…Zima nie ustępuje. Zima, mroźna i groźna, śnieżna jak za
dawnych czasów. Nasza brama wyjazdowa przymarzła do grubej warstwy lodu oraz zmrożonego
śniegu i nie daje się jej otworzyć. Wobec tego wyjazdy z Jaworowa na razie są
niemożliwe. Trzeba by we dwoje mocno i długo tłuc łopatą ten stwardniały na
kość śnieg i to na sporym obszarze, bo brama jest wielka. Na razie nie robimy tego, bo póki co nie musimy
nigdzie się stąd ruszać. Zapasy zrobione
jakiś czas temu, spiżarka pełna przetworów – z głodu nie pomrzemy. Tym
niemniej marzy się już nam jakieś ocieplenie, choćby po to by się człowiekowi chciało
więcej z domu wychodzić, rozruszać, odzyskać dawną sprawność fizyczną. Momentami
bowiem to zimno staje się dokuczliwe. Szczególnie o poranku dom jest tak
wychłodzony, jakby wcale nie było wczoraj wcale grzane. Wydaje mi się, że pod względem
ilości śniegu oraz ujemnych temperatur Podkarpacie jest w tym roku szczególnie
przez Królową Śniegu wyróżnione. Z prognoz
wynika, iż coraz większe mrozy nadciągają, prawdziwie powietrze polarne ze sobą
przynosząc. No trudno, trzeba to cierpliwie znieść, drzewem rozsądnie gospodarować
i uważać na siebie, bo ślisko i o wywrotki łatwo.
Właśnie wczoraj dość bolesny upadek
mi się zdarzył. Nie zważając na mróz i warstwę lodu zalegającą na schodach
zewnętrznych wyszłam przed dom w kapciach żeby pieski szczekające przy bramie
do spokoju przywołać i do domu zabrać. Wpuściłam do przedpokoju Jacka, Zuzię i
Hipcię a uparta Misia nadal nie przestawała jazgotać leżąc na zamarzniętym
śniegu przy płocie. Wołałam ją i wołałam a ona w tym zapamiętaniu wcale mnie
chyba nie słyszała albo tylko udawała głuchotę. Postąpiłam więc dwa kroki dalej
aby się za róg domu wychylić i jak nie wywinę orła, jak nie grzmotnę z całej
siły plecami o ziemię, jak nie rąbnę się potylicą w kant schodów. Okulary
spadły mi i pofrunęły nie wiadomo gdzie a ja zła na siebie jakoś się
wygramoliłam i podniosłam, zdumiewając się, że nawet mnie specjalnie nic nie
boli. Kilka metrów od miejsca upadku znalazłam okulary – o dziwo nawet nie pęknięte
( a chyba bym się popłakała, gdyby to się stało, bo mam je dopiero od kilku
miesięcy i bardzo jestem z nich zadowolona) i lekko kuśtykając weszłam do domu.
Tuż za mną z potulnie spuszczonymi uszkami i ogonkiem, po nagłym odzyskaniu
zdolności słyszenia podążyła grzecznie Misia. Ledwo znalazłam się w ciepłej
kuchni od razu poczułam, że głowa boli mnie jednak dość mocno i słaba jestem
jakby całe powietrze ze mnie uszło.
- Przewróciłam się na schodach! – oznajmiłam Cezaremu siedzącemu
przy stole i naprawiającemu tam naszego starego laptopa.
- Chyba muszę się położyć! – dodałam i od razu podreptałam
do sypialni, gdzie nakrywszy się kocem próbowałam jakoś dojść do siebie.
- Co cię boli? Jak się czujesz? Może trzeba wezwać pogotowie?
– Cezary przejęty przybiegł zaraz za mną pochylając się z troską nad mym
skurczonym do pozycji embrionalnej ciałem. Po swoim listopadowym upadku, kiedy
złamał sobie na podwórzu żebro bał się, że i ja doznałam poważnego uszczerbku
na zdrowiu.
- Kark mnie boli i potylica, bo tam się najmocniej
uderzyłam, ale nie mam zawrotów głowy ani nudności. Poleżę trochę i na pewno dojdę
do siebie. Daj mi jakaś tabletkę przeciwbólową, to może uda mi się usnąć –
szepnęłam a łyknąwszy popularny medykament
i poczuwszy jego zbawienne działanie szybko udałam się w objęcia
Morfeusza.
I w sumie jest
ze mną w porządku, tylko dzisiaj poza karkiem bolą poobijane cztery litery,
biodra i plecy. Nadal wiem, jak się nazywam i wszystkie trybiki w mym ciele działają w miarę poprawnie. Ale jak tak myślę o tej mojej wywrotce i
uderzeniu w głowę uświadamiam sobie, że to nie pierwszy taki wypadek a już trzeci
odkąd mieszkamy na wsi. Dwa poprzednie były znacznie poważniejsze, bo spadając z
drabiny i tłukąc się o kamienie na ścieżce przy budynku gospodarczym miałam coś
w rodzaju wstrząśnienia mózgu, chwilową utratę pamięci, silny krwotok ze
zranionej głowy oraz zanik łaknienia na kilka miesięcy.
Sama już nie
wiem, czy to ja jestem tak nieostrożna, czy to los się na tę moją biedną głowę
uparł. Ale ja się nie daję i jeszcze się na tamten świat nie wybieram, choć nie
wiadomo, jakie plany ma wobec mnie Opatrzność. Człowiek to taka krucha istota.
Szast – prast i go nie ma! Rachu – ciachu i do piachu! Nie ma co się przywiązywać
do tego ziemskiego padołu i przejmować byle czym, bo przecież w jednej chwili
może się to wszystko skończyć. I jakie znaczenie będą miały wtedy banalne,
codzienne zmartwienia oraz te większe, z problemami tego świata
związane? Żyć tak, jakby każdy dzień miał być ostatni. Cieszyć się tym, co
jest, bo nie znamy dnia ani godziny. Przecież takie jak moje upadki mogłyby
skończyć się o wiele gorzej. Mogłoby już dawno mnie nie być. A jednak jestem. No
cóż! Albo mam taki twardy łeb albo jeszcze na mnie nie pora!
Znalazłam w
necie świetną piosenkę Jacka Janczarskiego opowiadającą o kruchości życia i konieczności doceniania go
takim, jakim jest. Przypomniała mi się też przy tej okazji tragiczna historia
Jacka Janczarskiego i jego partnerki życiowej, Ewy Błaszczyk. W połowie lat
osiemdziesiątych pobrali się z wielkiej miłości. Kilka lat potem, w 1994 r urodziły się im dwie śliczne
bliźniaczki – Mania i Ola. Tworzyli we czwórkę szczęśliwą, spełnioną rodzinę. I
nagle los postanowił przerwać tę sielankę. W 2000 roku Jacek w wieku 55 lat zmarł
po operacji usunięcia tętniaka na aorcie. Sto dni potem jedna z jego córeczek
Ola zakrztusiła się tabletką przeciwgrypową i popadła w śpiączkę. Jej dopiero
co owdowiała matka musiała zmierzyć się z kolejną tragedią. Od osiemnastu już
lat walczy o zdrowie Oli przebywającej w założonej przez Ewę Błaszczyk klinice „Budzik”…
Co komu pisane?
Ile w naszych losach przypadku, ile świadomego działania a ile dziwnych
splotów okoliczności, szczęścia i fatum, które walczą ze sobą o miejsce…? Czy
jest sens by się nad tym zastanawiać, czy po prostu brać życie takim jakie jest, póki
jest…?
Nie spinaj się tak…
słowa Jacek Janczarski
muzyka Janusz Bogacki
śpiewa Piotr Fronczewski
Nie spinaj się tak
Nie dmuchaj się tak
Bo porwie Cię wiatr
Dopadnie Cię strach
Co jesteś dziś wart
Wie Pan Bóg i czart
Że żyjesz, to fart
A życie to żart
Ten żart chwilkę trwa
Momencik, po kres
Uśmiechów sto dwa
I litr słonych łez
Jest miłość i ból
I rozpacz i śmiech
To żebrak, to król
To cnota, to grzech
Nie spinaj się tak
Nie dmuchaj się tak
Bo porwie Cię wiatr
Co dmucha przy drzwiach
Dostaniesz i tak
Co przyzna Ci los
Zakwitniesz jak mak
I zwiędniesz od trosk
Huśtawką jest to
Co życiem się zwie
Do góry i w dół
Na wierzchu, na dnie
I tylko z tym tchem
Że mało kto wie
Dlaczego wciąż nam
Tak bujać się chce
To w górę, to w dół
To uśmiech, to łza
Nie spinaj się tak
Nie dmuchaj się tak
Nie dmuchaj się tak
Bo porwie Cię wiatr
Dopadnie Cię strach
Co jesteś dziś wart
Wie Pan Bóg i czart
Że żyjesz, to fart
A życie to żart
Ten żart chwilkę trwa
Momencik, po kres
Uśmiechów sto dwa
I litr słonych łez
Jest miłość i ból
I rozpacz i śmiech
To żebrak, to król
To cnota, to grzech
Nie spinaj się tak
Nie dmuchaj się tak
Bo porwie Cię wiatr
Co dmucha przy drzwiach
Dostaniesz i tak
Co przyzna Ci los
Zakwitniesz jak mak
I zwiędniesz od trosk
Huśtawką jest to
Co życiem się zwie
Do góry i w dół
Na wierzchu, na dnie
I tylko z tym tchem
Że mało kto wie
Dlaczego wciąż nam
Tak bujać się chce
To w górę, to w dół
To uśmiech, to łza
Nie spinaj się tak
Nie dmuchaj się tak
Pokochaj bez słów
W bezsensie tym sens
Mój świecie, bądź zdrów
To fajne, żeś jest…
