Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jajka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2014

Jajka nad jajkami!



 


  
   Właśnie zaczął się słoneczny, ciepły kwiecień. Cały czas spędzamy teraz na dworze. Nie chce się w domu siedzieć, gdy na zewnątrz tyle koniecznych do wykonania prac, tyle interesujących rzeczy i zjawisk do obserwacji. Wiele razy w ciągu dnia przystajemy z mężem przy drewnianym płotku oddzielającym nasz ogród od prawie dwudziestoarowego wybiegu dla kur. Przyglądamy się im z ogromną przyjemnością i fascynacją. To barwnie upierzone, bardzo ciekawe, niezwykle ruchliwe i sprytne, zielononogie stworzenia. Biegają po ogrodzie pogdakując, pokrzykując radośnie i wyszukując sobie jakieś wiosenne smakołyki. Kłócą się ze sobą albo przechadzają się w parach, gwarząc cicho o swoich kurzych sprawach. A już za chwilę uciekają przed swymi zazdrosnymi siostrami, niosąc w dziobkach swoje cenne zdobycze – tłuste robaczki i świeże trawki. Potrafią przefrunąć nad płotem i oddalić się bardzo daleko od kurnika aby znaleźć coś ciekawego do jedzenia. Zielononóżki kuropatwiane mają w sobie wiele dzikości i niezależności, jak przystało na kury powiązane genetycznie z kuropatwami. To obok czubatek polskich najstarsza, polska rasa kur, która pod nazwą Zielononóżka została opisana po raz pierwszy w czasopiśmie “Hodowca drobiu” przez Bronisława Obfidowicza w 1879 roku, a grupę tych kur wystawiono po raz pierwszy pod nazwą Zielononóżki na Krajowej Wystawie we Lwowie w 1894 roku



   Czy rzeczywiście zielononóżka kuropatwiana jest podobna do prawdziwej kuropatwy? Ma nieco podobny, jasnobrązowy z domieszką szarości kolor upierzenia. A jej szaro-brązowe pisklęta ze względu na charakterystyczną pręgę na grzbiecie przypominają trochę pisklęta kuropatw. Ponadto kurki te są płochliwe i lekkie jak kuropatwy. Dlatego przefruniecie kilkudziesięciu metrów nie stanowi dla nich żadnego problemu. Skóra tych kur jest bardzo gruba a mięso przypomina mięso dzikiego ptaka. Jest ciemnoczerwone, umięśnione, zawiera niewiele tłuszczu. 



   Zielononóżki nie nadają się do chowu w zamknięciu. Mają wielką potrzebę wolności, ruchu i swobody przemieszczania się. Zamknięte stają się osowiałe, smutne albo bardzo agresywne. Czasami jednak musimy zamykać je na wiele godzin w kurniku, gdy wyjeżdżamy z domu na kilka godzin i chcemy ustrzec je przed atakiem jastrzębia, orła czy myszołowa, których to drapieżników jest, niestety, w naszych okolicach mnóstwo! Jakże się cieszą, gdy wracamy i otwieramy drzwiczki ich kurzego domu. Popiskując i pokrzykując ze szczęścia na wyścigi wyfruwają z pomieszczenia, omal tak samo entuzjastycznie, jak znudzone długimi lekcjami dzieci opuszczające progi szkoły.

   Często zwabione przez charakterystyczne nawoływania sprytnego koguta podchodzą do korytek, mniemając, iż gospodyni, czyli ja, dała im kolejną porcję ich ulubionej mieszanki ziemniaków, pszenicy i owsa. A to tymczasem jurny pan kogut miał chętkę na chwilę niewybrednych amorów! A na obiad trzeba jeszcze cierpliwie poczekać! 


   Zielononóżka nie znosi tak dużo jaj, jak kury innych ras ("urobek" jednej kury to zazwyczaj od 140 do 180 rocznie).Jednak dzięki temu, iż ptaki te mają więcej czasu na wytworzenie w sobie jaja spokojnie nasycają go mnogością cennych składników mineralnych i witamin, które pochodzą z naturalnego środowiska, nieskażonego żadnymi przemysłowymi czy też manipulowanymi genetycznie dodatkami.
   Nawiasem mówiąc, jakość tego, co jedzą kurki ma ogromny wpływ na jakość, kolor, zapach i smak ich jajek. Chciałabym by każdy, kto ma okazję ich spróbować nie wahał się, gdyż różnica smakowa między tymi jajkami a sklepowymi jest mniej więcej taka, jak między mlekiem od krowy a tym z kartonika! Ale liczą się oczywiście nie tylko zalety smakowe. Najważniejsze jest to, że to po prostu bardzo zdrowe jajka, które mogą, a nawet powinny jeść osoby dbające o siebie, świadome roli zdrowej żywności w diecie, nadwrażliwe na inne pokarmy (także ze skazą białkową, gdyż te jajka nie uczulają!), pacjenci po chemioterapii, ludzie cierpiący na problemy z sercem i miażdżycą, wszelkiego typu rekonwalescenci oraz dzieci .



   Jajko zielononóżki kuropatwianej, to najlepsze źródło aminokwasów, kwasów tłuszczowych, witamin i związków mineralnych. Zawiera ono aktywne biologicznie składniki działające antybakteryjnie i przeciwzapalnie, podnoszące odporność organizmu oraz zapobiegające starzeniu się komórek. Żółtko tych jaj zawiera mniej cholesterolu niż żółtko innych jaj a także dużą dawkę kwasów Omega 6. Kwasy z grupy Omega-6 wpływają na wzrost, gojenie ran, czynności nerek i wątroby oraz zapobiegają zakażeniom. Idealna dieta ludzka powinna charakteryzować się jak największą zawartością kwasów n-3, a stosunek kwasów n-6 do n-3 powinien być na poziomie 5:1. Stosunek n-6 do n-3 w żółtku jaja kur Zielononóżek jest na poziomie od 9:1, a więc dwukrotnie lepszy niż w jajkach powszechnie sprzedawanych w sklepach. Zawartość wielonasyconych kwasów tłuszczowych poprawia pamięć i zapobiega chorobom układu nerwowego. W żółtku występuje immunoglobulina Y, która jest znanym ciałem odpornościowym.  Jednym z najdoskonalszych czynników jest lizozyn – naturalny antybiotyk występujący w białku, który powoduje, że białko pozostawione w środowisku najbardziej zjadliwych bakterii nie ulega zakażeniu. Ostatnim odkryciem naukowców w tych jajach jest nystatyna – substancja hamująca rozwój nowotworów!



   Jajka kur zielononóżek są nieco mniejsze od „normalnych” jaj, mają barwę jasnokremową, beżową lub białą i wyjątkowe wartości odżywcze, albowiem właściwie zawierają one wszystko, co jest nam potrzebne do życia (z wyjątkiem witaminy C)! Mają bogaty skład witamin głównie B12 (odgrywa rolę w regulacji przemiany materii, chroni przed stresem i wpływa na poprawę samopoczucia), witaminę E (która zaliczana jest do silnych przeciwutleniaczy – chroni komórki przed działaniem wolnych rodników, a przez to opóźnia procesy starzenia i zmniejsza ryzyko rozwoju zmian nowotworowych), witaminę D (odgrywa istotną rolę w metabolizmie tkanki kostnej i zębów), witaminę A (korzystnie wpływa na wzrok i chroni przed szkodliwym wpływem promieniowania ultrafioletowego), witaminę K (wpływa na procesy krzepnięcia krwi) oraz wiele mikroelementów takich jak: potas, siarka, fosfor, wapń, magnez, cynk, żelazo.



   Wspomniałam, iż jajka zielononóżek są mniejsze, niż jajka zwykłych kur( ważą mniej więcej od 54 - do 59 g). Jednak to, że jajka te są mniejsze oznacza, iż zawierają one tylko mniej białka niż jaja zwykłych kur. Natomiast żółtko jest przeciętnej wielkości. Jego barwa jest bardziej żółta niż żółtek innych jajek. Dlatego dodatek tychże jaj do wypieków dodaje im głębszej, szafranowej barwy. Także jajecznica wygląda na zdecydowanie żółtszą niż ta ze sklepowych jaj. O jej smaku nic nie powiem, bo w ogóle trudno jest opisać smak. Ale prawie wszyscy nasi goście poczęstowani nią w naszym jajecznym El Dorado wychwalali ją pod niebiosa i nie mieli nic przeciwko dokładkom! Nawet moje sąsiadki –  gospodynie wiejskie hodujące zwykłe kury, po spróbowaniu zielononóżkowych jaj zgodnie orzekły, że są one o niebo lepsze niż jaja ich własnych kur!  A ciężko im było się do tego przyznać, ponieważ to osoby o dość tradycyjnych upodobaniach, zazwyczaj niechętnie podchodzące do wszelkich nowości i ciekawostek kulinarnych. Ich opinia miała dla mnie ogromne znaczenie, ponieważ  jako osoba z miasta ufam ich doświadczeniu i wiedzy. 



   Jakiś czas temu, zimą zdarzyło się, że moje kurki niosły się tak słabo, iż nie miałam jaj by upiec ciasto. A tymczasem spodziewałam się gości i musiałam stanąć na wysokości zadania. Chcąc nie chcąc nabyłam w delikatesach dziesięć zwykłych jaj i zabrałam się do ukręcania koglu moglu na babkę ucieraną ze śliwkami na wierzchu. W momencie, gdy wbijałam żółtka do miski doszedł do mnie dziwaczny, nieprzyjemny zapach.

 -Ki pieron? – pomyślałam – Czyżby jajca były zepsute?

Czym prędzej zawołałam Cezarego. Ten także pochylił się nad miską z niejakim obrzydzeniem a potem stwierdził, że z tymi jajkami pewnie nie ma nic złego a to tylko my odwykliśmy zupełnie od tych sklepowych jaj z wielkich farm i teraz wyraziściej czujemy w nich te wszystkie dziwne dodatki, antybiotyki i chemię! Ciasto wyszło mi też takie sobie. To znaczy goście jedli i nie skarżyli się, natomiast ja cały czas czułam w nim coś sztucznego.



   Jemy z mężem jajka naszych kurek codziennie, w sporych ilościach, pod różną postacią. A to na twardo, a to na miękko. A to jajecznicę a to sadzone czy omlety. Są także głównym składnikiem wszelkich sałatek. Często piekę ciasta i ciasteczka z ich dodatkiem a ostatnio przebojem w naszym domu jest gesty, kremowy, niebiański wręcz ajerkoniak. Dzięki tym jajkom prawie zupełnie wyeliminowaliśmy mięso z naszej diety, ponieważ jakoś zmalała nam ochota na inne źródła białka. 



   Czy jesteśmy zdrowi? Czy takie ilości zjadanych jaj nie zaszkodziły nam w jakiś sposób? No cóż! Czujemy się bardzo dobrze! Z trawieniem żadnych problemów. Apetyty dopisują nam aż za bardzo! Mamy siłę do pracy i pogodę w sercu. Prawie wcale się nie przeziębiamy. I co najważniejsze, chyba zupełnie nie wyglądamy na swoje lata!  



   Przypominam sobie, że kilkanaście miesięcy temu na targu w Rzeszowie, w podobnym jak teraz, przedświątecznym czasie wiele osób kupowało od nas jajka mówiąc, że chociaż na święta chcą sobie dogodzić i zjeść coś naprawdę zdrowego i pysznego. Bo dość mają na co dzień tej plastikowej, byle jakiej żywności, do spożywania której zmusza ich trudna sytuacja materialna i coraz bardziej utrudniony dostęp do tego, co naprawdę ekologiczne i godne zaufania. Z radością wręczaliśmy im pudełka jajek zielononóżek kuropatwianych, z pełną odpowiedzialnością życząc Zdrowych, Wesołych Świąt!



Powyższy tekst napisałam ze względu na rosnące zainteresowanie jajkami z mego gospodarstwa oraz liczne pytania, które otrzymywałam od chętnych na ich kupno osób.



niedziela, 2 marca 2014

Jajcany interes…





   Jak to człowiekowi nigdy dogodzić nie można! Najpierw narzekaliśmy, że nasze kurki niosą się bardzo słabo. W grudniu i styczniu znajdowałam w gniazdach zaledwie po kilka jaj. A ewentualnych, chętnych na nie odbiorców musiałam prosić o cierpliwość. I o pojawienie się u nas wiosną. Wiadomo, że gdy zimno i nie ma czego z ziemi wygrzebać, to kury nawet nie mają ochoty z kurników wychodzić. A poza tym one też muszą kiedyś od znoszenia jajek odpocząć. Wypierzyć się i zregenerować przed ciepłymi miesiącami.
   Teraz narzekamy, bo kury obdarzają nas codziennie kilkudziesięcioma jajami i nie bardzo wiadomo, co z nimi robić. Poza nieomalże codziennym zjadaniem na śniadanie jajecznicy z dziesięciu jaj (to zdrowe, naturalne, tanie żywienie) staramy się sprzedawać jak najwięcej kurzych darów. Ale nie zawsze jest komu. No bo przecież nie tylko nasze, ale w ogóle wszystkie wiejskie kokoszki niosą się teraz wspaniale. A dla wielu nabywców liczy się nie wartość odżywcza i zdrowotna przewaga naszych jajek nad innymi, lecz ich wielkość i co ważniejsze – cena! Kilkoro stałych odbiorców nie załatwia nam sprawy. Dlatego, chcąc nie chcąc, wyruszyliśmy wczoraj na targ w Rzeszowie, aby sprzedać to nasze zielononóżkowe bogactwo zgromadzone w liczbie czterystu pięćdziesięciu sztuk ślicznych, biało-beżowych jajek.

   Aby przygotować się marketingowo do tej wyprawy wykonaliśmy wielką tablicę reklamującą nasz produkt. Na ogromny karton nalepiliśmy kilka najładniejszych zdjęć z naszego ogrodu, przedstawiających kurki, kogutki i kurczaczki w ich naturalnym, codziennym środowisku. Nauczeni ubiegłorocznym doświadczeniem, kiedy to częstokroć nie wierzono nam, że to rzeczywiście świeże jajka wiejskie, chcieliśmy pokazać w ten sposób nasze okolice i fragment zwykłego, kurzego, pogórzańskiego żywota. Żywota szczęśliwego, spędzanego z dala od cywilizacji w specyficznym, górskim mikroklimacie, zanurzonego w zieleń bezkresnych łąk, wzgórz i lasów. Rozważaliśmy także możliwość przebrania się za typowego wiejskiego chłopa i babinę, aby być jeszcze bardziej wiarygodnymi dla ewentualnych klientów. Jednak po namyśle zrezygnowaliśmy z tego, ponieważ niechybnie sposób wysławiania zdradziłby natychmiast nasze miejskie pochodzenie i jako podejrzani, dziwaczni przebierańcy stracilibyśmy, zamiast zyskać na wiarygodności.

   Zatem skoro świt, na miejskim targu, obok kiosku zaprzyjaźnionej straganiarki ustawiliśmy sztalugi z ową tablicą, nasz stoliczek turystyczny, a na nim skrzynki z jajkami, obok zaś krzesełko, aby było gdzie spocząć podczas wielogodzinnego handlowania. A potem z ogromnym optymizmem rozpoczęliśmy łowy na klientów, sympatycznie zagadując do przemykających w pobliżu, poziewujących smacznie ludzi. Ten i ów zatrzymał się na chwilę, zerkając z ciekawością na naszą tablicę, ale potem szedł dalej w poszukiwaniu innych atrakcji. Najdłużej gwarzyły z nami gospodynie wiejskie, które same przyjechawszy z kilkudziesięcioma jajkami miały nadzieję na szybkie się ich pozbycie i powrót do domu, do czekającej tam nieustannie roboty. My też mieliśmy podobne marzenia. Mimo zapowiadającego się pięknego, słonecznego dzionka nie zdecydowaliśmy się przed wyjazdem wypuścić kur z kurnika z obawy przez jastrzębiami i lisami, zawsze potrafiącymi umiejętnie skorzystać z naszej nieobecności i porwać sobie z kurzego stadka jakiegoś nie mającego szans w starciu z drapieżnikami ptaka. Także kozy tkwiły w koziarni, mecząc niecierpliwie i spoglądając z tęsknotą przez okno na skąpany w porannych promieniach słońca ogród. Pragnęliśmy sprzedać jajka w tempie ekspresowym i wracać na nasze Pogórze czym prędzej. Zdziczeliśmy bowiem na naszej wsi i trochę odwykliśmy od tego gwaru, tłumu oraz miejskiej, wywołującej ból głowy kakofonii zapachów.

   Ale cóż! Jak zwykle marzenia marzeniami a rzeczywistość rzeczywistością! Musieliśmy jak zawsze odstać swoje i uzbroić się w cierpliwość. A im dłużej staliśmy tym bardziej wrastaliśmy w to środowisko żartujących ze sobą przekupek, sprzedawców i co poniektórych, chętnych do swobodnej konwersacji klientów. I, prawdę mówiąc, czuliśmy się tam coraz lepiej, bo przecież i nam potrzebna jest niekiedy jakaś odmiana od rzeczywistości. Popatrzenie na życie z innego punktu widzenia. Spotkanie ciekawych ludzi.

   Tymczasem na bazarze słońce przyświecało coraz mocniej. Zrobiło się rozkosznie ciepło. I widać było, iż niektórzy kupujący z przyjemnością przechadzają się między barwnymi kramami, rozpinając kurtki, zdejmując czapki i ciesząc się widokiem kolorowych nowalijek, zebranymi w ładne pęczki gałązkami bazi i brzozy a zwłaszcza możliwością lekkiego pogwarzenia w tej wiosenno-familiarnej atmosferze miejskiego targu.

   Chcąc się rozruszać i zrobić trochę koniecznych zakupów, zmieniając się przy naszym stoisku, wyruszaliśmy z Cezarym na obchód bazaru i wracaliśmy po jakimś czasie, przechwalając się naszymi nabytkami. Udało nam się po dość korzystnej cenie dostać m.in. podroby i kości dla naszych mięsożernych zwierzątek, części do czekającego na reperację traktorka, kasze, grochy, pyszne, soczyste jabłuszka oraz parę rzeczy dla Ani i Kuby, młodych przyjaciół z naszej wsi. Ci dwoje, uziemieni w domu z powodu wciąż psującego się auta od jakiegoś czasu zmagają się z poważnym problemem, jakim jest rozległe, otwarte złamanie ręki Ani. Biedaczka trenując konie na padoku w pewnym momencie została przez jednego z nich tak mocno kopnięta, że aż gwiazdy w oczach zobaczyła z bólu! Nie obyło się bez operacji i założonego na dobrych kilka miesięcy gipsu. Teraz to głównie Kuba zajmuje się wszystkim w ich gospodarstwie a Ania robi, co tylko można robić przy użyciu jednej, zdrowej ręki.

   A wracając do wczorajszego dnia na targu, to przy wydatnej pomocy Zofijanny, która jak dobry anioł pojawiła się tam przed południem i kupiła od nas ponad setkę jaj udało nam się sprzedać ponad dwie trzecie z przywiezionych jajek i nawiązać kilka interesujących znajomości z potencjalnymi klientami. Najbardziej zainteresowani naszą ofertą byli rodzice chorowitych dzieci, świadomi kolosalnego wpływu spożywanych pokarmów na stan zdrowia, dbający o siebie emeryci oraz młodzi, wykształceni ludzie, poszukujący zdecydowanie zdrowszej, alternatywnej dla supermarketowych, plastikowych produktów żywności.

   Wróciliśmy do domu tuż przed czwartą. A ponieważ dzień był nadzwyczaj ciepły i jasny wypuściliśmy jeszcze na trochę kury z kurników a ze stęsknionymi za nami Zuzią i kozami poszliśmy na długi spacer polami i lasami. Zachodzące słońce wspaniale oświetlało okoliczne wzgórza. A z kłębiących się na niebie, malowniczych chmur spadł w pewnej chwili rzęsisty, wiosenny deszczyk. Staliśmy na łące i podziwialiśmy w zachwycie ogromną tęczę, malującą się na horyzoncie. Kozy pasły się z ogromną rozkoszą na młodziutkiej trawce. Zuzia kopała doły w poszukiwaniu nornic. A my, nic nie mówiąc, nieomal do zupełnego zmroku syciliśmy się tym spokojem i pełnym blasków pięknem naszego otoczenia. Wreszcie wróciliśmy do domu, napaliliśmy w piecu i odpoczywaliśmy w cieple po tym długim, dość męczącym, ale bardzo ciekawie spędzonym dniu.

    A co z jajcanym interesem? Cóż, pewnie teraz, wiosną trzeba będzie często wybierać się do miasta na targ, bo kury spisują się znakomicie i dzisiaj znowu zebrałam w kurniku kilkadziesiąt jajek. A póki co, by jakoś dać sobie radę z ich nadmiarem, ugotuję kilkanaście z nich na twardo, przygotuję pyszną pastę do chleba, ukręcę majonez, upiekę biszkopt i może jeszcze zrobię ajerkoniak.  A potem? Potem pewnie zaproszę naszych młodych przyjaciół na niedzielną, jajcaną ucztę!

wtorek, 14 maja 2013

Od kurczaczka do koguta




  Nadeszła długo wyczekiwana chwila, gdy z włożonych do inkubatora jajek zaczęły wylęgać się nam kurczaczki. Po dwudziestu dniach od początku inkubacji do naszych uszu zaczęły dochodzić nieśmiałe stukania dziobkami w skorupki, delikatne ćwierkania i popiskiwania piskląt. Inkubator umieszczony jest w pokoju stołowym, tuż obok naszej sypialni abym mogła słyszeć wszystko i czuwać oraz przyjść z ewentualną pomocą bezbronnym maleństwom. Moja pomoc polega na tym, by odlepić od nich resztki zaschniętej błonki, kawałek przylgniętej skorupki a potem obserwować delikwenta, czy wszystko z nim porządku i czy da radę samodzielnie wyjść z jajka. Ważne jest by pisklaki umiały tego dokonać bez pomocy. Jest to dla nich swoisty test zdrowia, dojrzałości i gotowości do życia poza bezpieczną przystanią jaja. Nie raz już przekonałam sie, iż jeśli wyjmę malucha z jajka, litując sie nad jego nieporadnością czy słabością, to potem taki pisklak nie przeżywa nawet kilku dni albo egzystuje nadal jako nieszczęsna, gnębiona przez inne kury kaleka. 
   Niekiedy wykluwanie trwa aż trzy dni, trzeba więc być w pobliżu i cierpliwie obserwować wnętrze inkubatora. Wcześniej, od momentu umieszczenia jajek w inkubatorze codziennie po kilka razy musiałam je specjalną wajchą obracać w inkubatorze, dolewać doń wody, bo kurczaczki potrzebują określonego poziomu wilgotności i sprawdzać temperaturę, która powinna oscylować w granicach 38 – 39 stopni Celsjusza.



   I oto pojawiają się na tym świecie małe, pasiaste, niewinne pisklęta zielononóżek kuropatwianych. Nie są podobne do zwykłych kurczaczków. Tak samo, jak ich jajka różnią się kształtem od zwykłych, wiejskich jaj. Widząc w sklepie jajka sprzedawane jako jaja zielononóżek bez trudu wykrywam oszustwo handlarzy czy też ich nieświadomość jaki towar usiłują sprzedać. W najbardziej ekskluzywnym supermarkecie w Rzeszowie jajka zielononóżek sprzedawane są po 1 zł i 50 gr. To bardzo dużo, ale ludzie kupują bez zmrużenia oka, wiedząc, iż to bardzo zdrowe, nieporównywalne do innych pod względem smaku, zapachu i wartości odżywczych jajka. Jednak z przykrością stwierdzam, iż to, co oferuje ów supermarket, to wcale nie jajka zielononóżek. Cóż to zatem jest? Nie mam pojęcia. Wiem jedno – ludziom da się wcisnąć każdy kit a ci nieświadomi niczego, wierząc w rękojmię sklepu kupują byle co, chcąc żyć długo, zdrowo i szczęśliwie.


   Tymczasem na targach, na które często jeździmy z naszymi jajami jest mnóstwo niedowiarków, którzy prychają na widok oferowanych przez nas prawdziwych, świeżutkich jajek i z ogromną pewnością w głosie wmawiają nam, że to pewnie stare, zepsute jajca zwykłych kur. A w ogóle, to kupiliśmy je na pewno tanio w supermarkecie i teraz usiłujemy je sprzedać jako jajka od zielononóżek!  I na dodatek jakieś małe te nasze jajka i strasznie drogie (sprzedajemy je po złotówce!), gdy tymczasem obok babiny sprzedają większe, wiejskie jajka po siedemdziesiąt groszy!
   Gorzko się robi na duszy, gdy słyszy się takie brednie, ale cóż! Nikomu niczego nie udowodnimy. Nikomu, kto nie chce kupić nie wciśniemy jajek na siłę. Nie przebiorę się też za typową, wiejską babinę w chustce i gumofilcach byle tylko uwiarygodnić oferowany przez siebie towar.
   Jest, jak jest i wierzymy, iż ci ludzie, którzy znają się na rzeczy, poczytali trochę o zdrowotności jajek zielononóżek kuropatwianych oraz potrafią zaufać dwojgu miłym ludziom z górskiej, podkarpackiej wioski kupią jednak te jajka. Kupią, by przekonać się na własnej skórze jak pyszne są, jak dobrze wpływają na samopoczucie i jak nie umywają się do nich żadne inne. Na szczęście mamy kilkoro stałych odbiorców, którzy gotowi są brać od nas po kilkadziesiąt jaj za każdym razem, gdy tylko skończą im się poprzednie. Zazwyczaj to ludzie wykształceni, wiedzący jak wielkie ma znaczenie dla zdrowia jakość tego, co jemy. Ludzie schorowani, którym nie wolno jeść już śmieciowego, supermarketowego jedzenia i nastawiają się tylko na naturalną, nieprzetworzoną i nie nafaszerowaną niczym sztucznym żywność z ekologicznych, takie jak nasze, gospodarstw.


   Ale wracajmy do naszych milusich kurczaczków. Jak do tej pory wylęgło się nam ich szesnaście. Następne już wyłupują sobie dziurki w jajkach i lada chwila wyjrzą na ten dziwny, niezrozumiały dla nich zupełnie świat. Jeszcze nie wiadomo, jaką mają płeć. Po mniej więcej dwóch tygodniach kogutkom wykształcą się na główkach wyraźne grzebyczki i wówczas nie będzie żadnych wątpliwości. Na razie wszystkie wyglądają tak samo i wszystkie tak bardzo pragną żyć.
Przez pierwszy albo i drugi dzień nie będą nic jeść ani pić, bo mają jeszcze w sobie zapas substancji pokarmowych z okresu inkubacji. Potem zaczną niepewnie, ale z ogromną ciekawością podchodzić do pojemnika z wodą i jedzeniem by spróbować cóż takiego im mamusia dała. 


A cóż dała? Zazwyczaj jest to ugotowane na twardo jajko, posiekane drobno i wymieszane z kaszą manną, otrębami pszennymi, owsianką i odrobiną suchej kawy zbożowej, której dodatek przeciwdziała biegunkom u kurczaczków. Do przegotowanej, letniej wody w poidełku dolewa się parę kropel preparatu witaminowego. I tak wygląda menu przez kilka pierwszych dni. Potem dodaję do tego posiekanej, sparzonej uprzednio pokrzywy czy koniczyny. Następnie mielę w młynku do kawy pszenicę i taką połamane na grube kawałeczki dosypuję im do karmy.
   Zwykle przez pierwszy tydzień pisklaki mieszkają w wielkim pudełku, swoim pierwszym, wyścielonym sianem domku. Potem przenoszę je do innego pomieszczenia, gdzie stoi wielka skrzynia ze szklanym wiekiem. Tam mają więcej miejsca. Mogą sobie biegać, wskakiwać na żerdkę. Bawić się. Zabierać sobie najlepsze kawałki jedzenia (uwielbiają to!).Spać w różnych kątkach. I witać każde moje nadejście entuzjastycznym, pełnym optymizmu i zainteresowania świergotem.
   Bo ich przybrana mamusia będzie zabierać je codziennie na wybieg do ogrodu, gdzie na zielonej, świeżej trawce postawi dla nich bezpieczny, duży kojec. Tam będą wygrzewać się na słonku, skubać trawki i chwasty, nasłuchiwać odgłosów dorosłych kur, ich krewnych zza płotu. Na noc zostaną przeniesione z powrotem do swojej skrzyni, albowiem noce bywają chłodne a te maleństwa wciąż potrzebują dużo ciepła i troski.


   A po mniej więcej czterech tygodniach całkiem duże już kurczaczki powędrują na stałe do swego letniego domku w ogrodzie, gdzie zamieszkają z czekającą tam na nie białą, kaleką kurką czubatką – Ramoną. Ona troskliwie, jak to zawsze do tej pory bywało zaopiekuje się nimi jak dobra ciotka i nauczy, co warto jeść, gdzie się schować przed słonkiem czy podejrzanymi odgłosami z ogrodu (szczekania Zuzi, wrzaski kogutów, hałaśliwie przejeżdżające obok domu traktory i kombajny, rzadziej samochody).


   Po kolejnych kilku tygodniach, gdy staną się już duże i wytrzymałe na skoki temperatury oraz gotowe do spotkania z dorosłymi kurami zostaną przeniesione do dużych kurników. Na początku będzie im ciężko, bo w kurnikach obowiązują prawa dżungli i liczy się tylko siła oraz szybkość w zdobywaniu pokarmu oraz szacunek dla praw starszych. Wreszcie przyzwyczają się do tego, oswoją ze wszystkim, nabiorą ciekawości oraz ochoty do dalszej eksploracji otoczenia. Wówczas z radością i niedowierzaniem odkryją jak wielki i wspaniały jest świat! Bo z kurników można wyjść do wielkiego, zajmującego prawie 15 arów ogrodu, gdzie biega się po ogromnej przestrzeni trawy i ziemi. Chowa się pod krzewy dzikiego bzu, między nieścinane specjalnie dla nich chaszcze, pod młode drzewka. Wyjada się smaczne robaczki i dżdżownice z mokrej po deszczu gleby. Odkrywa się postawiony specjalnie dla kur ogromny wigwam, zbudowany z gałązek malin oraz łodyg kukurydzy. Tam znajduje się cień, spokój, miejsce do grzebania w wilgotnej ziemi.


   A gdy mija wiosna, lato i jesień kury oraz koguty nieubłaganie żegnają się ze swym cudnym ogrodem i spędzają kilka miesięcy w kurnikach marząc o nadejściu ciepłych, dających swobodę dni. Dorastają przez ten czas, dojrzewają. Młode kury zaczynają znosić jajka. Na początku są one małe i pojawiają się z rzadka, ale na wiosnę codziennie zbiera się z kurników po kilkadziesiąt jaj i sprzedaje się je na targu albo poprzez Internet czy też rozdaje za darmo rodzinie i przyjaciołom.



   Żywot kogutów jest krótki i na wiosnę trzeba zmniejszyć ich liczebność, by swą nieposkromioną seksualnością nie męczyły kur oraz by nie walczyły ze sobą bezwzględnie. Przestały już być słodkimi, niewinnymi kurczętami. Nieuchronnie przychodzi, niestety, czas ich odejścia.
   W zeszłym tygodniu zawitały do nas wieczorem dwie zaprzyjaźnione sąsiadki i dokonały cięcia dwudziestu sztuk kogutków. Dla nich to normalne, konieczne, nie sprawiające żadnych oporów moralnych zajęcie. Przy zacinaniu i oprawianiu ptaków opowiadały ciekawe, kolorowe historie ze swojego życia i tak czas upłynął nam niezauważalnie do późnej nocy a oprawionych zgrabnie kogucich ciał przybywało tymczasem w wielkiej miednicy i przybywało. Teraz mamy zapas zdrowego mięsa kurzego na jakiś czas. Zuzia, koty oraz Cezary będą mieli, co jeść. A przyznam, że uwielbiają oni smak tego naturalnego, nie naszpikowanego żadną chemią drobiu. Ja w ogóle nie przepadam za mięsem, a poza tym czuje jakieś wewnętrzne opory przed konsumpcją wyhodowanych przeze mnie kogutów. Może kiedyś mi to minie, może nie…?
   Tak czy siak cykl się zamyka. Nowe Życie powstaje. Stare Życie musi odejść. Tak to w naturze jest i trzeba się z tym pogodzić. Tutejsi ludzie powiadają, że na to się właśnie kurczaki chowa, aby je potem zaciąć i zjeść. I pewnie mają rację…
   Tymczasem w inkubatorze słyszę nowe, radosne ćwierkanie. Och, to siedemnasty pisklaczek pcha się wytrwale na ten najlepszy ze światów!



czwartek, 7 lutego 2013

Eliksir młodości, czyli jajcarska rozmowa





   W pobliskim miasteczku mamy z Cezarym pewien ulubiony sklep spożywczy, w którym zawsze robimy zakupy i rozmawiamy żartobliwie ze sprzedawczyniami.
Dzisiaj pakując tam wątróbki i kości dla naszych zwierzaków ekspedientka zapytała nagle:
- A nie mielibyście państwo jajek na sprzedaż?
- Mamy! Czemuż by nie?! – zakrzyknęliśmy ochoczo – A ile by pani chciała? Sześćdziesiąt, czy może sto dwadzieścia? – zapytaliśmy konkretnie myśląc, że kobiecie chodzi o większą ilość jaj.
- E, nie! Najwyżej trzydzieści! – zawołała nieco spłoszona naszą ofertą kobieta
- Kury mi się przestały nieść i nie mam z czego upiec dzisiaj placka, nie mówiąc już o pączkach! – wytłumaczyła, ładując wciąż do worka kurze porcje rosołowe.
- Ale my nie mamy takich zwykłych jajek, tylko jajka od zielononóżek – uważałam za stosowne objaśnić to tej miłej pani – One są trochę droższe, niż zwykłe jajka, ale i dużo lepsze, niż wszystkie, które do tej pory pani jadła – dodałam śmiało albowiem, jak wiadomo, reklama dźwignią handlu.
- No to po ile byście mi je sprzedali? – zapytała tamta, lekko już jakby zniechęcona
- A ile byłaby pani skłonna zapłacić? – odbił piłeczkę Cezary
- No nie wiem, po ile chodzą takie jajka w sklepie… - ociągała się z odpowiedzią zaczerwieniona ekspedientka, jak gdyby poczuła się zawstydzona tą swoją niewiedzą.
- W sklepie to są i po złotówce, ale pani sprzedamy oczywiście taniej. Ale niechże pani weźmie trochę więcej niż trzydzieści, bo z małą ilością, to prawdę mówiąc, nie opłaca się nam specjalnie tu przyjeżdżać – kontynuowaliśmy z mężem omawianie ewentualnego interesu. A rzeczywiście, żeby dostać się do tego sklepu musimy zjechać wąskimi, stromymi, krętymi, śliskimi i oblodzonymi drogami z wysokich, odludnych gór. Nie za często wiec pojawiamy się w miasteczku, a jak już tam jesteśmy staramy się robić zakupy na zapas.
- A to są te zielone jajka, tak? – pytała ekspedientka, podliczając już nasze zakupy przy kasie.
- Jajka są białe albo jasnobeżowe, natomiast kury zielononóżki mają zielone nogi i stąd ich nazwa. A te zielone jajka to znoszą araukany, kury bez ogonów! – wytłumaczyłam. A widząc, że zainteresowanie naszymi jajkami wyraźnie spada postanowiłam jeszcze opowiedzieć o ich szczególnych właściwościach.
- Wielkość jajek od kur zielononóżek jest zupełnie przeciętna, natomiast żółtka są nieproporcjonalnie duże i niezwykle żółte. Mają bardzo dobry smak i zapach. A sąsiadki, które hodują zwykłe kury wiejskie i spróbowały jajek od naszych kur jednogłośnie orzekły, że są lepsze w smaku, a upieczone z nich placki wychodzą pyszne i żółte, jakby z dodatkiem szafranu.
- I mają obniżoną zawartość cholesterolu i podwyższony procent wielu pożytecznych pierwiastków mineralnych. Można je jeść bez lęku o miażdżycę czy sklerozę! – włączył się w rozmowę Cezary.
- A może by państwo kupili pączki? Są przepyszne, z marmoladą różaną! – zmieniła nagle temat ekspedientka i przerzuciła piłeczkę na swoją stronę – Mamy też tani a dobry tonik i chleb pasterski! – kontynuowała, z wdziękiem góralki spod Gubałówki zachwalając nam swoje towary.
- No dobra! Weźmiemy dwa pączki, skoro dzisiaj tłusty czwartek, ale co będzie z tymi jajkami? – nie dawał za wygraną Cezary a potem wypalił nagle:
- A myśli pani, że czemu my tak młodo wyglądamy? To wszystko od jedzenia naszych jajek! No, ile by nam pani dała lat? Na pewno pani nie zgadnie! – zakrzyknął tryumfalnie i z tajemniczym uśmiechem, patrząc intensywnie w jej oczy szepnął :
- Ja mam osiemdziesiąt dwa lata a żona siedemdziesiąt trzy. I co?!

   Cezary na stronie puścił do mnie oko a ja wprawiona w świetny nastrój powiedziałam zupełnie poważnie.
- To pani nie słyszała, że te jajka to prawdziwy eliksir młodości? Zjadamy codziennie kilka i proszę, jakie są tego efekty! Góry możemy przenosić, na twarzy jesteśmy czerstwi i rumiani i wciąż udaje nam się robić to wszystko, co młodym! A przecież ludzie w naszym wieku to już tylko na ławeczce siedzą, albo o lasce chodzą! – mówiłam, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu. A obojgu chciało nam się śmiać tym bardziej, że ekspedientka wcale nie załapała żartu. Spoglądała na nas z konsternacją czy zmieszaniem i szeptała:
- Ale ja bym nigdy państwu tyle lat nie dała! Gdzież tam siedemdziesiąt, osiemdziesiąt?! – jej błękitne oczy wyrażały takie zaskoczenie i niedowierzanie, że aż nie chciało nam się wierzyć, że ona bierze na poważnie naszą naprędce stworzoną historyjkę.

   W końcu pożegnaliśmy się serdecznie, wytaszczyliśmy ze sklepu zakupy i w świetnych humorach wsiedliśmy do naszego dziesięcioletniego jeepa.
- Co Ty na to Oleńko, byśmy przy okazji naszego następnego wyjazdu do miasteczka wzięli ze sobą z dziesięć jajek i zawieźli tej sympatycznej ekspedientce? – zapytał Cezary zaciągając się z lubością dymem z papierosa
- Pewnie! Możemy wziąć i więcej żeby dać też trochę właścicielowi sklepu. Coś mi się wydaje, ze póki nie spróbują tych jajek, to nie uwierzą w ich nadzwyczajne właściwości i smak – odrzekłam, zakładając rękawiczki i przecierając nimi zaparowaną przednią szybę.
- A poza tym, może będziemy mieć jakieś chody w tym sklepie? – dodał Cezary, uśmiechając się szelmowsko
- No pewnie! Jakieś chody zawsze się przydadzą! – odrzekłam zgodnie i przytrzymałam się uchwytu przy drzwiach, bo właśnie wjeżdżaliśmy w cieniutką niteczkę, śliskiej jak lodowisko dróżki, wiodącej w nasze górskie pustkowia.
- A wiesz Cezary, czemu nasz stareńki, trzydziestoletni jeep tak dobrze się trzyma?
- Bo jajcami z olejem jest karmiony! – odrzekł mój mąż i pokonaliśmy kolejne wzniesienie z fantazją i z ryzykownym poślizgiem na zakręcie, chichocąc jak para nastolatków…..


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost