Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogoda. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2020

Dostrojenie…








   Tekst ten zaczęłam pisać parę dni temu. Miał wówczas tytuł „Mokrawica” a  jego pierwsze akapity wyglądały tak: :

   Mokrawica to wieś w województwie zachodniopomorskim. Jednak nie mam zamiaru o niej pisać. Nigdy tam nie byłam i pewnie nie będę. Natomiast przebywam obecnie w krainie deszczowców, której drugim mianem winno być właśnie „mokrawica”. Hmmm…Myślałam, że istnieje takie słowo jako określenie permanentnie podmokłego terenu dodatkowo zlewanego co i rusz rzęsistym deszczem. A skoro nie istnieje to najwyższa pora je stworzyć. Jak lepiej można bowiem nazwać miejsca mgliste i duszne, gdzie świetnie mają się żaby, komary, gzy i inne gryzące tałatajstwo? Gdzie nie da się chodzić w innym obuwiu jak w gumowcach a to chodzenie bardziej jest brodzeniem wśród lśniących girlandami kropel traw, czy też człapaniem w błotnistej mazi, niżli zwyczajnym, beztroskim przemieszczaniem po ogrodzie?
      Deszcz pada codziennie po wielekroć. A my z Cezarym między tym deszczem a deszczem a nieraz nawet mimo niego usiłujemy ciąć, łupać i zwozić przywiezione przed tygodniem drewno. Ciężkie ono jest i mokre, ale nie ma rady. Trzeba je uprzątnąć i zrobić miejsce na następną dostawę.  Nie ma co czekać na zmiłowanie, bo prognozy nie zapowiadają jakiegoś diametralnego polepszenia pogody a co więcej, podobno i lipiec i sierpień mają być równie mokre. I pomyśleć, że jeszcze niedawno narzekałam na suszę! Ot, pokarało mnie na bieżąco i mam co mam! Mokrawicę na całego!
   Ogród jakoś sobie jeszcze radzi, choć i jemu tego deszczu już stanowczo zanadto. Po rowach i rowkach, po dołkach i dołach stoi woda, w której z radością pluskają się żabki. Ślimaki w ilościach nieprzeliczonych wylęgają się co dnia po to by radośnie (choć jak przystało na ślimaki, w tempie ślimaczym) wędrować na obfite uczty i bezwstydnie raczyć się liśćmi ogórków, papryk, cukinii i bobu, kwiatami łubinu i irysów, owocami truskawek i poziomek oraz innych roślin, których smaku warto popróbować. Niedojrzałe czereśnie gniją na gałęziach. A pozostałe nielicznie na drzewach po wielu burzach czy wichurach wiśnie, brzoskwinie ostatkiem sił trzymają się by nie opaść na trawnik i nie stać się kolejnym smakowitym posiłkiem ślimaczej szarańczy.
   A że najbardziej dokuczają nam podczas roboty gryzące owady, Cezary przygotował domową miksturę, która w zeszłych latach nieco pomagała odeprzeć ataki krwiopijców, w tym komarów, much i kleszczy.  Zagotował w wielkim garze kilka garści wrotyczu, mięty, melisy i czystka. Potem przecedził tę brązową, wielce wonną ciecz i dodał do niej pół litra octu spirytusowego, który nie dość, że też ma silny zapach to jeszcze ową miksturę ziołową świetnie konserwuje. Płynem tym napełniamy butelki z atomizerem i obficie spryskujemy się nim w trakcie prac z drewnem, przed wyjściem do ogrodu czy lasu. Działa póki nie wywietrzeje jego mocny aromat. Tak więc butelki ze spryskiwaczem są i pewnie do końca lata będą w ciągłym użyciu. „
   




  Przeczytałam to, co napisałam i nie byłam zadowolona. Zaniechałam więc myśli o publikacji tego posta. Czegoś mi w nim brakowało, coś przeszkadzało… To narzekanie, ta nieumiejętność zauważenia w takim stanie rzeczy jakichś plusów. A przecież one na pewno są. Wystarczy na sprawy popatrzeć inaczej. Ogarnąć szerzej albo zajrzeć głębiej. Człowiek nieraz tak się sam nakręca, wpada w spiralę ponuractwa i malkontenctwa. I jeszcze kracze w chórze podobnych jemu kruków, bo razem jakoś raźniej.
   No dobrze, ale czy to znaczy, że trzeba na siłę szukać światełka w tunelu, wbrew sobie sztucznie narzucając duszy optymizm? Nie, ale trzeba próbować wydźwignąć się z dołka. Kroczek za kroczkiem, kroczek za kroczkiem, aż dostrzeże się jakąś jasność nawet wtedy, gdy nie odpuściły jeszcze naporu szare chmury oraz uparte opady a kolejne hufce sinych chmur uparcie zmierzają w stronę naszych nieb…

  Korzystając z własnych rad postanowiłam dostrzec owe plusy i w ramach jakiejś autoterapii, odczarowania tego, co w magii ciemnych sfer utknęło napisałam tak:

   „Jedyna pociecha z tej mokrawicy jest taka, że na pewno wody w studni nam nie zabraknie. Odpadł też obowiązek podlewania roślin z węża ogrodowego czy konewki. Natomiast gnojowica z pokrzyw tworzy się sama. Wystarczy wrzucić je do kompostownika a gromadząca się tam deszczówka po kilku dniach zamieni je w smrodliwy, lecz wielce pożyteczny nawóz doskonały do podlewania pomidorów i innych warzyw. „




 - Hmm…To już nieco lepiej. Ale wciąż nie to! – dumałam drapiąc się po głowie niczym pomysłowy Dobromir tuż przed wpadnięciem na jakiś genialny pomysł.
- Szukajmy zatem dalej! Wyłapujmy srebrzyste nitki w ciemnej materii otoczenia! Zanurzajmy się w nieodkryte dotąd warstwy postrzegania, bo tych warstw są miliony i tylko od nas zależy, co nam się przed oczami przedstawi! – dodałam filozoficznie i znowu zaczęłam stukać w klawiaturę:

„Choć przeważnie dość mam tej wilgotnej aury, to jednak bywa, że i mokrawica mnie zachwyca. Wystarczy popatrzeć na diamentowe krople rosy i deszczu błyszczące na liściach i trawach. Wystarczy zaciągnąć się pełną piersią świeżym, pełnym tlenu oraz aromatów powietrzem. Pięknie teraz kwitną i pachną upojnie krzewy ligustru, jaśminu, dzikiego bzu oraz róży. Ich wonie są niezwykle intensywne. Przenikają się wzajemnie, tworząc razem zapach boski i do niczego nieporównywalny. Zieleń bucha zewsząd pełną parą będąc dominującym i zawłaszczającym wszystko kolorem. Błękitu nieba mało, bo jak nie chmury je zasnuwają, to mgła otula i oddala, tworząc różne odcienie szarości, srebra, indygo albo delikatnego fioletu, co wygląda poetycznie i malowniczo…”









- Romantycznie i  nastrojowo, ale jak gdyby połowicznie a do tego banalnie! Słowa, słowa, słowa bez mocy. Mam wrażenie, że nadaję nie na tych falach, co powinnam, że nie potrafię się dostroić do sił natury i wciąż jestem gdzieś obok – westchnęłam przeczytawszy to, co powyżej. Niskie ciśnienie, które panowało od wielu dni sprawiało, że miałam uczucie jakby ciasny garnek tkwił na mojej głowie i całe to pisanie ani zaklinanie rzeczywistości nie przynosiło żadnej ulgi. Do tego coś boleśnie strzykało w stawach. Spojrzałam do lustra. Zerknęła na mnie z niego osoba zmęczona i zirytowana. Podenerwowana i bezradna, bez polotu i energii.
   Przymknęłam oczy. Wstrzymałam na chwilę oddech. A wówczas usłyszałam w sobie głos cichy lecz stanowczy:
- Potrzebny ci długi spacer do lasu! Tobie, Cezaremu i psom!
- Ale przecież zaraz znowu będzie padać! – odrzekłam temu  „dziwnemu” głosowi.
- I kleszczy tam pełno! – dodałam bojaźliwie.
- Nie jesteś z cukru. Nie rozpuścisz się. A kleszcze są i będą zawsze. Przecież nie wyrzekniesz się z ich powodu wędrówek po lesie. Po to chyba zamieszkałaś w tym miejscu, by być częścią natury i cieszyć się życiem. Zapomniałaś? – zirytowany wyraźnie głos zadudnił niby z głębi jakiegoś jaru.
- Nie zapomniałam, tylko….- pisnęłam słabowicie.
- Nie ma żadnego „tylko”. Po prostu idź! – nakazał uparty głos i oddalając się na odchodnym dodał jeszcze pogodnie:
- No i uśmiechnij się w końcu! Uśmiech jest lepszy niż wszystkie parasole i peleryny razem wzięte!  - głos zaśmiał się perliście znikając gdzieś w mglistych przestrzeniach za oknem.


   Ha! Zdecydowałam się wobec tego pójść za tym głosem a potem w parę minut przekonać do swego pomysłu Cezarego. Psów przekonywać nie trzeba było, gdyż one znudzone parodniowym spaniem na kanapach w domu albo nudnym przebywaniem na terenie mokrego ogrodu wręcz czekały na sygnał do wyjścia na zewnątrz.
   Wybiegły radośnie za bramę. Gnały przed siebie na łeb na szyję wprost ku wejściu do naszego bukowego lasu. Nie przeszkadzała im w tym entuzjazmie nawet mżawka, która w tym właśnie momencie zdecydowała się spaść z niebios. Nie zatrzymywały łany mokrych, niekoszonych przez nikogo traw porastających drogę. Ani liczne kałuże na niej. Ani dołki i wzgórki wykopane przez dziki.
Leciały niczym torpedy z szerokimi uśmiechami na pyskach. Myśmy z Cezarym truchtali za nimi ostrożnie próbując nie poślizgnąć się na błotnistych ścieżkach. Mój wędrowiec niósł koszyk na grzyby („bo a nuż się pokażą!”) a ja plecak ze smyczami psimi,  wodą mineralną oraz cukierkami miętowymi („bo a nuż wygłodniejemy!”).
   Ledwo zanurzyliśmy się w lesie mgły otoczyły nas delikatnym woalem a gdzieś z daleka dały się słyszeć grzmoty. Jakoś się jednak ich nie przelękłam. Takoż i psy, zazwyczaj przerażone odgłosami burzy wcale nie straciły rezonu. Wariacko tarzały się w mokrych liściach, krążyły wokół nas w szalonych młynkach i podskokach, z apetytem chłeptały żółtą wodę z kałuż i beztrosko taplały się w gliniastych rowach. Najbardziej ze wszystkich psiaków radosna Misia popiskiwała i poszczekiwała wesoło, jak gdyby jej serce przepełniała taka ilość szczęścia, że koniecznie musiała o nim opowiedzieć całemu światu, podzielić się z nim ogromem pozytywnych uczuć i emocji. A świat widocznie coś jej odpowiadał, bo suczka nasłuchiwała przez chwilę a potem znowu monologowała entuzjastycznie po swojemu…
   Niedługo potem mżawka zamieniła się w deszcz a potem w istną ulewę. Szum kropel spadających na las stał się tak głośny, że nie słyszałam głosu Cezarego idącego parę metrów za mną ani własnych myśli w głowie. I nie wiem co się wtedy zmieniło we mnie i wokół, ale nagle minął mi ból skroni, skrzypienie stawów, bezradność serca i zagubienie.
   Ni stąd ni zowąd zachciało mi się śmiać. Poczułam się tak, jakby ktoś popsikał otoczenie gazem rozweselającym. Jakbym stała się nieważka niczym puszek dmuchawca. Szłam lekko po wzgórzach i paryjach, mijałam srebrzyste, pociemniałe od deszczu buki, przeskakiwałam przez mokre pnie i kamienie i chichotałam jak wariatka. Po twarzy ciekły mi łzy zmieszane z kroplami deszczu. A ulewa szumiała i szumiała coraz mocniej. Czułam ją w sobie i wokół siebie jakbym była jej częścią. Ogarnęło mnie cudowne uczucie dostrojenia i spokoju z domieszką niezakłóconego niczym szczęścia. To uczucie trwało też po powrocie do domu. Udzieliło się Cezaremu. I zdanemu na moce niebios ogrodowi. I domowi, czekającemu na rozpalenie w piecu.
   I lśniło brylantowo jako jedna z tych dobrych, magicznych wręcz chwil, które oby przychodziły jak najczęściej i oby trwały jak najdłużej…





P.S.
Tego dnia po spacerze znalazłam tylko dwa kleszcze łażące na brudnych jak nieboskie stworzenia ale bardzo szczęśliwych psach!:-)
  


środa, 6 maja 2020

Majowy śnieg…




 - Uważaj kobieto, o czym marzysz, bo się jeszcze spełni!  - westchnęłam z histerycznym chichotem, gdy kilka godzin temu zaczął u nas walić śnieg. No bo tak. Dopiero co narzekałam na suszę, na to że nic mi w warzywniku nie chce urosnąć, bo ziemia jak pieprz oraz na obłoki, co to bez sensu wiszą nad okolicą i na deszcz zdecydować się nie mogą i oto, proszę, na co stać było owe „leniwe” do niedawna chmury. Już wczoraj ktoś odkręcił w nich wszystkie krany i woda lała się z nieba przez cały dzień na pola, ogrody, lasy i domy Pogórza. Byłam z tego wielce zadowolona, bo każda ilość opadów jest teraz dla ziemi istotna. Nieco się tylko zmartwiłam, bo mocno się ochłodziło a im starsza jestem, tym większy ze mnie zmarzluch (na co zapewne ma wpływ niedoczynność tarczycy). Dlatego, jak tylko słupek rtęci na termometrze spadł poniżej 10 stopni naniosłam drewna do kotłowni i rozpaliłam w piecu. Szybciutko zrobiło się ciepło, nawet bardzo ciepło! A na dworze tymczasem całkiem poszarzało, a przy tym wciąż padało, wiało, o parapety wielkimi kroplami stukało i w kominie jęczało jakby to listopad był a nie zielony maj.




   Dzisiaj rano było już znacznie chłodniej, bo zaledwie 3 stopnie Celcjusza a prognozy zaczęły zwiastować jakieś przymrozki. Ucieszyłam się zatem, iż moje posiane na grządkach warzywa nie wzeszły jeszcze, narażając się tym na zmarznięcie.
- Wiedziały pewnie, że lepiej poczekać. Mądralki moje kochane! – pomyślałam z czułością o schowanych pod ziemią na grządkach, zdanych na łaskę i niełaskę żywiołów siewkach pietruszki, koperku, buraczków i marchewki a zwłaszcza ogórków, najbardziej na zmiany temperatury wrażliwych. 


   Godzinę potem jednak widząc, że deszcz zaczyna zmieniać się w śnieg a słupek rtęci zbliża się do jednego stopnia pobiegłam do ogrodu by ratować posiane w doniczkach cukinie i kwiatki maciejki. Ledwo to zrobiłam, gdy pojedyncze do niedawna płatki śniegu zamieniły się w istną śnieżycę. A kilkanaście minut potem ogród pokryty świeżą bielą mało już przypominał wczorajszy, kolorowo-majowy kawałek ziemi.



   Od razu przypomniał mi się jeden z ostatnich pochodów pierwszomajowych, w których uczestniczyłam w liceum w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Poszłam nań ubrana w cienką, białą bluzeczkę i granatową spódniczkę. Pogoda była wówczas całkiem ładna, tylko niebo malowniczo zachmurzone. Kolorowe sztandary i bibułkowe kwiaty dumnie sterczały ponad falującym, wielobarwnym tłumem maszerującym jedną z głównych ulic naszego miasta. Przodownicy pracy wypinali radośnie piersi z wpiętymi tam niedawno orderami a ktoś w jadącym z przodu polonezie ryczał przez megafon, żeby przyśpieszyć, bo na usytuowanych w dali trybunach czekają już dostojnicy partyjni. My zaś szliśmy wesołą grupą pełnych energii, beztroskich nastolatków i ni to poważnie, ni to szyderczo wyśpiewywaliśmy na całe gardło znane, socjalistyczne pieśni, gdy wtem zaczęło mocno wiać i przenikać nas do kości. Chwilę potem cały ten ludzki pochód niby spłoszone ptaki momentalnie rozpierzchł się, pochował pod wiatami przystanków albo pobiegł w stronę centrum miasta, by tam znaleźć schronienie. Porzucone na ulicy transparenty i kwiaty szybko zaczął pokrywać śnieg jakże metaforycznie uświadamiając niedawnym świętującym pierwszego maja, jak niewiele znaczą jego szczytne hasła w zetknięciu z siłami żywiołów. Nikt oczywiście nie przypuszczał jeszcze wtedy, że za kilka lat zmieni się wszystko nie tylko w naszej ojczyźnie, ale i w ościennych, bratnich krajach, a ta majowa śnieżyca była zaledwie nieśmiałym preludium do owych potężnych zmian. Pamiętam, że dotarłam wówczas do domu kompletnie przemoczona i przemarznięta. Nie dziwota więc, że się rozchorowałam i przez parę dni leżałam pod pierzyną z prawie czterdziestostopniową gorączką…




   O ile dobrze sobie przypominam  kolejny, maturalny już maj zupełnie nie przypominał poprzedniego. Było wprawdzie ciepło i pogodnie, ale wyraźny niepokój wisiał w powietrzu i mało kto odważał się iść na pochód. Kilka dni wcześniej miał bowiem miejsce wybuch elektrowni atomowej w Czarnobylu a rząd ślamazarnie zastanawiał się czy podawać ludziom płyn Lugola, czy też nie. I czy lepiej za dużo o tym, co się wydarzyło nie mówić i uciszać nastroje, żeby nie wzbudzać w narodzie zbędnej paniki. Ale cóż. Mleko i tak się już rozlało. Komu promieniowanie miało zaszkodzić i tak już zaszkodziło. Za parę dni mieliśmy przystąpić do matury a że pogoda była cudna wielu z nas, nieświadomych zupełnie zagrożenia przygotowywało się do niej w kwietniu ucząc się na balkonach czy w parkach. Jedną z takich osób była moja koleżanka, ogromnie utalentowana humanistycznie Beatka.  Maturę zdała śpiewająco, jednak dwadzieścia lat później zapadła na ostrą białaczkę szpikową i po kilku lat zmagań z tą ciężką chorobą, wyniszczona i z wieloma nieodwracalnie uszkodzonymi organami jakoś się wreszcie wyrwała śmierci spod kosy. Leżąc w szpitalu spotkała mnóstwo ludzi zmagających się z chorobami krwi, będących pokłosiem czarnobylskiej katastrofy. Innym przypuszczalnym następstwem kwietniowego wybuchu z 1986 roku była i jest do tej pory ogromna ilość chorób tarczycy…



   Ale wracam do dnia obecnego. Śnieg przestał na razie padać. Leży teraz na polach podobny do niewinnej, cukrowej posypki.  Jutro ma się podobno trochę ocieplić, ale póki co niebo wciąż jest zaciągnięte a chłód nie odpuszcza. Mam nadzieję, że chmury pokazały już na co je stać, że więcej tego typu niespodzianek nie trzymają już w zanadrzu. Bo jednak maj powinien być radosnym, ciepłym majem i pozostawiać po sobie tylko pogodne wspomnienia. Nieprawdaż…?

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost