wtorek, 14 maja 2013

Od kurczaczka do koguta




  Nadeszła długo wyczekiwana chwila, gdy z włożonych do inkubatora jajek zaczęły wylęgać się nam kurczaczki. Po dwudziestu dniach od początku inkubacji do naszych uszu zaczęły dochodzić nieśmiałe stukania dziobkami w skorupki, delikatne ćwierkania i popiskiwania piskląt. Inkubator umieszczony jest w pokoju stołowym, tuż obok naszej sypialni abym mogła słyszeć wszystko i czuwać oraz przyjść z ewentualną pomocą bezbronnym maleństwom. Moja pomoc polega na tym, by odlepić od nich resztki zaschniętej błonki, kawałek przylgniętej skorupki a potem obserwować delikwenta, czy wszystko z nim porządku i czy da radę samodzielnie wyjść z jajka. Ważne jest by pisklaki umiały tego dokonać bez pomocy. Jest to dla nich swoisty test zdrowia, dojrzałości i gotowości do życia poza bezpieczną przystanią jaja. Nie raz już przekonałam sie, iż jeśli wyjmę malucha z jajka, litując sie nad jego nieporadnością czy słabością, to potem taki pisklak nie przeżywa nawet kilku dni albo egzystuje nadal jako nieszczęsna, gnębiona przez inne kury kaleka. 
   Niekiedy wykluwanie trwa aż trzy dni, trzeba więc być w pobliżu i cierpliwie obserwować wnętrze inkubatora. Wcześniej, od momentu umieszczenia jajek w inkubatorze codziennie po kilka razy musiałam je specjalną wajchą obracać w inkubatorze, dolewać doń wody, bo kurczaczki potrzebują określonego poziomu wilgotności i sprawdzać temperaturę, która powinna oscylować w granicach 38 – 39 stopni Celsjusza.



   I oto pojawiają się na tym świecie małe, pasiaste, niewinne pisklęta zielononóżek kuropatwianych. Nie są podobne do zwykłych kurczaczków. Tak samo, jak ich jajka różnią się kształtem od zwykłych, wiejskich jaj. Widząc w sklepie jajka sprzedawane jako jaja zielononóżek bez trudu wykrywam oszustwo handlarzy czy też ich nieświadomość jaki towar usiłują sprzedać. W najbardziej ekskluzywnym supermarkecie w Rzeszowie jajka zielononóżek sprzedawane są po 1 zł i 50 gr. To bardzo dużo, ale ludzie kupują bez zmrużenia oka, wiedząc, iż to bardzo zdrowe, nieporównywalne do innych pod względem smaku, zapachu i wartości odżywczych jajka. Jednak z przykrością stwierdzam, iż to, co oferuje ów supermarket, to wcale nie jajka zielononóżek. Cóż to zatem jest? Nie mam pojęcia. Wiem jedno – ludziom da się wcisnąć każdy kit a ci nieświadomi niczego, wierząc w rękojmię sklepu kupują byle co, chcąc żyć długo, zdrowo i szczęśliwie.


   Tymczasem na targach, na które często jeździmy z naszymi jajami jest mnóstwo niedowiarków, którzy prychają na widok oferowanych przez nas prawdziwych, świeżutkich jajek i z ogromną pewnością w głosie wmawiają nam, że to pewnie stare, zepsute jajca zwykłych kur. A w ogóle, to kupiliśmy je na pewno tanio w supermarkecie i teraz usiłujemy je sprzedać jako jajka od zielononóżek!  I na dodatek jakieś małe te nasze jajka i strasznie drogie (sprzedajemy je po złotówce!), gdy tymczasem obok babiny sprzedają większe, wiejskie jajka po siedemdziesiąt groszy!
   Gorzko się robi na duszy, gdy słyszy się takie brednie, ale cóż! Nikomu niczego nie udowodnimy. Nikomu, kto nie chce kupić nie wciśniemy jajek na siłę. Nie przebiorę się też za typową, wiejską babinę w chustce i gumofilcach byle tylko uwiarygodnić oferowany przez siebie towar.
   Jest, jak jest i wierzymy, iż ci ludzie, którzy znają się na rzeczy, poczytali trochę o zdrowotności jajek zielononóżek kuropatwianych oraz potrafią zaufać dwojgu miłym ludziom z górskiej, podkarpackiej wioski kupią jednak te jajka. Kupią, by przekonać się na własnej skórze jak pyszne są, jak dobrze wpływają na samopoczucie i jak nie umywają się do nich żadne inne. Na szczęście mamy kilkoro stałych odbiorców, którzy gotowi są brać od nas po kilkadziesiąt jaj za każdym razem, gdy tylko skończą im się poprzednie. Zazwyczaj to ludzie wykształceni, wiedzący jak wielkie ma znaczenie dla zdrowia jakość tego, co jemy. Ludzie schorowani, którym nie wolno jeść już śmieciowego, supermarketowego jedzenia i nastawiają się tylko na naturalną, nieprzetworzoną i nie nafaszerowaną niczym sztucznym żywność z ekologicznych, takie jak nasze, gospodarstw.


   Ale wracajmy do naszych milusich kurczaczków. Jak do tej pory wylęgło się nam ich szesnaście. Następne już wyłupują sobie dziurki w jajkach i lada chwila wyjrzą na ten dziwny, niezrozumiały dla nich zupełnie świat. Jeszcze nie wiadomo, jaką mają płeć. Po mniej więcej dwóch tygodniach kogutkom wykształcą się na główkach wyraźne grzebyczki i wówczas nie będzie żadnych wątpliwości. Na razie wszystkie wyglądają tak samo i wszystkie tak bardzo pragną żyć.
Przez pierwszy albo i drugi dzień nie będą nic jeść ani pić, bo mają jeszcze w sobie zapas substancji pokarmowych z okresu inkubacji. Potem zaczną niepewnie, ale z ogromną ciekawością podchodzić do pojemnika z wodą i jedzeniem by spróbować cóż takiego im mamusia dała. 


A cóż dała? Zazwyczaj jest to ugotowane na twardo jajko, posiekane drobno i wymieszane z kaszą manną, otrębami pszennymi, owsianką i odrobiną suchej kawy zbożowej, której dodatek przeciwdziała biegunkom u kurczaczków. Do przegotowanej, letniej wody w poidełku dolewa się parę kropel preparatu witaminowego. I tak wygląda menu przez kilka pierwszych dni. Potem dodaję do tego posiekanej, sparzonej uprzednio pokrzywy czy koniczyny. Następnie mielę w młynku do kawy pszenicę i taką połamane na grube kawałeczki dosypuję im do karmy.
   Zwykle przez pierwszy tydzień pisklaki mieszkają w wielkim pudełku, swoim pierwszym, wyścielonym sianem domku. Potem przenoszę je do innego pomieszczenia, gdzie stoi wielka skrzynia ze szklanym wiekiem. Tam mają więcej miejsca. Mogą sobie biegać, wskakiwać na żerdkę. Bawić się. Zabierać sobie najlepsze kawałki jedzenia (uwielbiają to!).Spać w różnych kątkach. I witać każde moje nadejście entuzjastycznym, pełnym optymizmu i zainteresowania świergotem.
   Bo ich przybrana mamusia będzie zabierać je codziennie na wybieg do ogrodu, gdzie na zielonej, świeżej trawce postawi dla nich bezpieczny, duży kojec. Tam będą wygrzewać się na słonku, skubać trawki i chwasty, nasłuchiwać odgłosów dorosłych kur, ich krewnych zza płotu. Na noc zostaną przeniesione z powrotem do swojej skrzyni, albowiem noce bywają chłodne a te maleństwa wciąż potrzebują dużo ciepła i troski.


   A po mniej więcej czterech tygodniach całkiem duże już kurczaczki powędrują na stałe do swego letniego domku w ogrodzie, gdzie zamieszkają z czekającą tam na nie białą, kaleką kurką czubatką – Ramoną. Ona troskliwie, jak to zawsze do tej pory bywało zaopiekuje się nimi jak dobra ciotka i nauczy, co warto jeść, gdzie się schować przed słonkiem czy podejrzanymi odgłosami z ogrodu (szczekania Zuzi, wrzaski kogutów, hałaśliwie przejeżdżające obok domu traktory i kombajny, rzadziej samochody).


   Po kolejnych kilku tygodniach, gdy staną się już duże i wytrzymałe na skoki temperatury oraz gotowe do spotkania z dorosłymi kurami zostaną przeniesione do dużych kurników. Na początku będzie im ciężko, bo w kurnikach obowiązują prawa dżungli i liczy się tylko siła oraz szybkość w zdobywaniu pokarmu oraz szacunek dla praw starszych. Wreszcie przyzwyczają się do tego, oswoją ze wszystkim, nabiorą ciekawości oraz ochoty do dalszej eksploracji otoczenia. Wówczas z radością i niedowierzaniem odkryją jak wielki i wspaniały jest świat! Bo z kurników można wyjść do wielkiego, zajmującego prawie 15 arów ogrodu, gdzie biega się po ogromnej przestrzeni trawy i ziemi. Chowa się pod krzewy dzikiego bzu, między nieścinane specjalnie dla nich chaszcze, pod młode drzewka. Wyjada się smaczne robaczki i dżdżownice z mokrej po deszczu gleby. Odkrywa się postawiony specjalnie dla kur ogromny wigwam, zbudowany z gałązek malin oraz łodyg kukurydzy. Tam znajduje się cień, spokój, miejsce do grzebania w wilgotnej ziemi.


   A gdy mija wiosna, lato i jesień kury oraz koguty nieubłaganie żegnają się ze swym cudnym ogrodem i spędzają kilka miesięcy w kurnikach marząc o nadejściu ciepłych, dających swobodę dni. Dorastają przez ten czas, dojrzewają. Młode kury zaczynają znosić jajka. Na początku są one małe i pojawiają się z rzadka, ale na wiosnę codziennie zbiera się z kurników po kilkadziesiąt jaj i sprzedaje się je na targu albo poprzez Internet czy też rozdaje za darmo rodzinie i przyjaciołom.



   Żywot kogutów jest krótki i na wiosnę trzeba zmniejszyć ich liczebność, by swą nieposkromioną seksualnością nie męczyły kur oraz by nie walczyły ze sobą bezwzględnie. Przestały już być słodkimi, niewinnymi kurczętami. Nieuchronnie przychodzi, niestety, czas ich odejścia.
   W zeszłym tygodniu zawitały do nas wieczorem dwie zaprzyjaźnione sąsiadki i dokonały cięcia dwudziestu sztuk kogutków. Dla nich to normalne, konieczne, nie sprawiające żadnych oporów moralnych zajęcie. Przy zacinaniu i oprawianiu ptaków opowiadały ciekawe, kolorowe historie ze swojego życia i tak czas upłynął nam niezauważalnie do późnej nocy a oprawionych zgrabnie kogucich ciał przybywało tymczasem w wielkiej miednicy i przybywało. Teraz mamy zapas zdrowego mięsa kurzego na jakiś czas. Zuzia, koty oraz Cezary będą mieli, co jeść. A przyznam, że uwielbiają oni smak tego naturalnego, nie naszpikowanego żadną chemią drobiu. Ja w ogóle nie przepadam za mięsem, a poza tym czuje jakieś wewnętrzne opory przed konsumpcją wyhodowanych przeze mnie kogutów. Może kiedyś mi to minie, może nie…?
   Tak czy siak cykl się zamyka. Nowe Życie powstaje. Stare Życie musi odejść. Tak to w naturze jest i trzeba się z tym pogodzić. Tutejsi ludzie powiadają, że na to się właśnie kurczaki chowa, aby je potem zaciąć i zjeść. I pewnie mają rację…
   Tymczasem w inkubatorze słyszę nowe, radosne ćwierkanie. Och, to siedemnasty pisklaczek pcha się wytrwale na ten najlepszy ze światów!



50 komentarzy:

  1. Przepięknie wyglądają takie pasiaste kurczaki.
    Przeczytałam wpis cały dokładnie.
    Napisałaś piękne opowiadanie o życiu i przemijaniu :-)
    Szkoda ,że tak daleko mieszkasz.
    I gdzie ja mam kupić chociaż na próbę takie jajka ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za miłe słowa o mojej opowieści i za życzliwe zainteresowanie naszymi jajkami.Mamy małe, ekologiczne gospodarstwo i chcemy promować zdrową zywność oraz umożliwiać ludziom poznawanie dobrych, wartościowych produktów wiejskich.
      Tym niemniej powyższy tekst nie jest marketingowym chwytem ani podstepną reklamą jajek. Opisałam po prostu naszą rzeczywistość i to, co jest dla nas ważne.

      A wracając do Twojego pytania o to, gdzie kupić takie jajka - otóż można je wysyłać i sprzedawać drogą pocztową.Powinny dojść do odbiorcy już na drugi dzień.Wysyłka jaj kosztuje około 20 złotych(w zależności oczywiście od wagi paczki). Nie opłaca sie więc zamawiać niewielu ich sztuk. Jajka zachowują świeżość i niezmieniony smak przez przynajmniej dwa tygodnie.

      Pozdrawiam ciepło!:-)

      Usuń
    2. A jak się z Tobą skontaktować ??

      Usuń
    3. Po prostu napisz do mnie na maila. Podam Ci wszystkie potrzebne informacje i namiary!
      Pozdrowienia poranne zasyłam!:-)

      Usuń
  2. Dwa tygodnie, kurcze, a ja się zawsze tak martwiłam o świeżość!
    Pięknie opisałaś towarzyszenie od narodzin do śmierci. My zawsze rozdajemy koguty. Czasami udaje się je na coś wymienić i to jest fajne.
    Najchętniej wymieniałabym je na mięso obcych kur, ale nikt nie chce uczestniczyć w takim idiotycznym przedsięwzięciu, w myśl zasady - własną szajbę trzymaj w domu :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam też, na szczęście, udało się rozdać i sprzedać kilka żywych kogutów. Gdzieś tam sobie teraz szczęsliwie zyją, pilnujac swoich licznych, kurzych żon i piejąc co ranka na powitanie dnia. Zrsztą nam samym zostało do tej pory jeszcze pięć dorosłych kogutów, ale te już chyba zostaną, bo i kur jest dużo do pilnowania a teren też wielki.
      Rozumiem bardzo dobrze Twoją chęć wymienienia kogutów na mięso obcych kur i wiem, że ludzie smieją sie tylko, słysząc takie i podobne pomysły. Cóż - my miastowi jestesmy troche dziwni a nawet dziecinni i chyba w tym nasz urok!:-)
      Serdecznie pozdrawiam!:-)

      Usuń
  3. A ja mam takie pytanie, ktore nasunelo mi sie od razu na poczatku czytania Twojej zajmujacej opowiesci o kurkach: dlaczego nie pozostawicie jajek u kwoczek w koszyku, do wysiadywania? Czy nie lepiej dla zdrowia psychicznego kurczat byloby byc wychowywanym przez kwoke? Piszesz, ze nie nalezy nawet pomagac w wyjsciu ze skorupki, choc palce swedza, kiedy czlowiek oglada ten wielki wysilek wykluwania. Dlaczego wiec nie pozostawic wszystkiego naturze?
    Ilona tez podbierala jaja swojemu drobiowi ozdobnemu, zamiast zostawic je rodzicom, ale w jej przypadku chodzilo o ptaki ozdobne i myslalam, ze tak trzeba.
    Nie dziwie Ci sie, ze tracisz apetyt na kogutki wychowane na wlasnej piersi, to jakby zjadac wlasne dzieci. My mieszczuchy inaczej odbieramy podobne sprawy, ludzie urodzeni na wsi sa na to uodpornieni. Lubie kurczaki, ale nie umialabym zabic, dlatego kupuje juz oskubane, mniej mi przypominaja zywe stworzenia.
    Sciskam mocno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym wolała, gdyby kwoka chciała wysiedzieć i wychować pisklaki, bo to naturalniejsze i zdrowsze dla maleństw. Ale, po pierwsze - z kilkoma kwokami, z którymi podjęlismy to wyzwanie był problem, bo nie dosiedziały do końca i na pół wysiedziane jajka porzucały. Nie wiem, czy były znudzone tym długim siedzeniem, czy też zbyt słaby miały instynkt macierzyński.
      Po drugie - inne kury, widząc wysiadującą kwokę stale dookładaja jej swoich jajek. Jak jakieś kukułki! A kura moze mieć pod soba najwyżej dwadzieścia jajek. Dochodziło do takich sytuacji, ze biedna kwoka siedziała na górze jaj, z których każde było w innej fazie rozwoju. Po kilku dniach takiej męki schodziła z jaj i wybierała wolność. Wobec czego przenosilismy ją do osobnego pomieszczenia z kilkoma, pierwszymi jajami (zaznaczylismy je kolorowym mazakiem). Nie podobały jej sie te przenosiny i znowu porzucała jaja.
      Widząc to wszystko i rozumiejąc, iż nie mozemy zaufać na razie naszym kurom postanowiliśmy zainwestować w inkubator.
      Jest tam miejsce na 56 jaj i z reguły co najmniej połowa z nich zawiera zarodki, ktore rozwijaja sie do końca i przekształcaja w owe pisklęta.
      Żyjąc na wsi i dowiadując się coraz wiecej wiemy już, że żeby kwoka chciała i musiałą wysiedzieć jajka, to od początku jej kwoczenia (czyli chęci wysiadywania) należy ją zamknąc w osobnym pomieszczeniu. Tam donosić jej jedzenie i picie, zeby nie miałą mozliwosci opuszczenia jaj.Dopiero po wykluciu piskląt mozna wypuścić matkę-więźniarkę i pozwolic by juz razem z kurczaczkami powędrowałą sobie do ogrodu.
      Na razie nie mamy nadajacego sie do tego pomieszczenia a nie chcemy trzymać jej w ciasnym pudełku tyle czasu (jak robią to niektórzy tutejsi). Jak się dorobimy odpowiedniego miejsca na pewno damy szansę kwokom na samodzielne macierzyństwo i radość z wychowywania dzieci.

      Usuń
    2. Nie wiedzialam, ze kurki to takie male kukulki i kaprysne mamuski. Wydawalo mi sie, ze kazde zwierze ma wrodzony instynkt macierzynski. Ile nowych rzeczy mozna sie z blogow dowiedziec.
      Dzieki za wyjasnienie, Olenko.
      Caluski

      Usuń
    3. Ja też się wszystkiego dopiero uczę.Gdzieżbym tam trzy lata temu takie rzeczy wiedziała?! Mieszkanie na wsi daje człowiekowi nowe umiejętności, wiedzę, wyrabia mięsnie oraz pomysłowość. Nie raz człowiek sam siebie zadziwia!
      I ja całuję Cię Panterko!:-)

      Usuń
  4. Sliczne sa te malenstwa!!!
    Z ogromna ciekawoscia przeczytalam cala notke, tak ladnie napisalas o calym procesie "wychowawczym" - dziekuje.
    Ja tez mialabym duze opory przed zjedzeniem kury, czy koguta z wlasnej hodowli.
    Pamietam wiele lat temu pojechalismy z mezem na wies do jego rodziny i ciotka na pozegnanie wcisnela nam zywego koguta.
    Kryste!! Co robic z zywym kogutem w miescie???
    Jadac do domu pomyslalam, ze moze wypada byc "dorosla zona" i zadeklarowalam, ze jesli on (znaczy maz) zabije tego koguta to ja owszem jakos podolam zrobic reszte. W koncu nie raz widzialam jak mama skubie i patroszy, ladne to nie bylo... no ale... zadeklarowalam.
    Kogut tymczasowo zamieszkal w lazience:)))
    Karmilismy go i poili, no bo przeciez nie chodzilo o to zeby zszedl smiercia glodowa, ale do zabicia... jakos maz sie nie kwapil.
    Po tygodniu mieszkania z kogutem w lazience troche zaczelo byc dziwnie, bo nawet jesli to kogut to mimo wszystko patrzyl co sie w tej lazience dzialo:))) Wiec zapytalam meza co dalej?
    Na co on wzial najwiekszy kuchenny noz i skierowal sie do lazienki, to ja ze strachu szybko powiedzialam ze ide do sklepu i wybieglam z mieszkania.
    Nie bylo mnie pol godziny, uznalam, ze w tym czasie najgorsze powinno sie juz odbyc.
    Wrocialm, meza nigdzie nie widac, wiec podeszlam z dusza na ramieniu pod drzwi lazienki i zaczelam nasluchiwac.
    A on!!!! Gada z kogutem!!!!
    Doszlo do tego, ze zabralismy koguta do jego matki, zeby cos z nim zrobila a my ewentualnie przyjedziemy na obiad.
    A tesciowa zlapala koguta i chlast!!! zanim ja zdazylam uciec juz bylo po kogucie!!! Nie jadlam tamtego rosolu, chociaz ponoc byl pyszny... nie moglam i tyle...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałąm Twój komentarz na głos Cezaremu i oboje uśmialiśmy sie serdecznie, wyobrażając sobie te perypetie z kogutem, które tak zabawnie i plastycznie opisałaś.
      Rosół z wiejskich kogutów jest nieporównywalnie lepszy niz z tych kupnych, fermowych kurczaków, napakowanych antybiotykami i paszą GMO. Tym niemniej też mam lekkie opory przy pałaszowaniu potraw z moich kogutków. Wiem jednak, że to śmieszne, wręcz głupie i powinnam sie wreszcie przełamać, bo przecież kura ze sklepu niczym sie nie rózni od mojej kury. Też była kiedyś miłym pisklęciem, też chciała zyć i też ktoś jej musiał uciąć głowę. Trzeba zacząć byc uczciwym wobec siebie i świata. Życie na wsi pełne jest takich "drastycznych" historii. Tyle, ze one są drastyczne dla nas, mieszczuchów.A dla tubylców, to naturalna i jedynie możliwa kolej rzeczy. Kto ma rację? MYślę jednak, że oni. My z miasta, jestesmy jacyś wydelikaceni, ideałami chowani i zamykający oczy przed prawdziwością tego, co płynie do nas zewsząd. Życie bywa twarde i trzeba je takim przyjąć, na nic nasze strachy i dziwactwa. Żeby zyć, trzeba jeść, prawda? A każde mięsko kiedys zyło. No chyba, że jest sie wegetarianinem - wtedy to inna sprawa.

      Usuń
    2. Ja tez mysle, ze to ONI maja racje a nie my, mieszczuchy. Oni na pewno zyja bardziej w zgodzie z natura. Ja mam o tyle dobrze, ze w zasiegu 20 minut spaceru mam islamski sklep, w ktorym mozna kupic zywe kurczaki. Tzn. moze sobie czlowiek wybrac zywego i oni na miejscu zabijaja, patrosza i robia te wszystkie rzeczy, ktorych ja nie chce robic. Te ichne kurczaki sa chodowane w chyba najlepszych mozliwych warunkach tu w Ameryce. Bo te niby "organiczne" czy niby "free range" to jednak sa duzo gorsze w smaku.
      A w tym sklepie jak sie czlowiek uprze to i koze moze kupic w calosci. Tylko kto zje cala koze?
      Ale sa kroliki, jagnieta, kuropatwy i inne rozne cudaki, w sumie dobrze miec taki sklep w zasiegu.
      Ale to dlatego, ze mieszkamy w Astorii na Queensie, ktora to dzielnica jest najbardziej zroznicowanym etnicznie kawalkiem ladu na Ziemi. A to ma wlasnie tego rodzaju plus, ze tutaj moge kupic doslownie wszystko.

      Usuń
    3. Fajnie masz z tym sklepem. To ciekawy i chyba dość innowacyjny, moim zdaniem, pomysł, by w jednym miejscu móc sobie kupić różne świeże i zdrowo hodowane zwierzaki.Mieszkając w Au nie znalazłam niczego w tym stylu. Jeździło sie po prostu do róznych narodowościowo dzielnic i korzystało z bogactwa i róznorodnosci oferowanych tam produktów. Najwięcej i najtaniej mozna było kupic w dzielnicy chińskiej.Ach, tamtejsze warzywa, nudle, ryby i owoce - feeria smaków i kolorów!
      A kurczaki free range z supermarketów były tak drogie, ze mało kogo było na nie stać.
      Na szczęscie ryby były smaczne i tanie, w związku z tym najczściej jadało się fish and chips oraz panierowane kalmary i krewetki!Mniam!

      Usuń
    4. Do China Town mamy daleko, ale duzo blizej jest tez "nowe" china town, wiec po ryby najczesciej tam jezdzimy. Tylko dogadac sie ciezko, bo w sklepach malo kto mowi po angielsku, a warzywa maja takie, ze ja polowy nie znam;)
      A ten sklep z ubojem to jest typowo islamski, wiec tez pewnie cos co ciezko znalezc w innych miastach czy dzielnicach Ameryki. Kalamary jesli juz to grillujemy, moj Wspanialy nie jada nic panierowanego;) Nawet kotlety schabowe sa pieczone a nie smazone.
      Ma dosc wrazliwy zoladek, raz zrobilam kotlety schabowe tak po polsku, bo syn prosil i niestety Wspanialy spedzil noc w lazience:( Ja sie tez juz odzwyczailam od polskiego jadla;)) Krewetki kocham i czesto robie scampi. Generalnie unikamy smazonego jedzenia, nawet schab na wedline gotuje zamiast piec i jest duzo smaczniejszy, wyglada jak pieczony, a jest bardziej soczysty.

      Usuń
    5. Nam też już szkodzi smazone jedzenie, toteż zaprzestaliśmy jedzenia panierowanych i smazonych potraw. Jednak miło powspominać czasy, gdy człowiek nie musiał jeszcze przejmować sie tym, co je i po prostu korzystał z bogactwa możliwości kulinarnych.
      A co do nieznanych warzyw w chińskiej dzielnicy to kupowałam je z ciekawości i drogą prób i błędów robiłam z nich smaczne dania w woku albo surówki.Będąc tam, chciałam spróbować wszystkiego, nawet jakby miało mi to zaszkodzić!:-)

      Usuń
  5. ...wzruszające to jest :)
    Serdeczności:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo prawdziwe...
      Dziękuję Meg i serdeczności zasyłam!:-)

      Usuń
  6. Przecudne są...Radość patrzeć jak rosną... Pamiętam takie z dzieciństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A rosną bardzo szybko. Dla nich tydzień, to jak dla ludzkiego dziecka rok! I bardzo długo są słodkie i ufne a jak dojrzeją, to dziczeją, stają sie nerwowe, nieufne i zapominają o tym, że były z człowiekiem tak blisko.Taka to jest kolej rzeczy, niestety.

      Usuń
  7. Przesłodkie są te kurczaki. A wiesz, mieliśmy 5 lat kurzą fermę- 200kur białych "na jajka". Czytając Twój post, przypomniało mi się wszystko z nią związane. Tylko, że my kupowaliśmy kurczaki, a potem te 200 kurcząt trzeba było nocami i dniami "rozgarniać' żeby się nie zadeptały i podusiły. Pamiętam, że każdemu kurczakowi wlewałyśmy pipetą witaminy i lekarstwo do dziobka( chorowały na "bażancią chorobę"). I pamiętam, jak każde jajko prześwietlałam (czasem i 150 jaj dziennie), żeby te dobre zawieźć do wylęgarni. I pamiętam, kiedy koszami wynosiłyśmy z mamą martwe kurczaki i zakopywałyśmy w sadzie, bo tak chorowały, że nie dało się ich uratować. Brrrrrrr....Miałam wtedy 16 lat. Długo na mięso z kurczaka nie mogłam spojrzeć bez niechęci, bo naszym częstym jedzeniem wtedy były kurczaki, a potem kury.
    Naród kupujący na targu jest czasem nieznośny. To takie ględoły, którym jajka nieświeże, pomidor nadgnity, sałata zwiędnięta, a sprzedawca ma zeza:)Nie przejmuj się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ sie napracowałaś Jaskółko!200 kurcząt!I tyle obowiązków było na głowie szesnastoletniej dziewczyny dniami i nocami! Wcale sie nie dziwie, że nie przepadałas potem za mięsem z kurczaka.
      W zeszłym roku też mieliśmy tu pomór i kilkadziesiat młodych kurek i kurczaczków nam padło. Strasznie to było przygnębiajace odkrywać codziennie w kurniku kolejne sztywne, zimne ciałka albo widzieć siedzące w kątku, osowiałe, bardzo chore ptaki, którym nie dało się pomóc...

      A naród na targu jest niestety tylko wycinkiem całego naszego narodu. Nie jesteśmy zbyt miłą, uprzejmą i ufną nacją. Łatwo sie uprzedzamy i lubimy szukać dziury w całym.
      Na szczęście zdarzają się wyjątki od tej reguły i niekiedy spotyka się tak przemiłych, rozumnych i wrażliwych ludzi, że aż skrzydła urastają i wraca uśmiech na twarz!:-)

      Usuń
  8. Patrząc na zdjęcia przypomniały mi się moje maluchy.
    Też mielismy inkubator, ale po porównaniu piskląt z naturalnego chowu i sztucznego sprzedaliśmy go. Nam kury siedziały bardzo chętnie. Miały porobione takie specjalne klatki (1,5m x 1m)i tam siedziały a potem odchowywały maluchy. Potem maluchy same jeszcze tam trochę były a potem "walka o życie " na wybiegu.
    Z tym zabijaniem swoich kogutów to też mamy problem. Odchowuje a potem oddaje. I koleżanka je zjada :)
    To takie oszukiwanie samego siebie. Bo w sklepie drób kupię :(
    Mi żeby ktoś zabił, bo nie mam oporów by je sama potem sprawić.
    Ech, trzeba by zmienić podejście do życia i śmierci zwierząt hodowlanych.
    My mamy problem by sprzedać swoje jajka. Już nie mam siły tłumaczyć co to za jajka. Mamy kilka osób co się przekonały.
    Zresztą nie mamy też tak dużo kurek jak Wy.
    Ale innych kur bym nie chciała, zachwalano nam jakieś "hybrydy" co niosą duuuże jaja ... my wolimy swoje.
    Taki mały patriota ze mnie :)))
    Całuski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będziemy musieli koniecznie zrobić chocież dwie takie klatki, o jakich piszesz, bo widzę, że kury mają coraz większą chęć samodzielnego wysiadywania. Wprawdzie jeszcze żadna zielononózka nie kwoczy, za to mam dwie chętne do wysiadywania czubatki.
      A z jajkami to wciaz wierzymy, że na wszystko potrzeba czasu i naród w koncu zrozumie co dobre i zdrowe. I kiedyś przyjdą te cudne czasy, że to ludzie będą nas prosić o sprzdanie im jajek a nie my ich o kupno.Taka przynajmniej mam, pewnie naiwną, nadzieję!
      Też jesteśmy małymi patriotami Mireczko i nie zamienilibyśmy zielononózek na zadne inne kury. Zielononózki i czubatki to typowe i w zasadzie jedyne dwie typowo polskie rasy. Najwyższa pora promować to, co nasze a przy okazji zdrowe!
      Serdeczności zasyłam!:-))

      Usuń
  9. Fascynujące! I oczywiście doskonale, ciekawie napisane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żywot kury może być ciekawy - trzeba tylko móc obserwować je na codzień i wyciagać wnioski. To zresztą dotyczy chyba każdego innego tematu.O czym sama dobrze wiesz, opisując kocie historie.
      Pozdrawiam serdecznie Aniu!:-)

      Usuń
  10. Kurczę - piórczę! No po prostu skręca mnie z niemożności posiadania takich ptaszysk. W mieszkaniu nie mam jak ich trzymać, na działce nie pozwalają... ale spróbuję do swojej idei przekonać Zarząd.
    Co prawda stada z kilkunastoma kurami trzymać nie będę, ale jak na nasze potrzeby jajcarskie dwie by wystarczyły ;)
    Niech się kuraki dobrze chowają, a ludzie od Was jajka kupują :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parę kurek na działce na pewno ładnie by wyglądało i miałoby gdzie pobiegać,trawki poskubać, robaczki wyjadać, życia i kolorytu działce dodać. Tyle, że o kurki trzeba dbać i być na tej działce codziennie by dać im jeśc, pic, kurnik posprzątać, jesli trzeba. No i zadbać o to, by zimą ich pomieszczenie było szczelne, miało okienko i żerdki dla ptaków.
      Dziekuję za fajne życzenia Tatsu! Niech sie spełni!I niech Twoje marzenie o własnych kurkach nabierze realności!:-)
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
    2. Oj, ja bardzo dobrze wiem, że kurki codziennej opieki potrzebują, bo i na wsi dorastałam, a i sama mam stado ptaków w mieszkaniu, więc taka "zielona" nie jestem na szczęście.
      Tylko trzeba Zarząd urobić pod siebie, coby zgodę na chów drobiu w liczbie niewielkiej otrzymać. Jeden sąsiad gołębie trzyma, ale mnie gołębie nie ciągną. Z nich ani jajek, ani pożytku, tylko kupa guana i wydziobane owoce i nasiona. A na rosół takiego nie utłukę, bo nie umiem. Ani zabić, ani sprawić, by nie zepsuć mięsa.
      Nadal trzymam kciuki za Wasze kurczaczki :)

      Usuń
    3. Zarząd możesz przekonać do kurek zielononózek tym, że są jedną z dwu polskich ras (poza nimi są jeszcze czubatki polskie, które tez zresztą mam!). Dobre, bo polskie! Taki swoisty patriotyzm jest teraz w modzie i coraz wiecej ludzi zaczyna rozumieć, że trzeba popierać nasze rodzime produkty i specjalności.
      Poza tym kury a zwłaszcza koguty są piekne, ozdobne, mają ciekawe zachowania (dla dzieci jest to świetna lekcja przyrody), dla dorosłych wytchnienie od cywilizacji.
      A ich jajka zawieraja w sobie podwyższony poziom dobrego cholesterolu a obnizony złego.Zarząd też musi coś przeciez jeść - a lepiej jeśc zdrowo!
      Dzieki temu Wasze ogródki działkowe moga zyskać swoja niepowtarzalnosć, indywidualność i stać sie wzorem dla innych!:-)

      Usuń
    4. Oj, gdyby to takie proste było!
      Ot, przejechali się na facecie, który sobie gołębnik zrobił i olał zarządzenia odnośnie limitu sztuk w stadzie. A jak Zarządowi coś nie po myśli, to znajdzie paragraf, żeby tego zakazać. :(
      Nie planuję całego stada, bo mnie na ziarno nie byłoby stać, a i działeczka wielka nie jest. A nad działeczką różne pustułki i myszołowy latają, więc kurki siłą rzeczy musiałyby w klatkach siedzieć. W kojcach dokładnie. Oczywiście ze stałym dostępem do trawy i ukrytych pod nią robaków. Jeszcze do niedawna mieliśmy do dyspozycji ugór, który był nawet nieco większy od naszej działki, ale się okazało, że jest to własność jednego z działkowych sąsiadów i się skończyło rumakowanie.
      Kogut może okazać się zbyt hałaśliwy dla okolicznych działkowiczów-mieszczuchów. W końcu pieje. I to głośno. Myślałam o maksymalnie dwu kurkach. Bo taką liczbę jestem chyba jeszcze w stanie wykarmić, by utrzymać je w dobrym zdrowiu i kondycji. I tylko dla jajek, bo ja do myśliwych z charakteru nie należę i zabijać dla jedzenia nie umiem. Nawet, jak uczyłam się wędkarstwa, to po pierwszej rybie już miałam dość, kiedy zobaczyłam, gdzie się haczyk wbija :( Aż mnie zmroziło... Cóż, tak to jest, jak ma się przerost empatii :/
      A co do zielononóżek... słyszałam, że one latają, jako jedne z nielicznych kur. Czy to prawda?
      Pozdrawiam cieplutko :)
      tatsu

      Usuń
    5. Och, Tatsu - jakże rozumiem tę Twoją nadwrażliwość i empatię!*
      Człowiek szanuje i kocha zycie. Cięzko jest sie przełamać i je zniszczyć dla błahej idei zjedzenia mięsa. Żyjąc w obecnych czasach jest się bardzo daleko od zwykłych, często drastycznych, lecz przeciez koniecznych do przezycia czynności. Cywilizacja jak tylko może odsuwa sprzed naszych oczu cierpienie, kalectwo, walkę ze śmieciami, zabijanie. Ale to istnieje i co wiecej korzystamy z tego, że ktos za nas cos zrobi, bylebyśmy my nie musieli kaleczyć swej duszy. Cięzko sie z tym pogodzić, ale tym niemniej ktos ginie by zyć mógł ktoś. Na przykład psy i koty, które w żaden sposób nie mogą przejsc na dietę wegetariańską!:-)

      A co do latania zielononózek, to rzeczywiscie potrafią one przefruwać nad płotem albo siadać na gałeziach drzew. Wynika to z tego, ze są lekkimi, niezbyt duzymi kurami o pustych w środku kościach. Poza tym sa półdzikie i łatwo sie płosza, a wówczas lecą by uciec.
      Własnie z tego powodu, ze sa półdzikie nie znosza jaj codziennie, jak inne kury lecz przewaznie co dwa dni. I własnie dlatego w ich jajkach zdązy nazbierać sie wiecej sklłników odzywczych zanim kura je z siebie wydali.
      Życze Ci z całej duszy Tatsu, by udało sie pomyslnie załatwic sporne sprawy z Zarządem i byś mogła cieszyc sie juz wkrótce posiadaniem dwóch pożytecznych kurek!:-)

      Usuń
  11. Rozkoszne sa te kurczatka! bardzo podoba mi się Twoja historia o cyklu życia i kogucim losie. trochę mi tych kogucukow jednak. szkoda. kurze historie na Waszym blogu zdecydowanie należą do moich ulubionych :) prawdziwa kurza mama z Ciebie Olgo ;) pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano Justynko, rzeczywiście jestem kurza, kocia i psia mama też. I lubię nią być!
      Żal kogutków, ale nic nie mozna poradzić. Lepiej by było dla nich być kurkami, ale płci, jak na razie, nie da sie zaprogramować!
      Serdeczności zasyłam do Holandii!:-)

      Usuń
    2. Przepraszam, że się wcinam do dyskusji, ale ta historia kogucia bardziej do mnie przemawia, niż to, co się dzieje z kogucikami na fermach kurzych. U Olgi przynajmniej mogą się trochę nacieszyć życiem i podrosnąć sobie, nabiegać się, nagrzebać za robakami, a na fermach ich przyszłość to tylko pasztet :( Pomijam milczeniem, drogę, jaką pokonują od selektora do puszki... brrr...

      Usuń
    3. Tak Tatsu - kury na wolnym wybiegu są po prostu szczęsliwe.Żyją w zgodzie ze swoją naturą i szanuje sie ich potrzeby. O kurach i kogutach mogłabym pisac i pisać (jakkolwiek smiesznie to brzmi), bo obserwuję je na codzień i widze, jak skomplikowane relacje społeczne zachodzą między nimi, jak wiele wśród nich jest przyjaźni, animozji, indywidualności i samotników.
      Jedzą, co chcą, chodzą, gdzie chca. Kłocą się, godza, prawie jak ludzie.
      Istnienie moich kogutów trwa najwyżej rok(od wiosny do wiosny) - ale ten rok to dla nich jakby roczne szczęście i pełnia. Lepsze to, niż nic.
      Kury na fermach zyją jak w obozie koncentracyjnym. Nic nie maja z tego zycia. To horror!Dlatego i jajka od nich sa pełne negatywnych albo obojetnych dla zdrowia składników.A na dodatek mnóstwo w nich chemii i GMO!

      Usuń
  12. Ale słodziaki, marzą mi się takie kurki,co by mi jajka znosiły, ale mój mąż powiedział kategoryczne NIE, on nie lubi ptactwa :(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z każdego słodziaka wyrasta niestety zajęta swoimi sprawami i mało lgnąca do ludzi kura czy kogut. A nie mając kurek kurek, nie masz też potem dylematu co zrobic z kogutkami czy z nadmiarem jajek. Nie musisz po nich sprzatać. Jedzenia codziennie im robic i w każdą niepogodę do kurników chodzić. Może więc Twój mąz Jagódko ma trochę racji, nie chcąc tego kłopotu?:-)

      Usuń
  13. Odpowiedzi
    1. A z każdym dniem coraz śliczniejsze!:-)

      Usuń
  14. ależ piękne pasiaste puszyste maleństwa..:-D Olga pięnie to opisałas!Mogłabyś ksiązki pisac dla studentów weterynarii, byliby zachwyceni..:)

    Star i Ty tak z gołymi cyckami przed Kogutem paradowałaś....ależ się uśmiałąm...:-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla studentow weterynarii tylko w takich przypadku, gdyby potrzebowali wzruszeń a nie tylko anatomii i zootechniki!:-)
      Kogut tez facet, to rzeczywiscie musiało być wstydliwe troszkę!:-)

      Usuń
  15. Toś Ty Olgo gospodyni całą gębą ( tak się mówi ).
    Inkubatorek , inkubatorkiem, ale Twoje kurczaczki są jednak sierotami.

    Może przychodnia onkologiczna to miejsce na reklamę waszych jaj.?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zdaję sobie sprawę z tego, ze to małe sierotki i lepiej dla nich by było, gdyby to ich mama się nimi od poczatku zajmowała. Zbudujemy w końcu z Cezarym specjalne pomieszczenia dla kwok i damy im szansę na wysiedzenie.Trzeba byc blizej natury!
      (Jednak z inkubatorka wylega sie więcej i pewniej (jest 28 kurcząt!)).
      Z tą przychodnią onkologiczną dałaś mi do myslenia Zofijanko. Już parę osób po leczeniu nowotworowym kupiło od nas jajka, wiedząc, że mogą jeść tylko najzdrowsze i najświeższe rzeczy, jakie daje natura.
      Dobrego dnia sąsiadko!:-)

      Usuń
  16. Piękne są!
    Ja marzę o swoich kurkach. Może się uda...?
    Choć tyle mam zajęć, a znając życie, a raczej mojego pana domowego, wszystko spadnie na mnie, a z Absorberami mam teraz co robić...:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poczekaj Tupajko aż Absorbery troszkę dorosną i bedą gotowe wyjśc do przedszkola poza inkubator domowy Mamusi! A potem będziesz miałą więcej czasu na rozłożenie skrzydeł i realizację swoich marzeń.Nie zamęczysz sie wówczas i wszystko będziesz robiła z przyjemnością - a i dzieci pomogą, bo obcowanie z kurkami, obserwacja ich to moze być duża dla nich przyjemność i duma, że mogą pomóc w gospodarstwie!:-)

      Usuń
  17. Toż to ptactwo ozdobne! jak z obrazka. A z mięskiem to wszystkie mieszczuchy na wsi maja ten problem. Widac jak się od dziecka nie przywyknie że się karmi żeby zjeść to potem klapa - patrzysz na żywe stworzenie a nie smakowite, ekologiczne mięsko. Też tak miałam ale z królikami: dzisiaj Czarny na obiad w potrawce a w sobotę była Puchatka w sosie musztardowym i pasztecik. A przekabacił mnie miejscowy, u mnie robiący za dozorcę do wszystkiego.: chodził wokół tych królików a w szczytowym momencie miałam ich 16! wszystko zauważył - a ten ma oczko chore, a tu łapka skaleczona. A później: szybko skutecznie prask - 'przecież nie może cierpieć' - powiedział z niebotycznym zdumieniem, bo to był jedyny istotny problem dla niego, a nie że comberek z Białasa.przecież po to dany Białas był, karmiony, nawet głaskany, żeby go zjeść.Ot, naturalny cykl produkcyjny, a nie anonimowy kawałek mięsa w folii z supermarketu.Trzeba przywyknąć. Ewa z Kresowej Zagrody to samo o swoich kożlakach pisała.Aha, na mojej wsi - jak jeszcze coś hodowali - to proces produkcyjny załatwiał sąsiad , a nie właściciel żywiny i tak na wymiankę.Może tym producentom naturalnej żywności też nie do końca łatwo było odebrać prosiaczka, karmić prawie 1/2 roku i potem - szyneczka. ps. odnośnie tych boksów dla loch - świnia jak się prosi to prawie zawsze co najmniej 1 zgniecie, królica resztą też. Za duża strata w przemysłowej hodowli.Czy możesz jeszce parę portretów zamiesić? miło popatrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A propos portretów i zdjęć kur, to na pewno nie raz jeszcze się na tym blogu pojawią.
      A co do zjadania wyhodowanych przez siebie zwierząt, to trzeba sie w koncu przełamać i nie wydziwiać. Póki co jednak, warzywa, owoce i chleb smakują mi bardziej i nie mam potrzeby wcinania swojskiego drobiu. Moze kiedys mi sie odmieni - czas pokaże!
      Na razie rośnie nowe, kurze zycie i woła co chwilę o jedzenie.Zajmuję sie wiec teraz maleństwami i cieszę sie ich beztroskim dzieciństwem.
      Żeby jeszcze słonko na niebo wróciło, to bym je na trawke wypuściła a tu leje i chłodno, no i nie da sie maleństw na dwór jeszcze wypuszczać!

      Usuń
  18. Olu takie jest życie i będziesz musiała przywyknąć czy dasz radę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do spraw kurzych przywykłam (choć zabijanie to nie powinno być coś do czego się przywyka). Ale serce boli mnie bardziej w sprawach kozich...Przywiązuję się za bardzo a tymczasem z nimi też trzeba sie rozstawać...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia