną, pełną oczekiwania nie wiadomo na co aurę – szepnęła do siebie i z braku tegoż aparatu, zrobiwszy z kciuka oraz palca wskazującego „oczko” spojrzała w nie z uwagą. I wówczas ni stąd ni zowąd zaczął padać śnieg. Najpierw były to pojedyncze, wielkie płatki a zaraz potem istna śniegowa fala ogarnęła ją ze wszystkich stron. Do tego zupełnie nieoczekiwanie spoza gęstych chmur przebił się jakiś odważny promień słońca i od razu pomalował świat w zupełnie nowe barwy.

   Ogarnął ją czysty zachwyt. Nadziwić się nie mogła tej nagłej piękności przysypanego białym puchem, popołudniowego parku,  migotliwym blaskom tańczącym pośród opadłych liści i pochylonych  traw, błękitno-srebrzystymi cieniom ścielącym się pomiędzy drzewami i alejkami, ostatnim różom pokrytym śniegiem niby apetyczną, bitą śmietaną. Emilia okręciła się radośnie wokół własnej osi. Nie wiadomo czemu poczuła się tak lekko i tak swobodnie jakby znowu stała się małą dziewczynką. Jakby znowu wszystko było możliwe. Zaśmiała się próbując złapać w dłonie i usta wielkie płatki śniegu krążące wokół niej w coraz gęstszym wirze. Ale one nie dały się pochwycić. Zaraz się roztapiały i znikały bez śladu. Tylko te na rzęsach zatrzymywały się na dłużej, ale i one wkrótce rozpływały się niby łzy tocząc się po jej policzkach. Tak się tymi płatkami zajęła, że zupełnie nie zauważyła, iż nie wiadomo kiedy zeszła ze swojej zwykłej ścieżki i zanurzyła się w nieodwiedzane nigdy wcześniej, nieznane, lecz oszałamiająco piękne rejony parku.

   …Zewsząd otaczały ją teraz pokryte świeżą bielą topole, platany i dęby, które splecione ramionami zdawały się poruszać w dziwnym, rozkołysanym tańcu. Śniegowe gwiazdki osiadały na ich gałązkach i zdawały się dźwięczeć stamtąd milionami maleńkich, kryształowych dzwoneczków. Zdawało się, iż dokoła w rzeźkim i pachnącym czystością powietrzu brzmiała jakaś słodka i tęskna melodia. Niby grany na skrzypkach i pianinie magiczny, kiedyś dobrze znany a dziś zapomniany sentymentalny walc sprzed kilku stuleci…


kontynuacja Jotki:

Emilia zaczęła wirować wraz z płatkami śniegu w takt walca, a ptaki skulone na gałęziach starych drzew jakby kibicowały dziewczynie w tym zimowym tańcu.
W końcu, gdy zatrzymała się w półobrocie, bo zakręciło jej się w głowie, otworzyła oczy i ze zdziwieniem rozejrzała się wokół. Nie tylko park zmienił oblicze, ale i jej strój przypominał raczej oglądane i przerysowywane dawne stroje.
Z dala dojrzała piękny dworek rozświetlony pochodniami, a na podjeździe szykowano ...tak, to chyba kulig!
Emilia pobiegła w tamtą stronę, nigdy nie była na prawdziwym kuligu!

kontynuacja Hanki C.:

Emilia spojrzała w dół:
- Ojej, ale ślisko! Co ja mam na nogach? Zaraz wyrżnę orła, muszę uważać.
Stopy obute miała w wysokie, wiązane trzewiki na śliskich podeszwach.
No i stało się, kolejny krok i Emilia upadła jak długa. Jęknęła boleśnie próbując się podnieść, ale kilka warstw długich spódnic i ciężki wełniany płaszcz uniemożliwiały jej wstanie z upadku. No tak, ale wstyd - pomyślała - jestem teraz kobietą upadłą - zachichotała pod nosem. Kątem oka ujrzała zbliżającą się do niej męską postać w otoczeniu myśliwskich psów. No, to po mnie -pomyślała - zachciało mi się kuligu.

kontynuacja Kitty:

Emilia poczuła nagle coś zimnego i mokrego na policzku i zamarła... Kolo niej stał wielki, piękny rudy wyżeł i zamaszyscie lizał ją po twarzy. - Max! Do nogi, co ty wyprawiasz hultaju?!l Nad głową Emilii rozległ się mocny męski głos o bardzo przyjemnym brzmieniu. Uniosła wzrok do góry i zobaczyła wpatrzone w nią ciemne i śmiejace się oczy. 

kontynuacja Olgi J.:

Przystojny, szpakowaty, lecz młody jeszcze mężczyzna z zawadiacko podkręconym czarnym wąsem przykucnął przy niej i mocno uchwyciwszy jej dłonie pomógł zawstydzonej biedaczce stanąć na nogi.

- Mam nadzieję, że nic sobie panna nie połamała! Dzisiaj wszak ślisko niemożebnie. W sam raz na sannę a nie na takie dzikie susy po lodzie! Czy aby nic panny Emilii nie boli? – zapytał otrzepując jej płaszcz ze śniegu i poprawiając troskliwie przekrzywioną na bakier zimową, futrzaną czapkę.

 - Nic mi nie jest – wyszeptała i oblawszy się rumieńcem zamilkła zmieszana, bo ów mężczyzna spoglądał na nią w ten sposób, w jaki nikt nigdy jeszcze na nią nie patrzył.

…Czy ja go znam? Wygląda na to, że on zna mnie dobrze…Ale skąd? I co ja tu właściwie robię? Co to za miejsce? Chyba jednak upadając uderzyłam się w głowę i wszystko to jakieś przywidzenie… - rozmyślała gorączkowo.

- Skoro panna Emilia dobrze się czuje, to nie pozostaje mi nic innego jak porwać pannę do sań. Konie  czekają a i reszta towarzystwa niecierpliwie powrotu panny wypatruje! A po kuligu czekają nas jeszcze tańce. Wszak panna obiecałaś mi pierwszego walca? – ozwał się wąsaty przystojniak, zaglądając  nieco zbyt poufale w jej oczy a potem nie czekając już na odpowiedź zaprowadził osłupiałą dziewczynę ku parskającym wesoło czarnym koniom zaprzężonym w wyłożone futrami sanie…

kontynuacja Jotki:

Emilia umościła się wygodnie, sanie ruszyły, a ona poczuła się jak w filmie, niczym Oleńka i Kmicic!
Cudownie było jechać przez las, ze świerków co chwila spadały na nich czapy śniegu, konie parskały i nieznajomy opiekuńczo otoczył ją ramieniem.
Kulig kuligiem, ale Emilii nie opuszczała myśl, że przecież na jakiś tam bal, to ona nie ma się w co ubrać! a fryzjer, a makijażystka? A w ogóle, co to jest, jakaś ukryta kamera? Może nawet można cos wygrać?
W takim razie Emilia zagra tę rolę najlepiej jak potrafi!


kontynuacja Hanki C.:

Konie biegły szybkim truchtem. Zimny pęd wiatru smagał policzki Emilii piekącym chłodem. Wtem konie pognane do szybszego biegu przez powożącego przyspieszyły, sanie szarpnęły, Emilia uderzyła w coś głową. Zapadła ciemność.
Kiedy ocknęła się stała w parku trzymając w ręku siatkę z kostkami masła i serem. Spojrzała w dół , na stopach znowu miała swoje wygodne trekingowe buty, a ciepła kurtka z kapturem z kożuszkiem otulała ją miękko.
Dziwna mgła gdzieś odpłynęła , a promienie słoneczne święciły coraz jaśniej. Emilia poczuła coś chłodnego na szyi. Sprawdziła dłonią, to była jakaś zawieszka. Odstawiła siatkę na ławkę i sięgnęła do zapinki. W ręku trzymała srebrny łańcuszek z owalną zawieszką. Z boku zawieszka miała zapięcie, naciśnięte przez Emilię uwolniło zawartość. Wnętrze owalnego wisiorka zawierało dwa zdjęcia. Na jednym Emilia rozpoznała siebie, ale drugie przedstawiało kogoś bardzo podobnego tylko dużo starszego. Była to kobieca twarz z wyblaklymi, błękitnymi oczami w otoczeniu delikatnych zmarszczek jaśniejąca spokojnym, pięknym uśmiechem. Kto to jest?
Emilia szybko pobiegła do domu.
- Koniecznie muszę zapytać mamę co to za osoba. To musi być ktoś z rodziny - myślała rozgorączkowana Emilia.
Biegiem wpadła do domu i do kuchni gdzie mama właśnie szykowała kolację.
-Mamo? Zobacz, kto to ? - zawołała pokazując mamie zawieszkę.
O! Odnalazłaś mój wisiorek! Gdzie był!? - zapytała zdziwiona mama.
- Mamo! - zawołała zniecierpliwiona Emila - Kto jest na tym zdjęciu!?
-A to Twoja prababcia Emiliana. Piękna kobieta. Jesteś do niej podobna. Bardzo podobna - uśmiechnęła się mama...

kontynuacja Olgi J:

- Emiliana? Pierwsze słyszę! – zdziwiła się dziewczyna – Dlaczego nigdy mi o niej nie opowiadałaś? I w ogóle, to skąd miałaś ten wisiorek?

- Bo sama niewiele o niej wiem, Emilko. To postać, która owiana mgłą tajemnicy. Wiadomo tylko, że żyła w XIX wieku, no i miała córkę, także Emilię.  A ten wisior przechodzi w naszej rodzinie właśnie z matki na córkę. I ja też go kiedyś od twojej babci dostałam. Przykazała mi bym strzegła go jak oka w głowie, bo jest to najcenniejsza i jedyna właściwie pamiątka po naszej protoplastce.

- Ale mimo to mamuś zgubiłaś go? – Emilia spojrzała z wyrzutem w błękitne oczy matki, a potem z czułością obróciła delikatnie palcami srebrny medalion. Miała niejasne wrażenie, że już kiedyś go widziała i dotykała. Ale kiedy to było?

- No niestety! Zapodział mi się lata temu podczas przeprowadzki! – wyznała z zawstydzeniem jej mama – Ileż ja się go naszukałam! Razem z tatą przetrząsnęliśmy każde pudło, każdy zakamarek. I jak kamień w wodę! – na twarzy mamy odbijała się teraz mieszanina skruchy, ulgi i wielkiej radości.

- I nagle się znalazł! Ty go, córuś masz! Ale skąd? Jak? – mama wyciągnęła dłoń po wisior – Oddasz mi go Emilko? Tym razem schowam go tak, że nigdy już się nie zgubi a ty w przyszłości będziesz mogła podarować go swojej córce – oznajmiła spoglądając wyczekująco w oczy dziewczyny.

- Ach! W tym rzecz, że nie pamiętam skąd go mam. To bardzo tajemnicza sprawa – szepnęła przyglądając się uważnie misternie wygrawerowanym na powierzchni medalionu wzorom – Jest piękny i na pewno bardzo cenny! – szepnęła uśmiechając się do podobizny urodziwej Emiliany.

 - A do mojej, ewentualnej potomkini to jeszcze daleka droga, mamuś! O ile w ogóle jakaś kiedyś będzie! – zaśmiała się Emilia – Ale póki co, jeśli pozwolisz chciałabym go trochę ponosić. Mam zamiar bliżej się mu przyjrzeć, sfotografować go, odrysować te wzorki, a potem poszukać w Internecie czegoś na jego temat. Może tam znajdę jakiś ślad po naszej pra, prababce?

kontynuacja Hanki C.

Emilia jak powiedziała, tak zrobiła. Sfotografowała medalion, raz i drugi, bo zdjęcie było zamazane. Spróbowała jeszcze raz i kolejny, ale zdjęcia nie wychodziły.
Rozeźlona Emilia położyła wisior na klawiaturze komputera.
Błysnęło, trzasnęło, ktoś powiedział poirytowanym głosem - Tylko nie elektronika. Precz mi z tym ! I... Emila znalazła się w dziwnym pokoju. Wiało chłodem. Siedziała przed sekretarzykiem, przed nią leżały kartki papieru, obok trącona ręką huśtała się suszka do osuszania atramentu.
- Kochana, jeszcze nie śpisz? - usłyszała męski głos. Odwróciła się i ujrzała w drzwiach mężczyznę, tego samego, który pomagał jej wsiąść do sań. Był tylko trochę starszy, a dawne ogniki w czarnych oczach przygasły. Emilia spojrzała w lustro stojące w rogu pokoju. Z odbicia patrzyła na nią prababka Emiliana. Dziewczynę przeszły zimne dreszcze...

kontynuacja Olgi J.

   …Po chwili okazało się jednak, że to nie było lustro a okno czyjejś sypialni. Spoza niego spoglądała na nią urodziwa i dziwnie do niej samej podobna, lecz nieco od niej starsza, ubrana w wykwintny szlafrok kobieta. Najwidoczniej jednak nie widziała Emilii, bo jej wzrok prześlizgiwał się obojętnie po jej twarzy. Była to sprawka porannego słońca, które tak mocno świeciło w okno, że dama aż zmrużyła oślepione jego blaskiem oczy. Czym prędzej więc odwróciła się i z pełnym rozbawienia westchnieniem zbliżyła się do stojącego jej pobliżu siwowłosego mężczyzny, który bez powodzenia próbował zawiązać pod szyją granatowy krawat.

- Oczywiście, że wstałam, mój drogi. Najwyższa już była pora. Przecież sam sobie nie poradzisz z tym węzłem. Pomogę ci Ksawery a potem weźmiemy Maxa i przejdziemy się po ogrodzie, dobrze?

- Nasz Max Trzeci  - staruszek ledwie już powłóczy nogami, ale na wspólny spacer zawsze jednak znajduje siłę i ochotę – dodała, powracając myślami do dawnych, tkliwych wspomnień, gdy Max Pierwszy, dziadek obecnego ich psa tańczył wokół nich radośnie, kiedy tuż po sannie stanąwszy z dala od reszty towarzystwa pierwszy raz się pocałowali…

   Najwidoczniej Ksawery pomyślał o tym samym, bo na jego ustach też zagościł teraz pełen wzruszenia uśmiech.

- Ach, wspomnienia, wspomnienia…Niech zawsze nas rozświetlają, tak jak moje serce rozświetlać będzie po wieczność twoja Uroda, moja najmilsza Emiliano – mężczyzna uśmiechnął się do niej serdecznie a w chwilę potem złożywszy na jej dłoni pełen wdzięczności pocałunek wyszedł z pokoju aby nie przeszkadzać kobiecie w ubieraniu. Do pomieszczenia od razu weszła pokojówka i jak co rano, sprawnie zabrała się za zasznurowywanie na swej pani gorsetu, wkładanie jej krynoliny i całej reszty przygotowanego na dzisiaj stroju…

   Emilia obserwująca zza okna scenę czułości miedzy małżonkami a potem skomplikowane ubieranie pięknej damy zwanej Emilianą poczuła się dziwnie niestosownie. Jakby była zwyczajnym podglądaczem a jednocześnie jak gdyby przed jej oczami toczył się jakiś kostiumowy, sentymentalny film.

- Czy ta kobieta jest moja matką, czy może raczej prababką? I czy to wszystko tylko mi się śni…? – wyszeptała do siebie.

- Ale jeśli to sen to bardzo realny! – jęknęła spojrzawszy na siebie i dostrzegłszy, że sama odziana jest w starodawne spodnie do konnej jazdy. Poczuła też boleśnie,  iż mocno ściska jej żebra gorset a jasne do niedawna proste włosy teraz w dziwnie upiętych, sztywnych lokach opadają jej na ramiona gęstą falą…

kontynuacja MaB:

Prababcia Emiliana była bardzo szykowną kobietą. Nawet w dzień powszedni przechadzała się po pokojach jak dama. Dziś ubrana w białą koszulę z wysoką koronkową stójką z przodu ozdobioną kameą. Wysoko upięte włosy lekko okalały twarz. Spódnicę przepasała paskiem, dołem zaszeleściła krynolina. Właśnie wydawała kucharce dyspozycje, kiedy zobaczyła Emilię.
- Dziecko, a co ty masz na sobie? Spodnie? Emancypantką chcesz zostać? Czy oni tam w tym mieście do reszty powariowali? Dwadzieścia dwa lata I dalej panienką!

kontynuacja Olgi J.

- Dzień dobry, kochana mamo! Dzień zapowiada się wprawdzie mroźny, ale słoneczny. Dlatego poprosiłam stajennego żeby osiodłał naszego kasztanka. Tak dawno już na nim nie jeździłam! Proszę, się na mnie nie gniewać! Wszak mama sama do niedawna gustowała w porannych przejażdżkach! – odparła grzecznie Emilia ze zdziwieniem słysząc własne słowa. Miała wrażenie, jakby ktoś wkładał w jej usta kwestie z jakiejś staroświeckiej sztuki. Dobrze jednak czuła się w tej roli. Pełna była cudownej euforii i blasku. Jakby tuż za rogiem czekała na nią jakaś upragniona, wspaniała przygoda! 

- To prawda, córko! Od czasu jednak mojego ubiegłorocznego upadku zdecydowanie wolę poranne przechadzki z twym ojcem – odparła z powagą jej „matka” i skrzywiła się lekko, tak jakby nadal odczuwała ból w skręconej niegdyś kostce.

- No więc dobrze, dobrze Emilko, jedź już skoro koń czeka! Tylko uważaj na siebie proszę. Jedną ciebie z ojcem mamy i gdyby ci się coś nie daj Bóg stało, nie wiem co byśmy poczęli! – po chwili zastanowienia dodała z czułą troską Emiliana.

- A poza tym, kochane dziecię pamiętaj o tym, że w sobotę wyprawiamy bal na twoją cześć. Kończysz wszak dwadzieścia dwa lata. Najwyższa już pora aby zainteresowali się tobą jacyś godni twej ręki młodzieńcy! Twoje koleżanki z pensji dawno już są mężatkami! –  szepnęła jeszcze znacząco  a Emilii od razu zrzedła mina…Jedyne, co ją w tej chwili pocieszało to dotyk srebrnego wisiorka spoczywającego na jej piersi tuż pod zapiętą pod szyję, futrzaną kurtką. Wydawało jej się, iż z wnętrza medalionu promieniuje na jej serce jakieś światło pełne mocy i ciepła. Nadziei na dobrą, lecz wcale nie tak przewidywalną, jak chciałaby jej matka, przyszłość! 

***

Kochani! Dziękuję wszystkim chętnym za wzięcie udziału we wspólnym pisaniu powyższej opowieści. Mam nadzieję dziewczyny, że dobrze się bawiłyście, że tak jak mnie, sprawiło Wam to pisanie radość. Nie kończę tu niczego, bo jeśli ktoś miałby ochotę jeszcze coś dopisać, to zapraszam serdecznie! A póki co serdeczne myśli Wam oraz czytelnikom zasyłam!:-)♥



środa, 26 czerwca 2024

Wreszcie o …agreście!

 



 

Były piosenki o jagodach

O świeżych wiśniach snuto pienia

Na agrest jednak wciąż nie moda

Jakby był nie wart uwiecznienia

 


O sennych jabłkach hity grano

I o truskawkach z Milanówka

Jednak z agrestem znów to samo

Nikt nie poświęcił mu ni słówka

 


Agrest się z niczym nie rymuje

I pewnie tutaj tkwi przyczyna

Poza tym nikt nie wyśpiewuje

O kulkach kwaśnych jak cytryna

 


Liczy się słodycz – słodycz wszędzie

I tylko ona warta ody

Bo wszyscy w słodkim tkwią obłędzie

O to co słodsze wciąż zawody

 


Lecz oto wbrew zwyczajom świętym

Ja agrestowy wierszyk piszę

Dzieciństwa smak w nim jest zaklęty

Więc przerwać dziwną trzeba ciszę!

 


Gdzieś na osiedla mego skraju

Wśród dzikich chaszczy, płotów starych

Dzieci bawiły się jak w raju

A skarbów miały tam bez miary

 


Dziurawych garnków, zgiętych łyżek

Skorup talerzy z wzorkiem złotym

Schodków do czarnych dziur, piwniczek

Gdzie kryły się bezpańskie koty

 


Ach, ileż przygód tam się działo

Wielkich pomysłów, możliwości

Śmiechów i pisków ileż brzmiało

Dzieciarni  pośród zieloności

 


Świat czarodziejski, świat maleńki

Lecz pełen cudów i wolności

Jabłka, porzeczki, mirabelki

I agrest w wielkiej obfitości

 


Prosto w podołek od koszulki

Rwało się agrest raniąc ręce

Lecz nic to bo zielone kulki

Wabiły wciąż by mieć ich więcej

 


Kto więcej zjadł z kolczastych krzaków

Kto się nie skrzywił ani krzyny

Ten budził podziw u dzieciaków

Ten mógł zwycięskie stroić miny


 

A agrest kusił, wołał stale

Gdy kwaśność się zmieniała w słodycz

I gdy w lipcowym dnia upale

Sok agrestowy kapał z brody

 


W tym dzikim raju czas pogodny

Każde spędzało się wakacje

Do domu się wracało głodnym

Gdy brzuch już wołał o kolację

 


Oczy błyszczały od radości

(W kieszeniach agrest tkwił na potem)

Serce nuciło o młodości

Która na życie ma ochotę…

 


Wiersz o dzieciństwie z dala woła

W agreście błyszczy magii promień

Ja siwy kosmyk zgarniam z czoła

Znów uśmiechając się do wspomnień…



P.S. 

Za inspirację do napisania tego wierszyka dziękuję Kitty, która w komentarzu pod poprzednim postem podzieliła się ze mną agrestowym wspomnieniem z dzieciństwa!:-)

 

 

poniedziałek, 8 lutego 2021

Lutowe bajdy…

 

 



 

   Oj, znowu zawitała do nas mroźna i groźna zima. Pięknie jest za oknem, ale tak dmie, tak zawiewa, że nosa nie chce się z domu wychylać, choć czasem trzeba. A to śnieg odgarnąć, a to po drwa do drewutni przez zaśnieżone podwórko przebrnąć, a to popiół z pieca wynieść, a to psy przywołać, co mimo, że całe śniegiem oblepione, mimo że lodowe kulki między palcami bieganie im utrudniają, przy płocie ujadają i z innymi wioskowymi psami pogwarki jazgotliwe wiodą…


 

   A tymczasem dujawica dmie,  nuci i jęczy coraz mocniej, coraz dziwniej. Jakby na wiele głosów dęła. Jakby z zimowej pustki całe zastępy duchów, wilków i strzyg przywoływała zawody organizując, kto głośniej, kto straszniej, kto ciekawiej zaśpiewa. Raz po raz uparcie budziła mnie w nocy. Blachami na dachu szarpała. Gałęziami drzew bezlitośnie miotała. W okno ostrymi powiewami stukała jakby do domu chciała się wedrzeć, jakby o czymś ważnym chciała mi powiedzieć… 


 

   Aż w końcu wpadłam na pomysł, że możemy przecież tutaj razem rozwinąć, czy też rozszyfrować opowieść lutowej dujawicy. Niechże dojdzie do głosu, a potem w końcu uciszy się zadowolona, ułagodzona wspólną, wierszowaną narracją. Kiedyś na blogu zorganizowałam podobną zabawę. Swobodnymi wierszykami przywoływaliśmy wówczas wspólnie wiosnę. Zerknijcie proszę na linka do tamtego posta: ( Zabawa w wiosenne rymowanki ) Przypomnijcie sobie jak zrobiło się nam wówczas wesoło i beztrosko. Chichotliwie i wariacko. Aż dziw, jak dobrze się tu razem bawiliśmy! Trochę wody od tamtej pory w rzekach upłynęło. Czasy się zmieniły i my też. Nie wiem więc, czy i dzisiaj znajdą się chętni do takiej blogowej zabawy, do opowieści na wiele głosów. Ale cóż szkodzi spróbować? Wszak pogoda nastraja do snucia zimowych historii. Wszak jest nas tu tyle…


 

   Kochani! Wyobraźmy sobie, że na wygodnych fotelach, na ławach wyścielonych baranią skórą albo na miękkich poduchach siedzimy razem przy kamiennym kominku starej chaty pod lasem. Wspaniale buzuje ogień. Tańczą kolorowe iskierki i migotliwe cienie na naszych rozgrzanych policzkach. Wpatrzeni w płomienie popijamy gorącego grzańca z cynamonem i leniwie snujemy opowieść. Poniżej jej początek. Kto chce, kto rymować się nie boi niech w komentarzach kontynuuje ją w kolejnych czterowierszach albo i w dłuższej formie. Ja będę sukcesywnie Wasze wierszyki do opowieści dodawać, ewentualnie przeplatając je moimi rymowanymi dopiskami. Serdecznie zapraszam! Bardzo jestem ciekawa jak się ta historia rozwinie…

 


 

Zimowa przygoda Jana

 

Wieje, duje, świszczy, gada

Luty bajdy opowiada

I historie z dawnych czasów

Pełne mrozem skutych lasów

 

Chat zawianych aż po dachy

Zasp ogromnych niby gmachy

I w śnieżycy brnących ludzi

Których dzień do pracy zbudził

 

Bo iść trzeba, choć to sztuka

Drogę w bieli tej odszukać

Oczy łzawią, dech zatyka

Zamieć wielka, dom gdzieś znika

 

Wciąż przed siebie, śnieg po pachy

Precz zwątpienia, na bok strachy

Każdy krok się przecież liczy

Choćby z dala zdał się niczym

 

Jan – maleńka w bieli kropka

Wiele przeszkód znów napotka

Lecz nie podda się żywiołom

Choćby sto ich było wkoło

 

Mocniej się owinie szalem

Śnieg odgarnie - byle dalej

I na przekór groźnej zimie

Przejdzie, dojdzie, nie zaginie

 

A po wszystkich bojach, trudach

Powrót także mu się uda

W domu czeka żonka, dzieci

I z komina dym już leci

 

Wnet za stołem siądą razem

Strawa czeka – krupnik w garze

W piecu się roztańczą iskry

I radośni będą wszyscy…

 

Ale co to? Wizja błoga

Znika nagle no bo droga

Jakaś obca jest, nieznana

Lęk ogarnia serce Jana…

 

kontynuacja Olgi J.:

 

Coś go z tyłu obłapuje

I gdzieś ciągnie, on to czuje

Wokół jakieś drzewa, krzaki

On zapada w sen, majaki

 

We śnie widzi dom strażaka ...

 

Kontynuacja Odnowionej Ja : 

 

W oknie domu zmora jakaś

Jan z rodziną skamieniali

Potem się rozchichotali…

 

kontynuacja Basi W. :

 

 We śnie wszystko jest możliwe
i królewna czasem czeka,
czule śpiewa słowa tkliwe,
żeby zwieść biednego człeka

 

 kontynuacja Olgi J.:


Sen na mrozie? – zguba pewna!

Coś tu dybie na mą duszę

Zmora mami czy królewna

Jan mamrocze – iść stąd muszę!

 

 kontynuacja Aleksandry I.


Jan się boi,
szuka gdzieś spokojnej ostoi,
Żeby zimę móc przeczekać,
i na wiosnę chce już czekać.


 kontynuacja Maksiuputkowej:

 

Na rozgrzewkę, dla otuchy,
by przegonić te złe duchy
Jan rozpina swą kurteczkę
i wyciąga piersióweczkę.
Jej zawartość szybko chłepie.
Już po łyku jest mu lepiej,
bo rozgrzewa od środeczka
taka mała piersióweczka.
Idzie śmiało, tam gdzie trzeba
choć mu w poprzek stają drzewa.
Idzie,śpiewa, podskakuje
i swym ciałem balansuje.
Nagle Janek się potyka,
bo zahaczył o patyka.
I choć bardzo nią się chlubił
swoją sztuczną szczękę zgubił.

 

 kontynuacja Agatki:

Wietrzyk wieje wprost do ucha
Jak by szeptał czułe słówka
Wstawaj Janie. Nie trać ducha.
Bo zamarznie tobie główka

 

 kontynuacja Olgi J.:

 

Sztuczna szczęka – rzecz bezcenna

Gdy na życie tylko jedna

Jak bez zębów do dom wróci?

Trzeba znów się w śniegi rzucić

 

Grzebie Jan i wrze z gorąca

Nagle coś go z tyłu trąca

Więc odwraca się struchlały

A tam z tyłu piesek mały…

 

 kontynuacja Jotki:

Piesek mały
biedna psina
w pysku jakąś
szczękę trzyma.
Lecz Jan patrzy
i trze oko
i zachować pragnie spokój
bo ta szczęka
w paszczy psiej
nie jest Jana
czyja więc?

 

kontynuacja anonimowego czytelnika:


Czyżby drogą tą przed Janem
przechodziły starsze panie?
Nagle jedna na śnieg praśnie-
szczękę tę zgubiła właśnie.
O la Boga! Rety, rety!
Pospadały aż berety.
Szuka jedna, szuka druga,
a tu psinka jakaś bura
szczękę wnet chwyciła w paszczę
i wyniosła w wielkie chaszcze

 Już zagadka rozwiązana,
wszak ta szczęka nie jest Jana.
Niech więc szybko ją odnajdzie,
skrót do chaty niech swej znajdzie
by do dziatek i do żony
wreszcie wrócić, bo strudzony.
Tyle czasu już zmitrężył,
mięśnie wszystkie nadwyrężył.
Wkłada do kieszeni rękę,
co tam znalazł?
Własną szczękę!!! 

 

kontynuacja Maksiuputkowej: 

Zamieć śnieżna już ustała
i nadzieję w duszę wlała.
Serce znowu się raduje
że szczęka dobrze pasuje.
Bo był bardzo przerażony
jak dziś zbliży się do żony.
Jak uśmiechnie się do dzieci,
gdy zgubił szczękę w zamieci.
Janek znowu w siebie wierzy,
dziarsko naprzód w śniegu bieży.
Jakieś ślady napotyka.
Chyba tędy ktoś kuśtykał?
Staje, patrzy, nasłuchuje,
aż nagle...Beret znajduje!  

 

 kontynuacja Olgi J.:

 

Kuca, schyla się, podnosi

Z ciekawością go miętosi

Bo w berecie coś twardego

Rolka forsy – dużo tego!

 

Ktoś w berecie kasę trzymał?

Lecz gdzie zniknął? – wkoło zima

Jakiej dawno nie bywało

Szuka Jan – znajduje ciało!


kontynuacja Anonima czyli Hani: 


Ciało zimne, bez bielizny.
Maca Jan przez brzuch krzywizny,
ręka bieży hen do góry
ni kawałka ciepłej skóry!
Gdy dokopał się do głowy
powstał teraz problem nowy,
bo na końcu głowy owej
Jan wymacał...... rogi krowie!!! 

***

Krowie rogi? Któż to słyszał!
Jan ze strachu się rozdyszał.
Z zaspy chce się podnieść prędko
lecz zahaczył go pan z wędką,
co do stawu po ryb siatkę
maszerował, by na kładkę
zdążyć pierwszy przed sąsiadem,
który czekał już z obiadem;
W tłuszczu złotym i panierce
ryb usmażyć na fajerce.
Gdy pan ujrzał Jana z trupem
trzeci bieg załączył butem
i nie patrząc na nic już
uciekł za dwanaście mórz.
A Jan biedny, zestrachany
z potu mokre ma kaftany.
Na odwagę zebrał się
i odkopał zwłoki te.
Śmiejąc, pędzi do dom biegiem,
bo manekin był pod śniegiem
co go nieśli kolędnicy
gdy zdążali do piwnicy
aby wypić szklankę grogu.
Grog w antałku niósł na rogu
rosły tur. Że tur pijany
(wypił grogu ze dwie szklany),
rzucił rogi, manekina,
co to go dla śmiechu trzymał.
I dlatego biedny Janek
przeżył tyle niespodzianek

 

kontynuacja czy raczej epilog Olgi J:


W epilogu ja – narrator

Pytam: Co Wy mili na to?

Czas by kończyć już bajędę

Którą razem z Wami przędę?

Można by to wieść bez końca

W blasku lampy albo słońca

Można, póki siły, chęci

Lecz czy Was to nadal nęci?

Wątki wszystkie posplatane

(Grzańce też powypijane)

Od chichotu bolą brzuchy

Więc co dalej moje zuchy?

(Bo mnie nigdzie się nie śpieszy

Wierszowanie wielce cieszy

Rymowanie – boski trunek

Co oddala precz frasunek!

Lepszy nawet niż szczepionka

Nie zagraża tu koronka

Humor to najlepsza tarcza

Co jej dla każdego starcza

A śnieżyce i zamiecie

Mogą hulać sobie w świecie)

Mocno ściskam Wasze dłonie

Na przemowy mojej koniec

Pięknie kłaniam się w podzięce

Śmieje do Was się me serce!:-)))

 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost