Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 maja 2024

Tajemnica różowej miski…

 


 

   Mam od dawna taki obyczaj, że jeśli nasze pieski nie dojedzą swojej zupki wątrobianej albo inszego żarełka zostawiam im w ogrodzie przy studni obok domu różową miskę z ową resztką karmy. Wiem bowiem, iż w ciepłe noce psiska poproszą o wypuszczenie do ogrodu i wówczas na pewno zjedzą ze smakiem pogardzaną wcześniej pozostałość posiłku.

  Jakież było moje zdumienie, gdy kilka dni temu wychodząc o poranku do ogrodu nie dostrzegłam nigdzie tejże miski! Miski pamiątkowej, bo należącej niegdyś do naszej ukochanej Zuzi…

- Czyżby psiska pożarły miskę wraz z zawartością? – naszła mnie od razu idiotyczna myśl.

- Nie! To pewnie wiatr gdzieś ją porwał i teraz leży w jakichś chaszczach! – stwierdziłam i choć miniona noc była zupełnie bezwietrzna to w poszukiwaniu śladów działalności psotnego wietrzyska obeszłam ogród zerkając uważnie do wyschniętego stawu, pod wszystkie krzewy i w różne tutejsze zakamarki. Teren naszego siedliska jest duży, wiec zajęło mi to sporo czasu. W końcu zaszedłszy na samiuteńki koniec ogrodu, ze zdumieniem ujrzałam zaginioną miskę porzuconą w kępie trawy w pobliżu kwietnika z malwami i płotu graniczącego z polem.  



- Skąd się tam wzięła? Kto ją tam zaniósł i po co? Do naszych psów to niepodobne…Byłby to zatem jakiś obcy zwierz?  - i od razu uświadomiłam sobie, że od jakiegoś czasu znikają też z trawników niedojedzone psie kości. Nie muszę ich sprzątać jak zwykle, bo ktoś to robi za mnie. Ale kto? Kto ma na tyle silne szczęki, że daje sobie radę z twardymi gnatami? Wprawdzie widziałam już tu parę razy obce koty, które zakradały się do ogrodu i uważnie rozglądając się na boki dojadały makaron po naszych psach, ale żeby pożerały kości? Toż to nie lwy!

   Do tego od kilkunastu dni można poczuć w naszym ogrodzie intensywny, specyficzny zapach dzikiego zwierzęcia. Snuje się ta ostra woń zwłaszcza przy wiacie na drewno, ale jest też mocno wyczuwalna wewnątrz budynku gospodarczego…Może więc na strychu owego budynku zagnieździła się kuna, tchórz, szop pracz albo coś w tym stylu? Tylko rzecz z owymi kośćmi nie daje mi spokoju. Bo one duże, twarde i ciężkie. Kto zatem dałby im radę?

   Któż zakrada się nocą do naszego ogrodu i bezczelnie tu ucztuje a na dodatek zabawia się psią miską wynosząc ją kilkadziesiąt metrów dalej?



   Ogród jest otoczony płotem z siatki i fakt ten nieco zawęża pole moich domysłów. Bo o ile lis bez trudu przelazłby przez ów płot, to np. wilk nie bardzo. Także obcy pies by się tu nie dostał a poza tym ten zapach wyczuwalny przy wiacie na drewno zdecydowanie należy do jakiegoś prawdziwie dzikiego zwierza, który w ten sposób oznacza tren. Swój teren. Wyznam, iż trochę mi się robi nieswojo, gdy zdam sobie sprawę, że nocą nasze siedlisko bierze we władanie jakiś tajemniczy stwór. Odczuwam lekki niepokój na myśl, że po moich dziennych, swojskich ścieżkach, nocami ktoś jak gdyby nigdy nic sobie spaceruje w sposób niewidzialny i potajemny. I wówczas moje ścieżki należą do niego.



      Pamiętam takie zdarzenie sprzed kilku lat. Nocą psy pobiegły z ujadaniem na tył ogrodu. Właśnie tam, gdzie przy płocie mam dzisiaj kwietnik malwowy. I o ile trzy z nich (żyła jeszcze wówczas Zuzia) zaraz przybiegły do mnie na wołanie (a wyglądały przy tym na dziwnie przestraszone), to Misia pozostała w pobliżu płotu i szczekała wniebogłosy dalej. Za nic nie dawała się przywołać. Wziąwszy latarkę poszliśmy z Cezarym w jej stronę żeby poświecić w miejsce, gdzie spodziewaliśmy się ją zobaczyć. A że noc była bezksiężycowa, to ciemno zdawało się wokół jak w grobie. Szliśmy ostrożnie trzymając się za ręce, żeby nie wpaść na coś i nie przewrócić się po drodze. Nocą wszak wszystko jest odmienione. Zdumiewająco obce, nierealne, czarem jakimś dziwnym okryte. Ciemne sylwetki drzew , strażników ogrodu, wyrastają wcale nie tam, gdzie można by się ich spodziewać. Gałęzie krzewów bzów i kalin wyciągają daleko ramiona. A kolce berberysów wyostrzają się jakby chciały złapać i zatrzymać przy sobie każdego, kto niebacznie przechodzi obok.



   W końcu z trudem dojrzeliśmy za krzakiem jasną sylwetkę ujadającej Misi a z ciemności, tuż obok naszej psinki pobłyskiwała na zielono fosforyzująca upiornie para obcych oczu.

   Mróz mi wówczas przebiegł po krzyżu, bo oczy owe widoczne były na wysokości około metra. Czyli było to coś dużego, coś, co na nasz widok, na widok latarki nie uciekało a uparcie tkwiło w miejscu. A Misia będąc niewidomym psem nie miała pojęcia z czym ma do czynienia i pewnie dlatego się obcego nie bała tak jak reszta psów. Nawiasem mówiąc ta ślepota Misi już parę razy przyczyniła się do tego, ze nasza psinka nie czuła strachu przed czymś, czego obawiają się zazwyczaj psy. Np. świetnie potrafiła wchodzić po drabinie, nie lękając się wysokości, bo nie miała o owej wysokości pojęcia.



   Wracając jednak do wspomnienia z nocnej wizyty w ogrodzie, to na widok owych fosforyzujących ślepi oboje z Cezarym w przystępie panicznego lęku krzyknęliśmy głośno, zatupaliśmy, zahuczeliśmy co sił i jeszcze mocniej ścisnęliśmy nasze dłonie. Wtedy dostrzegliśmy, iż odważna Misia doskoczyła walecznie w stronę tajemniczego zwierza a ten ostatecznie zniechęcony całym zamieszaniem wreszcie dał drapaka błyskawicznie zwiewając przez płot.

   Wówczas Misia jako szczęśliwa tryumfatorka natychmiast do nas przybiegła. Okazało się, iż miała pod okiem niewielkie zadrapanie. Pewnie efekt potyczki z owym zwierzem. Pamiętam, że długo potem ta ranka nie chciała się jej goić. Ślimaczyła się i ślimaczyła. A Zuzia – troskliwa mamusia – codziennie po wielekroć wylizywała Misi delikatnie to zadrapane miejsce. A Misia poddawała się owej procedurze cierpliwie a nawet z lubością. Dawne czasy…



   No dobrze. Ale tak jak wtedy nie mieliśmy pojęcia, jakież to stworzenie nawiedziło nocą nasz ogród, tak i teraz nie wiemy, kto został tajemniczym rezydentem Jaworowa i czy to ten sam, co niegdyś osobnik? Pewnie nie, ale w okolicznych lasach żyje mnóstwo dzikich zwierząt. A las prawie zaraz za płotem. Często dochodzą nas stamtąd wycia, pohukiwania, popiskiwania, chrumkania, poświsty, szelesty i poszczekiwania. Cały czas toczy się tam intensywne, niewidzialne dla nas życie. Życie, które w jakiejś mierze przenika się z naszym, jest czymś naturalnym i zwyczajnym. My chadzamy z Cezarym na przechadzki do lasu, to i leśni mieszkańcy mają prawo zaglądać do nas. Jest w tym wszak jakaś normalność i sprawiedliwość.



   Dlatego nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby zadomowiło się u nas któreś z leśnych stworzeń. Wszak łatwo dostępne resztki psiego jedzenia stanowią nie lada przynętę. Mam przeczucie, że gdybym wlazła na nieużywany od lat stryszek budynku gospodarczego, to mogłabym tam znaleźć zarówno pozostałości owych psich kości, jak i uwite w starym sianie sekretne gniazdko dzikiego zwierza. Może i on sam wyszedłby mi na spotkanie? Jakoś jednak nieśpieszno mi by tam zaglądać. Od razu przypominają mi się horrory z  ohydnymi mutantami podobnymi do ósmego pasażera ze statku kosmicznego Nostromo. Brr!



   Cezary martwiąc się o ewentualne spotkanie naszych psów z owym obcym osobnikiem radzi, by na jakiś czas zabrać drabinę spod stryszku. Że niby wtedy „toto” nie da rady tam wleźć. Ja jednak mam co do tego pomysłu mieszane uczucia. Przecież w gruncie rzeczy ten zwierz nic złego nikomu nie robi i mam, pewnie nieco naiwną nadzieję, że nie zrobi. Po prostu chce być tutaj na jakiś czas. Pożywić się , odpocząć zanim wróci w swój leśny świat. Dziwnie żal by mi było pozbawiać „toto” zacisznego schronienia. Zadomowiło się to coś u nas. Zaufało, że będzie mu tu dobrze. Niegościnnie byłoby zatem z naszej strony je tak obcesowo potraktować. A poza tym, jeśli to coś dysponuje sprawnością i zwinnością podobnej do kociej, to bez problemu wespnie się na stryszek nawet bez drabiny. Tak kiedyś czyniły koty. Wchodziły na obramowanie kompostownika, potem robiły długi skok na daszek starego klopiku, przerobionego obecnie na komórkę na ogrodnicze „przydasie”.  A stamtąd dziecinną łatwością było już dla nich dostanie na dach strychu i dziurą wlezienie do środka.



   Czy macie jakieś pomysły, jakież to stworzenie może być? I co powinnam zrobić, by się tego dowiedzieć? A może  jednak trzeba by przepłoszyć stąd „toto” a przynajmniej zniechęcić do odwiedzin Jaworowa na przykład przestając wystawiać na noc do ogrodu zuziną, różową miskę z resztką wątrobianej zupki…?

P.S.

I jeszcze jedna, gorzka niestety, refleksja na koniec. Refleksja, która pośrednio wiąże się z powyższą opowieścią. Decydując się na osiedlenie w miejscu graniczącym z łąkami i lasem w dużej mierze byliśmy otwarci i gotowi na odwiedziny dzikich zwierząt. Chcieliśmy żyć daleko od cywilizacji a blisko natury, więc tak żyjemy. Jednak zupełnie nie byliśmy gotowi i nie potrafimy zaakceptować najazdu owej „cywilizacji” w postaci wprowadzania nowych, dziwacznych przepisów rodzimych czy unijnych. Wtrącania się przeróżnych biurokratów i urzędników w nasze codzienne życie. Straszenia, że wlezą do nas z buciorami i w majestacie chorego prawa będą kontrolować takie rzeczy jak np. szambo, piec C.O., rodzaj pokrycia dachu, czy też posiadanie telewizora. Mamy też dość zakłócania naszej spokojnej, swojskiej codzienności złowieszczymi informacjami o czekającym nas niebawem przymusie remontu domu, o konieczności zakładania fotowoltaiki oraz nowego, bardziej ekologicznego pieca, o zawłaszczaniu rzeczywistości przez szaloną, klimatystyczną ideologię. Och! Wolelibyśmy gościć u siebie całe watahy dzikich zwierząt, niż obcować z wynaturzonymi działaniami coraz bardziej szarogęszących się pazernych polityków, biurokratycznych hien i urzędniczych pijawek…To się w głowie nie mieści, że nigdzie, nawet na końcu świata, nawet w małym domku pod lasem człowiek nie może się już czuć jak dawniej swojsko i bezpiecznie, że spokój ducha zniknąć może bez śladu zupełnie tak, jak różowa, psia miska…




niedziela, 20 listopada 2022

Zima na ramiona moje spadła…

 



 

„Zima na ramiona moje spadła niewinnością, białym płaszczem…” – śpiewa Kayah w jednej z moich ulubionych piosenek, tych, które nigdy się nie zestarzeją i których szczególnie dobrze się słucha, gdy za oknem robi się coraz bardziej biało. Spadł śnieg i błyskawicznie zmieniły się pogórzańskie pejzaże oraz nastroje. Jakby w duszy coś odetchnęło, jakby wbrew atakowi listopadowego mrozu zapanowała wreszcie długo wyczekiwana odwilż.  Śnieg ma swoją tajemniczą moc i magię. Mimo destrukcyjnych i przygnębiających zmian na świecie to wrażenie nie zmienia się a wręcz przybiera na sile. 


 








   A jeszcze parę dni temu soczysta zieleń i złociste barwy jesieni królowały w naszym ogrodzie. Wspaniale kwitły lwie paszcze i bujniła się mięta. Ciepła aura pozwoliła nam na porządne wysprzątanie ogrodu przed zimą, na posadzenie na ogrodzonym poletku (chronionym przed zdeptaniem przez psy) prawie dwustu sadzonek truskawek. O ile mróz nie zniszczy młodych sadzonek i o ile nie dobije ich przyszłoroczna susza, spodziewam się wielu pysznych owoców w czerwcu.


 



   A skoro już o psach wspomniałam, to muszę napisać o nagłej, odkleszczowej chorobie Misi, którą przez kilka dni musieliśmy wozić do odległego o 20 km weterynarza, gdzie dostawała zastrzyki i kroplówki ratujące jej życie.  Jakiś czas temu niepozorny kleszczyk dopadł ją na terenie ogrodu, wgryzł się w szyję i zanim go wyrwałam zdążył niestety zakazić psinusię babeszjozą. A jest to choroba podstępna i łatwa do pomylenia z innymi a tym samym do przegapienia pierwszych objawów i nie zareagowania wystarczająco szybko by zapobiec najgorszemu. U Misi był to brak apetytu, osowienie, w końcu wymioty. Myślałam na początku, że może coś zjadła, czymś się struła i przez dwa dni czekałam na samoistną poprawę, jak to często się u psów dzieje. Potem jednak widząc, że nic jej nie lepiej przeraziłam się, że może to jej złe samopoczucie ma przyczynę taką samą, jak u zmarłej w styczniu Zuzi. Był to wtedy nowotwór bezwzględny, żarłoczny i zabójczy. Na samo wspomnienie o tym łzy zbierają się pod powiekami a serce trzepocze jakby koszmar umierania Zuzi zdarzył się przed chwilą…Nie czekając więc na nic dłużej zapakowaliśmy słabiutką, niewidomą psinkę do samochodu i pojechaliśmy do lecznicy. A tam? Tłum składający się ze stroskanych opiekunów zwierząt oraz miałczących bezradnie kotów i nerwowo dyszących psów. Kilka  spośród owych psin leżało na kocykach albo gołych kafelkach zaś z kroplówek sączyła się w ich żyły krew albo sól fizjologiczna z antybiotykami. W kilka godzin potem, gdy w końcu weterynarz zbadał naszą Misię i pobrał jej krew na badania laboratoryjne okazało się, że dolega jej to samo, co owym leżącym pokotem psom. Babeszjoza – choroba, w której pierwotniaki w try miga zasiedlają krwinki czerwone psa i niszczą je, na skutek czego wysiadają nerki, wątroba a w końcu pozostałe, niezbędne do życia organy. Na szczęście Misia nie była jeszcze w tak złym stanie jak niektóre z tych biednych piesków w lecznicy. Nie trzeba było sprowadzać dla niej krwi a potem jej przetaczać. Wystarczyły codzienne kroplówki i zastrzyki a teraz, już w domu, antybiotyki w tabletkach oraz środki krwiotwórcze. Z dnia na dzień Misia czuje się coraz lepiej. Znowu ma apetyt i ochotę na beztroskie brykanie po ogrodzie w towarzystwie Hipci i Jacusia.


 



   A zdaje mi się, iż owo brykanie jest tym weselsze, im więcej śniegu zalega wszędzie. Polarne, jaworowe pieski znowu są w swoim żywiole. I cieszę się patrząc na ich radość. Uśmiecham się chłonąc w siebie ten delikatny optymizm emanujący z owej niewinnej bieli, a przede wszystkim z dobrego samopoczucia wszystkich naszych kochanych psiaków. I cieszę się też tym kilkustopniowym mrozem a nawet nie mam nic przeciwko temu by zrobiło się jeszcze chłodniej. Srogi mróz bowiem to jedyny sposób na wybicie milionów kleszczy czyhających w ogrodzie, w lesie i na polach na psy, koty, sarny, dziki, jelenie, zające, lisy, ptaki i wszelkie ciepłokrwiste stworzenia. Niechże szaleje zatem ten mróz i czyni swą powinność. Niech maluje na szybach swoje wspaniałe wzory, niech chrzęści pod nogami i błyszczy tysiącami diamentów na śniegu a brylantowo niech mieni się w wiszących z dachów soplach.


 


   „Ogień zaczął tańczyć już w kominie…” – śpiewa w dalszej części swej piosenki Kayah. I odkąd nastała zima tańczy ten ogień wesoło w naszych piecach.  Drewna na szczęście mamy sporo, a więc niechże owe życiodajne płomienie tańczą do woli i rozgrzewają dom. Dodają mu one przytulności i swojskości, poczucia oderwania od reszty świata.  Pozwalają nam na zasłużony, spokojny odpoczynek. Drogi do miasteczka oblodzone teraz i śliskie  a my z Cezarym oddychamy z ulgą, że rychło w czas skończyła się konieczność jazdy z Misią do weterynarza, że póki co w ogóle nigdzie nie trzeba stąd się ruszać, bo solidne zapasy zrobione a więc niby niedźwiedzie w gawrze moglibyśmy się tu okopać na niemal całą zimę. Jednak na pewno nie raz się gdzieś stąd ruszymy, bo przecież chłodne dni przeplatać się będą z cieplejszymi a i okoliczne lasy przyzywać będą na zimowe przechadzki. Wprawdzie tych lasów coraz mniej, bo na skutek ostatnich, wzmożonych wycinek poznikały całe połacie  srebrzystych bukowych kniei, ale gdy tylko pójdzie się dalej można zapomnieć o zniszczeniach i znowu odetchnąć niewinnym pięknem dzikiej natury, zanurzyć się w jej ciszę i moc, popatrzeć na niebo, na ziemię, zanucić ulubioną piosenkę, zajrzeć w duszę i znów poczuć się częścią tego wszystkiego…


 

wtorek, 20 września 2022

Pogoda zupowa…

 



 

   Leje, wieje, zimno. Przełom lata i jesieni nie rozpieszcza nas dobrą pogodą. Ale nie narzekam, bo deszcz przecież bardzo potrzebny. Na przenikający przez ściany wilgotny chłód też jest rada. Od świtu palę pod kuchennym piecem i grzeję na nim wczorajszy krupnik. Taka zupa to idealne śniadanie oraz obiad w pochmurny, niezachęcający do wychodzenia na dwór czas. Psy śpią na swoich legowiskach jak zabite. Rano wyszły na dwór tylko na moment, aby zostawić naturze ponocne prezenty a potem w te pędy wracały do domu. Tu czekała na nie troskliwa pańcia wraz z wielkim prześcieradłem, którym zawsze wyciera ich zmoczone futerka. Na hasło: wytrzemy!” pchają się do pańci na wyścigi i podtykają grzbiety oraz główki, traktując pewnie te wycierania niczym kolejną, należną im pieszczotę. Bo pieszczot zawsze im mało, wiadomo! Trzeba je jeszcze wygłaskać, wytarmosić liniejące bez ustanku kudełki, wysmyrać…Jejku, jejku! No już, już. Zadowolone wskakują na kanapę albo leżankę obok. Pokręcą się, powiercą i już za chwilę dobiega stamtąd ich spokojny, głęboki oddech albo i chrapanie…


 

   W międzyczasie krupniczek zdążył się zagotować, więc z przyjemnością zajadamy go z Cezarym racząc się nim powoli…Zdałyby się do zupy jakieś prawdziwki czy podgrzybki, ale w tym roku nie widziano grzybów w naszych lasach. Takie są pewnie skutki drastycznie suchego lata. 



 

   Dobrze żeśmy przed tą deszczową porą zdążyli sporo drewna z naszego lasu nawieźć. W trosce o następną jesień i zimę kupiliśmy też trochę buka i brzozy. Trzeba to wszystko pociąć i połupać, ale na razie grube bale muszą poczekać aż przestanie tak lać. Ale przecież nie będzie padać bez przerwy. Na pewno jeszcze tej jesieni zdarzą się słoneczne, przyjemne dni, w trakcie których da się popracować na podwórku, zrobić porządek ze wszystkim, ostatni raz skosić trawę, posprzątać liście itd.


 


   Lecą z drzew dojrzałe i wielkie gruszki bery. Jak zawsze o tej porze roku obieramy je, kroimy i pakujemy do słoików, w których zalane słodko-kwaśnym, korzennym wywarem i porządnie zapasteryzowane będą zjadane ze smakiem w trakcie nadchodzącej zimy. Ślicznie czerwienieją już maleńkie owocki berberysu. Może spróbuję dodać je do tegorocznych przetworów gruszkowych. Podobno berberys ma mnóstwo zdrowotnych właściwości. Sporo jest też w ogrodzie fioletowych winogron i rubinowych malin. Na razie zajadamy je na świeżo. Jest nadzieja, iż uda się zebrać ich nieco na sok albo dżem.





 

   Spoglądam na smacznie śpiącą Misię. Na szczęście nie wylizuje sobie zranionej parę dni temu łapki, w związku z czym nie muszę jej nakładać znienawidzonego kołnierza ochronnego. Widać, że wszystko dobrze się na niej goi, zaordynowany przez weta antybiotyk działa i za parę dni będzie można jej zdjąć szwy. 


 

   A co się jej właściwie stało? Otóż co jakiś czas przybiega pod naszą bramę pies z sąsiedztwa. Biega wzdłuż niej i irytuje nasze psy. A najbardziej Misię, która nie widząc obcego psa a tylko go wyczuwając denerwuje się i podskakuje wysoko albo pyszczek między siatkę usiłuje wciskać żeby dosięgnąć tamtego zuchwalca i go capnąć. I niestety, ostatnio zdarzyło się, iż podskoczywszy wysoko opadła na okucie bramy, które okazało się tak podstępnie ostre, że poważnie rozcięło jej łapę. I to w samym jej zgięciu. Głęboka rana koniecznie wymagała szycia, który to zabieg wykonał jej pod narkozą sympatyczny, młody weterynarz z odległego od nas o ok. 20 km Dynowa.  Ale ileż się naczekaliśmy żeby wejść do gabinetu! Mnóstwo psów i kotków wpuszczanych było przed nami, bo kolejka do lekarza ciągnęła się od dłuższego czasu. Okazało się, że wcześniej w lecznicy przez kilka godzin nie było prądu, więc wszelkie planowane zabiegi musiały być odłożone. Potem, już w trakcie naszego czekania znowu wszystko zgasło a ponieważ na zewnątrz zapadł już zmrok nagle wszyscy znaleźliśmy się w ciemnościach egipskich. Na szczęście wkrótce prąd wrócił, ale te parę chwil w spędzonych w głębokiej czerni rozjaśnianej tylko światłem telefonów komórkowych po raz kolejny uświadomiło mi jak ogromnym problemem mogą się stać dłuższe wyłączenia elektryczności. Oby ich nie było!  


 

  Jak już Misia leżała na stole zabiegowym zgadaliśmy się z doktorem, że i on ma niewidomego psa, który tak jak nasza psina zazwyczaj wspaniale radzi sobie ze wszystkim i nikt nie poznałby po nim, że coś jest z nim nie tak. Ktoś parę lat temu przyniósł mu ślepego szczeniaka do uśpienia a on wziął go do siebie i wychował razem z resztą swej psiej czeredy. Jak wet opowiadał mi swoją historię, to jakbym o naszej słuchała…Siedzieliśmy w jego gabinecie do późnej nocy i gwarzyliśmy o wielu sprawach, ciesząc się, iż mamy bardzo podobne spojrzenie na rzeczy, które dzieją się teraz w naszym kraju i na świcie.


 

   Szkoda, że nie będziemy mogli już sobie w ten sposób porozmawiać z naszym dawnym, starym doktorem z pobliskiego miasteczka. Że nie będziemy mogli do niego pojechać i o każdej porze dnia albo nocy  móc liczyć na jego życzliwą troskę i pomoc. Niestety, tego roku gmina nie przedłużyła mu umowy o najem gabinetu i doktor wraz z żoną, także weterynarzem, zmuszony był zakończyć swoją działalności i wyprowadzić się daleko stąd, gdzieś aż za Przemyśl. Dzwoniłam do niego niedawno chcąc się dowiedzieć jak znosi tą przymusową, zesłańczą emeryturę. Kiepsko…Praca w lecznicy była dla obojga całym ich życiem. Nie potrafią sobie teraz znaleźć zajęcia ani celu. Smutni i zgorzkniali z żalem wspominają minione czasy. Mam nadzieję, że jak przywykną do obecnej sytuacji, to zdołają znaleźć w sobie dawną iskrę, dokopać się do swych zapomnianych pasji a może nawet otworzyć przy domu jakiś malutki gabinecik weterynaryjny. Czas pokaże. Byleby zdrowie im dopisywało…Jako i nam wszystkim.


 

   A wracając do  Misi, to  ładnie teraz zdrowieje, a niebezpieczne części bramy Cezary będzie musiał jakoś zeszlifować albo przygiąć, żeby się więcej takie wypadki nie zdarzały. Bo namolne psisko z sąsiedztwa na pewno nie raz jeszcze przybiegnie pod nasz płot a więc powodów do irytacji Misi oraz reszcie ferajny nie zabraknie!


 

   Spoglądam przez okno. Czyżby przestało padać? Ale niebo nadal zaciągnięte a na zaokiennym termometrze zaledwie kilka stopni. Brr! Trzeba dołożyć drew do pieca. I zjeść jeszcze jedną porcję krupniczku…Mniam!:-)


 

   Muzyczną ilustracją tego jesiennego w nastroju posta niech będzie podesłana mi ostatnio przez Marytkę piękna piosenka pt. „Si jamais j’oublie” („Jeśli kiedykolwiek zapomnę”)śpiewana przez francuską piosenkarkę  o pseudonimie Zaz. Utwór ten ma bardzo mądre, trafiające do serca słowa oraz wpadającą w ucho melodię. Poniżej fragment tłumaczenia tekstu oraz piosenka.

"Przypomnij mi tamten dzień i rok, Przypomnij jaka była pogoda. A gdybym zapomniała możesz mną potrząsnąć. A jeśli zechcę odejść uwięź mnie i wyrzuć klucz. Uszczypnij mnie i powiedz jak się nazywam. (...) Przypomnij mi me sny najbardziej szalone. Przypomnij mi łzy uronione. Jak uwielbiałam śpiewać. Gdybym zapomniała..."


Przypomnij mi tamten dzień i rok Przypomnij mi, jaka była pogoda A gdybym zapomniała Możesz mną potrząsnąć A jeśli zechcę odejść Uwięź mnie i wyrzuć klucz Uszczypnij mnie I powiedz jak się nazywam Gdybym kiedykolwiek zapomniała tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem, po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie przyrzekłam Przypomnij mi me sny najbardziej szalone Przypomnij mi łzy uronione Jak uwielbiałam śpiewać, gdybym zapomniała Jeśli kiedykolwiek zapomnę tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem i po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie obiecałam

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,zaz,si_jamais_j_oublie.html

 


Przypomnij mi tamten dzień i rok Przypomnij mi, jaka była pogoda A gdybym zapomniała Możesz mną potrząsnąć A jeśli zechcę odejść Uwięź mnie i wyrzuć klucz Uszczypnij mnie I powiedz jak się nazywam Gdybym kiedykolwiek zapomniała tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem, po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie przyrzekłam Przypomnij mi me sny najbardziej szalone Przypomnij mi łzy uronione Jak uwielbiałam śpiewać, gdybym zapomniała Jeśli kiedykolwiek zapomnę tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem i po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie obiecałam

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,zaz,si_jamais_j_oublie.html
Przypomnij mi tamten dzień i rok Przypomnij mi, jaka była pogoda A gdybym zapomniała Możesz mną potrząsnąć A jeśli zechcę odejść Uwięź mnie i wyrzuć klucz Uszczypnij mnie I powiedz jak się nazywam Gdybym kiedykolwiek zapomniała tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem, po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie przyrzekłam Przypomnij mi me sny najbardziej szalone Przypomnij mi łzy uronione Jak uwielbiałam śpiewać, gdybym zapomniała Jeśli kiedykolwiek zapomnę tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem i po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie obiecałam

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,zaz,si_jamais_j_oublie.html
Przypomnij mi tamten dzień i rok Przypomnij mi, jaka była pogoda A gdybym zapomniała Możesz mną potrząsnąć A jeśli zechcę odejść Uwięź mnie i wyrzuć klucz Uszczypnij mnie I powiedz jak się nazywam Gdybym kiedykolwiek zapomniała tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem, po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie przyrzekłam Przypomnij mi me sny najbardziej szalone Przypomnij mi łzy uronione Jak uwielbiałam śpiewać, gdybym zapomniała Jeśli kiedykolwiek zapomnę tamte noce Wśród gitar i wrzasków Przypomnij mi kim jestem i po co żyję Jeśli kiedykolwiek zapomnę, biorąc nogi za pas Jeśli pewnego dnia czmychnę Przypomnij mi kim jestem, co sobie obiecałam

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,zaz,si_jamais_j_oublie.html

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost