Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowa piosenki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowa piosenki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 lutego 2024

Cofnięci do średniowiecza…

 

  


  Ano stało się! Po wielu latach niezapadania na żadne grypy i przeziębienia, przyszła kryska na Matyska! Od niedzieli toczy mnie jakoweś choróbsko, co to się nie wiadomo jak i skąd przypałętało. Może to od tego łażenia po bezdrożach i śpiewania spotkała mnie taka kara boska na bieżąco? Trzeba było grzecznie w chałupie siedzieć a nie jak szalona rusałka czy południca nie wiadomo po co po polach lutowych latać.  Ale tak miło się latało…



   Najpierw dopadła mnie wysoka gorączka i lekki ból gardła. To tak ścięło z nóg, że prawie całą niedzielę i poniedziałek przespałam. Teraz dokucza mi niewielka temperatura, ale gardło boli tak, że łykanie czegokolwiek stanowi ogromne wyzwanie.  Jako, że w domu zawsze mamy sporo różnych medykamentów na wszelki wypadek od razu w ruch poszła polopiryna i witamina C, olejek z oregano, płukanie gardła solą, pędzlowanie onego gencjaną, popijanie ziółek czy gorącego mleka z miodem i czosnkiem albo herbatek z sokiem malinowym i cytrynowym, imbirem, cynamonem i miodem. A do tego najważniejszy zawsze naturalny medykament, czyli wygrzewanie się pod kołdrą, przesypianie większości dnia oraz czuła opieka zatroskanego męża.

   To wszystko powinno pomóc. Pomogło jednak na tyle, że gorączka już odpuściła, ale zostało osłabienie, czerwone jak po oparzeniu i bardzo bolesne gardło a do tego suchy, męczący kaszel i kłopoty z mówieniem. We wtorek zdecydowałam zatem, ze przydałaby się jednak pomoc lekarza. No bo może antybiotyk by się tu nadał albo coś równie mocnego? Od wielu lat nie zażywałam żadnych antybiotyków, bo po prostu byłam zdrowa i nie potrzebowałam ich. Do przychodni rejonowej też rzadko chadzałam, bo nie było po co. Człowiek szczęśliwy jak tam iść nie musi. Jednak nie chodząc, nie zdaje sobie sprawy jak ciężko się do lekarza teraz dostać. Okazuje się, że panie w rejestracji mogą danego dnia zarejestrować na wizytę lekarską ściśle określoną ilość pacjentów. I nie wolno im tej ilości przekraczać. Takie są procedury. Na dodatek listy chętnych do lekarza wolno im tworzyć tylko na dwa kolejne dni z rzędu. Jeśli brak na nich już miejsca trzeba próbować zapisać się na kolejną listę. Za dwa dni. Próbowałam po dwakroć ( wisząc na słuchawce prawie godzinę, bo tylu wydzwania do nich pacjentów) i niestety, nie załapałam się.  Przychodnie to dzisiaj istne twierdze. A co mają począć pozostawieni sami sobie pacjenci? Cóż. Udać się do apteki i zakupić cokolwiek, co da się bez recepty dostać. Ale bez gwarancji, że to pomoże, bo tak naprawdę przydałoby się by lekarz człowieka obejrzał i przepisał mu coś konkretnego. Tak stwierdziła mądrze znajoma pani farmaceutka, gdy chrypiąc i kaszląc kupowałam u niej tabletki do ssania, syrop i pastylki przeciwgorączkowe do rozpuszczania w wodzie.  Cóż. Zgadzam się ze stwierdzeniem miłej pani farmaceutki w zupełności, ale wiśta wio, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić!

   Dziś rano poczułam się wreszcie nieco lepiej, ale z kolei Cezary poczuł się gorzej. Znowu w ruch idą domowe środki leczenia oraz te wszystkie medykamenty, które mamy pod ręką. W średniowieczu wszak ludzie tylko tak się leczyli i jakoś się wszystko kręciło. No, ale wówczas można było jeszcze z porady jakiej mądrej babki czy znachorki skorzystać, o ile ich wcześniej na stosie nie spalono… Ha!  Dzisiaj cywilizacja pełną gębą! Cud, miód i malina! To może by do przychodni się umówić? Szkoda gadać! Po godzinie oczekiwania na sygnał zgłoszenia dowiedziałam się, że być może na początku przyszłego tygodnia zwolnią się jakieś miejsca. Trzeba dzwonić…Ech, to wszystko zdaje się niczym sen wariata albo fragment utopijnej powieści F. Kafki „Zamek”.

 


   W przystępie weny oraz wisielczego humoru napisałam zatem poniższą pioseneczkę. Nucę ją sobie rzecz jasna w myślach. Bo głośny śpiew w obecnym stanie mojego gardła absolutnie jest niemożliwy.

Słowa pasują do melodii szlagieru Maryli Rodowicz „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”.


Dziś prawdziwych lekarzy już nie ma…


Dziś prawdziwych lekarzy już nie ma

Do przychodni się dostać to cud

Pókiś zdrowy to obcy ci temat

Lecz w chorobie pomocy chcesz łut

Pókiś zdrowy to obcy ci temat

Lecz w chorobie pomocy chcesz łut

 

Ideały poszły w dal

Dziś w ich miejscu został szmal

Tylko ludzi, tylko ludzi

Tylko ludzi, chorych ludzi żal

Hipokrates – z grobu wstań

Bractwu w kitlach wykład daj

By ponownie zrozumieli

Że są po to aby służyć nam!

 

Dziś prawdziwych lekarzy już nie ma

Procedury zajęły ich tron

Biurokracji się szerzy gangrena

Służba zdrowia jest zimna jak szron

Biurokracji się szerzy gangrena

Służba zdrowia jest zimna jak szron…

 

Ideały poszły w dal

Dziś w ich miejscu został szmal

Tylko ludzi, tylko ludzi

Tylko ludzi, chorych ludzi żal

Hipokrates – z grobu wstań

Bractwu w kitlach wykład daj

By ponownie zrozumieli

Że są po to aby służyć nam!

 

Dziś prawdziwych lekarzy już nie ma

Lecz choroby do człeka wciąż lgną

Radzić sobie samemu więc trzeba

A medycy w swych twierdzach niech tkwią

Radzić sobie samemu więc trzeba

A medycy niech w twierdzach swych tkwią

 

Ideały poszły w dal

Dziś w ich miejscu został szmal

Tylko ludzi, tylko ludzi

Tylko ludzi, chorych ludzi żal

Hipokrates – z grobu wstań

Bractwu w kitlach wykład daj

By ponownie zrozumieli

Że są po to aby służyć nam!

 

                           

                                                            podkład muzyczny do samodzielnego śpiewania

                    

                                          

sobota, 10 lutego 2024

Gdy mało słońca

 


 

   Gdy mało jest słońca w lutym, gdy błękit na niebie rzadkim jest gościem, gdy deszcz prawie nie ustaje, od wielu dni trwają roztopy i błota a daleko jeszcze do przedwiośnia, wówczas na Pogórzu rozciąga się wokół uśpiona, pełna melancholii przestrzeń. Leciutki wietrzyk przeczesuje fale rudych traw na łące. Kępki zeszłorocznej, martwej zieleni ścielą się pod nogami pokonane lodowatym dotykiem zimowej rzeczywistości. Po niebie suną powoli pozbawione konturów, rozmyte, szarosrebrne obłoki. Gdzieniegdzie nieśmiało przebłyskują spoza nich nie mogące przebić się wyraźniej promyczki odległego światła. W kałużach i rozlewiskach przeglądają się nostalgicznie bezlistne, czarne sylwetki drzew. Grząskie drogi wiodą w dale, którymi teraz nikt nie chodzi, bo i po co? Dale te okryte są gęstą mgłą, zapewniającą spokój i bezpieczeństwo zasłoną.



   Lepkie, wilgotne powietrze otula tę niby martwą, ale przecież pełną ukrytego życia rzeczywistość. Życia, które odpoczywa schowane w czeluściach opiekuńczej ziemi i nieśpiesznie nabiera sił przed następnym dzianiem. Życia, które potrzebuje tej chwili niebytu aby tym bardziej docenić potem i na nowo pokochać byt. By wtedy, kiedy ocknie się za jakiś czas z letargu znowu pokazać swą moc, barwy i zapachy. Lecz teraz jeszcze na to nie pora. Niech sobie wszystko spokojnie śpi…Aż zatęskni za nową przygodą. Za nową wiosną, która zapanuje, gdy zdecyduje o tym magia słońca…



   W chwilach takich jak ta, gdy nic się nie dzieje a dokoła rozciąga się bezkres przypominających morze pofalowanych, lecz znieruchomiałych traw nachodzi mnie nastrój podobny do tego, jaki panował pod koniec „Władcy pierścieni”. To mieszanina żalu i tęsknoty, słodyczy i goryczy, pogodzenia z tym co jest, ale i marzenia by było coś jeszcze bo przecież być musi...  Wędrując po tych sennych, lutowych polach nucę sobie piosenkę pt. „Into the West”, głęboko zapadającą w ucho i w duszę a napisaną i skomponowaną przez Annie Lennox, pieśń wieńczącą trzecią cześć trylogii Tolkiena…



   Wiele lat temu ten utwór zachwycił mnie, wręcz zaczarował a teraz udało mi się napisać do niego polskie słowa, w jakiejś mierze oddające jego charakter i atmosferę.  Śpiewam więc sobie cichutko a słyszy mnie tylko wiatr, mgła i bezkres oceanu uśpionych traw…

 


Na zachód…

Połóż się

I odpocznij już

Noc zapada

Po wyprawach opadł kurz

Śpij więc

I o śmiałkach dawnych śnij

Ich melodia

Spoza dali srebrnej brzmi

Dlaczego łkasz?

Czy łzy na twarzy dziś masz?

Niedługo wiem

Przestaniesz się już bać

W ramionach mych

Zaśnij bezpiecznie

Aż ujrzysz znów

Na horyzoncie

Mew śmigłych rój

Mórz toń

Księżyc się skrzy

Statki czekają

Popłyniesz tam

Gdzie dom Twój wciąż trwa

Wody blask

Dusze we mgle

Wszystko przemija

W ciemną noc

Snu kres

Kiedy dnia już brzask

Bledną cienie

Znika pamięć, ginie czas

Nie mów mi

Że podróży zew już zgasł

Bo białe brzegi

Przyzywają znowu nas

Spotkamy się

Jeszcze tam

A teraz zaśnij

W ramionach mych

Śpij już bezpiecznie

Aż ujrzysz gdzieś

Swój dom

Zobaczysz znów

Na horyzoncie

Okrętów cień

I mew śmigłych rój

Po prostu śpij

Aż srebrny blask

Zalśni w szkle wody

Statki znów

Na zachód mkną…




poniedziałek, 30 października 2023

Księżycowa rzeka...

 



   Posłuchajcie piosenki z moim tekstem. Własnie dzisiaj jest jej premiera na YT i Spotify. Jakiś czas temu nawiązała ze mną współpracę pochodząca z mego rodzinnego Śląska aktorka i piosenkarka Magdalena Daniel i to ona jest jej wykonawczynią. Autorem muzyki jest Jakub Dzierżanowski. Cieszę się, że nareszcie ktoś zainteresował się moimi tekstami i wierszami. Od dawna marzyłam o tym, bo ktoś napisał do nich muzykę i zaśpiewał w profesjonalny sposób. I stało się!  A za miesiąc ukaże się kolejna piosenka z moim tekstem. Oczywiście dam Wam znać o tym. A póki co, posłuchajcie "Księżycowej rzeki" i napiszcie, co o niej sądzicie...




Księżycowa rzeka


Gdzieś drogą mleczną rzeka mknie
I chyba o tym wie, że ja
Tu w dole czekam
Jej blask z daleka
Dostrzegam, gdy ona się wije
Wśród gwiazd


Przeminą chwile dobre, złe
Złudzenia znikną hen we mgle
A tajemniczy kot otrze się
Wymruczy imię swe
I zaprowadzi mnie nad rzekę
W jej czar


Gdy srebrny, księżycowy nurt
Ogarnie kiedyś mnie wśród chmur
Spleceni w jedno
Wpłyniemy w ciemność
By za nią się rozlać
W tęczowy snu świat


Przeminą chwile dobre, złe
Złudzenia znikną hen we mgle
A tajemniczy kot otrze się
Wymruczy imię swe
I zaprowadzi mnie nad rzekę
W jej czar…


P.S.
Wszyscy kiedyś odejdziemy...Kiedy? Gdzie? Któż to może wiedzieć. Ale pięknie byłoby, gdyby w to nieznane miejsce, w magię bezkresnej, księżycowej rzeki zabierał nas tajemniczy kot, przy którym czulibyśmy się spokojnie i bezpiecznie...

* Tekst tej piosenki publikowałam kiedyś na blogu w poście pt.Blisko natury 

wtorek, 20 września 2022

Pogoda zupowa…

 



 

   Leje, wieje, zimno. Przełom lata i jesieni nie rozpieszcza nas dobrą pogodą. Ale nie narzekam, bo deszcz przecież bardzo potrzebny. Na przenikający przez ściany wilgotny chłód też jest rada. Od świtu palę pod kuchennym piecem i grzeję na nim wczorajszy krupnik. Taka zupa to idealne śniadanie oraz obiad w pochmurny, niezachęcający do wychodzenia na dwór czas. Psy śpią na swoich legowiskach jak zabite. Rano wyszły na dwór tylko na moment, aby zostawić naturze ponocne prezenty a potem w te pędy wracały do domu. Tu czekała na nie troskliwa pańcia wraz z wielkim prześcieradłem, którym zawsze wyciera ich zmoczone futerka. Na hasło: wytrzemy!” pchają się do pańci na wyścigi i podtykają grzbiety oraz główki, traktując pewnie te wycierania niczym kolejną, należną im pieszczotę. Bo pieszczot zawsze im mało, wiadomo! Trzeba je jeszcze wygłaskać, wytarmosić liniejące bez ustanku kudełki, wysmyrać…Jejku, jejku! No już, już. Zadowolone wskakują na kanapę albo leżankę obok. Pokręcą się, powiercą i już za chwilę dobiega stamtąd ich spokojny, głęboki oddech albo i chrapanie…


 

   W międzyczasie krupniczek zdążył się zagotować, więc z przyjemnością zajadamy go z Cezarym racząc się nim powoli…Zdałyby się do zupy jakieś prawdziwki czy podgrzybki, ale w tym roku nie widziano grzybów w naszych lasach. Takie są pewnie skutki drastycznie suchego lata. 



 

   Dobrze żeśmy przed tą deszczową porą zdążyli sporo drewna z naszego lasu nawieźć. W trosce o następną jesień i zimę kupiliśmy też trochę buka i brzozy. Trzeba to wszystko pociąć i połupać, ale na razie grube bale muszą poczekać aż przestanie tak lać. Ale przecież nie będzie padać bez przerwy. Na pewno jeszcze tej jesieni zdarzą się słoneczne, przyjemne dni, w trakcie których da się popracować na podwórku, zrobić porządek ze wszystkim, ostatni raz skosić trawę, posprzątać liście itd.


 


   Lecą z drzew dojrzałe i wielkie gruszki bery. Jak zawsze o tej porze roku obieramy je, kroimy i pakujemy do słoików, w których zalane słodko-kwaśnym, korzennym wywarem i porządnie zapasteryzowane będą zjadane ze smakiem w trakcie nadchodzącej zimy. Ślicznie czerwienieją już maleńkie owocki berberysu. Może spróbuję dodać je do tegorocznych przetworów gruszkowych. Podobno berberys ma mnóstwo zdrowotnych właściwości. Sporo jest też w ogrodzie fioletowych winogron i rubinowych malin. Na razie zajadamy je na świeżo. Jest nadzieja, iż uda się zebrać ich nieco na sok albo dżem.





 

   Spoglądam na smacznie śpiącą Misię. Na szczęście nie wylizuje sobie zranionej parę dni temu łapki, w związku z czym nie muszę jej nakładać znienawidzonego kołnierza ochronnego. Widać, że wszystko dobrze się na niej goi, zaordynowany przez weta antybiotyk działa i za parę dni będzie można jej zdjąć szwy. 


 

   A co się jej właściwie stało? Otóż co jakiś czas przybiega pod naszą bramę pies z sąsiedztwa. Biega wzdłuż niej i irytuje nasze psy. A najbardziej Misię, która nie widząc obcego psa a tylko go wyczuwając denerwuje się i podskakuje wysoko albo pyszczek między siatkę usiłuje wciskać żeby dosięgnąć tamtego zuchwalca i go capnąć. I niestety, ostatnio zdarzyło się, iż podskoczywszy wysoko opadła na okucie bramy, które okazało się tak podstępnie ostre, że poważnie rozcięło jej łapę. I to w samym jej zgięciu. Głęboka rana koniecznie wymagała szycia, który to zabieg wykonał jej pod narkozą sympatyczny, młody weterynarz z odległego od nas o ok. 20 km Dynowa.  Ale ileż się naczekaliśmy żeby wejść do gabinetu! Mnóstwo psów i kotków wpuszczanych było przed nami, bo kolejka do lekarza ciągnęła się od dłuższego czasu. Okazało się, że wcześniej w lecznicy przez kilka godzin nie było prądu, więc wszelkie planowane zabiegi musiały być odłożone. Potem, już w trakcie naszego czekania znowu wszystko zgasło a ponieważ na zewnątrz zapadł już zmrok nagle wszyscy znaleźliśmy się w ciemnościach egipskich. Na szczęście wkrótce prąd wrócił, ale te parę chwil w spędzonych w głębokiej czerni rozjaśnianej tylko światłem telefonów komórkowych po raz kolejny uświadomiło mi jak ogromnym problemem mogą się stać dłuższe wyłączenia elektryczności. Oby ich nie było!  


 

  Jak już Misia leżała na stole zabiegowym zgadaliśmy się z doktorem, że i on ma niewidomego psa, który tak jak nasza psina zazwyczaj wspaniale radzi sobie ze wszystkim i nikt nie poznałby po nim, że coś jest z nim nie tak. Ktoś parę lat temu przyniósł mu ślepego szczeniaka do uśpienia a on wziął go do siebie i wychował razem z resztą swej psiej czeredy. Jak wet opowiadał mi swoją historię, to jakbym o naszej słuchała…Siedzieliśmy w jego gabinecie do późnej nocy i gwarzyliśmy o wielu sprawach, ciesząc się, iż mamy bardzo podobne spojrzenie na rzeczy, które dzieją się teraz w naszym kraju i na świcie.


 

   Szkoda, że nie będziemy mogli już sobie w ten sposób porozmawiać z naszym dawnym, starym doktorem z pobliskiego miasteczka. Że nie będziemy mogli do niego pojechać i o każdej porze dnia albo nocy  móc liczyć na jego życzliwą troskę i pomoc. Niestety, tego roku gmina nie przedłużyła mu umowy o najem gabinetu i doktor wraz z żoną, także weterynarzem, zmuszony był zakończyć swoją działalności i wyprowadzić się daleko stąd, gdzieś aż za Przemyśl. Dzwoniłam do niego niedawno chcąc się dowiedzieć jak znosi tą przymusową, zesłańczą emeryturę. Kiepsko…Praca w lecznicy była dla obojga całym ich życiem. Nie potrafią sobie teraz znaleźć zajęcia ani celu. Smutni i zgorzkniali z żalem wspominają minione czasy. Mam nadzieję, że jak przywykną do obecnej sytuacji, to zdołają znaleźć w sobie dawną iskrę, dokopać się do swych zapomnianych pasji a może nawet otworzyć przy domu jakiś malutki gabinecik weterynaryjny. Czas pokaże. Byleby zdrowie im dopisywało…Jako i nam wszystkim.


 

   A wracając do  Misi, to  ładnie teraz zdrowieje, a niebezpieczne części bramy Cezary będzie musiał jakoś zeszlifować albo przygiąć, żeby się więcej takie wypadki nie zdarzały. Bo namolne psisko z sąsiedztwa na pewno nie raz jeszcze przybiegnie pod nasz płot a więc powodów do irytacji Misi oraz reszcie ferajny nie zabraknie!


 

   Spoglądam przez okno. Czyżby przestało padać? Ale niebo nadal zaciągnięte a na zaokiennym termometrze zaledwie kilka stopni. Brr! Trzeba dołożyć drew do pieca. I zjeść jeszcze jedną porcję krupniczku…Mniam!:-)


 

   Muzyczną ilustracją tego jesiennego w nastroju posta niech będzie podesłana mi ostatnio przez Marytkę piękna piosenka pt. „Si jamais j’oublie” („Jeśli kiedykolwiek zapomnę”)śpiewana przez francuską piosenkarkę  o pseudonimie Zaz. Utwór ten ma bardzo mądre, trafiające do serca słowa oraz wpadającą w ucho melodię. Poniżej fragment tłumaczenia tekstu oraz piosenka.

"Przypomnij mi tamten dzień i rok, Przypomnij jaka była pogoda. A gdybym zapomniała możesz mną potrząsnąć. A jeśli zechcę odejść uwięź mnie i wyrzuć klucz. Uszczypnij mnie i powiedz jak się nazywam. (...) Przypomnij mi me sny najbardziej szalone. Przypomnij mi łzy uronione. Jak uwielbiałam śpiewać. Gdybym zapomniała..."


Przypomnij mi tamten dzień i rok Przypomnij mi, jaka była pogoda A gdybym zapomniała Możesz mną potrząsnąć A jeśli zechcę odejść Uwięź mnie i wyrzuć klucz Uszczypnij mnie I powiedz jak się nazywam Gdybym kiedykolwiek zapomniała tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem, po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie przyrzekłam Przypomnij mi me sny najbardziej szalone Przypomnij mi łzy uronione Jak uwielbiałam śpiewać, gdybym zapomniała Jeśli kiedykolwiek zapomnę tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem i po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie obiecałam

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,zaz,si_jamais_j_oublie.html

 


Przypomnij mi tamten dzień i rok Przypomnij mi, jaka była pogoda A gdybym zapomniała Możesz mną potrząsnąć A jeśli zechcę odejść Uwięź mnie i wyrzuć klucz Uszczypnij mnie I powiedz jak się nazywam Gdybym kiedykolwiek zapomniała tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem, po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie przyrzekłam Przypomnij mi me sny najbardziej szalone Przypomnij mi łzy uronione Jak uwielbiałam śpiewać, gdybym zapomniała Jeśli kiedykolwiek zapomnę tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem i po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie obiecałam

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,zaz,si_jamais_j_oublie.html
Przypomnij mi tamten dzień i rok Przypomnij mi, jaka była pogoda A gdybym zapomniała Możesz mną potrząsnąć A jeśli zechcę odejść Uwięź mnie i wyrzuć klucz Uszczypnij mnie I powiedz jak się nazywam Gdybym kiedykolwiek zapomniała tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem, po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie przyrzekłam Przypomnij mi me sny najbardziej szalone Przypomnij mi łzy uronione Jak uwielbiałam śpiewać, gdybym zapomniała Jeśli kiedykolwiek zapomnę tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem i po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie obiecałam

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,zaz,si_jamais_j_oublie.html
Przypomnij mi tamten dzień i rok Przypomnij mi, jaka była pogoda A gdybym zapomniała Możesz mną potrząsnąć A jeśli zechcę odejść Uwięź mnie i wyrzuć klucz Uszczypnij mnie I powiedz jak się nazywam Gdybym kiedykolwiek zapomniała tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem, po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie przyrzekłam Przypomnij mi me sny najbardziej szalone Przypomnij mi łzy uronione Jak uwielbiałam śpiewać, gdybym zapomniała Jeśli kiedykolwiek zapomnę tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem i po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie obiecałam

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,zaz,si_jamais_j_oublie.html

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost