W któryś z niedawnych słonecznych dni pojechaliśmy nad rzekę. Około 11 km od naszego przysiółka wśród wzgórz, łąk i pól majestatycznie przepływa San. Nieczęsto nad nim bywamy, bo zawsze zagonieni, w pośpiechu, w uwikłaniu w tysiące codziennych, powtarzalnych spraw rzadko znajdujemy czas, siłę i chęć by się wyrwać z tego kołowrotku. Jednak są takie chwile, że coś tam człowieka gna, coś uparcie przyzywa. I nieważne, że marcowy wiatr wieje tak, jakby głowę chciał urwać. Po prostu chce się zapomnieć na chwilę o wszystkim. Zostawić za sobą czas i swoją zwyczajną codzienność. Po to by patrzeć w nurt szybko mknącej wody. Wsłuchiwać się w jej szum, plusk, pełen mocy śpiew. Czuć na twarzy drobne kropelki z rozbryzgujących się obok fal. Wpatrywać się w ciemną, sekretną toń. Zauważać w niej taniec błysków i cieni, migoczących zielonkawo ryb. Przyglądać się dostojnym srebrzysto-omszałym wielkim głazom i ułożonym wokół nich drobnym, wielobarwnym kamyczkom. Skąd one się tu wzięły? Jak długo tu leżą? Co widziały podczas gdy wody toczyły się między nimi w dni pogodne i pochmurne, w przeszłe lata, jesienie, zimy i wiosny? Jakie opowieści się tu toczyły? Może wyszepczą coś o tym szorstkie trawy nadrzeczne i giętkie szuwary?
A może wcale nie trzeba szukać treści w tym,
co jest czystą naturą, dzikim prądem,
wszechwładnym przemijaniem i stałością zarazem? Może wystarczy przez moment nie
myśleć o niczym. Zespolić się z tym, co trwa w wiecznym przepływie, w
nieokiełznaniu i dzikości, w mądrości i pełni znacznie większej, niż
jakakolwiek mądrość człowieka. Odetchnąć głęboko w obliczu tego wspaniałego,
kojącego zmysły bezkresu, który był, jest i będzie, gdy po nas ślad dawno już
zaginie… Pewnie gdybym na co dzień mieszkała blisko rzeki nie wywierałaby ona
na mnie takiego wrażenia. Pewnie bym przywykła i nie zauważała jej mocy oraz
piękna. Dlatego chyba dobrze, że tylko co jakiś czas obcować mogę z tą rzeczną
magią. A z tego obcowania czerpać lekkość i wolność duszy, dystans do spraw
świata, zespolenie z tym co prawdziwe, odwieczne i niepoddające się wpływom
ludzkim.
A że tak się złożyło,
iż ostatnia moja wizyta nad Sanem zbiegła się z lekturą pewnej książki o
całkiem innej rzece, tym bardziej przemawiała do mnie melodia wzburzonych fal w
kolorze indygo, tym mocniej czułam w sobie moc historii, o której w owej
książce właśnie czytałam. Wystarczyło przymknąć na chwilę oczy albo niewidzącym
wzrokiem zapatrzeć się gdzieś w dal i już współczesny San zamienił się w dziewiętnastowieczną
Tamizę. I już znalazłam się w położonej właśnie nad Tamizą Gospodzie pod
Łabędziem, w której w dużej mierze toczy się akcja książki Diane Seterfield, „Była
sobie rzeka”.
Nie pierwszy raz na
łamach bloga piszę o zachwycających mnie książkach (a przecież tylko o takich
warto pisać). Każda z nich miała w sobie
jakiś specyficzny rodzaj magii. Przemawiała głosem prawdy wprost do duszy.
Trącała w niej to, co najważniejsze a tak trudno nazywalne w słowach, uczucia i
emocje ludzkie tak zazwyczaj niepochwytne i delikatne. Tłumaczyła to, co tak
trudne do wytłumaczenia a co nagle, za jej przyczyną stawało się proste i
zrozumiałe. Podobne wrażenie wywarł na mnie kontakt z powieścią Diane Setterfield.
Miałam uczucie, jakbym od dawna czekała na spotkanie z tą książką a dotknąwszy
jej poczuła, rozpoznała w niej to, co znaleźć chciałam, trochę tak jakby ktoś magicznie
przelał na karty powieści moje dawne sny i rojenia... Już po przeczytaniu kilku
pierwszych stron owej grubej księgi poczułam oczarowanie, zdumienie i
wzruszenie.
Oto miałam przed
sobą wspaniałą wielowątkową historię o losach mieszkańców starej, angielskiej
gospody oraz wędrowców wnoszących do niej kawałek swojej prawdy, swoich przeżyć.
Usiadłszy niewidzialnie pośród bywalców gospody wkraczałam w niezwykłe opowieści
o duchach rzeki, o zaginionych dziewczynkach, o cudownie zmartwychwstałych
topielcach, o miłościach i rozczarowaniach, o miłości i nienawiści, o lękach i
pragnieniach, o sile dobra i zła, o niespełnieniu i przemijaniu…. Atmosfera
gospody, jej gościnność, ciepło i zaciszność sprawiały, że wyobrażając sobie,
iż trzymam w ręku kufelek zacnego piwa albo cydru wsłuchuję się razem ze
wszystkimi w dziwne i fascynujące opowieści ze świata. A wyznam Wam, iż kiedyś,
bardzo dawno temu mnie samej nieco naiwnie i dziecinnie marzyło się mieć taką
właśnie gospodę pod lasem i razem z Cezarym prowadzić ją po swojemu goszcząc w
niej ciekawych ludzi z okolic i ze świata. A ponieważ realizacja owego marzenia
okazała się niemożliwa, swoje tęsknoty na temat takiej gospody zawarłam w kilku
historiach publikowanych tu na blogu. Może niektórzy z Was pamiętają jeszcze moją
„Gospodę pod złotym liściem”, która była centralnym punktem opowiadań „Miasteczka odnalezionych myśli”. „Balu na
powitanie jesieni”, „Zimowego powrotu wędrowców”? Nieraz też przychodzi mi do
głosy, że sam blog jest dla mnie namiastką takiej właśnie baśniowej nieco gospody.
Tak więc wziąwszy
do ręki książkę „Była sobie rzeka” raptem poczułam się jakbym była u siebie. Jakbym
wchodziła do zbudowanego z dawnych marzeń i wizji świata. Potem po kilka godzin
dziennie chłonęłam w siebie tę lekturę nie rozczarowując się ani na chwilę a
wręcz przeciwnie, żałując, iż za szybko czytam i już za moment romans z tą
opowieścią będzie już dla mnie tylko cudownym wspomnieniem…I tak się właśnie stało,
bo przecież to, co się zaczyna, kiedyś musi się skończyć. Przecież nawet rzeka
mknąc tak swobodnie w dal kiedyś wpadnie do morza a tam zmiesza się z wodami
innych rzek i po jakimś czasie nie do rozróżnienia staje się to co i dlaczego w
niej płynie. Już tyle spotkań z cudownymi książkami za mną… A wszystkie one
wpłynęły we mnie i każda coś ważnego zostawiła po sobie. Kolejną kropelkę i
jeszcze kolejną... Ale bardzo trudno te krople od siebie oddzielić, rozróżnić,
nazwać i wiedzieć skąd się wzięły. Zostają tylko wzruszenia, skojarzenia, strzępki
wizji, odpryski marzeń, prawd i odwiecznych tęsknot kłębiących się w nieskończonych
wodach duszy…
A co z książką Diane Setterfield? Ach! Chcąc mimo wszystko przedłużyć ów moment obcowania z tą kunsztownie i magicznie napisaną a także pięknie wydaną powieścią postanowiłam napisać o niej na blogu. I z tęsknotą wspominam moją wędrówkę nad Sanem, który na jedno marcowe popołudnie przemienił się w pełną tajemnic dziewiętnastowieczną Tamizę…
* "Była sobie rzeka", Diane Setterfield, wyd. Albatros, 2020,
motto książki: "Za granicami tego świata leżą inne światy. Są miejsca, które można przekraczać. Oto jedno z nich."














