Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sens życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sens życia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2025

Nic dwa razy...

 


Nic dwa razy się nie zdarza – westchnęłam wspiąwszy się na wieżę w Krzywczy. Był pogodny, lecz dość wietrzny, majowy dzień a ja stałam na szczycie metalowej konstrukcji i rozglądałam się dokoła szukając podobnych wrażeń i doznań jak w lutym, kiedy to pierwszy raz wspięłam się na to miejsce. ( link do lutowej wyprawy na wieżę)



   Wówczas wymagało to ode mnie sporo odwagi i uporu. W chłodny, lutowy dzień wieża zaskoczyła mnie swoją wysokością, uczuciem lekkiego chybotania i niepewności a jednocześnie zachwytu nad bezmiarem widoków wokół, nad niezwykłym wrażeniem znalezienia się na samym szczycie świata. Oszołomiła i oczarowała poczuciem, iż jestem niby śmiały i hardy orzeł, że mogę wszystko, że nie mając skrzydeł lecę, frunę wolna od wszelkich trosk i znowu młoda, gdzie tylko oczy poniosą...






   Nie dziwota zatem, iż poczuwszy wtedy coś tak mocno postanowiłam sobie, że jeszcze kiedyś powtórzę ten wyczyn. Na przykład wiosną, gdy zmienią się kolory natury a pogórzańskie pejzaże nabiorą nowego wyrazu. Dlatego kiedy tylko czas, pogoda i samopoczucie pozwoliły wybraliśmy się znowu z Cezarym do niedalekiej Krzywczy. Ciekawa byłam tego, co zobaczę, co poczuję, gdy znowu znajdę się na tych niesamowitych wysokościach. Czy będzie lepiej, gorzej a może po prostu zupełnie inaczej, niż uprzednio?






   I cóż. Było zdecydowanie inaczej. Wspięłam się szybko, bez najmniejszych wahań i lęków. W try miga znalazłam się na górze, mijając po drodze innych turystów jak ja złaknionych silnych wrażeń. Pierwsze co dostrzegłam to ogromne, szybko przemieszczające się po niebie chmury, które zasłaniając słońce mocno zacieniały wiele obszarów widocznych w dole. Mimo to barwy wiosennej zieleni prezentowały się jaskrawo, wręcz oślepiająco. Pola, krzewy i drzewa w dole mieniły się melanżem wielu odcieni zieloności, żółci i złota. Natomiast srebrna nitka Sanu była ledwo dostrzegalna. Przez specyficzne światło tego dnia brakowało jej wyrazistych konturów i głębi. A do tego gęste korony drzew skutecznie ją zasłaniały. Nawet wyraźnie zielony zawsze most na Sanie teraz jakby wyblakł i zdawał się jasnoszary.




- Wiosna coś daje, lecz coś też zabiera. Jak każda pora roku, życia. Tak jest. Tak być musi – szepnęłam w nagłym zrozumieniu.




   Wiosenny, pachnący świeżością i ściętą trawą wiatr szarpał moimi włosami bezustannie wciskając je do oczu i ust. Pewnie podobnie miotał konarami okolicznych drzew i chaszczy. Pogratulowałam sobie decyzji o zostawieniu czapki z daszkiem w samochodzie, bo jak nic szalone wietrzysko by mi ją z głowy zdmuchnęło. To zdanie się na siłę powiewów nie było jednak ani przykre ani straszne. Dawało sporo przyjemnej swobody i ochłody, ulgi po niedawnej jeździe w zbyt mocno nagrzanej puszce naszego samochodu. Postałam więc jakiś czas na najwyższym podeście wieży a potem zbiegłam w dół z taką prostotą i pewnością, jakbym nic innego w życiu nie robiła, jak tylko po takich krętych i ażurowych, wiodących w przestworza schodkach biegała. I nie, nie wynikało to z polepszenia mojej kondycji fizycznej, bo z nią jest ostatnio nie najlepiej, ale raczej z uczucia pewności i braku obaw przed zejściem z tych wysokości. Proces wejścia i zejścia wydał mi się łatwy. Zaskakująco łatwy...



   Zdumiało mnie to i ucieszyło a jednocześnie rozczarowało, bo choć tego pragnęłam, to nie udało mi się znaleźć w sobie tamtej lutowej ekscytacji i dumy z własnego wyczynu, a do tego oszołomienia i wzruszenia takiego, jak wtedy.



Ale przecież nic dwa razy się nie zdarza. W pałacu strachów w lunaparku też tylko za pierwszym razem człowiek ma dreszcze na całym ciele. Potem już wie, czego się spodziewać – pomyślałam znowu.



- A choć wieża taka sama i pejzaże wokół spektakularne, to aura zupełnie odmienna. I ja też chyba trochę inna, niż wtedy. I we mnie też coś się zmieniło. Może coś zgasło, coś się przesunęło, jakiś obłok zakrył kawałek nieboskłonu..?



- Wiosna coś daje, lecz coś też zabiera. Jak każda pora roku, życia. I stale coś się kończy, choć coś się też zaczyna – powtórzyłam znowu z ledwo uchwytną tęsknotą za tym, co przesłoniła właśnie chmura nieustannie toczącego się naprzód czasu. Przez chwilę trwało we mnie lekkie uczucie żalu, ale potem naszła mnie myśl, że chociaż nic dwa razy się nie zdarza, to przecież wciąż dookoła wyrastają wieże, na które można się wdrapać A jeśli nawet nie wyrastają, to koniecznie trzeba je samemu dla siebie budować. Wyznaczać jakieś cele. Chociażby wcale nie tak wysokie. Jakiekolwiek. Byleby tylko się człowiekowi chciało wspinać...



sobota, 3 sierpnia 2024

Iskra…

 


 


   Na początku sierpnia wybraliśmy się z naszymi pieskami na cudownie rzeźki, poranny spacer po lesie. Spacer nieplanowany, ale nagle bardzo chciany, bo pragnieniem ożywionych psiaków spowodowany. A było to tak…



   Pewnego późnego popołudnia, tuż przed zachodem słońca wyszliśmy z mężem na sąsiednią łąkę by zobaczyć jak została skoszona. To ta sama łąka, po której wędrowałam ostatnio i podziwiałam na niej niezliczone kwiaty i zioła. Teraz wszystko leżało w długich, ściętych pokosach. Cudnie pachniało skoszoną trawą. Ta woń zawsze kojarzy mi się ze słodkim, soczystym arbuzem i  beztroskim dzieciństwem a więc automatycznie wprawia mnie w dobry, bliski serdecznemu wzruszeniu nastrój, przywraca odrobinę dawnej energii. Spokojnie doszliśmy z Cezarym aż do ściany lasu a wtedy dostrzegłam, iż od strony domu co sił w nogach biegnie ku nam duży, szary pies a konkretnie nasza Hipcia. Jakże z daleka do nieodżałowanej Zuzi podobna. Mamy kiepsko działający skobelek w furtce i najwidoczniej sprytna Hipcia jakoś otworzyła ją sobie łapą po czym skorzystała z okazji i pognała w naszą stronę. Ależ była szczęśliwa gdy do nas dopadła! A oczy świeciły jej się radośnie, całe były roziskrzone i widać było, że chętnie pobiegałaby sobie dłużej, pogoniłaby hen, hen po leśnych ścieżkach. Tylko czekała na znajome hasło. Było jednak za późno na taki spacer. Już za chwilę miało zacząć się ściemniać a chodzenie po ciemku po lesie moim zdaniem nie należy do przyjemności. Toteż szara psinusia wróciła z nami grzecznie do ogrodu, lecz w jej spojrzeniu znać było spore rozczarowanie.



   Radosne oczekiwanie a nawet nadzieję kilka chwil potem dojrzeliśmy także w oczach Jacusia oraz w niecierpliwej postawie Misi. Najwyraźniej, na skutek swobodnego wymknięcia się z ogrodu Hipci także stojącym przy płocie i przypatrującym się nam piesuńkom przypomniało się o leśnych przechadzkach. Obudziły się marzenia i chętki na odrobinę nieokiełznania oraz dzikiej wolności. A dawno już z psami nigdzie się nie wybieraliśmy głównie z uwagi na kiepskie samopoczucie Jacusia. No bo jakże tak? Hipcia z Misią miałyby wyruszać z nami na spacery podczas gdy biedny, niedołężny Jacuś musiałby potulnie siedzieć w domu? Byłoby to wielce wobec niego niesprawiedliwe. Zapłakałby się przecież biedaczek. Toteż od jakiegoś czasu w ogóle przestaliśmy na spacery z psami chodzić. Ogród jest wszak na tyle duży, że psy mogą się swobodnie wyhasać a Jacunia trzeba oszczędzać, żeby się nam staruszek całkiem nie rozsypał. Tak myśleliśmy oboje z Cezarym usprawiedliwiając też tym samym poniekąd naszą własną niechęć do dalszych wędrówek. Gorące lato, oblepiająca wszystko wilgoć oraz gryzące owady nie zachęcały wszak do zanurzenia się w knieje. Do tego, jak zdołaliśmy stwierdzić ostatnio kompletnie nie było w sąsiednim lesie grzybów. Mimo deszczowej pogody, mimo tropikalnego ciepła na naszych sekretnych miejscach nie rósł nawet najmniejszy prawdziwek, najlichszy kozaczek, najdrobniejszy maślaczek ani nawet muchomorek.  Nic dziwnego więc, że kilkukrotnie wróciwszy do domu umęczeni i zapoceni a do tego z pustymi koszykami w końcu daliśmy za wygraną i zrezygnowaliśmy z tak jałowych i frustrujących grzybobrań.



   Ale przede wszystkim Jacuś był głównym powodem naszego niechodzenia. Bo przecież kulał, ledwo chodził, szybko się męczył, widać było, że ogromnie trapią go reumatyczne dolegliwości. Bo po spacerach z wielkim trudem dochodził do siebie, coś go bolało i utykał na tylną nogę jeszcze mocniej. Do tego patrzył na nas ze smutkiem i cierpieniem w oczach tak jakby mówił, że przyszła kryska na Matyska i nic nie można już na to poradzić. No cóż…Każdego w końcu to dopada. Ta niemoc, ta słabość, ta bezradność, rezygnacja i boleść związana z wiekiem.



   Jednak, o dziwo, ciepłe lato sprawiło, że Jacusiowi najwidoczniej się polepszyło. Wygrzał stare kości, zregenerował się, przypomniał sobie o dawnych przyjemnościach i zapragnął znowu ich zażyć. Owa ochota do brykania nie mijała mu i trwał przy niej także następnego i jeszcze następnego dnia. Tańczył wokół nas niczym młodzieniaszek, dając do zrozumienia, że jest gotowy, że bardzo, ale to bardzo chce znowu wyruszyć w las, odwiedzić dawne dróżki i bezdroża, szybko biec przed siebie zapominając o wieku i przeszłych dolegliwościach. Nie sposób było tego ignorować, tym bardziej, że zarażał on swoim pragnieniem pozostałe psy i już wszystkie trzy namolnie skakały wokół nas prosząc o to samo.



   No więc dobrze. Postanowione! Chcieliśmy się przekonać, czy rzeczywiście Jacuś odzyskał siły. Czy wyprawa do lasu przyniesie mu więcej przyjemności, niż trudu. Czy stał się cud i biały piesek znowu był taki, jak niegdyś?




   Dlatego wczesnego sierpniowego poranka daliśmy naszym czworonożnym przyjaciołom sygnał do wymarszu. Wypowiedzieliśmy magiczne słowo: „Idziemy!”. Choć psy już wcześniej doskonale wyczuwały, że coś się święci. Wszak telepaci z nich znakomici. Podekscytowane natychmiast zaczęły biegać wokół nas jak oszalałe, popiskując i dysząc radośnie. Ich oczy zdawały się mówić: Nareszcie, nareszcie idziemy do lasu! Och, jak wspaniale! Jak cudownie! Jak się cieszymy! Niech to twa wiecznie!

   I wyruszyliśmy jak za dawnych czasów. Jacuś od razu pognał przed siebie. I biegł tak swobodnie, tak lekko jakby znowu miał nie kilkanaście, ale kilka lat. Za nim w szalonym biegu pruła Hipcia a na końcu nieco zdezorientowana Misia, której pomyliły się kierunki i najwidoczniej zapomniała, w którą stronę idzie się do lasu. Ale błyskawicznie sobie wszystko przypomniała, gdy tylko dobiegła do owej świeżo skoszonej łąki, gdy poczuła znajome zapachy i kiedy mogła napić się wody stojącej zawsze w wyjeżdżonym przez traktory rowie. 



   Hipcia nie omieszkała oczywiście wytaplać się w owej bajorowatej kałuży. I znowu przypomniała mi się Zuzia. Ona tak samo lubiła włazić do każdej wody i kłaść się w mule, błocie, w cuchnącym szlamie. I ziając uśmiechać się stamtąd szelmowsko. Natomiast Misia, jak to Misia choć czasem odbiegała kilkanaście metrów za psami, choć też z lubością brodziła po kałużach, to na ogół wolała być blisko mnie i Cezarego, najwidoczniej czując się wówczas pewnie i bezpiecznie.






   Tymczasem Jacuś biegał niestrudzenie dalej. Był taki jak dawniej. Ożywiony, niezmordowany, młodzieńczy. Z upapranymi błotem łapami, ale za to rozświetlony wewnętrznie. Jakby czas znowu stał się dla niego łaskawy. Jakby jego niedawna starcza niedołężność tylko nam się przyśniła. Oglądał się na nas i znowu gnał wwąchujac się co i rusz w jakieś interesujące tropy albo z ciekawością wsadzając biały łeb w chaszcze. Aż radość brała patrząc na to jego odmłodzenie, na przywróconą czarodziejsko energię i żywotność. Piesek nie omieszkał wykąpać się w kałuży, wytarzać w jakiejś padłej żabie, pogryźć ze smakiem pysznych trawek. I przybiegać do nas co jakiś czas by podzielić się swoim zadowoleniem i powiedzieć: Widzicie, kochani? Nie jest ze mną jeszcze tak źle! I świat jest taki piękny!



   Zgodziłam się z Jacusiem w zupełności. Sierpniowy las, pełen bujnej zieleni, pachnący butwiejącymi liśćmi, igliwiem i wodą otaczał nas tkliwym spokojem,  otulał pieszczotliwie, nie dając do nas przystępu dokuczliwym komarom i gzom. Gorąc nie dokuczał. Przyjemnie się chodziło i naprawdę dobrze było popatrzeć na szczęśliwe pyski naszych psiaków. Ucieszyć się ich radością. Zarazić ich młodością. Nie stawiać także i na sobie za wcześnie krzyżyka, bo przecież nawet spoglądając na tak pełnego werwy Jacusia można uwierzyć, że wszystko jest jeszcze możliwe…



   Po niespełna godzinnej przechadzce najwidoczniej mocno już zmęczone, ale nadal bardzo szczęśliwe psie towarzystwo grzecznie dało sobie przypiąć smycze i spokojnie powędrowało w stronę domu. Od razu po powrocie opłukałam psy prysznicem z węża ogrodowego, żeby zmyć z nich najgorsze błoto i brud. A one zadowolone otrzepały się energicznie a potem pokładły się w cienistych miejscach ogrodu żeby odpocząć po wędrówce i być może śnić o kolejnych, dalekich spacerach…








   A oto kolejny poranek. Za oknem monotonnie siąpi. Przyjemny chłodek zawiewa od ogrodu. Psy odsypiają wczorajszą wędrówkę. Także wczoraj większość dnia przespały. Wieczorem dostrzec było można, że kondycja Jacusia mocno spadła. Zmęczony po porannym spacerze nie miał siły ani ochoty biegać z Misią i Hipcią po ogrodzie. W ogóle nic mu się nie chciało i niestety, znowu trochę kulał. Najwidoczniej wrócił dawny, stary Jacuś…Cóż! Można się było tego spodziewać. Wszak na spacerze dał z siebie wszystko i dziwne byłoby, gdyby nie pojawiły się konsekwencje tak niezwykłego zrywu. Ale nie sądzę by Jacuniek żałował wczorajszych biegów po lesie, pojawienia się tej wspaniałej iskry beztroskiej młodości. Był przecież ogromnie szczęśliwy. Uwierzył w siebie. Poczuł znowu blask i smak życia. Myślę, iż takie chwile są bezcenne i dla nas ludzi i dla psów. O nich właśnie się pamięta i z tęsknotą je wspomina. Chociażby nawet miały się już nigdy więcej nie przydarzyć, choćby były tylko łabędzim śpiewem…




niedziela, 16 czerwca 2024

Czerwcowy motyl…

 


…Zaczęło się o poranku. Wyszłam do ogrodu i z miejsca poczułam coś pozytywnego, coś niezwykłego w aurze, w świetle, w zapachu pełnym aromatów świeżo rozkwitłych róż,  w zachwycającym widoku bujności wszelakiej, w otoczeniu bliskim i dalekim. To coś od razu znalazło oddźwięk w mym sercu. I ożywione serce z miejsca zastukało w nagłym wzruszeniu.  W uczuciu ulgi, które objawiło się tak nagle i ożywczo jak długo wyczekiwany deszcz, co spływa na spragnioną, utrudzoną suszą roślinę. Miałam wrażenie jakby baśniowy motyl przysiadł mi na ramieniu i wprost do ucha wyśpiewywał piosenkę o dobru, pięknie, harmonii i spokoju. Ta piosenka w czarodziejski niemal sposób natychmiast odegnała ode mnie wszystkie zgryzoty i smutki. Stanęłam pod obsypaną owocami trześnią i poczułam się jak nowo narodzona. Niczym czysta kartka w pachnącym nowością zeszycie. Pamiętacie to podniosłe odczucie, gdy w czasach zamierzchłych bo wczesnoszkolnych brało się w dłonie taki dziewiczy zeszyt? Zeszyt sprzed bazgrołów, kulfonów, szlaczków i kleksów a przede wszystkim czerwonych podkreśleń i uwag nauczyciela? Ów zeszyt uosabiał jeszcze wówczas wszystko, co piękne, niewinne, pełne obietnic oraz nieskończonych możliwości. Takie właśnie uczucie owładnęło mną wczoraj i w większym czy mniejszym nasileniu trwało do końca dnia. A odnotowuję to, bo coraz rzadziej zdarza mi się tak właśnie czuć. Bo wraz z wiekiem, ze zdarzeniami, których jestem uczestnikiem, świadkiem czy tylko obserwatorem coraz więcej oplata mnie smutków, lęków, złych przeczuć, rozczarowań, nieufności i goryczy. Spraw, które nie pozwalają na beztroskie spojrzenie wokół siebie. Na cieszenie się tym, co jest. Na pójście z radością w dal. A wczoraj ni stąd ni zowąd ta zardzewiała, porośnięta ciernistymi roślinami furtka nagle pozwoliła się otworzyć i odetchnąć głęboko…










   Oto na trześni, na czereśni, na wiśniach, krzewach agrestu i porzeczek błyszczały, rumieniły się ponętnie niezliczone ilości dojrzałych owoców. Tylko zanurzyć się w to oszołamiające bogactwo kolorów, smaków, aromatów i czerpać z niego do woli. Tylko wyciągnąć rękę i zerwać te jeszcze mokre od rosy soczyste i chłodne kuleczki. Rozgryzać i zjadać powoli delektując się każdym kęsem. A w błogiej chwili, gdy w ustach rozlewał się słodko-kwaśno-cierpki smak rozglądać się już za następnymi dojrzałymi smakołykami. Napełniać wiśniami wiaderko i planować, co dobrego można z nich zrobić. Może wspaniały dżem a może rubinową naleweczkę? W międzyczasie zawieszać sobie na uszach gustowne kolczyki z połączonych szypułkami czereśni. I uśmiechać się do szpaczków, co to na wyższych gałęziach z zapałem łasowały, nic sobie z mego sąsiedztwa nie robiąc. I spoglądać na migoczące w słońcu trzmiele i osy. I czuć się jednością z tym wszystkim, znajdując w tej jedności bezpieczeństwo oraz spełnienie.








   Trudno opisać to słowami, bo istnieją wszak uczucia nieujmowalne w słowa. A te, które wybrzmią zdają się nieadekwatne albo banalne. Pewnie w przeszłości pisałam już o podobnych stanach na blogu. Jest tu ponad 700 postów i wielu z nich już nie pamiętam. Z niektórych wyrosłam albo oddaliłam się od nich mentalnie. W danym momencie jednak były dla mnie ważne. Odzwierciedlały bowiem kawałek mojej duszy, pokazywały kim jestem, jak patrzę na życie i świat. Co mnie cieszy, co martwi. Co jest najważniejsze i stałe a co tylko błahe i przelotne.



   Ten wczorajszy dzień czym był właściwie? Po prostu kawałkiem zwyczajnej, czerwcowej codzienności a jednocześnie dotykiem magicznego motyla, który na moment przysiadł na moim ramieniu a potem poleciał gdzieś dalej. Ku innym spragnionym jego obecności ludziom. Pewnie nawet wielu z nich nie zauważyło jego trzepotu, nie usłyszało czarodziejskiej piosenki. Mnie przecież także ta nieuwaga zdarza się nagminne. Ale motyl mimo wszystko uparcie pojawia się  i będzie pojawiał w wielu miejscach. Wbrew coraz bardziej zwariowanemu światu, wbrew natłokowi ponurych zapowiedzi i wieści wytrwale będzie nucić coś po swojemu, tańczyć w promieniach czerwcowego słońca i przynosić największy z możliwych darów. Uczucie prostego szczęścia…




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost