piątek, 29 listopada 2013

Spacer po wichrem smaganym świecie





   Zimno i śnieżnie. Mimo wszystko czas na spacer. Trochę przestrzeni i wolności chce się zażyć. Chwilą i pierwotną radością obcowania z przyrodą nacieszyć. Odnaleźć drogę do młodzieńczej wolności i bezkresu myśli. Bóle, zgryzoty w oddali zostawić. Poczuć coś w sobie mocno, oddawszy się we władanie wiatrowi i jego nieokiełznanym, zbójeckim zachciankom. Zdumieniem witać i podziwem zmiany wszelakie, które w ciągu kilku godzin zmieniają krajobraz z jesiennego na zimowy. Pobiec. Nareszcie pobiec przed siebie. Przez zamarznięte kałuże. Poprzez chrzęszczące łany starych traw. Przeskakiwać zaskorupiałe bruzdy ziemi. Zdumioną tymi przemianami, stwardniałą od mrozu łąkę odwiedzić. Osypać trochę śniegu z badyli dziurawca i dzikich malin. Stwardniałych blaszek liści dotknąć dłonią, nosem. Dokopać się do miękkiej ziemi. Pachnącej wciąż latem i zapowiedzią życia, obietnicą odrodzenia…


Wiatr dmie w plecy i ogonki. Śwista tryumfalnie. Zakręca wokół. Hołupce szalone wywija. Liśćmi. Kropelkami marznącego śniegu z deszczem. Mrozi policzki. Szczypie.  Dech zatyka. Milczeć więc trzeba i patrzeć na te przestrzenie wzięte w zimowych szeptów władanie. A gdy podmuch na chwilę ucicha wystawiać twarze i pyszczki ku słońcu, chłonąc łakomie jego ciepło i pieszczotę najmilszą.


 Kozy przeżuwają zielone trawki owsa. Drżą. Ten wiatr omiata ich brody i długie rzęsy. Chłodzi rozleniwione leżeniem w koziarni boczki i kopytka. Ale jakże tu porzucić tę wciąż żywą zieloność? Jak odejść obojętnie od tej soczystej i chrupkiej poezji owsianej trawy? Niech to trwa i trwa. Na przekór dziwnościom i obcościom napotkanym.


Zuzia kopie coś niezmordowanie. Oj, pewnie znalazła norkę kreta albo nornicy! Spogląda na nas. Śmieje się zbójecko. Znamy to spojrzenie. Biegnie. Goni. Uciekamy, bo psina w szaleńczym zapale łapie za dłonie, kopytka. Uśmiecha się szelmowsko. Nie wie, że boli. A niech tam! Zabawa. Gorąco? Do zziajania!


Już jesteśmy w lesie. Brzozowy raj. Osikowa ostoja. Jeżynowe pastwisko. Wciąż jeszcze zielone paprocie. W dole jar. Strumień po suchym lecie jak feniks z popiołów odrodzony. Jaworowe gąszcze. Cisza. Tylko wichrowe, oddalone poszumy. Tylko chrzęst listków w białe szale otulonych. Spoza gęstej bieli wielkiej, snieżnej chmury przebija blask. Słońce spoziera na czerwone liście, w świeżo spadłym śniegu bezczelnie serca ku niebu wystawiające.


Zimno tak stać. Biegniemy. Poprzez złoto suchych traw. Poprzez jeżynowe, chwytliwe podstępnie gąszcze. Obok świerkowego lasku. Chcemy powdychać ten żywiczny zapach. Gałązek, igiełek kwaskowatych pogryźć, possać. Obracać w dłoniach kłujące, wilgotne szyszki. Patyk pusty w środku łamać - chrup, pękanie, trzask gałązek. Mały, ciepły stosik patyczków w ręce ściskać. Potem rozsypać, znacząc ślad...


Czy to już dom widać? Tak! Słońce maluje go na złudnie lipcowe kolory. Z komina bucha dym. Pachnie drewnem śliwkowym. Kogut woła:
- Południe! Czas na obiad! Gospodyni, gdzieżeś ty?
Idę, idę…Z nosa kapie. Wiatr chichoce nieprzerwanie. Ugania się za każdym liściem. Pcha nas uparcie ku bramie ogrodu.
Wita pachnące sierpniem siano….Świeżo ugotowane ziemniaki z parnika. Lipowa herbatka. Dom, dom, dom…

 

sobota, 23 listopada 2013

Trochę zmian



   Witajcie zaprzyjaźnieni czytelnicy, goście oraz obserwatorzy tego bloga!

   Długo tutaj niczego nowego nie publikowałam, ale prawie codziennie zasiadałam przy komputerze i pisałam a to jakieś nowe opowiadanie, czy baśń a to wiersz albo kontynuację powieści. Dopracowywałam i wciąż dopracowuję moje stare formy literackie. Te, którymi można by ewentualnie zainteresować wydawnictwa. Mnóstwo z tym roboty – aż czasem kręgosłup boli i oczy od tego ślęczenia przed ekranem monitora. Ale jesień a zaraz potem zima to odpowiedni czas dla takiej właśnie aktywności. Niekiedy jednak zupełnie nie mam ochoty ani siły na pisanie. Nic mi się nie chce i już. Czuję się wówczas wypalona, pusta i jałowa, jak wyeksploatowana ziemia albo robot, któremu przepaliły się łącza. I koniecznie muszę sobie zrobić przerwę. Zająć się czymś zupełnie innym. Najchętniej czymś praktycznym i prozaicznym, jak sprzątanie, pranie czy szorowanie garnków.W tym odnaleźć sens i wytchnienie od wysiłku umysłowego.

    Jak pogoda na dworze szpetna i nawet kurom nie chce się człapać w chłodzie po błocie i kałużach, wtedy i my z Cezarym najczęściej zostajemy w domu. Tu też zawsze jest co robić. A ponieważ ilość koniecznych do wykonania prac remontowych wciąż jest powalająca, to przytłoczeni tym faktem bierzemy się najczęściej tylko za rzeczy powierzchowne, przynoszące natychmiastowy efekt. Staramy się tym nie stresować, bo właściwie przywykliśmy już do naszego rozgardiaszu i warunków nieomalże polowych. Człowiekowi tak niewiele potrzeba do szczęścia! Ot, byle zdrowie jako takie było i dach nad głową, byle było co do garnka włożyć, no i najwazniejsze - by obok był ktoś bliski, taki na dobre i na złe...
     Korzystając z ostatnich dni w miarę ciepłej i wciąż jeszcze bezśnieżnej pogody wciąż jeszcze sporo rzeczy da się zdziałać w obejściu i ogrodzie. Dzięki temu nie dajemy popaść w zgnuśnienie mięśniom, płuca nadal mają okazję by napełnić się ożywczym, pogórzańskim tlenem a oczy by odpocząć od komputera. W kontakcie z naturą odzyskujemy poczucie równowagi, spokoju wewnętrznego i siły. Jednak ciemności, które zapadają już przed czwartą po południu z powrotem zaganiają człowieka do domu. Wówczas trzeba szybko rozpalić ogień w piecu, żeby ciepło powędrowało do wszystkich kaloryferów i ogrzało nas oraz koty - piecuchy. Pożywną, jarzynową zupę szybko zagrzać czy ugotować albo jakoweś inne danie jednogarnkowe upichcić. Ciasto upiec albo chleba miodem posmarować. Herbatki ziołowej w dzbanku naparzyć. Komputery włączyć. Zajrzeć weń co tam w wielkim świecie słychać. Poczytać. Popisać. Albo jeszcze lepiej - niczego nie włączać i najzwyczajniej cieszyć się spokojem oraz czasem spowolnionym, w zmierzch cichy ubranym. Celebrować domową, prostą, późnojesienną magię zwykłych, skupionych na sobie wzajemnie chwil. Książki i zaległe czasopisma przejrzeć. Film jakis ciekawy w internecie czy w TV znaleźć. Wpaść do zaprzyjaźnionych sąsiadów albo serdecznie ugościć kogoś w naszym domu.Wszak wiosna znowu przyniesie nawał prac w ogrodzie, na polu i w obejściu. A wtedy znów będziemy biegać od świtu do zmierzchu, z trudem znajdując czas na beztroski odpoczynek, pisanie czy nawet ulubione, długie spacery po lesie i łąkach. 

  Dużo  teraz śpimy. Niekiedy już o siódmej czy ósmej wieczorem wpadamy w objęcia Morfeusza i na bok odchodzą wszelkie postanowienia o tym, co ciekawego można by jeszcze zdziałać. Bierze nas we władanie sen, błogi, twardy, dający odpoczynek po pracowitych miesiącach, oderwanie od rzeczywistości, zapomnienie o problemach czy też mało realnych pragnieniach i obawach. Poddajemy się tej fali senności bez sprzeciwu, rozumiejąc iż widocznie nasze organizmy tego właśnie potrzebują.

   Niedawno skończyliśmy zwózkę, cięcie i rąbanie drewna na zimę. Posprzątaliśmy ogród. Posadziliśmy czosnek. Wyczyściliśmy komin. Zrobiliśmy kilka nowych okien w budynku gospodarczym. Och, długo by wymieniać! Prawie codziennie chodzimy na spacery z naszymi kózkami, które wciąż jeszcze wynajdują sobie coś zielonego do zjedzenia. Teraz ich smakołykiem są liście jeżyn oraz owsiana trawa - samosiejka na polu sąsiada. Urosły, nieco spoważniały i uspokoiły się, ale nadal są jeszcze zbyt młode na dopuszczenie do capka. Pewnie stanie się to dopiero na wiosnę. Oby tylko był jeszcze wówczas jakiś kawaler dla nich w pobliżu, bo ten który jest dostępny teraz zostanie przez sąsiada zjedzony w grudniu!

   Być może zauważyliście na naszym blogu kilka zmian. Np. zniknęły pomarańczowe zakładki u góry tej strony z opublikowanymi tu wcześniej opowiadaniami i wierszami. Nie ma ich również w archiwum bloga. Postanowiliśmy, że odtąd charakter tej strony będzie bardziej pamiętnikarski, refleksyjny, fotograficzny a przede wszystkim relacjonujący nasze życie codzienne oraz przemyślenia związane z interesującymi nas problemami czy zjawiskami. A dlaczego tak właśnie? Po pierwsze oboje mamy ochotę na wprowadzenie tu czegoś innego niż do tej pory. Chcemy jak gdyby zacząć tu wszystko od nowa. Począwszy od zmiany wyglądu bloga a skończywszy na treści. Czasem nie da się zmienić w życiu spraw zasadniczych, a wówczas jako erzatz pozostają drobne przemeblowania,  dekoracje, porządki. I to wystarcza, bo musi wystarczyć. Zapewne i Wy znacie takie stany z własnych doświadczeń?.
A po drugie okazuje się, że teksty literackie na blogu to bardzo łatwy łup dla wielu łowców cudzych pomysłów i wszelakiej twórczości. Niczym są wszelkie zabezpieczenia przeciw kopiowaniu treści. Niczym prośby o uszanowanie własności autorskiej. Okazuje się, że to, co raz się w Internecie ukazało przez większość traktowane jest jako dobro wspólne, czyli niczyje i prawie niemożliwe jest potem dowiedzenie praw autorskich do własnych tekstów. Także wielu wydawców czy też organizatorów konkursów literackich nie życzy sobie, niestety, by nadsyłać im teksty już gdziekolwiek publikowane (także w Internecie).
  Wcześniej nie mieliśmy z Cezarym pojęcia o tym wszystkim i naiwnie wierzyliśmy, że prowadzenie bloga literackiego nie jest głupim pomysłem. Ale okazuje się, iż na wszystko jest miejsce i na wszystko pora. Człowiek uczy się na błędach i wyciąga wnioski.
   Dlatego teraz będzie tu trochę inaczej, miejmy nadzieję, iż nie gorzej, i że niezrażeni powyższymi zmianami nadal zechcecie odwiedzać to nasze miejsce „Pod tym samym niebem”. Wprawdzie nowe posty nie będą się tu zbyt często pojawiać, tym niemniej blog będzie żył swoim niespiesznym, spokojnym rytmem dwojga wędrowców, którzy na razie zzuli buty i odpoczywając mają ochotę by spotkać się z Wami, zajrzeć w Wasze światy, opowiedzieć co nieco o sobie i świecie. Powspominać. Snuć w cieple jakąś jesienno - zimową historię...

Pozdrawiamy Was bardzo serdecznie!


Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia