I znowu
rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy w Bieszczady! Staje się to już pomału naszą
coroczną, październikową tradycją. Wyczekujemy tylko na czas, gdy liście drzew
porastające bieszczadzkie zbocza nabiorą nowych, zróżnicowanych kolorów i gdy
pogoda będzie sprzyjała górskim wycieczkom.
A potem nim jeszcze słonce na dobre nie wstanie, hajda przedświtaniem!
Mkniemy przed siebie niczym dzikie mustangi nareszcie wypuszczone ze stajni.
Gnamy w nową przygodę, w magiczny czas wspólnego łazikowania, przemierzania
pełnych tajemnic i ciekawych historii szlaków. Szeroko rozpościerają znów
skrzydła stęsknione za swobodnym podróżowaniem dusze wędrowców, oczy nabierają
nowego blasku a w żyłach żywiej krąży krew.
Pieski jak zawsze,
podczas takich jednodniowych wycieczek, zostawiliśmy w ogrodzie ufając, iż
żadna krzywda im się przez te kilkanaście godzin nie stanie. Do dyspozycji miały swoje
towarzystwo a więc na nudę i samotność narzekać nie mogły. Może tylko tęskno im
było za nami oraz za wylegiwaniem się na kanapach i fotelach (co ostatnio z
coraz większym zaangażowaniem czynią). Zostawiłam im pełne wiadro świeżej wody
ze studni oraz dużą miskę suchej karmy, zatem nie zagrażał im głód ani
pragnienie. Zapowiadana na ten dzień
aura nie zwiastowała żadnych deszczy ani innych przykrych niespodzianek. Mogły
się zatem wyspać spokojnie na rozgrzanym słońcem trawniku, w cieniu pod wiatą
albo w którejś z dwóch bud, niesłusznie zapomnianych przez nie ostatnio.
"Chatka Puchatka" na Połoninie Wetlińskiej w dużym zbliżeniu obiektywu widziana z dołu
A konkretnie,
gdzie wyruszyliśmy tym razem? Otóż zapragnęliśmy pojechać w miejsce już znane i
podziwiane dwa lata temu – na Połoninę Wetlińską. Dlaczego tam, skoro jest tyle
innych szlaków do przemierzenia? Po pierwsze dlatego, że przed dwoma laty
Cezary nie dał rady wspiąć się na szczyt i utknął w połowie drogi, a po drugie
tym razem nie jechaliśmy sami. Zabraliśmy ze sobą naszą zaprzyjaźnioną sąsiadkę,
która jeszcze nigdy w Bieszczadach nie była a marzyła o ich zobaczeniu od
dawna. Nie chcieliśmy forsować jej zanadto, ale pokazać to, co w tych górach
najbardziej charakterystyczne a przy okazji i najpiękniejsze. Złocistą
połoninę, z której oszałamiające widoki na wszystkie strony świata są nie do
zapomnienia a uczucie euforii oraz dumy z siebie po udanym wejściu tak
mocne, tak napełniające duszę nowym
blaskiem, że wręcz nieporównywalne do żadnego innego rodzaju radości. A takiej
właśnie bezgranicznej radości, takiego ponownego rozniecenia ognia młodości
trzeba czasami każdemu z nas. Każdemu też jest potrzebne chociażby chwilowe
oderwanie od codzienności. Jakaś zmiana i nowe wyzwanie. To zastrzyk energii i
optymizmu lepszy niż wszystkie syntetyczne lekarstwa razem wzięte.
A czym jest właściwie
sama połonina? To połać traw występujących ponad górną linią lasu, rosnących
tam, gdzie już poza rachitycznymi krzewinkami nic innego rosnąć nie chce. Ich
nazwa pochodzi z języka rusińskiego, gdzie połonina a właściwie „płonina” oznacza miejsce
płone, puste, nieużyteczne dla uprawy. Zwłaszcza jesienią te obszary wyglądają niezwykle
zachęcająco. Kuszą z dołu i przyciągają jako tajemnicze, jasnożółte pola, wyglądające
z daleka niczym pustynia, albo księżycowe pustkowia. To, czym w istocie są okazuje
się dopiero na miejscu. Wiatr nieustannie przeczesuje gęste, jednolicie
złotawe, trawiaste czupryny, dzięki czemu falują one i tańczą niby piaski na
Saharze. Można ich dotknąć. Poczuć mieszaninę łagodności i ostrości. Dzikości i
oswojenia zarazem. I tu dygresja. Coś podobnego
widzieliśmy z Cezarym w Australii Południowej a konkretnie w okolicach miejscowości
Burra. Tam także malownicze, bladożółte, wyschnięte zupełnie trawy przypominały
z daleka piaszczyste połaci. Coraz to pojawiały się i znikały na horyzoncie
niczym fatamorgana. I budziły ogromną ciekawość, co do tego czym w istocie są.
Połonina Wetlińska z bliska
Połoniny w Australii Południowej
Moim zdaniem
wejście na Połoninę Wetlińską (najwyższy jej szczyt "Roch" ma 1255 metrów) jest stosunkowo krótkie i łatwe (a przynajmniej w
porównaniu z innymi szlakami, które przemierzyliśmy do tej pory), dlatego
przekonałam męża i ową sąsiadkę by udać się właśnie w tamte okolice. Wierzyłam,
że tym razem Cezary zdoła wejść na ten szczyt bez problemu, że także dla
chorującej na serce towarzyszki naszej wędrówki nie będzie on zbyt dużym
wyzwaniem.
I nie pomyliłam
się. Stłuczony paluch Cezarego prawie wcale nie przypominał mu o swym
istnieniu, zaś dobroczynnie działająca maść żywokostowa, którą od stóp do głów posmarował
się zapobiegawczo przed wyjazdem, sprawiła, iż nic go ani w krzyżach ani w
nogach nie bolało. Także naszej sąsiadce wspinaczka nie uczyniła żadnej
krzywdy, a wręcz przeciwnie, dotleniła i sprawiła, że nabrała więcej sił oraz
wiary we własne możliwości.
Powoli,
zatrzymując się po wielekroć po drodze, pokonując bardziej i mniej strome
podejścia, fotografując co ładniejsze widoki nasza trójka dzielnie w nieco
ponad dwie godziny wspięła się na samą górę. Tego dnia, choć słonko grzało
prawie tak mocno, jak w sierpniu, mgła utrzymująca się w dolinach ograniczała
nieco widoczność a wyjątkowo porywisty wiatr przenikał nas na wskroś. To jednak
nie przeszkodziło nam w doznawaniu uczucia szczęścia i dziecięcej wręcz
radości, gdy mogliśmy stanąć nieopodal „Chatki Puchatka”, maleńkiego schroniska
górskiego na szczycie i rozejrzeć się na wszystkie strony, utrwalić te
oszałamiające widoki aparatami fotograficznymi, odetchnąć głęboko, uśmiechnąć
się do siebie, zjeść zabrane ze sobą kanapki i napić się zimnej wody. A potem
posiedzieć w milczeniu i tylko patrzeć kontemplując w niemym podziwie uroki
okolicy czy też wsłuchiwać się we własne myśli i bicie serca oszołomionego wysokością
górską otoczenia. Ech! Po raz kolejny okazało się, że takie proste radości,
takie dobre, spędzane razem chwile są czymś najlepszym i najcenniejszym w
życiu. Czymś, co dodaje człowiekowi sił fizycznych i psychicznych. Czymś, co doprawia
jego egzystencję olbrzymią dawką smaku, barw, ciepła, pozytywnych emocji
wdzięczności oraz radosnego zdumienia, że mimo upływu lat i zmian zachodzących
w organizmie nadal na wiele człowieka stać.
Zejście w
porównaniu z wejściem okazało się dziecinnie proste i powrotna droga, omal bez
odpoczynku, zajęła nam niecałą godzinę. Samopoczucie mieliśmy znakomite. Podczas
schodzenia nabraliśmy ochoty na żarty, zagadywanie do mijających nas turystów a
nawet na wspólne śpiewanie. Odczuwaliśmy życzliwość dla całego świata i
wszystkich napotkanych ludzi. To
pozytywne nastawienie do innych piechurów, te niespotykane już chyba nigdzie
indziej pokłady życzliwości, tak powszechne jeszcze na górskich ścieżkach, są,
zdaje się, prawdziwymi skarbami w naszym przeżartym wzajemną niechęcią i
złośliwością, by nie powiedzieć wrogością, świecie. W górach nikt sobie nie
dogryza, nie atakuje i nie prawi morałów (a przynajmniej nie powinien tego
robić, gdyż byłoby to ogromną niestosownością i świadczyło o braku kultury
osobistej). Tu daleko się jest od wszelkiej polityki i innych drażliwych
kwestii. Tu przychodzi się po odpoczynek od szaleństwa cywilizacji, po zapas
nowych sił żywotnych, po zagubiony gdzieś dawno temu optymizm. Chociażby po to
tylko warto wybrać się na szlak, by mieć pewność, że za dobre słowo w zamian
też takie samo dostaniemy a za uśmiech – uśmiech. Zastanawiam się, czy to jakiś
zupełnie inny gatunek ludzki chodzi po górach, niż ten zamieszkujący niziny i
doliny? Czy może tylko na czas wędrówki po tej bieszczadzkiej krainie łagodności
ich usposobienie i nastawienie do innych kompletnie się zmienia? Oto zagadka!
Jeśli jednak pobyt w górskich rejonach tak pozytywnie wpływa na bliźnich
naprawdę dobrze by było, gdyby każdy z nas mógł choć raz w roku wybrać się na
szlak i zostawić daleko w tyle wszelkie zmartwienia lub animozje, oczyścić się
wewnętrznie, nabrać dystansu, do tego, co w tyle i dzięki temu, popatrzeć na
sprawy kompletnie inaczej, niż do tej pory.
Ech, góry nasze,
góry! – wzdychaliśmy raz po raz, w ekstazie rozglądając się dookoła lub
zerkając porozumiewawczo na siebie. Promienny uśmiech nie schodził z naszych ust
a oczy z zachwytem chłonęły piękno październikowej, żółto-pomarańczowej
buczyny. Podziwialiśmy też urodę młodych par pozujących do ślubnych zdjęć w co urokliwszych miejscach na szlaku.
Złociste liście buków i dębów, oranżowe grabów, czerwień klonów, ochry
modrzewi, taniec blasków i cieni na górskich zboczach lub kamieniach stanowiły
magiczne tło dla tego typu romantycznych fotografii. I my fotografowaliśmy z
zapałem, co tylko wpadło nam w oko oraz siebie wzajemnie, chcąc w ten sposób
przedłużyć i wzmocnić jeszcze radość tego wspólnego wędrowania. Promienie
słońca serdecznie muskały nasze twarze, a rumieńce na policzkach kwitły jak w czasach wczesnej młodości. Ech,
można by tak iść i iść bez końca!
Jerzy
Harasymowicz (ur. 1933, zm. 1999), poeta polski, którego pamiątkowy obelisk
znajduje się u stóp Połoniny Wetlińskiej tak pisał o tym, jak ważne są dla
niego góry:
„W górach jest
wszystko co kocham
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka
Zawsze kiedy tam
wracam
Siedzę na ławce z księżycem
I szumią brzóz kropidła
Dalekie miasta są niczem
Siedzę na ławce z księżycem
I szumią brzóz kropidła
Dalekie miasta są niczem
Ja się tam
urodziłem w piśmie
Ja wszystko górom zapisałem czarnym
Ja jeden znam tylko Synaj
Na lasce jałowca wsparty
Ja wszystko górom zapisałem czarnym
Ja jeden znam tylko Synaj
Na lasce jałowca wsparty
I czerwień kalin
jak cyrylica pisze
I na trombitach jesieni głosi bór
Że jedna jest tylko mądrość
Dzieło zdjęte z gór”
I na trombitach jesieni głosi bór
Że jedna jest tylko mądrość
Dzieło zdjęte z gór”
Ponieważ jednak o
tej porze roku dni są coraz krótsze i słońce zaczęło już zbliżać się do linii
horyzontu wkrótce po dojściu na usytuowany na Przełęczy Wyżnej parking
ruszyliśmy w drogę powrotną do domu, mijając po drodze i podziwiając już tylko
zza szyb samochodu tak ciekawe miejscowości jak Wetlinę, Cisną, Baligród i
Lesko.
Do spokojnego siedliska na
Pogórzu Dynowskim dojechaliśmy tuż przed zmrokiem. Psy nieomal oszalały z
radości na nasz widok. Odtańczyły przed nami szalony taniec podskoków, obrotów
i ukłonów. Wylizały dłonie. Wspinały się na piersi by dosięgnąć twarzy. Popiskiwały
i poszczekiwały, czyniąc nam wyrzuty, że tak długo nas nie było a przecież nikt
nie kocha jaworowych gospodarzy tak bardzo jak one! Najmilsze basałyki! Dzieciaki
– ruburaki! Pieski – tralaleski! Pieszczochy nachalne i natarczywe! Najlepsi,
niezastąpieni przyjaciele oraz towarzysze naszej zwyczajnej codzienności.
Niebawem widząc,
że szykuję dla nich wątrobianą zupkę ułożyły się rządkiem w kotłowni, czyli
tam, gdzie zwykle jedzą posiłki i z niecierpliwością oczekiwały na swój
codzienny obiadek. Zjadły swoje porcje z ogromnym apetytem, do ostatniej
okruszynki! Potem zadowolone i strudzone całym dniem wiernego wyczekiwania na
powrót swych wyrodnych przyjaciół ułożyły się w swych ulubionych, domowych
miejscach i już wkrótce zachrapały smacznie.
A my z Cezarym także
mocno zmęczeni przegryźliśmy małe co nieco, pobieżnie obejrzeliśmy zrobione w
Bieszczadach zdjęcia a niebawem poziewując i trąc oczy gotowi byliśmy do długiego,
nocnego odpoczynku. Spaliśmy wyjątkowo mocno i spokojnie, śniąc o kolejnych,
górskich wędrówkach i uśmiechając się przez sen niczym dzieci, które wróciły
właśnie z zaczarowanej krainy Narnii i marzą, iż jeszcze nie raz dane im
będzie tam powrócić…
* * *
Marytka zaproponowała posłuchanie nastrojowej, jesiennej piosenki Jadwigi Strzeleckiej pt. "A w górach już jesień"
Aleksandra zaproponowała posłuchanie pogodnej piosenki "Gitarą, poezją, muzyką..." karkonoskiego zespołu "Szyszak."
Aleksandra zaproponowała posłuchanie pogodnej piosenki "Gitarą, poezją, muzyką..." karkonoskiego zespołu "Szyszak."

































