Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lis. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2014

Pogrom…





   Niewesoły mieliśmy ten świąteczny, trzeciomajowy dzień. A przynajmniej drugą jego połowę, bo pierwszą spędziliśmy w miłym ciepełku domowym, gotując, piekąc i sprzątając. Nawet cieszyliśmy się, że chłodniej na dworze się zrobiło i popadywało. Dzięki temu można było bez wyrzutów sumienia odpocząć, nie uwijając się pracowicie w ogrodzie czy na polu. Zmęczeni czuliśmy się już tą codzienną dreptaniną oraz ciężką harówką od świtu do zmierzchu, dlatego usprawiedliwieni pogodą i świętem, w ramach relaksu krzątaliśmy się w domu, robiąc to na co nie ma czasu na codzień. Zuzia, która nie cierpi deszczu spała jak kamień na kanapie. Koty na parapetach. Nawet kozy opanowała jakaś senność, czy też ociężałość i wcale dzisiaj nie pchały się na dwór. Leniwie przeżuwały siano w koziarni i najzupełniej je to zadowalało.

    I byłoby tak cudownie, gdyby nagle nie stało się coś, na co żaden z farmerów nie ma wpływu a co, niestety, zdarza się dość często w gospodarstwach wiejskich. Było tuż po dwunastej, gdy kury wszczęły nagle straszliwy rwetes. Cezary otworzył okno i zauważył, że biegają po ogrodzie jak oszalałe. Zaalarmowany tym widokiem zaczął coś krzyczeć w ich stronę a ja tak jak stałam, w samych kapciach i z krótkim rękawkiem wybiegłam do ogrodu a potem ślizgając się po mokrej trawie i błocie zdyszana dotarłam do bramki wiodącej do wybiegu dla kur. A tam? Własnie ogromny lis uciekał w stronę płotu, pysk mając pełen piór a za sobą pozostawiając głośne kurze krzyki i lamenty. Z łatwością przeskoczył płot, co do którego łudziliśmy się dotąd, że daje on jakąś ochronę przed tego typu drapieżnikami a potem hyżo umknął w las. Mróz przeleciał mi po krzyżu. Pełna najgorszych przeczuć biegłam po błocie w stronę rozgdakanych kur, bojąc się co zastanę na miejscu.

   Od razu ujrzałam kilka martwych, kurzych ciał i mnóstwo piór walających się wszędzie. Niektóre kurki za krzakiem czarnego bzu zbite były w ogłupiałe stadko, które po tym, co się wokół nich działo ze strachu zapomniały drogi do kurnika. Przybiegł Cezary z Zuzią. Wypuścił ją w stronę lasu, by pobiegła za rudym zabójcą. A potem oboje wędrując po ogrodzie szacowaliśmy ogrom ptasiego nieszczęścia. Znaleźliśmy pięć martwych kur i dwa padłe koguty. Jedna, bardzo poturbowana zielononóżka mocno kulała i z trudem weszła po szczebelkach wiodących do kurnika. Widać też było, iż kilka kurek zdołał drapieżca wynieść poza teren naszej posesji, bo na polu walało się mnóstwo kolorowego pierza.

   Zdruzgotana tym widokiem automatycznie pozbierałam w ogromne naręcze wszystkie te martwe, a jeszcze ciepłe ciała i poszłam do domu, aby oskubać je z pierza, wypatroszyć, umyć i zamrozić. Nie dla nas oczywiście, ale dla naszych zwierząt. Przynajmniej nie zmarnują się w ten sposób a koty i Zuzia będą mieć to mięso, które lubią najbardziej. Żadne to dla nas pocieszenie, ale cóż zrobić…

   Podczas gdy ja z wprawą oprawiałam ptactwo Cezary wybrał się z wiatrówką do lasu by zapolować na lisa. Wracając po kilkunastu minutach ujrzał go jak skrada się po naszym polu, najwyraźniej mając ochotę na ponowną wizytę u kur zielononóżek. Zuzia pogoniła go sprintem, ale oczywiście nie dogoniła. Umknął w las, w sobie tylko znane kryjówki i tam odpoczywał sobie spokojnie przed kolejną, zbójecką wyprawą. 

   Tymczasem pogoda poprawiła się na tyle, że przestało padać i słońce na chwilę wyjrzało zza chmur. Cezary wyszedł więc z kozami na pole i tam pasąc je, czuwał nad bezpieczeństwem pozostałych w ogrodzie kur. Biedaczki najpierw długo tkwiły struchlałe w swym wigwanie a potem, zapomniawszy o strasznym wydarzeniu zajęły się swoim zwyczajem grzebaniem w ziemi i wyszukiwaniem robaków. Cezary, siedząc na ławce i obserwując je, kurzył papierosa za papierosem, mocno przeżywając ten lisi atak na nasze bezbronne kurki. Cały czas rozmyślał nad sposobami schwytania napastnika, lub przynajmniej odstraszenia go na dobre. Od czasu do czasu odbierał ode mnie kolejne wiadro pełne piór i wnętrzności a następnie wrzucał je do kompostownika.

   Potem znowu zrobiło się zimno i zaczęło padać. Spojrzałam na zegar. Wskazywał godzinę trzecią. Akurat skończyłam robotę z kurami, wybiegłam więc do męża by razem z nim szybko przyprowadzić kozy z pola i zamknąć je w koziarni a Łobuza Kurdybanka w jego małym pomieszczeniu. Zagoniliśmy też wszystkie kury do kurników dawszy im pierwej złożonej z ziemniaków i śruty paszy do środka. Była to nietypowa jak dla nich godzina wejścia do kurnika, ale widać i one nie miały dzisiaj większej ochoty na przebywanie na dworze, bo bez sprzeciwów weszły do domków by gromadnie zająć się ucztowaniem.

   Zupełnie bez apetytu zjedliśmy z Cezarym świąteczny rosół rozmawiając o naszych nieszczęsnych kurach. O tym bezwzględnym, lisim pogromie.O tym, co możemy zrobić, by jakoś zapobiec takim wydarzeniom w przyszłości. Trzeba by skonstruować jakąś pułapkę na zbója albo czatować na niego i najlepiej spryciarza zastrzelić a może przez jakis czas w ogóle nie wypuszczać wcale kur z kurników? Może w ten sposób lis zapomni o nich i pójdzie w inne strony? Ech, że też się ta pogoda popsuła! Gdyby nie to, jak zwykle spędzilibyśmy dzisiejszy dzień na pracy w ogrodzie i nie doszłoby do żadnego nieszczęścia. Dlaczego tak jest, że co się człowiek czymś ucieszy, poczuje się szczęsliwy i odważy się to głośno powiedzieć, to go zaraz złośliwy los czymś dobije? Jakby jakiś zły duch czuwał na straży by nie było zbyt sielankowo...

   Tak rozmawiając oraz wzdychając smutno, bezradni i dziwnie zmęczeni powlekliśmy się do pokoju, włączyliśmy telewizor, by bez zainteresowania patrzeć na migające w nim obrazki a potem zasnąć jak kamienie…

* Na zdjęciu powyżej obok białego jajka widać na białym talerzyku dziwne, pomarańczowe kulki. To są niewykształcone jeszcze jajka, które wyjęłam z brzuchów patroszonych kur. W ciągu kolejnych dni zniosłyby je w swych bezpiecznych gniazdach. Jak zwykle...

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost