Niewesoły mieliśmy ten świąteczny,
trzeciomajowy dzień. A przynajmniej drugą jego połowę, bo pierwszą spędziliśmy
w miłym ciepełku domowym, gotując, piekąc i sprzątając. Nawet cieszyliśmy się, że
chłodniej na dworze się zrobiło i popadywało. Dzięki temu można było bez wyrzutów sumienia
odpocząć, nie uwijając się pracowicie w ogrodzie czy na polu. Zmęczeni czuliśmy się już
tą codzienną dreptaniną oraz ciężką harówką od świtu do zmierzchu, dlatego
usprawiedliwieni pogodą i świętem, w ramach relaksu krzątaliśmy się w domu, robiąc to na co nie ma czasu na codzień. Zuzia,
która nie cierpi deszczu spała jak kamień na kanapie. Koty na parapetach. Nawet
kozy opanowała jakaś senność, czy też ociężałość i wcale dzisiaj nie pchały się na dwór. Leniwie przeżuwały siano w koziarni i najzupełniej je to zadowalało.
I
byłoby tak cudownie, gdyby nagle nie stało się coś, na co żaden z farmerów nie
ma wpływu a co, niestety, zdarza się dość często w gospodarstwach wiejskich. Było tuż po dwunastej,
gdy kury wszczęły nagle straszliwy rwetes. Cezary otworzył okno i zauważył, że
biegają po ogrodzie jak oszalałe. Zaalarmowany tym widokiem zaczął coś krzyczeć w ich stronę a ja tak jak
stałam, w samych kapciach i z krótkim rękawkiem wybiegłam do ogrodu a potem
ślizgając się po mokrej trawie i błocie zdyszana dotarłam do bramki wiodącej do
wybiegu dla kur. A tam? Własnie ogromny lis uciekał w stronę płotu, pysk mając pełen
piór a za sobą pozostawiając głośne kurze krzyki i lamenty. Z łatwością przeskoczył
płot, co do którego łudziliśmy się dotąd, że daje on jakąś ochronę przed tego
typu drapieżnikami a potem hyżo umknął w las. Mróz przeleciał mi po krzyżu.
Pełna najgorszych przeczuć biegłam po błocie w stronę rozgdakanych kur, bojąc się co zastanę na miejscu.
Od razu ujrzałam kilka martwych,
kurzych ciał i mnóstwo piór walających się wszędzie. Niektóre kurki za krzakiem
czarnego bzu zbite były w ogłupiałe stadko, które po tym, co się wokół nich
działo ze strachu zapomniały drogi do kurnika. Przybiegł Cezary z Zuzią.
Wypuścił ją w stronę lasu, by pobiegła za rudym zabójcą. A potem oboje wędrując
po ogrodzie szacowaliśmy ogrom ptasiego nieszczęścia. Znaleźliśmy pięć martwych
kur i dwa padłe koguty. Jedna, bardzo poturbowana zielononóżka mocno kulała i z trudem
weszła po szczebelkach wiodących do kurnika. Widać też było, iż kilka kurek
zdołał drapieżca wynieść poza teren naszej posesji, bo na polu walało się
mnóstwo kolorowego pierza.
Zdruzgotana tym widokiem automatycznie pozbierałam w
ogromne naręcze wszystkie te martwe, a jeszcze ciepłe ciała i poszłam do domu,
aby oskubać je z pierza, wypatroszyć, umyć i zamrozić. Nie dla nas oczywiście,
ale dla naszych zwierząt. Przynajmniej nie zmarnują się w ten sposób a koty i
Zuzia będą mieć to mięso, które lubią najbardziej. Żadne to dla nas pocieszenie,
ale cóż zrobić…
Podczas gdy ja z wprawą oprawiałam ptactwo
Cezary wybrał się z wiatrówką do lasu by zapolować na lisa. Wracając po
kilkunastu minutach ujrzał go jak skrada się po naszym polu, najwyraźniej mając
ochotę na ponowną wizytę u kur zielononóżek. Zuzia pogoniła go sprintem, ale
oczywiście nie dogoniła. Umknął w las, w sobie tylko znane kryjówki i tam
odpoczywał sobie spokojnie przed kolejną, zbójecką wyprawą.
Tymczasem pogoda poprawiła się na tyle, że
przestało padać i słońce na chwilę wyjrzało zza chmur. Cezary wyszedł więc z
kozami na pole i tam pasąc je, czuwał nad bezpieczeństwem pozostałych w
ogrodzie kur. Biedaczki najpierw długo tkwiły struchlałe w swym wigwanie a
potem, zapomniawszy o strasznym wydarzeniu zajęły się swoim zwyczajem
grzebaniem w ziemi i wyszukiwaniem robaków. Cezary, siedząc na ławce i obserwując je, kurzył
papierosa za papierosem, mocno przeżywając ten lisi atak na nasze bezbronne
kurki. Cały czas rozmyślał nad sposobami schwytania napastnika, lub przynajmniej
odstraszenia go na dobre. Od czasu do czasu odbierał ode mnie kolejne wiadro
pełne piór i wnętrzności a następnie wrzucał je do kompostownika.
Potem znowu zrobiło się zimno i zaczęło
padać. Spojrzałam na zegar. Wskazywał godzinę trzecią. Akurat skończyłam robotę
z kurami, wybiegłam więc do męża by razem z nim szybko przyprowadzić kozy z
pola i zamknąć je w koziarni a Łobuza Kurdybanka w jego małym pomieszczeniu.
Zagoniliśmy też wszystkie kury do kurników dawszy im pierwej złożonej z ziemniaków i śruty paszy do środka. Była to
nietypowa jak dla nich godzina wejścia do kurnika, ale widać i one nie miały
dzisiaj większej ochoty na przebywanie na dworze, bo bez sprzeciwów weszły do
domków by gromadnie zająć się ucztowaniem.
Zupełnie bez apetytu zjedliśmy z Cezarym świąteczny
rosół rozmawiając o naszych nieszczęsnych kurach. O tym bezwzględnym, lisim
pogromie.O tym, co możemy zrobić, by jakoś zapobiec takim wydarzeniom w przyszłości. Trzeba by skonstruować jakąś pułapkę na zbója albo czatować na niego i najlepiej spryciarza zastrzelić a może przez jakis czas w ogóle nie wypuszczać wcale kur z kurników? Może w ten sposób lis zapomni o nich i pójdzie w inne strony? Ech, że też się ta pogoda popsuła! Gdyby nie to, jak zwykle spędzilibyśmy dzisiejszy dzień na pracy w ogrodzie i nie doszłoby do żadnego nieszczęścia. Dlaczego tak jest, że co się człowiek czymś ucieszy, poczuje się szczęsliwy i odważy się to głośno powiedzieć, to go zaraz złośliwy los czymś dobije? Jakby jakiś zły duch czuwał na straży by nie było zbyt sielankowo...
Tak rozmawiając oraz wzdychając smutno, bezradni i dziwnie zmęczeni powlekliśmy się do pokoju, włączyliśmy telewizor,
by bez zainteresowania patrzeć na migające w nim obrazki a potem zasnąć jak
kamienie…