Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2026

Czy pani wie...

 


   Przeczytawszy niedawno u Pellegriny  ( kopianieba.blogspot.com  ) ciekawego posta na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w polskich miastach i miasteczkach stwierdziłam, że to problem mój i Cezarego a także zapewne wielu z nas i że absolutnie nie powinno się go zamiatać pod dywan. Wszak nic co ludzkie nie może nam być obce. Przecież niemożność skorzystania z przybytku, do którego król chodzi piechotą potrafi skutecznie zniechęcić do wędrówki po mieście a nawet sprawić, że człowiekowi zupełnie odechciewa się wychodzenia z domu. W pewnym wieku takie rzeczy stają się bardzo ważne. A zresztą nie tylko wiek ma tu znaczenie, ale także stan zdrowia, nawyki i zwyczajne potrzeby. Oboje z Cezarym, gdy wyruszamy gdzieś na zakupy albo w innych ważnych sprawach musimy być pewni, że będzie zawsze w pobliżu jakieś miejsce, gdzie będzie można sobie ulżyć. W naszym miasteczku to przychodnia, urząd gminy, sklep i stacja benzynowa. Miejskie szalety natomiast u nas nie występują. I w ogóle zdają się coraz bardziej być przeżytkiem, reliktem przeszłości i niepożądaną infrastrukturą. To dziwne...Wszak potrzeby ludzkie nadal są takie same...Natomiast jadąc w dalsze strony, do większych miast też zawsze na początku obczajamy miejsca, teoretycznie przyjazne dla zwykłych istot, takie jak supermarkety, urzędy, przychodnie. Ale czasem wszystko to znajduje się bardzo daleko od nas i wtedy bywa ciężko, oj, ciężko...




   Zainspirowana i namówiona przez Pellegrinę napisałam do znanej melodii „Chatanooga choo choo” zabawną (mam nadzieję!) pioseneczkę na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w mieście. Słowa poniżej. Umieszczam tam także linka do instrumentalnej wersji owego utworu a także do filmiku na YT, gdzie ową piosenkę, z innymi polskimi słowami wykonują tańcując wesoło jakże młode jeszcze wówczas i piękne Ewa Kuklińska i Alicja Majewska. Ech, gdzież te czasy!:-))



Czy pani wie...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Bo pilny mus odbiera już cały luz

Gdzie jest wc, gdy mocno człeku coś się chce

Gdzieś szalet znikł, chyba nie siusia tu nikt!


Olaboga, olaboga...


Człowiek w mieście, czuje szczęście

Wiosenny czar

Zjada lody, pije piwko

Bo wokół skwar

Lecz czar mija szybko

Gdy wizytę zwykłą

Chce wykonać w toalecie

Której brak


Tu promocje, tam obniżki

Tam coś za grosz

Może królem być zakupów

Mieć w sobie moc

Lecz gdy go przypili

I musi w tej chwili

Siąść na tronie, nie ma tronu

Nie ma nic


Może pan wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Pyta się w krąg, nie mogąc znieść już tych mąk

Wygląda że, ludzie jak duchy stali się

Nie sika nikt, a może to dla nich wstyd


Olaboga, olaboga...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

I jeszcze coś, z trzewi dobiega ten głos

Pyta się znów, gdy już nie może dłużej zdzierżyć

A wokół świat nie daje mu dobrych rad


Gdy turysta nie skorzysta

Z przybytku wnet

Wówczas pójdzie w byle krzaki

Albo za sklep

Więcej nie przyjedzie

Bo już będzie wiedzieć

Że to miejsce

Nie dla ludzi

Zwykłych jest


Nie spyta już, gdzie tutaj można zrobić siusiu

Pojedzie het, gdzie nadal czynny wucet

Bo każdy gość, prędzej czy później ma już dość

Bierze go złość, wyrusza w knieje lub w step...



P.S. 
Powyższy post nie bez powodu zilustrowałam zdjęciami kangurów. Otóż w Australii nie tylko w miastach czy w popularnych miejscach turystycznych, ale także w najgorszej głuszy, pośród wielkiej pustki, słowem - wszędzie, znaleźć można czyściutkie i pachnące, zaopatrzone w papier toaletowy toalety dla turystów. Niekiedy żartowalismy z Cezarym, że to chyba tylko dla kangurów, bo turystów tam tyle, co kot napłakał!:-) A inna sprawa, że człowiek nie raz pozazdrościć może zwierzętom ich swobody w załatwianiu się na łonie natury. Pozazdrościć, bo ile się czasem trzeba namęczyć zanim znajdzie się odpowiedni przybytek. A bywa niestety, że się go nie znajdzie i nie zdąży...

sobota, 1 listopada 2025

Leśny bar, czyli inaczej o śmierci...

   


    Jakiś czas temu Hanka C. poleciła mi w jednym z komentarzy popularną na YT piosenkę japońską pt. "Mori No Chiisana Restaurant"(śpiewa Aoi Teshima). Spodobała mi się jej słodka, wpadająca natychmiast w ucho melodia, kojarząca się z dawnymi piosenkami dla dzieci, z dobranockami i teatrzykami lalkowymi. Do pozytywnego wrażenia dołożył się takze niezwykle przyjemny i delikatny głos japońskiej piosenkarki. Można by jej słuchać i słuchać...Zaciekawiłam się od razu tekstem owej piosenki, bowiem zawsze tekst ma dla mnie tak samo ważne znaczenie, jak melodia. Przetłumaczyłam go sobie translatorem i ze zdziwieniem odkryłam, że opowiada on o duszach po śmierci. O tym, że idąc leśną ścieżką za toczącym się po niej żołędziem docierają do ukrytego gdzieś w gąszczu małego, ale charakterystycznego budynku, w którym mieści się leśna restauracja oferująca w swym menu najwpanialsze smakołyki. Gromadnemu biesiadowaniu nie towarzyszy tam smutek, żal i tęsknota. To nie ponura stypa w naszym zwyczajnym rozumieniu. Uczestniczące w wykwintnym i obfitym posiłku dusze nie martwią się niczym i po prostu cieszą sie tym, co mają na talerzu. Radują sie tym, co jest, nie płacząc za tym, co zostało za nimi...Posłuchajcie tej piosenki. Prawda, że wprawia w pogodny nastrój nawet wówczas, gdy już wie się o czym opowiada? Co więcej, przeczytawszy komentarze po nią na YT dowiedziałam się, że wiele osób czerpie z niej pociechę, bo wyobrażają sobie, że ich ukochani zmarli nie cierpią już tylko po prostu radują się gościną w przytulnej, leśnej restauracji, gdzie jedzą ostatni posiłek przed wyruszeniem w zaświaty...



   Zafascynowana i zaintrygowana tym jakze odmiennym od kultury europejskiej podejściem do zagadnienia śmierci poczytałam więcej na ten temat. I dowiedziałam się, iż Japończycy najczęściej nie płaczą po śmierci kogoś bliskiego (a przynajmniej zazwyczaj nie robią tego otwarcie). Dla nich bowiem śmierć jest koniecznym zwieńczeniem życia, jego nieodłączną częścią, przeciw której nie należy się buntować ani tym bardziej rozpaczać. To przecież przychodzi tak naturalnie jak zima po jesieni. Tak jest i tak będzie zawsze. Czy drzewo biada nad utratą swych liści? Nie. Ono wie, że taka jest kolej losu. Wie też, że to, co wydaje się całkiem umarłe przeistacza się w coś innego, a choć my tego nie dostrzegamy, to gdzieś nadal trwa a o ile nie zrobiło się na ziemi niczego złego, to i w zaświatach nie stanie mu się krzywda a wręcz przeciwnie...

   Ciekawych wiadomości na ten temat dostarczył mi m.in. portal histmag.org. Znalazłam tam obszerny artykuł na temat znaczenia śmierci w Japonii oraz zwyczajów z nią zwiazanych. Jeśli mielibyście ochotę tam zajrzeć, to tu podaję linka: https://histmag.org/Przekraczajac-rzeke-Sanzu-smierc-i-zaswiaty-w-kulturze-japonskiej-23220



   Niedawno przypomniałam sobie o owej piosence, posłuchałam jej znowu i jak to bywa moim zwyczajem, napisałam polskie słowa pasujące do tej nostalgiczno - słodkiej, japońskiej melodii a potem zaśpiewałam ją i nagrałam. Jak mi to wyszło? W sumie to nieważne. Ważne jest wg. mego mniemania to, że samo pisanie oraz śpiewanie uspokoiło,  wprawiło mnie w dobry nastrój i dało oderwanie od natrętnych trosk. A bardzo potrzebuję teraz takiego spokoju i oderwania... Śpiewając doznałam odczucia jakbym magicznie przeniosła się w czasie do beztroskich dni dzieciństwa, gdy na wycieczce do lasu tatuś karmił mnie poziomkami i jagodami a ja biegałam za nim i roześmiana, rozdziawiałam usmarowaną owocami buzię i niby wiecznie głodny pisklak wołałam, że chcę jeszcze i jeszcze...Posłuchajcie proszę sami tej piosenki i jeśli nabierzecie ochoty także pośpiewajcie. Poniżej zamieszczam słowa oraz link do podkładu muzycznego karaoke...





Leśny bar...

znów w dal mknie złoty żołądź, toczy się we mgle

pewnie wskaże mi bar leśny, co gdzieś skrywa się

dążą zewsząd tu dusze z tylu różnych stron

puste mają kieszenie, w dali został dom


to apetyt je tak wiedzie by ostatni raz

zjeść najlepsze delicje, które zrodził las

a ptaszek na gałęzi wyśpiewuje coś

zaśpiewam z tym ptaszkiem na cały głos


turu tum tum tum, turu tum...


blaszany dach baru karminowo lśni

kiedyś już go napotkałam, pewnie mi się śnił

ze środka dolatuje rozmów miły gwar

a zapachy upojne niosą się hen w dal


od prawej do lewej w barze rośnie tłum

choć dużo miejsc wolnych czeka jeszcze tu

lecz żołądź znów wiedzie nowych gości dwóch

starczy z jagód kompotu, zupy starczy z mchu


turu tum tum tum, turu tum...


las mgłą się opatula i nadciąga sen

to uczta ostatnia, wszystko zatem zjem

i wreszcie w łożu z liści się położę gdzieś

a ptaszek mi zanuci na dobranoc pieśń


cichnie słodka melodia, to spoczynku czas

bar podwoje przymyka i zasypia las...





   Na śmierć zatem można patrzeć przeróżnie. Wszystko zależy od kultury i tradycji w jakiej zostaliśmy wychowani albo od tego w co wierzymy i do czego jesteśmy przywiązani. Czy w trakcie życia mozna zmienić to swoje podejście? Myślę, że tak, że nawet wielu z nas by tego chciało, choć niezbyt często się to udaje...

P.S. Dziękuję Ci Haniu za podesłanie tej japońskiej piosenki. Bardzo mi się teraz przydała!:-)*




sobota, 7 czerwca 2025

Co wybiorę, to wybiorę...

 



   Nie wiem czy słyszeliście na tegorocznym konkursie Eurowizji przebój Tommy'ego Casha z Estonii pt. "Espresso Macchiato"? Piosenka jest prosta, melodyjna i rzeczywiście wpada w ucho, nabrałam zatem ochoty by napisać do niej jakieś polskie słowa. Szukałam tylko tematu...Aż znalazłam: wybory! To wciąż przecież temat numer jeden w naszym kraju.

Oto oryginał owego eurowizyjnego przeboju:



A jeszcze poniżej zamieszczam swój tekst oraz moje wykonanie owej piosenki. 


Co wybiorę, to wybiorę...


Co wybiorę, to wybiorę

Prezydent będzie zbawcą, będzie zbawcą czy potworem

Serce gore bo potworem, na pewno będzie zbawcą

Daj mu głos!


Co wybiorę, to wybiorę

Co dnia mnie przeciągali

Tak jak worek na swą stronę, tak jak worek, tak jak worek

Nadzieje mieli spore

Że znowu się nabiorę


Dwie sekty walczą o mnie

Zależy im ogromnie

Zależy bym w ich bańce pozostała

I sączą mi od rana

Dogmaty swe i prawa

Bym tylko ich kochała

Przy nich trwała

Nie widzą nic ponadto

Ich plan jedyną tratwą

Posłusznie mam tu siedzieć i więcej

Nic nie wiedzieć


Poniedziałek minął, wtorek

Nareszcie znajdę spokój gdzieś nad rzeką

Czy jeziorem, czy jeziorem, czy jeziorem

Tam w słońcu się rozbiorę

W dobry czas


Jednak tam też słychać spory

Bo ludziom ciągle w głowach te wybory

Te wybory, te wybory, wciąż wybory

I nawet na kocykach ich wrogość nie zanika


Przy grillu słychać kłótnie

Sprzeczają się okrutnie

Widelce nastawiają

Tak jak włócznie

Choć rzeka już w dal płynie

Ich wrogość nie przeminie

I chyba będą dalej

W dzikim szale

W pretensjach i w biadaniu

Wzajemnym grillowaniu

Wciąż w stresie, wciąż w stresie

Ten polski spór się niesie


Co wybrałaś, co wybrałaś?

Jak mogłaś być tak głupia, krótkowzroczna i jak śmiałaś Polko mała

No jak śmiałaś nie wybrać tak jak trzeba

Nie pójdziesz więc do nieba!


Chyba wlezę w jakąś norę

To będzie mym schronieniem, mą ucieczką i wyborem i wyborem i wyborem

To będzie mym ratunkiem

Bo gdzieś on musi być...



P.S 

A oto link do podkładu muzycznego w wersji karaoke. Wystarczy kliknąć : https://www.youtube.com/watch?v=ZuFuZ0AkemM


wtorek, 3 czerwca 2025

Między burzą a burzą...

 



   Końcówka maja i początek czerwca to w pogórzańskiej krainie pogoda zmienna, nieprzewidywalna a nieraz gwałtownie niebezpieczna. Burze za burzami, deszcze za deszczami a do tego wichury albo gorąc i nieznośna duchota w powietrzu sprawiają, iż niewiele pozostaje czasu by spokojnie pospacerować po ogrodzie, by coś w nim zrobić. Dlatego łapiemy rzadkie słoneczne chwile albo godziny i staramy się wówczas zdziałać cokolwiek, bo przecież pilnej roboty w obejściu, na rabatach i grządkach nie brakuje. I choć człowiekowi się tak zwyczajnie nie chce, choć boli go to czy tamto, to mimo wszystko kolejny raz przezwycięża to swoje obezwładniające niechciejstwo i zakasuje rękawy. Bo w tym jest sens, w tym sianiu, sadzeniu, przekopywaniu, przycinaniu, łataniu i naprawianiu. W tym brudzeniu się, zapoceniu, zziajaniu i w corocznej powtarzalności. Bo to się prędzej czy później odwdzięczy uczuciem zadowolenia, satysfakcją, że coś się znowu udało, coś zakwitło albo i bogato obrodziło. Tylko tyle i aż tyle...





   Najmilej jest jednak tak jak wczoraj, gdy po wyjątkowo burzliwej i nerwowej nocy znienacka i nieoczekiwanie pojawia się cudownie słoneczna pogoda. Krystaliczne i pachnące powietrze oszałamia i uderza do głowy niczym szampan. Dzięcioły, szpaki, wróbelki i skowronki drą się na całe gardziołka, wyśpiewują ile sił w piersiach, że świat jest piękny, że warto się tą czerwcową radością zachłysnąć, upić, roztańczyć, zapomnieć o tym co było i nie myśleć o tym, co będzie. 



- No bo kiedy będzie lepszy czas na cieszenie się tym pięknem, jeśli nie teraz? - wołają. Nie marnujmy zatem ani chwili i korzystajmy z tego dobra, które jest i przez kilka miesięcy jeszcze będzie...



   O tym samym śpiewają drzewa, krzewy, trawy, kwiaty, komary, bąki, osy i żaby w stawie.  Oraz nieliczne (jeszcze!) ślimaki! I najpewniej mają rację. Wystarczy przecież popatrzeć i poczuć. Zaciągnąć się głęboko tym pełnym wspaniałych woni powietrzem. Rozejrzeć się dookoła i westchnąć – nareszcie, nareszcie...





   Wyrazista zieleń bujni się radośnie a podlane obficie i ogrzane niby w szklarni kwiaty gremialnie rozkwitają na naszych oczach. I robią to niemalże jednocześnie. Tak jakby się wcześniej umówiły. Jakby zapanowało pośród nich jakże rzadkie porozumienie. Posiana przed kilku dniami fasolka wychyla się optymistycznie z głębin tajemniczej ziemi. Za jej przykładem idą ogórki oraz koperek. Ale chyba najważniejsze jest to, iż posadzone prawie dwa miesiące temu drzewko moreli wyglądające dotąd na uschnięte nagle wypuszcza w kilku miejscach zielone pączki. To są takie małe, choć ważne dla nas i jakże miłe niespodzianki. Dzięki nim można napełnić serce nową siłą, cieszyć się życiem i lepiej dostrzegać jego znaczenie oraz urodę.





   Jednakże nie byłoby tej wspaniałej obfitości, tej porannej radości, gdyby nie wcześniejsze zimno, owe obfite deszcze, groźne burze i wiatry czy obecna zniewalająca, cieplarniana duchota. Wszystko zatem jest ważne i potrzebne. Wszystko ku czemuś zmierza, choć bywa, iż w danym momencie, gdy jest nam na duszy i na ciele ciężko a za oknem ciemno i mokro, trudno ów cel dostrzec. Aż się on wreszcie nie objawi w całej swej krasie. Aż nie szepnie: oto ja, nowy początek życia, maleńka, nieśmiała nadzieja, twoja nagroda, na którą warto było cierpliwie poczekać, dając jej pierwej szansę na zaistnienie...





   


   A że dzisiaj u nas znowu deszczowo i mgliście a gdzieś tam w oddali grzmi, przeto mam czas aby napisać ten tekst, okrasić go kilkoma ostatnimi zdjęciami a także wziąć się za pieczenie mięciutkich i pulchnych bułeczek drożdżowych. Owe bułeczki posypane makiem albo sezamem świetnie mi ostatnio wychodzą, choć do niedawna bałam się, że nie wyrosną albo że się zanadto w moim piecyku opalanym drewnem przypalą...Ale warto czasem zaufać. Drożdżom, sobie, piecykowi, pogodzie a nawet i życiu. Bo wszystko się ze sobą łączy i przeplata, jedno z drugiego wynika... „A po nocy przychodzi dzień. A po burzy spokój. Nagle ptaki budzą mnie. Tłukąc się do okien...”




czwartek, 27 lutego 2025

Jeszcze jeden pączek dzisiaj…

 



Jeszcze jeden pączek dzisiaj

Choć pięć zjadłam właśnie

Teraz przypominam misia

Co z obżarstwa zaśnie

 

Będę śniła, że po łąkach

Biegam niczym łania

Szczupła, zwiewna i w skowronkach

Pośród świerszczy grania

 

Jeszcze jeden skok przez zioła

I dosięgnę nieba

Ale co to? Ktoś mnie woła

Ocknąć mi się trzeba

 

Będziesz tego pączka chciała?

Pyta mnie mój miły

Jakże bym odmówić miała?

Nie mam na to siły

 

Pączek to ostatni przecie

Potem dieta wróci

Może uda się nareszcie

Parę kilo zrzucić!

 

Będziesz tego pączka jadła?

Pyta mąż łakomie

Pączka więc dla dobra stadła

Dzielę po połowie…




Wierszyk powyższy traktować można jako piosenkę i odśpiewać go do melodii znanej wszystkim patriotycznej pieśni "Ostatni mazur". A gdyby to jeszcze odtańczyć, to ho, ho! Jak dobrze by ów taniec na trawienie i kondycję podziałał!:-))

Poniżej link do podkładu muzycznego do samodzielnego śpiewania!:-)


A poniżej Mazowsze pięknie owego mazura tańcujące!:-)



sobota, 1 lutego 2025

Mimo wszystko, tańcz…

 



 

… Już wiele razy na blogu zwierzałam się Wam z moich fascynacji oraz muzycznych wzruszeń.  I znowu to robię, ponieważ od kilku dni słucham pewnej piosenki, która nie daje mi spokoju, gdyż bardzo mocno porusza moje emocje. Nucę ją sobie gotując obiad, sprzątając, robiąc zakupy (czym pewnie wywołuję zdziwienie na twarzach napotkanych ludzi), nucę też w myślach, gdy obudzę się w nocy i czekam na kolejną falę snu. Jednak absolutnie nie narzekam na owo opętanie utworem muzycznym. Wręcz przeciwnie. Lubię ten stan, gdy mocno coś odczuwam, mając wrażenie obcowania z czymś wspaniałym i ponadczasowym. I cieszę się, że we współczesnym świecie przesiąkniętym bylejakością, nijakością, płytkością i męczącym, pozbawionym sensu hałasem udającym muzykę udaje się odszukać coś naprawdę wartościowego, coś będącego kawałkiem prawdziwej sztuki.

   A co mnie tak zauroczyło tym razem? Jest to piosenka śpiewana przez Dawida Kwiatkowskiego i Kayah pt. „Proszę, tańcz”. Są też oni współtwórcami tekstu a muzykę wymyślił Dawid Kwiatkowski, Dominik Buczkowski-Wojtaszek oraz Patryk Kumór.

   Utwór opowiada o tym, że mimo bólu i smutku po odejściu kogoś bliskiego życie trwa i powinno trwać nadal. Życie zwycięża ze śmiercią, bo istnieje mimo wszystko. A manifestacją siły życia może być taniec i śpiew, marzenie i wspomnienie, zachwyt nad pięknem wschodu i zachodu, wzruszenie, zrozumienie i ciepło, gdy przytuli nas ktoś bliski, wybaczenie czegoś sobie i innym, a wreszcie głębokie westchnienie, uśmiech i pogodzenie z tym, co jest i będzie.

   I cieszę się jeszcze, że w moim zachwyceniu tym utworem nie jestem sama. Miło jest wszak móc dzielić z kimś swoje fascynacje…Od kiedy tę piosenkę opublikowano w połowie stycznia zyskuje ona coraz większe grono oczarowanych nią słuchaczy. A co więcej – oglądaczy, bowiem utworowi towarzyszy niezwykły teledysk, do którego zaangażowano przejmująco odtwarzającą w nim rolę wdowy, Dorotę Chotecką.

   Czytam komentarze pod owym utworem na YT. Niektóre są niezwykle przenikliwe, pełne mądrości, wrażliwości oraz silnych emocji, ponieważ pieśń owa dotyka czegoś, co prawie każdy z nas już odczuwał, czegoś, z czym każdy prędzej czy później będzie się musiał zmierzyć. Żałoby po kimś bliskim…

Poniżej najpiękniejszy moim zdaniem komentarz:

Martadorota9782 napisała: „Podobnie, jak większość tu dzielących się - piosenka rozłożyła mnie na emocjonalne łopatki. Podzielę się swoją interpretacją - starsza Pani (uosobienie śmierci) na pogrzebie zajęła miejsce na szczycie stołu, jak królowa. Królowa śmierci w dniu swego święta. W końcu właśnie kogoś zabrała. P. Dorota patrzy w jej oczy i nagle rozumie, że to spojrzenie wciąga i ją. Wtedy młoda dziewczyna - uosobienie życia, zapłakała. Nagle jednak wdowa decyduje się wybrać inną drogę. Zaczyna tańczyć, najpierw jakby z utraconym mężem, a następnie sama - ten taniec wyraża radzenie sobie z jego odejściem. Najpierw nie może rozstać się ze wspomnieniami, następnie uczy się żyć samodzielnie. Młoda dziewczyna (życie) wstaje, podchodzi do wdowy, patrzy na nią. Wdowa na twarzy wypisany ma lęk, bo nie wie, czy życie przyjmie ją na nowo, bo przecież cząstka niej właśnie została pochowana. Wtedy dziewczyna(życie) ją przytula i całuje, to gest akceptacji i radości z powrotu do niej. Reszta dołącza. Wtedy starsza Pani (śmierć) zakłada płaszcz i wychodzi. Nic tu już po niej. Ludzie żyją dalej, nie zabierze ze sobą nikogo więcej. Bo życie toczy się dalej, a ludzie zdecydowali się nim żyć. Czy ktoś interpretuje to podobnie?”

 

   Zobaczcie i posłuchajcie zresztą sami...


Proszę, tańcz

 

Każdy jak król
Pragnie nowej ziemi, choć świat już ma u swoich stóp
Dobrze nam tu, jak u siebie

Wynajął nam Bóg
Coś więcej niż dwa metry i miłość, choć przynosi ból
Kochamy znów, jak umiemy

To dom na chwilę
Na drodze przystanek dla dusz

Kiedy przyjdą zabrać mnie w ostatnią podróż
Słowo daj, że będziesz stać blisko przy mnie
Musisz być przy mnie
(Proszę tańcz)

Do białego rana, za nic mamy strach
Nikt nie może przestać grać, a Ty bądź przy mnie
Musisz być przy mnie
I proszę tańcz

Czuję głód
Bo czasu tak niewiele i trzeba będzie nam zdać klucz
A nas mi wciąż jest za mało
(Tak mało, za mało)

Jestem tu
Więc do dna wypiję Ciebie, na zawsze będziesz we mnie już
Dwa serca, choć jedno ciało

Kiedy przyjdą zabrać mnie w ostatnią podróż
Słowo daj, że będziesz stać blisko przy mnie
Musisz być przy mnie
(Proszę tańcz)

Do białego rana, za nic mamy strach
Nikt nie może przestać grać
A Ty bądź przy mnie (Przy mnie)
Musisz być przy mnie (Olé!)

A Ty tańcz (A Ty tańcz)
Zapomnij, co zabrał Ci czas (Zabrał czas)
I kiedy przyjdzie sen (I kiedy przyjdzie sen)
Znowu zobaczysz mnie (Proszę tańcz)

A Ty tańcz (A Ty tańcz)
Zapomnij, co zabrał Ci czas
I kiedy przyjdzie sen (Oh)
Znowu zobaczysz mnie
I proszę tańcz
Proszę tańcz


sobota, 21 grudnia 2024

Magia Świąt...

 

                                                                        

   ... Za oknem ani śladu śniegu. Nawet odrobiny już nie zostało z tego ostatniego pomączenia. Jest jednak nadzieja na białe Święta, ponieważ prognozy zapowiadają u nas opady białego puchu właśnie na świąteczny tydzień. Miejmy nadzieję, że tak się stanie, bo byłby to chyba najlepszy prezent na gwiazdkę. Od razu zrobiłoby się ładniej za oknem i człowiekowi też byłoby jakoś raźniej, świąteczniej, magiczniej. Od kilku już lat brakuje tej cudownej bieli grudniowej. Może więc teraz pojawi się i za jej przyczyną powróci choć odrobina tej dawnej magii Świąt? A jeśli nie, trzeba będzie odnaleźć w sobie jakąś iskrę. Coś, co jest ponad stare i nowe zmartwienia, ponad rutynę przygotowań, bieganiny, zmęczenia i usiłowania stanięcia jak zwykle na wysokości zadania. O ironio losu! Tego wymagają od nas z reguły nie inni ludzie, ale my sami. Wyznaczamy sobie cele chcąc choć odrobinę doścignąć niedościgniony ideał. Jakiś brylant, jakiś święty Graal lśniący w naszej pamięci a będący konglomeratem wszystkich przeszłych, udanych Świąt. Lecz czy w ogóle istnieje coś takiego? Może to tylko kwestia naszych wyobrażeń, marzeń i upiększonych przez lata wspomnień? Być może tak właśnie jest. Tak czy siak miło byłoby poczuć znowu coś pięknego, coś co warte byłoby tej całej wcześniejszej bieganiny...Oboje z Cezarym życzymy Wam tego z całego serca. A poniżej napisane niedawno przeze mnie słowa do melodii pełnej werwy piosenki ABBY "Dancing Queen". Zapraszam do jej pośpiewania, bo od samego śpiewu przybywa człowiekowi trochę energii. A myślę, że każdy sposób na dodanie sobie sił jest dobry. Trzeba próbować wszystkiego😄💚🌲


Magia Świąt…

Magio Świąt – gdzieżeś jest?

Gdzie zniknął Twój dawny blask

Wiara w cud – cały sens

Czy odda nam go czas?

 

Święta idą, nadchodzą znów

Jak co roku roboty huk

Ale po co to wszystko?

Jak się wprawić w ruch?

Gdy w ciele słaby duch

 

Świat w szaleństwie pogrąża się

Coraz trudniej uwierzyć, że

Wróci jeszcze normalność

I nadzieja co

Rozjaśni każdy dom

 

I znowu magia Świąt

Powróci…

Magia świąt – bo gdzieś jest

Radość dla czystych serc

Magia Świąt – wiara w cud

Dobro wygra znów

 

Magio Świąt – gdzieżeś jest?

Gdzie zniknął Twój dawny blask

Wiara w cud – cały sens

Czy odda nam go czas?

 

Święta idą – lecz cały zgiełk

Ucisz w sobie, uwolnij się

Wtedy może usłyszysz

Jak na serca dnie

Coś nuci cicho, że

 

Na pewno magia Świąt

Powróci…

Magia świąt – bo gdzieś jest

Radość dla czystych serc

Magia Świąt – wiara w cud

Dobro wygra znów

 

Odnajdź dziś w sobie moc

Uwolnij się z sennej mgły

W Tobie lśni iskra co

Ożywi blask tych dni

Ożywi blask tych dni…


                                          A poniżej ja śpiewam tę piosenkę...

                                         

Wszystkiego dobrego dla wszystkich obserwatorów i czytelników tego bloga! A przede wszystkim zdrowia😘🌲😘

czwartek, 18 kwietnia 2024

Caryce i Kilkujadki…



   „Inteligentny, lecz zły człowiek to najgorszy rodzaj potwora moralnego” - zdanie, które gdzieś niedawno przeczytałam mocno zapadło mi w pamięć i pobudziło do refleksji. No bo tak właśnie jest. Niestety najczęściej tacy właśnie ludzie pchają się do władzy pragnąc rządzić innymi a najlepiej całym światem. Tylko władza ich raduje, syci, podnieca. Tylko całkowita kontrola nad bliźnimi satysfakcjonuje i uspokaja. I to w równym stopniu dotyczy obu płci, choć jak wiadomo do tej pory o wiele mniej kobiet niż mężczyzn sprawowało realną władzę. Jednak wszystko się zmienia. Dzisiaj (jak prawią poprawne politycznie media) płci jest znacznie więcej a do tego coraz więcej kobiet zarządza krajami, organizacjami, ministerstwami. I niestety, wiele z nich pokazuje jak mało różnią się od mężczyzn w jakości sprawowania owej władzy. Jak bardzo potrafią być autorytarne, bezlitosne, mściwe, zaborcze i zazdrosne…


   Tego typu ludzi nie skłoni się do pełnej wzajemnego szacunku rozmowy czy chociażby autorefleksji. Wydają się niereformowalni. Zabetonowani w poczuciu swojej wyższości i lepszości. Zachwyceni sobą. Pogardzający słabszymi i biedniejszymi. Nie uznający żadnych autorytetów. Zawsze pewni siebie, przekonani do swych racji, cyniczni i niezdolni do współczucia, pójścia na kompromis czy spontanicznej bezinteresowności. Na nic uderzanie do ich serc, do wspólnych doświadczeń, do tradycji, moralności i honoru. To dla nich puste słowa. Słowa godne wyszydzenia. Nie da się z nimi porozumieć, przekonać do czegoś, co stałoby w sprzeczności z ich doświadczeniami i interesami. Są zamknięci wewnętrznie i jak gdyby oddzieleni od reszty bliźnich pancerną szybą. Pełni tłumionej agresji, pasji i gniewu. Zaborczy i nieprzewidywalni. Potrafiący jednak dla własnych korzyści udawać kogoś zupełnie innego. Na pokaz uśmiechać się serdecznie, tryskać dobrym humorem, emanować wdziękiem, elokwentnie i ze swadą zabierać głos na niemal każdy temat, wywoływać podziw widzów i słuchaczy, porywać za sobą innych. I nie przestawać przy tym kontrolować sytuacji, wytrwale tkając swą sieć, na zimno oceniając kogo należy zniszczyć a kogo nagrodzić i jaka maska jest dla nich w danym momencie najbardziej przydatna...




   Skąd biorą się tacy ludzie? Czy są z gruntu źli? Czy tacy już się urodzili, czy może jakieś traumatyczne doświadczenia w dzieciństwie wywarły na nich tak destrukcyjny wpływ? Co można by było odkryć, gdyby dostać się do samego ich jądra, do najbardziej mrocznych czeluści ich duszy? Być może byłby tam lęk przed uczuciami i przed ich zranieniem, obawa przed obnażeniem swych emocji, głęboko skrywane poczucie niższości i niezabliźnionej krzywdy…Pewnie można by im współczuć, można by nawet starać się im pomóc, gdyby nie to, iż robią wszystko, by nie przyznać się do tego, że jakiejkolwiek pomocy potrzebują, że coś jest z nimi nie tak. Wręcz przeciwnie. Za wszelką cenę starają się sprawiać jak najlepsze wrażenie. Nie odkrywać nigdy swoich słabości. Tego typu ludzi zdarza nam się spotkać na co dzień i przez jakiś czas nie rozpoznać w nich potworów moralnych, bo przecież wyglądają i zachowują się jak każdy z nas. Dopiero przy bliższym poznaniu okazuje się, kto zacz. 
    O takich ludziach, jeśli są bohaterami literackimi, ciekawie się czyta. Szwarc charaktery dodają kolorytu każdej książkowej czy filmowej opowieści. Pomagają mocniej utożsamić się z głównymi bohaterami a jednocześnie oczyścić się z własnych, nieujawnionych często traum i emocji. Ale to tylko pasjonująca fikcja, jeśli nawet oparta jest na faktach autentycznych, to i tak łatwa do odcięcia się od niej, swobodnego przejścia w inne rejony, a wreszcie i zapomnienia. Jednakże gdy dotyczy ona życia realnego, a co gorsza, jeśli się od takiego czarnego charakteru w jakiś sposób zależy, wtedy już nie jest interesująco a po prostu strasznie. Pułapka zależności od socjopatów i psychopatów jest tak sprytnie skonstruowana, że ofiara nie potrafi jej opuścić a co gorsza, czasem nawet i jej dostrzec. Są i tacy, co kochają te swoje pułapki oraz zarządzających nimi władców. I tu przypomina mi się od razu genialna komedia J.Machulskiego „Kingsajz” oraz pochodząca z niego piosenka o krainie krasnoludków, Szuflandii…I widzę zaraz uśmiechającego się szatańsko granego świetnie przez J.Stuhra tyrana tej krainy, nadszyszkownika Kilkujadka…


   Niestety, cała historia ludzkości pokazuje nam, że do władzy najczęściej dochodzili właśnie tacy diabelscy osobnicy z przerośniętym ego. Władza zawsze nieodmiennie przyciąga do siebie istoty wyzute z empatii i pozytywnych emocji a umiejętnie udające upragnionych zbawców oraz miłosiernych samarytan. Cały czas jednak uparcie kroczące po trupach do celu. I tu przychodzi na myśl cała galeria takich postaci: Neron, Caryca Katarzyna II, Stalin, Hitler, Mao Zedong, Pinochet, Kim Ir Sen…A jest przecież mnóstwo innych, nieznanych z imienia, bo zawsze schowanych w cieniu bezwzględnych zarządców. Szarych eminencji, mających być może jeszcze większą władzę, niż ci widoczni na świeczniku…

   A skoro tych potworów moralnych tylu było kiedyś, znaczy to, że i dziś ich nie brakuje. Nie będę tu wymieniać konkretnych nazwisk, bo pewnie każdy z nas ma kogoś takiego na myśli. Niestety, w chaosie codziennych wydarzeń i sprzecznych wiadomości coraz trudniej określić jednoznacznie, kto jest kim. Za kim rzeczywiście warto iść a przeciwko komu należałoby powstać. Podzielonymi, ogłupionymi czy też zobojętniałymi narodami znacznie łatwiej jest rządzić. Dlatego jedyną bronią zwykłego człowieka może być tylko jego rozsądek, intuicja i moralność, a przede wszystkim odwaga swobodnego, niezależnego myślenia i mówienia na głos tego, co się myśli. Bardzo ważna jest też wierność własnym tradycjom i przekonaniom oraz dystans do tego, co się dzieje. Coraz trudniej dzisiaj jednak o takie wartości. Najtrudniej zaś zachować ów dystans bo historia cały czas się toczy i tworzy, stale nas dotyczy, zahacza coraz mocniej i rani. Zresztą, nie zawsze ów dystans jest dobry. Oznacza on bowiem najczęściej próbę nie zwracania uwagi na zło, które się dzieje, chowanie głowy w piasek, bierność. A skoro ktoś jest bierny, to ktoś inny czynnie podejmuje za niego decyzje. I zło rozrasta się swobodnie dalej przez nikogo nie powstrzymywane.

   A tymczasem w mateczniku dziejów rodzą się wciąż kolejni zdemoralizowani, żądni władzy osobnicy wymyślający nowe sposoby na złupienie i skrzywdzenie zwyczajnych ludzi. Nieustannie prą do rządów albo jeśli już je mają, to za żadne skarby nie chcą możliwości ich sprawowania stracić. A pod pozorami czynienia dobra dla ludzkości czy planety ciemiężą słabszych od siebie, napadają na inne narody, przejmują cudze ziemie. Inni mają nieco odmienne, bardziej wysublimowane sposoby działania. Trudniejsze do jednoznacznej oceny, bo sprytniejsze, bo prowadzone pod płaszczykiem pozytywnych reform. I to oni wprowadzają kuriozalne przepisy, restrykcyjne prawa, autorytarne doktryny i szalone ideologie niszczące spokój oraz codzienność człowieka. Niezwykle sugestywnie wmawiają wszystkim jakie to szczytne ideały nimi powodują a tak naprawdę, jak zwykle chodzi im tylko i wyłącznie o dobry interes, o zysk i władzę. Prą do przodu niczym tarany niszcząc głos sprzeciwu na swej drodze, skrzętnie cenzurując wszystko i wszystkich, co by im mogło ową władzę odebrać. Dbają aby propaganda ukazywała ich wyłącznie w pozytywnym świetle, by na ich idealnym wizerunku nie pojawiła się najmniejsza rysa, mogąca dać podległym im istotom nieco do myślenia. Świat wprost roi się od okrutnych, lecz uśmiechających się niby gwiazdy filmowe caryc, czy też ubranych w drogie garnitury bezwzględnych Kilkujadków oraz ich wiernych pomagierów. A my co? My siedzimy grzecznie w swoich szufladkach, naciągając mocno czapkę na uszy oraz oczy i pokornie przyjmując swój los pragnących jedynie świętego spokoju dobrych krasnoludków. I tak to się toczy niczym w baśni…



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost