Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zuzia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zuzia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2022

Dziki lasek…

 



 

   Od kiedy tu mieszkamy nasz widok za oknem był niezmienny i przez to kojący. Po drugiej stronie drogi na górce rósł sobie spokojnie niewielki, dziki lasek. Świetnie zasłaniał słupy elektrycznego napięcia i wieżę przekaźnikową. Lubiłam na niego patrzeć, lubiłam tam chodzić i spędzać w owym lasku całe godziny. W czasach, gdy mieliśmy jeszcze kozy to miejsce dawało mnie i stadu schronienie przed upałem. Siadywałam tam sobie na pieńku niewidoczna dla nikogo postronnego a za to doskonale widząca stamtąd dom i przejeżdżające od czasu do czasu traktory i samochody. U moich stóp kładła się młoda jeszcze i beztroska Zuzia. Podstawiała głowę do głaskania albo rozwalała się bezwstydnie żeby łaskotać ją po brzuszku. Wyciągałam z malutkiego plecaczka zeszyt i długopis a potem łapiąc ulotne natchnienie spisywałam strofki nowych wierszy, piosenek albo opowiadań. Kozy zajadały się w pobliżu wierzbowymi i dębowymi liśćmi. Goniły się miedzy drzewkami. Z nagła bodły podrzemującą niewinnie Zuzię. Zaczepiały mnie do zabawy, nie pozwalając się skupić się na pisaniu. Porzucałam je zatem skwapliwie aby wygłupiać się i figlować z moimi zwierzakami. Ech! Dobrze nam było w otoczeniu śliw samosiejek , trześni, wierzb wszelakich, brzóz, młodych dębków, kolczastych krzaków głogu, tarnin i róż, skłębionych chaszczy oraz gęstych traw. Na wiosnę śliwy okrywały się chmurami białego kwiecia a jesienią owocowały gronami przepysznych fioletowych węgierek i bordowych, słodziutkich mirabelek. W koronach drzew mnóstwo ptaków miało swoje schronienia albo miejsca odpoczynku przed dalszą drogą. Między trawami i bruzdami ziemi ukryte były kopce mrówek oraz krzaczki poziomek. Nieraz widywałam przebiegające tamtędy albo pasące się w pobliżu śliw zające, sarny, jelenie i dziki. Niekiedy przemykały też ciemnym cieniem wilki. Wszystko to trwało latami i wydawało się, że tak będzie zawsze.

 


   Ale nie ma żadnego „zawsze”. Lasek (prawdopodobnie należący do gminy)raptem niedawno został komuś sprzedany. I oto przez kilka ostatnich dni trwała tam wzmożona wycinka. Piły warkotały od zmierzchu do świtu. Zza firanek spoglądałam na to ze ściśniętym sercem. Nie mogłam nic zrobić a tylko patrzeć. Najęci przez gminę drwale sprawnie i szybko poradzili sobie z usunięciem stamtąd wszystkiego aby pozostawić dla nowego właściciela uprzątnięty teren. Czy nabywca zamierza tam coś budować, siać? Podobno nie. Ot po prostu ktoś z drugiego krańca Polski chce mieć tu kawałek ziemi, a więc ma – zrelacjonował mi Cezary, który wyszedł z domu aby dowiedzieć się, co i jak. Drwale zaproponowali mu kupno leżących pokotem drzewek. Było tego mniej więcej półtora metra sześciennego. Nie chcieli za to wiele, zatem Cezary chętnie się zgodził. W tym tygodniu będziemy je ciąć na miejscu, uprzątać i przewozić pod wiatę. Nie zmarnuje się zatem. Przynajmniej tyle dobrego.

 


   Poszłam dzisiaj na górkę aby zobaczyć z bliska jak to teraz wygląda. Wszystko zostało zrównane z ziemią. Jak po nalocie dywanowym. Smutne karczowisko. Kikuty ciemnopomarańczowych pni śliw. Porozwalane mrowiska. Wypalone gdzieniegdzie trawy. Walające się tu i ówdzie potłuczone butelki po wódce i słoiki po musztardzie, papierki po cukierkach. Zdeptane krzaczki poziomek. Wierzbowe gałązki, na których widać już było zawiązki bazi. O ile nowy właściciel nic nie będzie tu robił jest szansa, że za kilka lat lasek zacznie się odradzać. Że życie zwycięży. Ale to dopiero za kilka lat. Na razie jest, jak jest…


 

P.S.

Stary tekst o moim dzikim, bujnym lasku można przeczytać tutaj:  https://wewanderers.blogspot.com/2015/07/z-zuzia-w-zacienionym-lasku.html

 

 

wtorek, 18 stycznia 2022

Ona jest z nami…

 



 

   Nazajutrz po śmierci Zuzi napisałam, że nie ma jej już z nami. Jednak każdy dzień, każda chwila uświadamia nam, że jest wręcz przeciwnie. Ona z nami jest w każdym jej braku. W skojarzeniach, wspomnieniach, codziennych rytuałach, w zwyczajnej codzienności, która bez żywej obecności tej suni stała się dziwna i niepełna, obca jakby. To rozdziera serce i wciąż wywołuje łzy w oczach. A płakać już nie możemy, nie powinniśmy, bo oczy mamy czerwone jak króliki a powieki spuchnięte i piekące.

   Zuzia była ważnym członkiem naszej rodziny, przyjaciółką, dziecinką, bezgranicznie oddaną nam, rozumną i pełną empatii istotą, zatem ból po jej stracie nie różni się niczym od bólu po śmierci bliskiej osoby. Może to, co właśnie napisałam zda się niektórym z Was obrazoburcze, przesadne, niestosowne, bo pies, to pies a człowiek, to człowiek. Jednak my z Cezarym nie potrafimy i nie chcemy robić takich sztucznych rozróżnień. Kochaliśmy Zuzię całym sercem a ona kochała nas. I nic więcej się nie liczy.

   Rozmawiamy o tej słodkiej psinie codziennie. Wspominamy te dobre i te ostatnie, już bardzo smutne chwile. Milczymy i tylko spoglądamy na siebie wiedząc, że wciąż myślami jesteśmy z Zuzieńką. Mamy w komputerach tysiące jej zdjęć, ale na razie nie możemy nawet zerknąć w stare foldery. To za bardzo jeszcze boli. Ogromnie za nią tęsknimy, my i nasze trzy psy…

 


   Zuzia była z nami od samego początku naszego osiedlenia się tutaj. Oboje z Cezarym dobrze pamiętamy ten wrześniowy dzień, gdy w wielkim, kartonowym pudle na targu w sąsiedniej wiosce zobaczyliśmy tę grubą, piszczącą bezradnie szaro beżową kuleczkę. Pięknego, puszystego psiaka, który od razu skradł nasze serca. Krążyliśmy wówczas z godzinę po targu próbując ochłonąć z wrażenia. Przekonując samych siebie, że chęć przygarnięcia tej suni jest tylko nic nieznaczącą fanaberią. Ale nie. To nie była żadna chwilowa zachcianka, lecz mocna, nie dająca się zagłuszyć potrzeba.  Przeczucie, iż ten piesek jest nam pisany. Miłość od pierwszego wejrzenia. I absolutnie nieważne było, iż sporo trzeba było za szczeniaczka zapłacić. Liczyło się tylko to, by była nasza, by była z nami. Zdecydowawszy o jej losie, o tym, że stanie się częścią naszej rodziny już wkrótce  pięliśmy się autkiem stromą drogą w stronę naszego domu na górce. Trzymałam to piszczące maleństwo na rękach a ono wymiotowało raz po raz, co było objawem stresu, ale i choroby lokomocyjnej, z którą psinka zmagała się przez niemal całe swoje późniejsze, dorosłe życie.

   Przez pięć następnych lat (nie licząc kotów) Zuzia była w naszym domu rozpieszczoną jedynaczką. Spała z nami w łóżku. Szarpała nasze kapcie, buty i papierowe worki do odkurzaczy. Radośnie witała przy bramie wszystkich sąsiadów i gości. Podskakiwała wysoko aby każdego polizać po twarzy. Dla zabawy, bez śladu agresji ganiała koty po podwórku. Przyjaźniła się z odważnym, mądrym kocim rudzielcem Tureckim. Pomagała nam szukać po ogrodzie albo po polu naszych kurek zielononóżek kuropatwianych a znalazłszy, nie robiąc im najmniejszej krzywdy przyciskała je do ziemi łapą i cierpliwie czekała aż podejdziemy i wyjmiemy spod jej kurateli kolejną, pierzastą uciekinierkę. Z ochotą wyżerała kurzą karmę. A znajdując w swojej budzie jajka składane tam uparcie przez jedną z zielononóżek brała je ostrożnie do pyska i wynosiła składając na naszych dłoniach. I robiła tak mimo, iż uwielbiała chłeptać surowe jajka. Jednak nauczyła się je brać tylko od nas. W swojej białej miseczce. Zaprzyjaźniła się z kozami a najbardziej z capkiem Łobuzem. Ścigała się z nim i bawiła jak z psem. Radosna, wesoła, beztroska, szelmowsko uśmiechnięta, pełna poczucia humoru, ufności i dobroci.

   Początkowo nieufnie i niechętnie przyjęła pojawienie się w naszym domu lawendowego pieska Jacusia. Obrażona na nas wrogo łypała na tego znienawidzonego intruza Jacka. Zazdrosna o wszystko co i rusz pokazywała mu, gdzie jego miejsce. Ustawiała go, musztrowała i odsuwała od nas, gdy tylko zdało się psinie, że Jacuś na zbyt wiele sobie pozwala. Po jakimś czasie ku naszej uldze zaczęły pojawiać się między tymi psiakami dobre chwile, gdy Zuzia decydowała się zakopać topór wojenny, kiedy znikała w niej zazdrość i napięcie. Wówczas aż miło było patrzeć jak bawili się oboje, podgryzając się, przewracając na trawniku w ogrodzie, goniąc wokół wiaty na drewno a potem ziając zgodnie położywszy się obok siebie łeb w łeb. Jednak to dzisiejsze zbratanie i wzajemna akceptacja w niczym nie przeszkadzały by na drugi dzień Zuzia zapominała o niedawnych zabawach i znowu zabierała się za surowe musztrowanie i bezlitosne stawianie do pionu biednego Jacka. (O pojawieniu się w Jaworowie Jacusia opowiada post z 2015 r. pt. " Towarzysz dla Zuzi")

   Życie Zuzi i Jacusia zmieniło się, gdy na świat przyszły ich dzieci.  Odmieniły się też ostatecznie na lepsze stosunki między nimi. Zniknęły zmienne nastroje Zuzi. Odtąd Jacuś stał się w pełni jej partnerem i towarzyszem a oboje opiekuńczymi, serdecznymi rodzicami (co rzecz jasna nie wykluczało kontynuacji wesołych zabaw i beztroskich gonitw). Ale w centrum zainteresowania tej pary stały teraz ich córeczki: niewidoma Misia i podobna z ubarwienia do swej mamy Hipcia.

   Dzieci Zuzi i Jacusia dorastały, nie wiedząc nawet jakimi są szczęściarzami mając oboje rodziców przy sobie i mogąc zawsze na nich liczyć. Dla Misi i Hipci to było po prostu oczywiste i zwyczajne, że jest ich czworo, że są zawsze razem tworząc zgodne przeważnie stado, wspólnie bawiąc się, jedząc, chodząc na spacery, śpiąc na domowych legowiskach albo pokładając się w ulubionych, cienistych miejscach ogrodu.

   Zuzia przez pięć lat bycia matką przejawiała ogromną czułość i troskę względem swych córeczek. Po powrocie z leśnych chaszczy zawsze czyściła im futerka, wyciągając z nich zębami wszelkie rzepy i kolce, przeczesując je cierpliwie w poszukiwaniu kleszczy, wylizując im najmniejsze choćby skaleczenia i rany.  Pozwalała swym dzieciom na głowę sobie wchodzić, prawie nigdy na nie warcząc i nie odpędzając od siebie. A do tego jak cudownie się z nimi bawiła na podwórku! Porzuciwszy wszelkie nawyki wynikające z wieku i dostojeństwa szalała w radosnych gonitwach i podgryzaniach. A jej oczy, wyraz jej pyska wskazywał na to, że jest po prostu bezgranicznie szczęśliwa.  I my Z Cezarym byliśmy częścią tego szczęścia. Zanurzeni w nim ufnie, nie chcieliśmy pamiętać o tym, że wszystko kiedyś się skończy, że takie wspaniałe chwile nie mogą niestety trwać wiecznie…

  

   Zuzia z nami jest w jej dotkliwym, bolesnym braku. W każdym momencie, który z nią się kojarzy. A kojarzy się nam nieomalże wszystko. Bo przecież była we wszystkim.

 

   Szykuję jedzenie dla Jacusia, Hipci oraz Misi i wyciągam tylko trzy a nie cztery miski. Biała miska Zuzi stoi samotnie na półce w spiżarni. Niepotrzebne już naczynie.

 


   Wychodzimy z psami na spacer. I nie ma już jej intensywnego, wszystkowiedzącego patrzenia w oczy. I nie ma żywiołowej reakcji na hasło: idziemy do lasu. Nie ma nieokiełznanej radości Zuzi. Jej szalonych skoków i entuzjastycznych tańców. Ani swobodnego biegania po znajomych dąbrowach, łąkach, wykrotach i paryjach. Brodzenia w strumykach. Chłeptania wody z kałuży. Tarzania się w suchych liściach. I tylko  na szafce na ganku leży bezużytecznie Zuzina obroża oraz smycz.


 

 Hipcia przesypia teraz prawie całe dnie na dawnym miejscu Zuzi. Ona jedna przełamała opór co do legowiska swej mamy. Och, tak bardzo jest z umaszczenia do Zuzi podobna, że gdyby nie inny kształt jej pyska, inny kolor oczu i rodzaj spojrzenia można by ją z Zuzią pomylić. Zuzia jednak miała spojrzenie pełne słodyczy, łagodności, mądrości, ciepła i bezbrzeżnego zaufania. Hipcia natomiast ma we wzroku mieszaninę uważności i roztargnienia a także Jacusiowej, nieco wilczej ostrości. Jednak widać, iż rozumie, czuje dużo i przeżywa głęboko czas żałoby. Ostatnio w  zastępstwie swojej matki przejęła troskliwą opiekę nad swoją siostrzyczką Misią. I zaczęła ją czule iskać tak, jak to do niedawna robiła w stosunku do swych córeczek Zuzia.

  

  Misia codziennie wącha z mieszaniną nieufności, smutku i lęku legowisko Zuzi. Kiedyś uwielbiała się na nim kłaść i tylko czekała na moment, gdy Zuzia położy się gdzie indziej. Teraz to dla niej ziemia zakazana. Tak, jakby ktoś postawił tam zakaz wjazdu i ona czuje go ze wszystkich psów najmocniej. Cała jej postawa, pyszczek, ułożenie uszu wszystko to wyraża głęboki smutek i bezradność. Wskakuje na kanapę i rozkłada nóżki żeby gładzic ją po brzuszku (jakże to w niej podobne do Zuzi, obie gustowały zawsze w tego rodzaju pieszczotach). Ona oraz reszta psów potrzebują teraz znacznie więcej pieszczot, naszej bliskości, niż za życia Zuzi.

 

   Wciąż śledzi nas spojrzenie smutnego Jacusia, jej przyjaciela, wyrażające tęsknotę, przygnębienie, zagubienie. I nadzieję, że ta bolesna, niezrozumiała dziwność w naszym domu minie jak zły sen. I znowu będzie wszystko normalnie. Był i nadal jest wiernym towarzyszem Zuzi. I ciężko mu bez niej, ciężko. Co dzień szuka ten biały psiak w naszych oczach odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Szuka też  jakiejś iskry otuchy. Pieścimy go, przemawiamy czule, próbujemy się uśmiechać, ale on czuje, że w naszych sercach tkwi drzazga. Taka sama jak w jego serduszku. W końcu, w poszukiwaniu Zuzi idzie biedny Jacuś do ogrodu. Zagląda w każdy kąt...

 


   To, że nie da się uratować Zuzi stało się dla nas jasne kilka dni przed jej odejściem. Cierpiała a środki przeciwbólowe niewiele już pomagały. Biedulka przez kilka tygodni swojej choroby schudła ponad dziesięć kilo.  I nie dziwota, przecież  prawie nic nie jadła i nie piła. Trzeba było dożywiać ją kroplówkami a i to niewiele dawało. Jakąś ulgę w bólu przynosiło Zuzi leżenie na mrozie, na śniegu. Dlatego po wielekroć każdej nocy prosiła o wypuszczenie do ogrodu.  Przynosiliśmy ją stamtąd z Cezarym na rękach bo pod koniec już nawet nie miała sił chodzić.W planie była rychła operacja, ale czuliśmy, że Zuzia jej nie doczeka, a nawet gdyby, to jej nie przetrzyma. Sam weterynarz zakomunikował nam, iż może być tak, że gdy po otwarciu brzucha Zuzi stwierdzi, że to nieoperowalny nowotwór, trzeba będzie zdecydować, czy wybudzać psinę z narkozy, czy też nie...

 



   Tego styczniowego, czwartkowego wieczoru, gdy zbliżała się jej śmierć podczołgała się resztką sił do swego legowiska pod balkonem. Zaczęła ciężko oddychać. Drżeć. Próbowała się podnieść. W końcu dała za wygraną. Ułożyła się na boku i tylko unosiła główkę, spoglądając na nas gasnącym wzrokiem. Zdawszy sobie sprawę, iż to ostatnie jej chwile szlochając leżeliśmy przy niej na podłodze, głaskaliśmy ją i przemawialiśmy do niej czule. Wreszcie przez ciało Zuzieńki przeszła fala gwałtownych konwulsji i psinka oddała ducha. (...)


   W kilka dni po śmierci Zuzi miałam sen, który przyniósł mi chwilową ulgę. Otóż śniło mi się, że razem z Cezarym szukaliśmy po wielkim osiedlu naszych psów. Byliśmy już bardzo zmęczeni tym chodzeniem i wołaniem, przerażeni ich zaginięciem. Aż w końcu jakieś dwie napotkane przypadkowo kobiety, niosące na rękach swego chorego pieska powiedziały nam, że niedawno widziały chmarę psiaków w dolinie pod lasem. Natychmiast tam pobiegliśmy. I oto ujrzeliśmy w tejże dolinie mnóstwo przeróżnych piesków. Niektóre z nich natychmiast rozpoznaliśmy jako nasze a inne zdawały nam się tylko skądś znajome. Zawołaliśmy je do siebie. I przybiegły wszystkie otaczając nas radosnym, entuzjastycznym stadem. A na czele tego stada była nasza Zuzia…

 


 P.S.

Oboje z Cezarym serdecznie dziękujemy za wszystkie komentarze pod poprzednim postem.

piątek, 14 stycznia 2022

Nie ma już z nami Zuzi...

 

   Niestety, tym razem nie udało się uratować naszej kochanej Zuzieńki. Wczoraj od nas odeszła. Umarła w domu na swoim legowisku koło balkonu. Nie cierpiała długo. Tuliliśmy ją do końca. Od kilku dni przeczuwaliśmy, że tak będzie. Psina już nie walczyła. Kroplówki i leki nic nie dawały. Smutno nam teraz i pusto. Reszta psów też wie, że stało się coś złego.Nie chcą kłaść się na Zuzinym materacyku. Nic więcej nie jestem w stanie napisać...

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Opowieść o Tarzanie…

 


 

   Mój ponad osiemdziesięcioletni tata, dowiedziawszy się o kiepskim samopoczuciu naszej ukochanej suni Zuzi opowiedział mi dziś przez telefon historię psa, który był w jego rodzinie prawie siedemdziesiąt lat temu. Owa historia, jak i parę innych z lat jego młodości i dzieciństwa przypomniała mu się niedawno, nabierając takiej wyrazistości i budząc tyle uczuć, jakby wydarzyła się wczoraj.  Często tak bywa, że ludzie w podeszłym wieku nie pamiętają tego, co zdarzyło się wczoraj, mają problemy z kojarzeniem prostych faktów, natomiast ich pamięć co do wydarzeń z zamierzchłych czasów nadal jest zadziwiająco świeża. A dawne zdarzenia często stają się ważniejsze, niż to, co dzieje się wokół nich obecnie.  Jakby współczesna rzeczywistość nie miała takiej wagi, jak to, co było kiedyś. Jakby bezpieczniej było wracać do wspomnień, niż przeżywać to, co dzieje się teraz.

   Cóż, niektórzy z nas bardziej lub mniej świadomie zachowują się podobnie. Grzebiemy w starych zdjęciach, pamiętnikach, listach. Dokopujemy się do czasów, gdy czuliśmy i przeżywaliśmy coś bardzo mocno, co stworzyło podwaliny nas takich, jakimi jesteśmy dzisiaj , jak odczuwamy, co jest dla nas ważne a co nie…

 

A oto historia tatowego psa, przez niego samego odpowiedziana.

 

…Było to mniej więcej dwa lata przed naszą repatriacją z terenów byłej Litwy do Polski.  W domu panowała ogromna bieda. Poza ziemniakami – a i to nie zawsze- nie było co do garnka włożyć. Związek Radziecki, przejąwszy rządy na dawnych kresach Rzeczpospolitej zdusił tam wszelką inicjatywę prywatną, stłamsił rolnictwo, zabierając ludziom tyle plonów ich pracy, że często nie było czym obsiać i obsadzić na wiosnę pól.  Do tego władze radzieckie wprowadziły reglamentację towarów oraz surowe kary za najmniejsze przeciw nowej władzy wykroczenia. Kwitło donosicielstwo i korupcja.  Tatuś z mamusią, kiedyś dość majętni rolnicy, rozkułaczeni,  ubodzy i poniżeni dwoili się i troili, by móc zapewnić licznej gromadce swych dzieci cokolwiek do jedzenia. Zbierało się grzyby i jagody. Łowiło w przeręblach ryby. Zastawiało wnyki na zające i dzikie ptactwo. Wyprzedawało się z gospodarstwa wszystko, co stanowiło jakąś wartość. Byleby było za co kupić worek ziemniaków, mąki czy kapusty. Cokolwiek byle zapchać wiecznie puste brzuchy.

   Dzieci też starały się pomagać rodzicom jak tylko mogły. Pracowały z nimi na polu. Pomagały w domu i w obejściu. Zimą do obowiązków chłopców należało przynoszenie chrustu z lasu. Cienkich i grubszych gałęzi. Wszystkiego, czym dało się w piecu zapalić, ugotować ciepłą strawę, wodę na mycie zagrzać i stworzyć namiastkę ciepła i przytulności.

 

   Tamtego mroźnego, styczniowego dnia (a mrozy były wówczas  w tamtych stronach naprawdę srogie. Nie takie, na jakie dzisiaj przyzwyczajeni do ciepłych kaloryferów ludzie narzekają) trzej bosi (bo rodziców na buty dla nich nie było stać) i okutani w połatane, za małe już kurteczki bracia: Grześ, Olek oraz ja,  opowiadający ci to wszystko Heniuś, brnęliśmy w śniegach po pas by przeszedłszy przez łąkę dostać się do wielkiego, ciągnącego się w każdą stronę na wiele dziesiątek kilometrów lasu. Tam mieliśmy nadzieję znaleźć sporo suchych, zdatnych do pieca gałęzi i szyszek na rozpałkę. Każdy z nas miał w kieszeni sznurek, którym przewiązywało się ogromną wiązkę chrustu, zarzucało na plecy i w ten sposób transportowało do domu. W trakcie tego zbierania sporo było zawsze śmiechu i zabawy. Obrzucania się śniegiem, gonitw między drzewami, pohukiwania i wycia, dzikich zwierząt udawania.

   Rozgrzani, spoceni i rumiani spakowaliśmy każdy swoją wiązkę  chrustu (a ja nazbierałem jeszcze do parcianego worka sporo płatów kory brzozowej, bo mamusia najlepiej nią rozpalać w piecu lubiła). I już mieliśmy się zbierać do powrotu, gdy nagle coś w pobliżu nas zapiszczało żałośnie. Rozejrzeliśmy się z ciekawością i zobaczyliśmy chudego jak szczapka, wynędzniałego szczeniaczka, co to cały zlodowaciałym śniegiem oblepiony, ledwo na nogach się trzymając powoli i resztką sił szedł w naszą stronę, pomocy ludzkiej najwidoczniej łaknąc. Serca w nas zaraz jak wosk stopniały. W naszym domu przeważnie był jakiś kot albo pies. Obok domu stała wyścielona sianem buda. W dawnych, lepszych czasach zawsze stawiało się obok niej miskę mleka z chlebem a po świniobiciu wkładało się do niej kości i tłuste kąski. Wszyscyśmy zwierzątka kochali i bezdomne często przygarniali. W tamtym, najbardziej ubogim czasie akurat żadnego psa nie mieliśmy. I rodzice zadowoleni z tego byli, bo czym byśmy go wyżywili, skoro sami głodem przymieraliśmy?  Jednak wtedy widząc owego na wpół zamrożonego szczeniaka mimo wszystko postanowiliśmy wziąć go ze sobą i rodziców ubłagać by się nie gniewali i dali żyć z nami temu biedakowi. Jako że byłem najmłodszy z braci i mój paltocik nie był tak ciasny jak braci wpakowałem psiaka za pazuchę i powędrowaliśmy w stronę naszej chałupy, modląc się o przychylność rodziców.

   I rodzice zlitowali się nad biednym, psim sierotką. Mama mu jakieś szmaty w pobliżu pieca rozścieliła a Tata obejrzawszy dokładnie przybłędę orzekł, że to pewnikiem wilcze szczenię albo jakiś mieszaniec psa z wilkiem i na pewno kiedyś wyrośnie z niego piękne zwierzę.

   I wyrosło. Karmione na ogół ziemniakami bez omasty a z rzadka, jak udało się co we wnyki złapać, zajęczą kostką, borsuczym sadłem czy wiewiórczą wątróbką, stało się wielce urodziwym, ogromnym wilczyskiem, przywiązanym do nas ogromnie, uwielbiającym zabawy i pieszczoty,  stróżującym wiernie przy naszej chacie, łagodnym, ale nie bojącym się niczego i odpędzającym od niej podejrzanych intruzów. Nazwaliśmy naszego wspaniałego psa Tarzan, bo kiedyś udało nam się obejrzeć w miasteczku w kinie objazdowym amerykański film o tym dzikim człowieku z dżungli i wywarł on wtedy na nas ogromne, niezapomniane wrażenie.

   Minęło jakieś dwa lata. Zbliżała się pora naszego wyjazdu do Polski. Czekaliśmy z niecierpliwością na wszelkie niezbędne pozwolenia, wizę oraz ostateczny termin wyjazdu.  Marzyło nam się rychłe rozpoczęcie nowego, lepszego życia z dala od tutejszej biedy i codziennej niepewności. Niestety, mieliśmy wielkie zmartwienie. Otóż przepisy surowo zakazywały repatriantom zabierania ze sobą innych, niż krowy, zwierząt.  Serca się nam kroiły na myśl, że zmuszeni będziemy zostawić naszego ukochanego Tarzana samego. Prosiliśmy sąsiadów, tych co wyjeżdżać nie zamierzali,  by po naszym odjeździe przygarnęli psisko, ale nikt ani myśleć o tym nie chciał.

- Biedę wszyscy klepiemy. Do garnka nie ma co włożyć. Jakże takiego bysiora mielibyśmy jeszcze wyżywić? – mówili twardo w nasze oczy spoglądając.

- Lepiej byście się go już teraz pozbyli, bo po waszym odjeździe zdziczeje psisko i nic dobrego z niego nie będzie – doradzali „życzliwie”.

   Och! Już lepiej żeby nic nie mówili, niż by takie głupoty mieli mówić! – wzdychaliśmy. Jednak dzień za dniem mijał i nic się w naszej sytuacji nie zmieniało. Tarzan tulił się ufnie do naszych nóg i ani nie przeczuwał jakie zgryzoty w związku z nim mieliśmy.

 

   I oto nagle stał się upragniony cud. Pewnego pogodnego, marcowego dnia wozem zajechał pod nasz dom wędrowny Cygan. Taki co to garnkami i patelniami handlował. Co to noże i nożyczki ostrzył a do tego dużo ciekawych wieści ze świata przywoził. Od razu bardzo mu się nasz Tarzan spodobał. I zaproponował, że kupi go od nas za parę worków ziemniaków, bo bardzo by mu się taki pies do obrony podczas podróży nadał a i potem, jak już wróci do swego domku w lesie, dobry będzie jako stróż przeciw lisom, co to kury wciąż mu z kurnika podbiera.

   Nie pierwszy raz Cygan ów moich rodziców odwiedzał. Jeszcze od przedwojnia go znali i żadnych uprzedzeń do niego nie mieli. A wręcz przeciwnie, wydawał im się uczciwy i godzien zaufania, nie taki jako inne pięknoduchy i lekkoduchy, cygańskie  ptaki wędrowne. Nasz znajomy Cygan gdzieś ponoć w białoruskiej części Sojuza mieszkał. W środku wielkiego boru chatkę miał. Ale przez większą część roku cały kraj objeżdżał sprzedając, co się dało, żeby tylko swej licznej rodzinie jakiś byt zapewnić. Dlatego nie dziwota, że rodzice skwapliwie zgodzili się na taki  interes. Tarzanowi pilnie niezbędny był przecież nowy opiekun i ten tu wprost z nieba im spadał. A i ziemniaki bardzo już były potrzebne, bo przednówek sprawiał, że za dnia bolesny głód kiszki ściskał a nocą spać nie dawał. Cygan obiecał, że jak tylko kartofle dla nas gdzieś zdobędzie, to po psa przyjedzie. Jak zapowiedział, tak też uczynił. Po paru dniach pojawił się na podwórku i zrzuciwszy z wozu kilka worków ziemniaków nałożył Tarzanowi parcianą obrożę, przypiął do niej mocny łańcuch i w kilka chwil potem odjechał z naszym ukochanym psem w siną dal.

   Płakaliśmy za nim przez parę dni. Smutkiem i rozpaczą przejmował nas widok pustej, psiej budy. Łzy ciekły z oczu na myśl o tym, że nigdy już nie usłyszymy jego szczekania i nigdy nie wtulimy twarzy w ciepłą, psią sierść naszego wilka. Ale cóż. I tak było to lepsze, niż troska o to, co stałoby się z samotnym Tarzanem po naszym wyjeździe do Polski.

   A jakiś tydzień po tym, w środku nocy obudziło nas gwałtowne skrobanie i walenie do drzwi. Co mogło się o tej porze do nas dobijać? Upiory to jakieś, potwory czy ludzie podejrzani? Zamordować nas chcą, czy co?

   Zaniepokojony ojciec pierwszy podniósł się z pościeli i chwyciwszy w dłoń jakiś kij niepewnie uchylił drzwi. A z ciemności wprost na niego z całym impetem i ogromną radością runął wielki, kwilący z radości wilk – nasz Tarzan.  Przewrócił tatusia na ziemię i dalejże go wylizywać, dalejże nos wciskać w jego dłonie. Zaraz potem do każdego członka rodziny podbiegł równie gwałtownie się z nim witając i dowody swego wielkiego przywiązania okazując.  W dzień obejrzeliśmy jego łapy i poznaliśmy, że chyba z bardzo daleka przybiegł, bo aż do krwi zdarte miał opuszki palców. Przy jego parcianej obroży wisiał smętnie kawałek łańcucha, jakim go niedawno Cygan do wozu przypiął. Najwidoczniej uciekł swemu nowemu opiekunowi i jakimś psim instynktem się kierując do nas przez dziesiątki kilometrów przyleciał. Jakże mieliśmy go od siebie odpędzić? Wszak z wielkiej miłości to uczynił, żyć bez nas nie umiejąc. I my byliśmy szczęśliwi znowu mając ukochanego psa przy sobie. Postanowiliśmy nawet, że jakoś go do wagonu repatriacyjnego przeszmuglujemy, ukryjemy tam a w razie czego przekupimy kogo trzeba. Na tę okoliczność Mamusia zdobyła dwie butelki bimbru a wiadomo, że alkohol to zawsze najlepsza w każdych okolicznościach waluta.

 

   W końcu wyznaczyli nam termin odjazdu za trzy dni. Wszystko już prawie mieliśmy popakowane. Z mieszaniną lęku i nadziei szykowaliśmy się wszyscy do wielkiej zmiany w naszym życiu. Raptem, dwa dni przed odjazdem Tarzan gdzieś przepadł. Nie wrócił na noc. A sąsiedzi wypytywani o to, czy go gdzie nie widzieli, ramionami tylko wzruszali.  Cała rodzina – rodzice, siostry i my, trzej bracia szukaliśmy go nie tyko po całej wsi, ale i po dalszych okolicach. Lasem ze dwadzieścia kilometrów przeszliśmy tropów naszego psa wypatrując. I nic. W końcu ktoś nam powiedział, że za jakąś suką poleciał. Że podobno widzieli go hen, hen za trzecia wsią, jak się do owej suki w rui umizgał. Pojechaliśmy z braćmi w tamte rejony. Jednak nie znaleźliśmy naszego Tarzana. Podobno z całą watahą psów pobiegł gdzieś na północ. A może na zachód? Nikt tego dokładnie nie wiedział…

 

   Tak czy siak nadszedł dzień odjazdu. Do końca wierzyliśmy, że się pies jeszcie pokaże. Że przyleci w ostatniej chwili i wskoczy do wagonu. Niestety, tak się nie stało. Tarzan przepadł jak kamień w wodę.

   W ponurych nastrojach żegnaliśmy rodzinne strony. Żal było tych lasów, łąk i pól. Żal dobrych ludzi i znajomych miejsc. Żal domu, po którym teraz tylko wiatr hulał a który tak niedawno pełen był przecież rodzinnego gwaru i śmiechu. Ale najbardziej żal było pozostawionego na pewną poniewierkę Tarzana. Niestety, nie mieliśmy już żadnego wpływu na jego dalsze losy…

 

   W kilka miesięcy po naszym przyjeździe do Polski każde z nas zdołało znaleźć dla siebie jakieś dobre miejsce do życia. Rodzice i siostry zamieszkali na Kaszubach, bo tam zaoferowano im pracę i mieszkanie. Ja z braćmi wyjechałem na Śląsk, bo tu można było dobrze zarobić na kopalni. Płynął czas. Urządzaliśmy się powoli. Zawiązywaliśmy nowe znajomości, przyjaźnie i miłości. Jednak w pierwsze święta Bożego Narodzenia wszyscy zjechaliśmy do rodziców na Pomorze. Nie wyobrażaliśmy sobie spędzania tych rodzinnych świąt osobno.

 

   Siedząc przy wigilijnym stole opowiadaliśmy sobie o tym, co działo się z nami przez te kilka miesięcy. Śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian siedząc przy nakrytym białym obrusem stole, zajadając pierogi z grzybami i popijając je kompotem z owocowego suszu. Ale najciekawszą a jednocześnie najsmutniejszą historię miał do opowiedzenia nasz ojciec, do którego jego sąsiad z naszej litewskiej wioski list niedawno napisał o tym, co się po naszym wyjeździe działo, opowiadając.

   Otóż w dwa dni po naszym odjeździe z ZSRR na podwórzu przy naszej chacie jak gdyby nigdy nic pojawił się ten huncwot – Tarzan. Szukał nas. Do drzwi drapał. W okna patrzył. Wył i szczekał. Po wsi latał zaglądając we wszystkie zakamarki. I znowu do domu przybiegał. I znowu dobijał się, znowu czekał wiernie wierząc, że wrócimy i jak zawsze przygarniemy go do serca. W końcu wlazł do budy i tam trwał dniami i nocami nic nie jedząc ani nie pijąc. Dobrzy sąsiedzi zlitowali się nad psiskiem. Ziemniaków z mlekiem do miski mu dali i a nawet jakąś smakowitą kość świńską do obgryzienia pod nos podetkali. Pies niczego nie ruszył. Niczym się nie zainteresował. Tylko nocami słychać było jak tęsknie wył i skomlał.

   Dwa tygodnie potem sąsiad zauważył, że pies całkiem nieruchomo w budzie leży. Podszedł, pogłaskał. I nic. Zimne, sztywne ciało.

- Pewnikiem zdechł z tęsknoty za wami – pisał do ojca, który złożywszy starannie list westchnął głęboko i bezradnie zwiesił ramiona.  Zgromadzona przy wigilijnym stole rodzina szlochać zaraz zaczęła. A czy to z żalu za biednym Tarzanem, czy pozostawionym tam daleko na kresach życiem – sami już nie wiedzieliśmy…

 

- Tak to się Oleńko skończyła historia naszego kochanego Tarzana. Aż dziw, że przez tyle lat o niej nie pamiętałem a teraz mi do głowy przyszła i co sobie o tym psie pomyślę, to zaraz łzy się cisną do oczu. Ech, tyle psów potem przecież człowiek miał, teraz też trzy kochane kundelki przy mnie siedzą, ale to tamten najbardziej chyba w serce zapadł. Biedny mój, biedny Tarzan…

- Córeńko! Powrotu do zdrowia Waszej psinie życzę. Cuda się przecież zdarzają. Choć wiadomo, trzeba być przygotowanym na wszystko - szepnął mój Tata na zakończenie naszej telefonicznej rozmowy. Ja zaś spojrzałam na naszą kochaną, podobną do wilczycy, leżącą na legowisku przy drzwiach balkonowych spoglądającą na mnie ze smutkiem chorą Zuzię i powtórzyłam cichutko:

- Trzeba być przygotowanym na wszystko…

 


P.S.

Więcej na temat dziejów mojego taty można przeczytać w publikowanych kilka lat temu na tym blogu opowieściach pt.„Scenki z życia Henryczka” (klik )

 


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost