środa, 24 czerwca 2020

Dostrojenie…








   Tekst ten zaczęłam pisać parę dni temu. Miał wówczas tytuł „Mokrawica” a  jego pierwsze akapity wyglądały tak: :

   Mokrawica to wieś w województwie zachodniopomorskim. Jednak nie mam zamiaru o niej pisać. Nigdy tam nie byłam i pewnie nie będę. Natomiast przebywam obecnie w krainie deszczowców, której drugim mianem winno być właśnie „mokrawica”. Hmmm…Myślałam, że istnieje takie słowo jako określenie permanentnie podmokłego terenu dodatkowo zlewanego co i rusz rzęsistym deszczem. A skoro nie istnieje to najwyższa pora je stworzyć. Jak lepiej można bowiem nazwać miejsca mgliste i duszne, gdzie świetnie mają się żaby, komary, gzy i inne gryzące tałatajstwo? Gdzie nie da się chodzić w innym obuwiu jak w gumowcach a to chodzenie bardziej jest brodzeniem wśród lśniących girlandami kropel traw, czy też człapaniem w błotnistej mazi, niżli zwyczajnym, beztroskim przemieszczaniem po ogrodzie?
      Deszcz pada codziennie po wielekroć. A my z Cezarym między tym deszczem a deszczem a nieraz nawet mimo niego usiłujemy ciąć, łupać i zwozić przywiezione przed tygodniem drewno. Ciężkie ono jest i mokre, ale nie ma rady. Trzeba je uprzątnąć i zrobić miejsce na następną dostawę.  Nie ma co czekać na zmiłowanie, bo prognozy nie zapowiadają jakiegoś diametralnego polepszenia pogody a co więcej, podobno i lipiec i sierpień mają być równie mokre. I pomyśleć, że jeszcze niedawno narzekałam na suszę! Ot, pokarało mnie na bieżąco i mam co mam! Mokrawicę na całego!
   Ogród jakoś sobie jeszcze radzi, choć i jemu tego deszczu już stanowczo zanadto. Po rowach i rowkach, po dołkach i dołach stoi woda, w której z radością pluskają się żabki. Ślimaki w ilościach nieprzeliczonych wylęgają się co dnia po to by radośnie (choć jak przystało na ślimaki, w tempie ślimaczym) wędrować na obfite uczty i bezwstydnie raczyć się liśćmi ogórków, papryk, cukinii i bobu, kwiatami łubinu i irysów, owocami truskawek i poziomek oraz innych roślin, których smaku warto popróbować. Niedojrzałe czereśnie gniją na gałęziach. A pozostałe nielicznie na drzewach po wielu burzach czy wichurach wiśnie, brzoskwinie ostatkiem sił trzymają się by nie opaść na trawnik i nie stać się kolejnym smakowitym posiłkiem ślimaczej szarańczy.
   A że najbardziej dokuczają nam podczas roboty gryzące owady, Cezary przygotował domową miksturę, która w zeszłych latach nieco pomagała odeprzeć ataki krwiopijców, w tym komarów, much i kleszczy.  Zagotował w wielkim garze kilka garści wrotyczu, mięty, melisy i czystka. Potem przecedził tę brązową, wielce wonną ciecz i dodał do niej pół litra octu spirytusowego, który nie dość, że też ma silny zapach to jeszcze ową miksturę ziołową świetnie konserwuje. Płynem tym napełniamy butelki z atomizerem i obficie spryskujemy się nim w trakcie prac z drewnem, przed wyjściem do ogrodu czy lasu. Działa póki nie wywietrzeje jego mocny aromat. Tak więc butelki ze spryskiwaczem są i pewnie do końca lata będą w ciągłym użyciu. „
   




  Przeczytałam to, co napisałam i nie byłam zadowolona. Zaniechałam więc myśli o publikacji tego posta. Czegoś mi w nim brakowało, coś przeszkadzało… To narzekanie, ta nieumiejętność zauważenia w takim stanie rzeczy jakichś plusów. A przecież one na pewno są. Wystarczy na sprawy popatrzeć inaczej. Ogarnąć szerzej albo zajrzeć głębiej. Człowiek nieraz tak się sam nakręca, wpada w spiralę ponuractwa i malkontenctwa. I jeszcze kracze w chórze podobnych jemu kruków, bo razem jakoś raźniej.
   No dobrze, ale czy to znaczy, że trzeba na siłę szukać światełka w tunelu, wbrew sobie sztucznie narzucając duszy optymizm? Nie, ale trzeba próbować wydźwignąć się z dołka. Kroczek za kroczkiem, kroczek za kroczkiem, aż dostrzeże się jakąś jasność nawet wtedy, gdy nie odpuściły jeszcze naporu szare chmury oraz uparte opady a kolejne hufce sinych chmur uparcie zmierzają w stronę naszych nieb…

  Korzystając z własnych rad postanowiłam dostrzec owe plusy i w ramach jakiejś autoterapii, odczarowania tego, co w magii ciemnych sfer utknęło napisałam tak:

   „Jedyna pociecha z tej mokrawicy jest taka, że na pewno wody w studni nam nie zabraknie. Odpadł też obowiązek podlewania roślin z węża ogrodowego czy konewki. Natomiast gnojowica z pokrzyw tworzy się sama. Wystarczy wrzucić je do kompostownika a gromadząca się tam deszczówka po kilku dniach zamieni je w smrodliwy, lecz wielce pożyteczny nawóz doskonały do podlewania pomidorów i innych warzyw. „




 - Hmm…To już nieco lepiej. Ale wciąż nie to! – dumałam drapiąc się po głowie niczym pomysłowy Dobromir tuż przed wpadnięciem na jakiś genialny pomysł.
- Szukajmy zatem dalej! Wyłapujmy srebrzyste nitki w ciemnej materii otoczenia! Zanurzajmy się w nieodkryte dotąd warstwy postrzegania, bo tych warstw są miliony i tylko od nas zależy, co nam się przed oczami przedstawi! – dodałam filozoficznie i znowu zaczęłam stukać w klawiaturę:

„Choć przeważnie dość mam tej wilgotnej aury, to jednak bywa, że i mokrawica mnie zachwyca. Wystarczy popatrzeć na diamentowe krople rosy i deszczu błyszczące na liściach i trawach. Wystarczy zaciągnąć się pełną piersią świeżym, pełnym tlenu oraz aromatów powietrzem. Pięknie teraz kwitną i pachną upojnie krzewy ligustru, jaśminu, dzikiego bzu oraz róży. Ich wonie są niezwykle intensywne. Przenikają się wzajemnie, tworząc razem zapach boski i do niczego nieporównywalny. Zieleń bucha zewsząd pełną parą będąc dominującym i zawłaszczającym wszystko kolorem. Błękitu nieba mało, bo jak nie chmury je zasnuwają, to mgła otula i oddala, tworząc różne odcienie szarości, srebra, indygo albo delikatnego fioletu, co wygląda poetycznie i malowniczo…”









- Romantycznie i  nastrojowo, ale jak gdyby połowicznie a do tego banalnie! Słowa, słowa, słowa bez mocy. Mam wrażenie, że nadaję nie na tych falach, co powinnam, że nie potrafię się dostroić do sił natury i wciąż jestem gdzieś obok – westchnęłam przeczytawszy to, co powyżej. Niskie ciśnienie, które panowało od wielu dni sprawiało, że miałam uczucie jakby ciasny garnek tkwił na mojej głowie i całe to pisanie ani zaklinanie rzeczywistości nie przynosiło żadnej ulgi. Do tego coś boleśnie strzykało w stawach. Spojrzałam do lustra. Zerknęła na mnie z niego osoba zmęczona i zirytowana. Podenerwowana i bezradna, bez polotu i energii.
   Przymknęłam oczy. Wstrzymałam na chwilę oddech. A wówczas usłyszałam w sobie głos cichy lecz stanowczy:
- Potrzebny ci długi spacer do lasu! Tobie, Cezaremu i psom!
- Ale przecież zaraz znowu będzie padać! – odrzekłam temu  „dziwnemu” głosowi.
- I kleszczy tam pełno! – dodałam bojaźliwie.
- Nie jesteś z cukru. Nie rozpuścisz się. A kleszcze są i będą zawsze. Przecież nie wyrzekniesz się z ich powodu wędrówek po lesie. Po to chyba zamieszkałaś w tym miejscu, by być częścią natury i cieszyć się życiem. Zapomniałaś? – zirytowany wyraźnie głos zadudnił niby z głębi jakiegoś jaru.
- Nie zapomniałam, tylko….- pisnęłam słabowicie.
- Nie ma żadnego „tylko”. Po prostu idź! – nakazał uparty głos i oddalając się na odchodnym dodał jeszcze pogodnie:
- No i uśmiechnij się w końcu! Uśmiech jest lepszy niż wszystkie parasole i peleryny razem wzięte!  - głos zaśmiał się perliście znikając gdzieś w mglistych przestrzeniach za oknem.


   Ha! Zdecydowałam się wobec tego pójść za tym głosem a potem w parę minut przekonać do swego pomysłu Cezarego. Psów przekonywać nie trzeba było, gdyż one znudzone parodniowym spaniem na kanapach w domu albo nudnym przebywaniem na terenie mokrego ogrodu wręcz czekały na sygnał do wyjścia na zewnątrz.
   Wybiegły radośnie za bramę. Gnały przed siebie na łeb na szyję wprost ku wejściu do naszego bukowego lasu. Nie przeszkadzała im w tym entuzjazmie nawet mżawka, która w tym właśnie momencie zdecydowała się spaść z niebios. Nie zatrzymywały łany mokrych, niekoszonych przez nikogo traw porastających drogę. Ani liczne kałuże na niej. Ani dołki i wzgórki wykopane przez dziki.
Leciały niczym torpedy z szerokimi uśmiechami na pyskach. Myśmy z Cezarym truchtali za nimi ostrożnie próbując nie poślizgnąć się na błotnistych ścieżkach. Mój wędrowiec niósł koszyk na grzyby („bo a nuż się pokażą!”) a ja plecak ze smyczami psimi,  wodą mineralną oraz cukierkami miętowymi („bo a nuż wygłodniejemy!”).
   Ledwo zanurzyliśmy się w lesie mgły otoczyły nas delikatnym woalem a gdzieś z daleka dały się słyszeć grzmoty. Jakoś się jednak ich nie przelękłam. Takoż i psy, zazwyczaj przerażone odgłosami burzy wcale nie straciły rezonu. Wariacko tarzały się w mokrych liściach, krążyły wokół nas w szalonych młynkach i podskokach, z apetytem chłeptały żółtą wodę z kałuż i beztrosko taplały się w gliniastych rowach. Najbardziej ze wszystkich psiaków radosna Misia popiskiwała i poszczekiwała wesoło, jak gdyby jej serce przepełniała taka ilość szczęścia, że koniecznie musiała o nim opowiedzieć całemu światu, podzielić się z nim ogromem pozytywnych uczuć i emocji. A świat widocznie coś jej odpowiadał, bo suczka nasłuchiwała przez chwilę a potem znowu monologowała entuzjastycznie po swojemu…
   Niedługo potem mżawka zamieniła się w deszcz a potem w istną ulewę. Szum kropel spadających na las stał się tak głośny, że nie słyszałam głosu Cezarego idącego parę metrów za mną ani własnych myśli w głowie. I nie wiem co się wtedy zmieniło we mnie i wokół, ale nagle minął mi ból skroni, skrzypienie stawów, bezradność serca i zagubienie.
   Ni stąd ni zowąd zachciało mi się śmiać. Poczułam się tak, jakby ktoś popsikał otoczenie gazem rozweselającym. Jakbym stała się nieważka niczym puszek dmuchawca. Szłam lekko po wzgórzach i paryjach, mijałam srebrzyste, pociemniałe od deszczu buki, przeskakiwałam przez mokre pnie i kamienie i chichotałam jak wariatka. Po twarzy ciekły mi łzy zmieszane z kroplami deszczu. A ulewa szumiała i szumiała coraz mocniej. Czułam ją w sobie i wokół siebie jakbym była jej częścią. Ogarnęło mnie cudowne uczucie dostrojenia i spokoju z domieszką niezakłóconego niczym szczęścia. To uczucie trwało też po powrocie do domu. Udzieliło się Cezaremu. I zdanemu na moce niebios ogrodowi. I domowi, czekającemu na rozpalenie w piecu.
   I lśniło brylantowo jako jedna z tych dobrych, magicznych wręcz chwil, które oby przychodziły jak najczęściej i oby trwały jak najdłużej…





P.S.
Tego dnia po spacerze znalazłam tylko dwa kleszcze łażące na brudnych jak nieboskie stworzenia ale bardzo szczęśliwych psach!:-)
  


34 komentarze:

  1. Właśnie tak Olu, trzeba słuchać głosu... taki deszcz orzeźwia ciało i oczyszcza duszę - sama widzisz. I nieraz zatęsknisz za nim w upalne dni :)
    Nigdy nie uciekam przed deszczem, a nawet często wybieram się na spacer - z kozami i psami, o ile kozy chcą iść w ulewę ;)
    Niesamowite zdjęcie tej granatowej chmury, jak również inne.
    Pozdrawiam z nieco mniej, ale również deszczowego lasu !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, trzeba słuchać tego wewnętrznego głosu, ale najpierw trzeba go w ogóle usłyszeć. A często jest tak, że człowiek gubi się w szumie myśli i zdarzeń i nie potrafi usłyszeć tego, co najważniejsze - głosu serca i intuicji.
      Cudnie sie chodzi w deszcz - energetycznie, radośnie i magicznie. Byleby pioruny w poblizu nie waliły i byle było ciepło, wtedy żadne przemoknięcie niestraszne!:-)
      Byleby powodzi nie było. Nam na górce powódź nie grozi, ale a po ostatnich ulewach i burzach we wsiach ponizej mnóstwo domów i dróg było zalanych. Codziennie pada i grzmi. Momentami robi sie niebezpiecznie.
      Andziu! Pozdrawiam Cię serdecznie z deszczowego Podkarpacia!:-)

      Usuń
  2. To zdjęcie z pochmurnym niebem mi się podoba.

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest to, gratuluję Ci mocnego tekstu. :D
    Od tygodnia piszę o dobrym nastawieniu i o deszczu też trochę. Opinie są różne. Wyłazi wtedy to jak ludzie bywają zadręczeni życiem ale tak naprawdę przez samych siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję, Anno. Chciałam by ten tekst wyrażał jakieś emocje a nie był tylko zwykłym, szkolnym opisem tego ,co jest wokół.

      Masz rację. I ja mam wrażenie, że czasem narzeka sie na deszcz, bo to wygodne, bo inni też narzekają a taki rodzaj narzekania jest ogólnie akceptowany, bo w ten sposób zrzuca sie z siebie nadmiar dreczących nas, ludzi, frustracji, bezradności, bólu, nerwów, złości. Deszcz temu wszystkiemu najmniej winien...

      Usuń
  4. O pozytywnym nastawieniu tomy napisano, wpisałam także parę słów na blogu Ani.
    Jednak z tym deszczem, co to nie chce przestać padać bywa tak, że zależnie od okoliczności może jednak wpędzić w depresję...
    No bo jak tu myśleć pozytywnie, jeśli wyjeżdżamy na 5 dni, z których 3 leje jak cebra i wychodzisz z pokoju tylko na obiad w restauracji?
    Albo koleżanka zaprasza córkę z wnuczką na weekend, by mała dotleniła się na działce, a tu pada od piątku do poniedziałku...
    Kiedyś inaczej patrzyłam na deszcz czy deszczowe lato, ale nie dziwie się narzekaniom tych, co mają kilka dni urlopu, jadą nad morze i siedzą w pokojach, bo przemoczyli już wszystkie ubrania...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wakacje w deszczu już przerabiałam. Jeżdżę najczęściej na Mazury i kończy się tak, że oglądam okoliczne miejscowości spod kaptura. Lubię tak sobie spacerować wybrukowanymi uliczkami. Albo zakładam płaszcz p/d i idę na ryby. Albo siedzę w stajni i rozmawiań z końmi. ;D
      Po pierwsze - nigdy wtedy nie siedzę w pokoju hotelowym. Po drugie - mam ubrania, które nie ulegają przemoczeniu.
      Ale żyję bez dzieci, więc jest mi prościej.

      Usuń
    2. A w czasie deszczu dzieci się nudzą...

      Usuń
    3. Jotko, jadąc gdziekolwiek zabiera sie ze sobą jakieś oczekiwania, jakieś wyobrażenia, co do tego jak będzie, ale rzeczywistosć jest nieprzewidywalna a pogoda tym bardziej. Dlatego najlepiej chyba przyjmować rzeczy takimi, jakimi sa i być przygotowanym na każdą okolicznosć. Ja też pamietam wakacje spedzane z moją córką. Te deszczowe wcale nie były gorsze od słonecznych.Długie wędrówki w deszczu nad morzem były wspaniałe. Miałyśmy nieprzemakalne płaszcze i kalosze a po plaży wędrowałyśmy boso, po drodze wymyslając setki fantastycznych historii. Było fajnie!Przynajmniej ja to tak wspominam z perspektywy czasu.
      I jeszcze o narzekaniu na pogodę. Wiesz, ja myślę, że parę miesiecy temu, gdy byliśmy zamknieci w domach z powodu pandemii wiele dalibyśmy za takie wczasy choćby i w deszczu, za to swobodne wędrowanie w ulewie...

      Usuń
    4. Anno - i ja uważam, że w każdą pogodę mozna robić cos ciekawego, spedzać czas bez narzekania i nudzenia. Wiele zalezy od tego jaki człowiek jest, czy potrafi cieszyc sie byle czym i doceniać to, co jest, czy wręcz przeciwnie.

      Usuń
  5. U Ciebie nadmiar deszczu a my wlasnie wrocilismy kilka dni temu z okolic naszego nowego domu i tam z kolei jest tak sucho i goraco, ze w miejscach gdzie powinna byc trawa jest wszystko wypalone do golej ziemi:(((
    A deszczu ani widac...
    Liczylam na to, ze uciekne od goracego NYC... a tymczasem temperatury tam byly o cale 5 stopni wyzsze niz w tych dniach w NYC... ot natura mi gra na nosie:)))
    Coz bede tez musiala sluchac wewnetrznego glosu rozsadku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma równowagi ani sprawiedliwosci na świecie. A moze jest, tylko my tego nie dostrzegamy. No bo skoro gdzies jest sucho, to gdzies w tym czasie mokro. A potem na odwrót.
      Przyzwyczaisz sie do takiej aury w nowym miejscu, Star. A poza tym w końcu i tam spadnie deszcz. To przeciez nie pustynia!:-)
      Pozdrawiam Cie z uśmiechem!:-)

      Usuń
  6. Nawet w deszczu jest u Was pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nawet w deszczu!Byleby podtopień nie było i powodzi!:-)

      Usuń
  7. Dziękuję za ten post!Jest piękny i prawdziwy a końcówka wzruszyła mnie aż mi się oczy zaszkliły...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dziękuję Ci za Twoje słowa. Zawsze najwazniejsze jest dla mnie by tekst trafiał do serc czytelników.

      Usuń
  8. Jak dobrze tak z samego rana przeczytać taki budujący post. A już od samego wstania nie bardzo optymistycznie byłam nastawiona. Jednak pomału rozkręcałam się, trochę słońce za oknem wspomagało, a już po zajrzeniu do Was rozjaśniło mi się w głowie. Powiedziałam sobie bierz co dostajesz, ciesz się tym co widzisz i zajmij się konkretną pracą.
    Tak po prawdzie nie jest lekko coś Wam robić kiedy cały czas leje i po drodze niweczy włożony trud wiosenny. Chyba jednak musimy przyjąć jako pewnik, że obecnie zjawiska atmosferyczne nie będą wyważone, jest zachwiana równowaga i to trudno pojąć, ale przyczyniamy się do tego każdego dnia. Jednak większość z nas powinna cieszyć się każdym plusem swego życia. I właśnie tak widzę, to u Ciebie Olu. Mimo wielu przeciwieństw, które nie jeden raz zwalają z nóg, szukasz radości i mobilizujesz innych, a zwłaszcza mnie. Tak trzymaj. Życzę pozytywnych myśli. Zdrowia Wam życzę, a psiakom radości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziekuję, Oleńko za tak piękny i wyrażający sedno tego, o chciałam przekazać komentarz!
      Tak, bierzmy rzeczy takimi, jakimi sa, doceniajmy to, co jest, bo życie jest krótkie i nie wiadomo, co będzie jutro. Sam fakt, że swobodnie mozemy wyjsc z domu i iśc przed siebie już jest dobry. Że możemy widzieć, czuć, słyszeć, wąchać, doznawać, czerpać z otaczajacego świata to, co wzmacnia nasze ciała i dusze.
      Czasem, gdy zapominam o tym, że naprawdę każda chwila jest ważna, że to, jak ją postrzegam zależy od mojego nastroju - spogladam na moje psy. I staram sie uczyc od nich tej prostej radosci, naśladować je.Mam wrażenie, że my ludzie, niekiedy za bardzo komplikujemy proste sprawy.
      Pozdrawiam Cie serdecznie, Oleńko!:-)*

      Usuń
  9. Las leczy :) I wszystko zależy od podejścia, jak to się po raz kolejny okazuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leczą nas lasy, łąki, polne drózki, jeziora i morza, zieleń, błękit, deszcz i słonce. Natura ogólnie. To, czego jesteśmy i powinniśmy być częścią!:-)

      Usuń
  10. Zgadzam się z Lidzią - las nie tylko leczy, ale i odpręża, dodaje sił. Świetny tekst i zupełnie nie wiem, co Ci się w nim nie podoba. A z drugiej strony mam podobnie - mało kiedy jestem w pełni usatysfakcjonowana z tego, co napisałam na blogu.
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, i ja Karolinko jestem bardzo krytyczna co do własnych tekstów. Im dłużej prowadze bloga, tym częsciej mi sie to zdarza. Ten pierwotny tekst nie wyrażał tych emocji, o które mi chodziło. Był taki sztampowy, szkolny, podobny do wielu innych. A mnie zależało, by niósł ze sobą coś więcej, bym czytajac po po latach przypomniała sobie natychmiast co w tym czasie czułam, co przeżywałam.I myslę, ze w koncu mi sie to udało.
      Pozdrawiam Cie serdecznie!:-)

      Usuń
  11. Pamiętam to uczucie uniesienia, gdy się już przemoknie do nitki, gdy już nie można bardziej zmoknąć, gdy co się wlewa na człowieka też szybko się wylewa. Gdy ruch sprawia radość, gdy mija gdzieś złość i strach, gdy by się szło i szło radując się, że gdzieś u kresu jest suchy, ciepły, bezpieczny i dostatni dom.
    Pozdrawiam mokro i upalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Krystynko. Właśnie! To jest uczucie cudownego uniesienia, takiej czystej radości i lekkości. Jakby było sie beztroskim dzieckiem. Jakby nie było niczego ani przedtem ani potem. Tu i teraz jest wszystkim. Pełnią życia, mistycznym wręcz zespoleniem z naturą.
      I ja pozdrawiam Cię z mokrego Pogórza! Dobrze, żeśmy na górce, bo po ostatnich ulewach ludzie mieszkajacy troche niżej mają wode w piwnicach albo i w domach!A w Jaworniku tak wylało, że woda wóz strażacki przwróciła!

      Usuń
  12. Olu, podświadomość szepnęła czego potrzebujesz i posłuchałaś. Ja do lasu iść nie mogę, moge podejśc pod las gęsty jak busz i podgladać ptaki, albo obserwować świetliki, cała nasza łąka zaczyna się mienić i wtedy wraca lekkość. Czasami zaczynam pracować, kopać i przesadzać, a potem kiedy już jestem ubłocona jak Twoje pieski przychodzi szczęście. Bez powodu, najlepsze, dobre, natura pomaga zawsze. U mnie też pada codziennie, ale jest bardzo ciepło, karłowate pomarańcze mają już spore owocowe kule, pierwszy raz. cieszę się, że znalazłaś w lesie siebie, uściski Olu i słońca:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudne jest takie szczęście bez powodu. Nagle spadają z człowieka wszelkie ciężary i po prostu cieszy się, że żyje. Tak, natura jest naszym sprzymierzeńcem i stale coś do nas szepcze, tylko my nie zawsze umiemy jej głos usłyszeć i rozpoznać, jako głos swego serca. My ludzie obrastamy w tyle masek, warstw ochronnych i zbroi, że nie dziwię sie, że poprzez to wszystko głos natury nie potrafi sie nieraz przedrzeć. Ale gdy mu sie to w koncu uda, to och! Och, takie chwile sie wspomina, jako najwazniejsze i najpiękniejsze, z tych wartych pamiętania. I tęskni sie za nimi, gdy już miną...
      Nadal pada u nas codziennie i jest chyba tak ciepło, jak u Ciebie, tylko pomarańcze tu jakoś nie rosną!:-)
      Serdeczne myśli i uściski zasyłam Ci, Marylko!:-)

      Usuń
  13. Nigdy nie wiemy, co nam może przynieść ukojenie...
    A jednak, nie chcę już deszczu, nie chcę kolejnych plag, pragnę spokoju, ale chcieć to ja sobie mogę:-)
    Pozdrawiam Oleńko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wolałabym aby już nie padało, bo mam grzęzawisko w ogrodzie a w centrum wsi ostatnie ulewy wyrządziły ogromne szkody. Jednak zapowiadają następne nawałnice. Pogoda zwariowała zupełnie a przez zmiany klimatyczne taka wariacja stanie się normą i trzeba sie będzie chyba do tego przyzwyczaić.
      Pozdrawiam Cie ciepło, Basiu!

      Usuń
  14. Realia się zmieniły, Olu, widziałam na własne oczy kataklizm, który dotknął ludzi mieszkających w Twojej okolicy, Dubiecko, Przedmieście, Śliwnicę, Birczę, okropna klęska; znowu przychodzą kolejne ostrzeżenia, nie widać końca deszczów; a dziś upał, wilgotność przekraczająca wszelkie normy, plaga komarów, nic, tylko zamknąć się w domu:-) zresztą psy są mądre, nosa nie wychylają na zewnątrz; pozdrawiam serdecznie zza wezbranego Sanu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, realia zmieniły sie ogromnie od czasu napisania przeze mnie tego tekstu. Wówczas deszcz był niewinny i przyjazny a parę dni potem pokazał swoje bardzo groźne oblicze. Wczoraj widziałam ogrom zniszczeń w centrum naszej wsi i obok niej. Przerażajacy widok. Zapowiadają następne deszcze i burze. Końca tego nie widać. A miedzy nimi gorąc, duchota i komary.
      I ja pozdrawiam Cię serdecznie, Marysiu.

      Usuń
  15. Ogladajac polska TV z przerazeniem patrze na prognozy pogody. Tyle pracy i wysilku wlozyliscie aby Wasz ogrod byl pelen plonow. Mam nadzieje, ze u Was wszystko ok?!
    Serdecznosci Wam przesylam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiscie, w tym roku pogoda nie rozpieszcza Podkarpacia i wielu innych regionów Polski. Najpierw susza a teraz co chwilę gwałtowne ulewy i podtopienia. Jednak u nas w Jaworowie (poza chwilowym zalaniem podwórka, gniciem owoców na drzewach i warzyw na grządkach) właściwie nic złego się nie stało. Mieszkamy na szczycie góry, a wiec powodzie nam tu raczej nie grożą. Niestety, dwa, trzy kilometry od nas, w dole wsi sytuacja wygląda zupełnie inaczej.Tam dzieją sie tragedie i kataklizmy. Kompletnie zalane domy, zniszczone pola i ogródki, wyrwane i połamane mosty, drogi zamienione w potoki błota, kamieni i wzburzonej wody. A wszystko to zrobiła w ciagu pół godziny zupełnie niewinna dotąd miejscowa rzeczka, która nagle pod wpływem nawałnicy zamieniła sie w Niagarę.Najstarsi mieszkańcy nie przypominają sobie takich rzeczy. Na naszych oczach zmienia sie klimat.A ludzie jak mróweczki bezradni są w obliczu potęgi groźnej natury...
      I my pozdrawiamy Cie serdecznie Ataner, dziekujęc za pamiec i troskę!*

      Usuń
  16. Czerwiec i lipiec w tym roku jest kapryśny... Jeśli chodzi o deszcz to ja lubię deszcz na górskim szlaku,jest wtedy spokój i cisza i przyjemna samotność... Deszcz to dar, ale słońce też ;) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje wyrażone w komentarzach!

Etykiety

Aborygeni afirmacja życia apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady bliskość blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec człowieczeństwo deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie fotoreportaż głodówka gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień jesień życia kalina kangury kastracja koala kobieta koguty kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo marzenie maska mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niezapominajki Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pierniki pies pieśni pieśń piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady pożar praca prawda prezent przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia radość recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słońce słowa smutek South Australia spacer spiżarnia spotkanie strych susza. upał szadź szczęście śmierć świat święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś Wilsons Promontory wiosna wirus woda wojna wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi żywokost