Mój ponad
osiemdziesięcioletni tata, dowiedziawszy się o kiepskim samopoczuciu naszej ukochanej
suni Zuzi opowiedział mi dziś przez telefon historię psa, który był w jego
rodzinie prawie siedemdziesiąt lat temu. Owa historia, jak i parę innych z lat jego
młodości i dzieciństwa przypomniała mu się niedawno, nabierając takiej wyrazistości
i budząc tyle uczuć, jakby wydarzyła się wczoraj. Często tak bywa, że ludzie w podeszłym wieku
nie pamiętają tego, co zdarzyło się wczoraj, mają problemy z kojarzeniem
prostych faktów, natomiast ich pamięć co do wydarzeń z zamierzchłych czasów
nadal jest zadziwiająco świeża. A dawne zdarzenia często stają się ważniejsze,
niż to, co dzieje się wokół nich obecnie. Jakby współczesna rzeczywistość nie miała
takiej wagi, jak to, co było kiedyś. Jakby bezpieczniej było wracać do
wspomnień, niż przeżywać to, co dzieje się teraz.
Cóż, niektórzy z
nas bardziej lub mniej świadomie zachowują się podobnie. Grzebiemy w starych zdjęciach,
pamiętnikach, listach. Dokopujemy się do czasów, gdy czuliśmy i przeżywaliśmy
coś bardzo mocno, co stworzyło podwaliny nas takich, jakimi jesteśmy dzisiaj ,
jak odczuwamy, co jest dla nas ważne a co nie…
A oto historia tatowego psa, przez niego samego
odpowiedziana.
…Było to mniej więcej dwa lata przed naszą repatriacją z
terenów byłej Litwy do Polski. W domu
panowała ogromna bieda. Poza ziemniakami – a i to nie zawsze- nie było co do
garnka włożyć. Związek Radziecki, przejąwszy rządy na dawnych kresach
Rzeczpospolitej zdusił tam wszelką inicjatywę prywatną, stłamsił rolnictwo, zabierając
ludziom tyle plonów ich pracy, że często nie było czym obsiać i obsadzić na
wiosnę pól. Do tego władze radzieckie wprowadziły
reglamentację towarów oraz surowe kary za najmniejsze przeciw nowej władzy
wykroczenia. Kwitło donosicielstwo i korupcja. Tatuś z mamusią, kiedyś dość majętni rolnicy,
rozkułaczeni, ubodzy i poniżeni dwoili się
i troili, by móc zapewnić licznej gromadce swych dzieci cokolwiek do jedzenia. Zbierało
się grzyby i jagody. Łowiło w przeręblach ryby. Zastawiało wnyki na zające i
dzikie ptactwo. Wyprzedawało się z gospodarstwa wszystko, co stanowiło jakąś
wartość. Byleby było za co kupić worek ziemniaków, mąki czy kapusty. Cokolwiek
byle zapchać wiecznie puste brzuchy.
Dzieci też
starały się pomagać rodzicom jak tylko mogły. Pracowały z nimi na polu. Pomagały
w domu i w obejściu. Zimą do obowiązków chłopców należało przynoszenie chrustu
z lasu. Cienkich i grubszych gałęzi. Wszystkiego, czym dało się w piecu
zapalić, ugotować ciepłą strawę, wodę na mycie zagrzać i stworzyć namiastkę
ciepła i przytulności.
Tamtego mroźnego,
styczniowego dnia (a mrozy były wówczas
w tamtych stronach naprawdę srogie. Nie takie, na jakie dzisiaj
przyzwyczajeni do ciepłych kaloryferów ludzie narzekają) trzej bosi (bo
rodziców na buty dla nich nie było stać) i okutani w połatane, za małe już
kurteczki bracia: Grześ, Olek oraz ja, opowiadający ci to wszystko Heniuś, brnęliśmy
w śniegach po pas by przeszedłszy przez łąkę dostać się do wielkiego,
ciągnącego się w każdą stronę na wiele dziesiątek kilometrów lasu. Tam mieliśmy
nadzieję znaleźć sporo suchych, zdatnych do pieca gałęzi i szyszek na rozpałkę.
Każdy z nas miał w kieszeni sznurek, którym przewiązywało się ogromną wiązkę chrustu,
zarzucało na plecy i w ten sposób transportowało do domu. W trakcie tego
zbierania sporo było zawsze śmiechu i zabawy. Obrzucania się śniegiem, gonitw
między drzewami, pohukiwania i wycia, dzikich zwierząt udawania.
Rozgrzani,
spoceni i rumiani spakowaliśmy każdy swoją wiązkę chrustu (a ja nazbierałem jeszcze do
parcianego worka sporo płatów kory brzozowej, bo mamusia najlepiej nią rozpalać
w piecu lubiła). I już mieliśmy się zbierać do powrotu, gdy nagle coś w pobliżu
nas zapiszczało żałośnie. Rozejrzeliśmy się z ciekawością i zobaczyliśmy chudego
jak szczapka, wynędzniałego szczeniaczka, co to cały zlodowaciałym śniegiem
oblepiony, ledwo na nogach się trzymając powoli i resztką sił szedł w naszą
stronę, pomocy ludzkiej najwidoczniej łaknąc. Serca w nas zaraz jak wosk
stopniały. W naszym domu przeważnie był jakiś kot albo pies. Obok domu stała
wyścielona sianem buda. W dawnych, lepszych czasach zawsze stawiało się obok niej
miskę mleka z chlebem a po świniobiciu wkładało się do niej kości i tłuste
kąski. Wszyscyśmy zwierzątka kochali i bezdomne często przygarniali. W tamtym,
najbardziej ubogim czasie akurat żadnego psa nie mieliśmy. I rodzice zadowoleni
z tego byli, bo czym byśmy go wyżywili, skoro sami głodem przymieraliśmy? Jednak wtedy widząc owego na wpół zamrożonego
szczeniaka mimo wszystko postanowiliśmy wziąć go ze sobą i rodziców ubłagać by się
nie gniewali i dali żyć z nami temu biedakowi. Jako że byłem najmłodszy z braci
i mój paltocik nie był tak ciasny jak braci wpakowałem psiaka za pazuchę i powędrowaliśmy
w stronę naszej chałupy, modląc się o przychylność rodziców.
I rodzice
zlitowali się nad biednym, psim sierotką. Mama mu jakieś szmaty w pobliżu pieca
rozścieliła a Tata obejrzawszy dokładnie przybłędę orzekł, że to pewnikiem
wilcze szczenię albo jakiś mieszaniec psa z wilkiem i na pewno kiedyś wyrośnie
z niego piękne zwierzę.
I wyrosło.
Karmione na ogół ziemniakami bez omasty a z rzadka, jak udało się co we wnyki
złapać, zajęczą kostką, borsuczym sadłem czy wiewiórczą wątróbką, stało się
wielce urodziwym, ogromnym wilczyskiem, przywiązanym do nas ogromnie, uwielbiającym
zabawy i pieszczoty, stróżującym wiernie
przy naszej chacie, łagodnym, ale nie bojącym się niczego i odpędzającym od
niej podejrzanych intruzów. Nazwaliśmy naszego wspaniałego psa Tarzan, bo
kiedyś udało nam się obejrzeć w miasteczku w kinie objazdowym amerykański film
o tym dzikim człowieku z dżungli i wywarł on wtedy na nas ogromne,
niezapomniane wrażenie.
Minęło jakieś
dwa lata. Zbliżała się pora naszego wyjazdu do Polski. Czekaliśmy z
niecierpliwością na wszelkie niezbędne pozwolenia, wizę oraz ostateczny termin
wyjazdu. Marzyło nam się rychłe rozpoczęcie
nowego, lepszego życia z dala od tutejszej biedy i codziennej niepewności. Niestety,
mieliśmy wielkie zmartwienie. Otóż przepisy surowo zakazywały repatriantom
zabierania ze sobą innych, niż krowy, zwierząt. Serca się nam kroiły na myśl, że zmuszeni
będziemy zostawić naszego ukochanego Tarzana samego. Prosiliśmy sąsiadów, tych
co wyjeżdżać nie zamierzali, by po
naszym odjeździe przygarnęli psisko, ale nikt ani myśleć o tym nie chciał.
- Biedę wszyscy klepiemy. Do garnka nie ma co włożyć.
Jakże takiego bysiora mielibyśmy jeszcze wyżywić? – mówili twardo w nasze oczy
spoglądając.
- Lepiej byście się go już teraz pozbyli, bo po waszym
odjeździe zdziczeje psisko i nic dobrego z niego nie będzie – doradzali „życzliwie”.
Och! Już lepiej
żeby nic nie mówili, niż by takie głupoty mieli mówić! – wzdychaliśmy. Jednak
dzień za dniem mijał i nic się w naszej sytuacji nie zmieniało. Tarzan tulił się
ufnie do naszych nóg i ani nie przeczuwał jakie zgryzoty w związku z nim
mieliśmy.
I oto nagle stał
się upragniony cud. Pewnego pogodnego, marcowego dnia wozem zajechał pod nasz
dom wędrowny Cygan. Taki co to garnkami i patelniami handlował. Co to noże i
nożyczki ostrzył a do tego dużo ciekawych wieści ze świata przywoził. Od razu
bardzo mu się nasz Tarzan spodobał. I zaproponował, że kupi go od nas za parę
worków ziemniaków, bo bardzo by mu się taki pies do obrony podczas podróży nadał
a i potem, jak już wróci do swego domku w lesie, dobry będzie jako stróż
przeciw lisom, co to kury wciąż mu z kurnika podbiera.
Nie pierwszy raz
Cygan ów moich rodziców odwiedzał. Jeszcze od przedwojnia go znali i żadnych
uprzedzeń do niego nie mieli. A wręcz przeciwnie, wydawał im się uczciwy i
godzien zaufania, nie taki jako inne pięknoduchy i lekkoduchy, cygańskie ptaki wędrowne. Nasz znajomy Cygan gdzieś
ponoć w białoruskiej części Sojuza mieszkał. W środku wielkiego boru chatkę
miał. Ale przez większą część roku cały kraj objeżdżał sprzedając, co się dało,
żeby tylko swej licznej rodzinie jakiś byt zapewnić. Dlatego nie dziwota, że rodzice
skwapliwie zgodzili się na taki interes.
Tarzanowi pilnie niezbędny był przecież nowy opiekun i ten tu wprost z nieba im
spadał. A i ziemniaki bardzo już były potrzebne, bo przednówek sprawiał, że za
dnia bolesny głód kiszki ściskał a nocą spać nie dawał. Cygan obiecał, że jak
tylko kartofle dla nas gdzieś zdobędzie, to po psa przyjedzie. Jak zapowiedział,
tak też uczynił. Po paru dniach pojawił się na podwórku i zrzuciwszy z wozu
kilka worków ziemniaków nałożył Tarzanowi parcianą obrożę, przypiął do niej
mocny łańcuch i w kilka chwil potem odjechał z naszym ukochanym psem w siną
dal.
Płakaliśmy za
nim przez parę dni. Smutkiem i rozpaczą przejmował nas widok pustej, psiej
budy. Łzy ciekły z oczu na myśl o tym, że nigdy już nie usłyszymy jego
szczekania i nigdy nie wtulimy twarzy w ciepłą, psią sierść naszego wilka. Ale
cóż. I tak było to lepsze, niż troska o to, co stałoby się z samotnym Tarzanem
po naszym wyjeździe do Polski.
A jakiś tydzień
po tym, w środku nocy obudziło nas gwałtowne skrobanie i walenie do drzwi. Co
mogło się o tej porze do nas dobijać? Upiory to jakieś, potwory czy ludzie
podejrzani? Zamordować nas chcą, czy co?
Zaniepokojony
ojciec pierwszy podniósł się z pościeli i chwyciwszy w dłoń jakiś kij niepewnie
uchylił drzwi. A z ciemności wprost na niego z całym impetem i ogromną radością
runął wielki, kwilący z radości wilk – nasz Tarzan. Przewrócił tatusia na ziemię i dalejże go
wylizywać, dalejże nos wciskać w jego dłonie. Zaraz potem do każdego członka
rodziny podbiegł równie gwałtownie się z nim witając i dowody swego wielkiego
przywiązania okazując. W dzień
obejrzeliśmy jego łapy i poznaliśmy, że chyba z bardzo daleka przybiegł, bo aż
do krwi zdarte miał opuszki palców. Przy jego parcianej obroży wisiał smętnie
kawałek łańcucha, jakim go niedawno Cygan do wozu przypiął. Najwidoczniej
uciekł swemu nowemu opiekunowi i jakimś psim instynktem się kierując do nas
przez dziesiątki kilometrów przyleciał. Jakże mieliśmy go od siebie odpędzić?
Wszak z wielkiej miłości to uczynił, żyć bez nas nie umiejąc. I my byliśmy szczęśliwi
znowu mając ukochanego psa przy sobie. Postanowiliśmy nawet, że jakoś go do
wagonu repatriacyjnego przeszmuglujemy, ukryjemy tam a w razie czego przekupimy
kogo trzeba. Na tę okoliczność Mamusia zdobyła dwie butelki bimbru a wiadomo,
że alkohol to zawsze najlepsza w każdych okolicznościach waluta.
W końcu wyznaczyli
nam termin odjazdu za trzy dni. Wszystko już prawie mieliśmy popakowane. Z
mieszaniną lęku i nadziei szykowaliśmy się wszyscy do wielkiej zmiany w naszym
życiu. Raptem, dwa dni przed odjazdem Tarzan gdzieś przepadł. Nie wrócił na
noc. A sąsiedzi wypytywani o to, czy go gdzie nie widzieli, ramionami tylko
wzruszali. Cała rodzina – rodzice,
siostry i my, trzej bracia szukaliśmy go nie tyko po całej wsi, ale i po
dalszych okolicach. Lasem ze dwadzieścia kilometrów przeszliśmy tropów naszego psa
wypatrując. I nic. W końcu ktoś nam powiedział, że za jakąś suką poleciał. Że
podobno widzieli go hen, hen za trzecia wsią, jak się do owej suki w rui
umizgał. Pojechaliśmy z braćmi w tamte rejony. Jednak nie znaleźliśmy naszego
Tarzana. Podobno z całą watahą psów pobiegł gdzieś na północ. A może na zachód?
Nikt tego dokładnie nie wiedział…
Tak czy siak
nadszedł dzień odjazdu. Do końca wierzyliśmy, że się pies jeszcie pokaże. Że
przyleci w ostatniej chwili i wskoczy do wagonu. Niestety, tak się nie stało. Tarzan
przepadł jak kamień w wodę.
W ponurych
nastrojach żegnaliśmy rodzinne strony. Żal było tych lasów, łąk i pól. Żal dobrych
ludzi i znajomych miejsc. Żal domu, po którym teraz tylko wiatr hulał a który tak
niedawno pełen był przecież rodzinnego gwaru i śmiechu. Ale najbardziej żal
było pozostawionego na pewną poniewierkę Tarzana. Niestety, nie mieliśmy już
żadnego wpływu na jego dalsze losy…
W kilka miesięcy
po naszym przyjeździe do Polski każde z nas zdołało znaleźć dla siebie jakieś dobre
miejsce do życia. Rodzice i siostry zamieszkali na Kaszubach, bo tam
zaoferowano im pracę i mieszkanie. Ja z braćmi wyjechałem na Śląsk, bo tu można
było dobrze zarobić na kopalni. Płynął czas. Urządzaliśmy się powoli.
Zawiązywaliśmy nowe znajomości, przyjaźnie i miłości. Jednak w pierwsze święta
Bożego Narodzenia wszyscy zjechaliśmy do rodziców na Pomorze. Nie wyobrażaliśmy
sobie spędzania tych rodzinnych świąt osobno.
Siedząc przy
wigilijnym stole opowiadaliśmy sobie o tym, co działo się z nami przez te kilka
miesięcy. Śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian siedząc przy nakrytym białym
obrusem stole, zajadając pierogi z grzybami i popijając je kompotem z owocowego
suszu. Ale najciekawszą a jednocześnie najsmutniejszą historię miał do
opowiedzenia nasz ojciec, do którego jego sąsiad z naszej litewskiej wioski
list niedawno napisał o tym, co się po naszym wyjeździe działo, opowiadając.
Otóż w dwa dni
po naszym odjeździe z ZSRR na podwórzu przy naszej chacie jak gdyby nigdy nic pojawił
się ten huncwot – Tarzan. Szukał nas. Do drzwi drapał. W okna patrzył. Wył i
szczekał. Po wsi latał zaglądając we wszystkie zakamarki. I znowu do domu
przybiegał. I znowu dobijał się, znowu czekał wiernie wierząc, że wrócimy i jak
zawsze przygarniemy go do serca. W końcu wlazł do budy i tam trwał dniami i
nocami nic nie jedząc ani nie pijąc. Dobrzy sąsiedzi zlitowali się nad
psiskiem. Ziemniaków z mlekiem do miski mu dali i a nawet jakąś smakowitą kość świńską
do obgryzienia pod nos podetkali. Pies niczego nie ruszył. Niczym się nie
zainteresował. Tylko nocami słychać było jak tęsknie wył i skomlał.
Dwa tygodnie
potem sąsiad zauważył, że pies całkiem nieruchomo w budzie leży. Podszedł,
pogłaskał. I nic. Zimne, sztywne ciało.
- Pewnikiem zdechł z tęsknoty za wami – pisał do ojca,
który złożywszy starannie list westchnął głęboko i bezradnie zwiesił ramiona. Zgromadzona przy wigilijnym stole rodzina szlochać
zaraz zaczęła. A czy to z żalu za biednym Tarzanem, czy pozostawionym tam
daleko na kresach życiem – sami już nie wiedzieliśmy…
- Tak to się Oleńko skończyła historia naszego kochanego
Tarzana. Aż dziw, że przez tyle lat o niej nie pamiętałem a teraz mi do głowy
przyszła i co sobie o tym psie pomyślę, to zaraz łzy się cisną do oczu. Ech,
tyle psów potem przecież człowiek miał, teraz też trzy kochane kundelki przy
mnie siedzą, ale to tamten najbardziej chyba w serce zapadł. Biedny mój, biedny
Tarzan…
- Córeńko! Powrotu do zdrowia Waszej psinie życzę. Cuda się
przecież zdarzają. Choć wiadomo, trzeba być przygotowanym na wszystko - szepnął
mój Tata na zakończenie naszej telefonicznej rozmowy. Ja zaś spojrzałam na
naszą kochaną, podobną do wilczycy, leżącą na legowisku przy drzwiach balkonowych spoglądającą na mnie ze smutkiem chorą Zuzię i
powtórzyłam cichutko:
- Trzeba być przygotowanym na wszystko…
P.S.
Więcej na temat dziejów mojego taty można przeczytać w publikowanych
kilka lat temu na tym blogu opowieściach pt.„Scenki z życia Henryczka” (klik )