Po wyjątkowo
zimnej jak na lipiec nocy obudziłam się między czwartą a piątą rano i
obserwowałam spoza różowych zasłon w sypialni zmieniające się światła i wyraziste
barwy rodzącego się dnia. Nie umiałam się zdecydować, czy wstać, czy jeszcze usiłować
zasnąć. Kot ufnie spał na moich piersiach wyciągnięty na całą długość i trochę żal
mi było go budzić. Cezary też jeszcze smacznie sobie chrapał. Psy wypuszczone w
nocy do ogrodu też pewnie mocno spały ułożone gdzieś w swoich ulubionych
miejscach, zmęczone wcześniejszym ujadaniem przy płocie. Tylko ode mnie sen
całkiem już odbieżał, jako i od słonka coraz śmielej sobie za oknem
poczynającego.
- Rzadko ostatnio zdarzają się tak piękne wschody. Naprawdę
szkoda w łóżku leżeć, gdy tam dzieją się takie cuda! Wstawaj kobieto, szkoda
dnia! – podjęłam w końcu ostateczną decyzję i odłożywszy delikatnie na bok
półprzytomnego kota a potem okrywając troskliwie kocem zupełnie rozkopanego
męża ubrałam się szybciutko, złapałam aparat fotograficzny i wyszłam do ogrodu.
Była piąta rano.
Jesienny nieomal chłód od razu uderzył w moje rozgrzane nocnym spoczynkiem
ciało. Ale nie było to przykre uczucie. Niosło ze sobą rzeźkość, świeżość oraz delikatny
zapach skoszonej trawy. Psy natychmiast wyszły mi na powitanie. Obskoczyły
dookoła i dalejże oblizywać mi dłonie, popiskiwać radośnie, pokazywać znacząco
na drzwi wejściowe. Widać było, że chętnie poszłyby do domu aby ukokosic się na
kanapie i swoich legowiskach.
- Zaraz przyjdę, moje kochane psiaki. Poczekajcie tu na mnie
chwilkę! – wyszeptałam gładząc pieszczotliwie puszyste, psie główki. Nie było
czasu do stracenia, bo kolory wschodu zmieniały się z minuty na minutę. Z
odcieni czerwieni przechodzić zaczęły w róże, fiolety, oranże i żółcie.
- Chyba ostatni
raz podobny spektakl barw widziałam tutaj zimą! – stwierdziłam i minąwszy
rozczarowane moim odejściem psy cicho zamknęłam za sobą bramkę.
Niebo przybrało właśnie
barwę pąsowo-pomarańczową a słońce, które jeszcze chwilę wcześniej schowane
było za wzgórzami teraz zaświeciło mi prosto w oczy. Żeby zatem uchwycić na
zdjęciach urodę tego poranka musiałam kucnąć i fotografować słoneczny blask
poprzez czerń krzewów i smukłe sylwetki traw, kwiatów i ziół porastających łąki
rozciągające się naprzeciw mojego domu.
Potem poszłam
przed siebie a momentami nawet biegłam chcąc uchwycić stale zmieniające się
odcienie nieba, świetliste obrąbki chmur, rubinowe promienie tańczące na trawach i
drzewach, dodające im niezwykłych barw i złocistej poświaty.
Byłam w tym
porannym świecie całkiem sama. Nade mną trwało pomalowane w wiele fantastycznych kolorów niebo. Na obrzeżach
pól zaczęły dopiero wychodzić z nocnego cienia kształty dzikich kalin, wierzb
oraz baldachów biedrzeńców. Poza moimi krokami nie było słychać zupełnie nic. Żaden
traktor ani samochód nie zakłócał ciszy i niezwykłości tego poranka. Nawet ptaki
nie zdążyły się jeszcze rozśpiewać a owady rozdzwonić i rozbrzęczeć na łąkach. W
nielicznych, rozsianych między wzgórzami domach ludzie pewnie jeszcze spali
albo właśnie przecierali zaspane oczęta. Miałam uczucie jakbym weszła w jakiś obraz
i nierzeczywiście wędrowała w głąb czyjegoś artystycznego, rodzącego się
dopiero zamysłu.
Cała moja
wędrówka nie trwała dłużej niż dwadzieścia minut. Szybko fantastyczne barwy
świtania zbladły a potem całkiem zniknęły. Zaczynał się nowy, lipcowy dzień.
Jeszcze nie wiadomo jaki. Jeszcze wszystko było przed nim i przede mną.
Wracałam do domu nieco zziębnięta, ale przepełniona pulsującą w każdej cząstce ciała
energią. W duszy też pełgał swobodnie jakiś dawno nie widziany tam płomyk. Odetchnęłam
głęboko a potem uśmiechając się otworzyłam furtkę i w towarzystwie uszczęśliwionych
moim powrotem psów ufnie weszłam w błyszczącą poranną rosą codzienność…