Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2025

Rozgrzewajki bardzo zdrowotne…

 



 

…Jak sobie radzić, gdy dopada nas jakoweś drapanie w gardle, kichanie i smarkanie a do tego łamie w kościach, boli tu i tam, no i zimnica ogarnia nieprzyjemną falą? A co ważniejsze, co począć, by tych nieprzyjemności uniknąć, czyli jednym słowem, jak wzmocnić odporność?

   Każdy z nas ma rzecz jasna swoje wypróbowane i ulubione sposoby na radzenie sobie z powyższymi problemami. Raz one działają a raz nie, lecz mimo to nie wolno się poddawać i przestać ufać w naturalne metody zachowania czy też poprawy zdrowia. Jest przecież mnóstwo ziół i innych dostępnych łatwo specyfików, po które można sięgać i które nie wywołują zazwyczaj żadnych skutków ubocznych, w przeciwieństwie do medykamentów przepisywanych przez lekarzy. Tym bardziej, że na banalne przeziębienie nie ma właściwie żadnego lekarstwa a więc wizyta u lekarza wydaje się zbędna, skoro można próbować poradzić sobie samodzielnie. No chyba, że owo przeziębienie trwa zbyt długo albo przekształca się w kolejną, poważniejszą dolegliwość. W silny i uporczywy kaszel, w rzężenie w płucach, w dziwną, przedłużającą się słabość…Wówczas należy zasięgnąć konsultacji lekarskiej. Bo pewnie po dokładnym osłuchaniu doktor zaordynuje antybiotyk a może też skieruje nas na jakieś badania laboratoryjne. Choć niestety lekarze nie są tacy chętni by człowieka na owe badania kierować. A szkoda, bo gdyby robiono chorym ludziom antybiogramy, wówczas okazałoby się, na jaki specyfik zareagują dręczące nas bakterie i dzięki czemu można je zwalczyć. Tu przypomina mi się natychmiast jak w czasach młodości zapadłam na grypę. Nie mogłam się z niej wygrzebać bardzo długo. Po miesiącu przekształciła się ona w zapalenie górnych dróg oddechowych a do tego doszła silna anemia. Antybiotyk łykany za antybiotykiem nie dawał żadnych rezultatów. Aż w końcu po kilku miesiącach męczarni wylądowałam w szpitalu z potężnym zapaleniem płuc a tam leczono mnie kroplówkami z penicyliną, bo okazało się, że to jedyny lek, na który reagowałam. Jedyny, który mógł mi realnie pomóc i pomógł bardzo szybko. Zupełnie niepotrzebnie męczyłam się więc przez te kilka wcześniejszych miesięcy, psując sobie żołądek łykanymi lekami, niszcząc moją florę bakteryjną i doprowadzając ciało do wyniszczenia….



   No dobrze, wracajmy jednak do listy domowych specyfików, które można a nawet powinno się stosować, gdy wirusy i bakterie chcą nas wziąć we władanie.

1.       Rozgrzewajka, którą stosujemy nieomal co dzień to pyszna zupka do picia z kubka. Przepis na nią wymyśliłam kilka miesięcy temu, gdy zachciało mi się wodzionki (śląskiej bieda zupki opartej na chlebie) a z powodu diety ketogenicznej chleba jeść nam nie wolno. I oto co wymyśliłam na szybko i stało się to w naszym domu przebojem numer jeden.

Do kubka wciska się kilka ząbków czosnku, dodaje łyżeczkę smalcu ze skwarkami, wsypuje się trochę suszonego lubczyku i pietruszki, dodaje się odrobinę ostrej papryki i kurkumy oraz mniej więcej pół łyżeczki soli kłodawskiej. To wszystko zalewa się wrzątkiem, miesza się i czeka chwilkę aż się smalec rozpuści. Potem próbuje się czy smak jest dobry, czy nie potrzeba czegoś jeszcze dodać.  U mnie tym niezbędnym dodatkiem jest domowej roboty maggi w płynie. Zrobiłam kilka buteleczek tej przyprawy latem i teraz przydaje się jak znalazł. Dodaję ją do wszelkich zup, sosów oraz sałatek. Nie potrzebuję już kupować tej przyprawy w sklepie. Moja domowa maggi zastępuje też sos sojowy, do niedawna dość często przeze mnie używany. Jeśli ktoś z Was chciałby poznać przepis na domową maggi, to dopiszę go potem w komentarzu albo na końcu tego posta.

Owa jaworowa zupka – rozgrzewajka naprawdę dobrze człowieka rozgrzewa, co zimą jest bardzo ważne. Do tego po jej wypiciu ma się uczucie lekkiego palenia w gardle. Tak działa duża ilość czosnku oraz szczypta ostrej papryki. Do tego napój jest po prostu pyszny i jak się człowiekowi chce czegoś gorącego, czegoś podobnego do rosołu ( który gotuje się wszak długo i nie zawsze ma się go na podorędziu), to na szybko można sobie przyrządzić właśnie taką zupkę. Polecam, bo jak dotąd (odpukać w niemalowane!), żadna infekcja tej zimy nas jeszcze nie złapała i mam nadzieję, że nie złapie.

2.       Napój ziołowy z ziół zbieranych latem na okolicznych łąkach. W jego skład wchodzi pokrzywa i wrotycz – po garści. Do tego dodaję kilka pokruszonych liści laurowych oraz dla kwaskowatego smaku i na obniżenie poziomu cukru we krwi łyżeczkę suszonych owoców berberysu, nazbieranych pod koniec jesieni w ogrodzie. Wszystko to zalewam w dzbanku wrzątkiem i stawiam pod przykryciem stawiam ów dzbanek z boku płyty grzewczej na piecu. Tam przez kilkanaście minut naciąga mocno i nabiera herbacianego koloru. Popijamy to z Cezarym przez cały dzień.

3.       I kolejny napój, tym razem do picia na zimno. To woda goździkowa. Gdzieś przeczytałam przepis na nią i od tej pory staram się codziennie ją przyrządzać, bo nie dość, iż odpowiada mi jej smak, to jeszcze mam wrażenie, że także przyczynia się ona do zachowania zdrowia. Jak się ją robi? Do garnka wlewam około litra zimnej wody i wsypuję około 10 suszonych goździków. Stawiam to na piecu i doprowadzam do wrzenia. Pozwalam aby napój gotował się przez kilka minut. A potem znowu pod przykryciem odstawiam go na bok płyty, bo porządnie naciągnął.  Napojem tym rozpoczynam każdy dzień a także każdy dzień nim kończę. Jest pachnący, leciutko piekący i ma się uczucie, że wyjaławia całe wnętrze jamy ustnej. Goździki mają działanie bakterio i wirusobójcze. Do tego działają też lekko przeciwbólowo i uspokajająco.

4.       I zeszłoroczne moje odkrycie - olej dziurawcowy do masażu, z działaniem przeciwbólowym, przeciwzapalnym. Smarujemy się nim z Cezarym nawzajem, ilekroć bolą nas mięśnie albo zaczyna się jakieś kłucie w plecach, a zwłaszcza w korzonkach. Pomaga. Tylko trzeba wmasować go kilkukrotnie, codzienne i długo, aż do mocnego rozgrzania masowanego ciała.

Podobno można ów olej dostać w sklepach zielarskich. Ja zrobiłam go sama, bo latem na łąkach rośnie tu mnóstwo dziurawca. Grzechem byłoby zatem z niego nie skorzystać. Olej ów ma cudownie karminowy kolor, bowiem dziurawiec zawiera w sobie hyperycynę, czerwony barwnik. I na to właśnie trzeba zwrócić uwagę, kupując ów olej w zielarni. Ma być czerwony a nie żółty. Jeśli jest żółty, to po prostu oszukaństwo…Jak zrobić samodzielnie ów olej? Podam ów przepis w komentarzu, jeśli ktoś będzie ciekaw.

5.       Inhalacje z olejków eterycznych. Na pewno większość z Was je stosuje, bo naprawdę wdychanie pary wodnej z dodatkiem owych olejków momentalnie odtyka noc i pozwala złagodzić dokuczliwy katar oraz drapanie w gardle. Można kupić gotową mieszankę owych olejków, ale można ją sobie skomponować samemu. U mnie jest to mieszanka olejku eukaliptusowego, miętowego, goździkowego, drzewka herbacianego oraz oregano. Do garnka z gorącą, parującą wodą wkrapia się po kilka kropel każdego z tych olejków. Nachyla się nad owym garnkiem i okrywa się ręcznikiem głowę, tak aby para nie wydostawała się gdzieś z boku, ale leciała tylko na twarz. Przez kilka minut mocno wdycha się ową aromatyczną parę. Najlepiej takie wdychania stosować kilka razy dziennie. Wówczas pojawia się szybko odczuwalna ulga. Uważać tylko trzeba by się nie poparzyć.

6.       Płukanie nosa. A gdy katar nie ustępuje i ma się przykre wrażenie zatkanych zupełnie zatok, wówczas można przepłukać nos za pomocą irygatora. W każdej aptece można dostać miękkie, plastikowe butelki ze specjalną końcówką pasującą do otworu w nosie. Taką butelkę napełnia się ciepłą wodą. Dodaje się do niej pół łyżeczki soli kłodawskiej albo gotową saszetkę soli kupioną w aptece. Po dokładnym rozpuszczeniu owej soli bierze się jakąś miedniczkę i nachylając się nad nią przytyka się końcówkę owego irygatora po kolei do obu dziurek w nosie. Naciska się butelkę i wtłacza się słony płyn do nosa. Ów płyn wypływa drugą dziurką i skapuje do miedniczki.

I tu uwaga – po irygacji nosa oraz po inhalacji nie powinno się przez godzinę wychodzić na dwór ani zasypiać. Chodzi o to, że rozgrzany tymi czynnościami człowiek mógłby się zaziębić albo zakrztusić wyciekającym z nosa płynem.

 


…I to tyle ode mnie. Poniżej zamieszczać chcę listę domowych specyfików polecanych przez Was. Dosyłajcie je proszę w komentarzach a ja będę Wasze przepisy sukcesywnie do owej listy dokładać. A ponieważ w poprzednim poście już pojawiły się dwa takie przepisy, zatem od nich rozpoczyna się lista Waszych domowych receptur.

1.       Ola Iwko robi miodowy napój zdrowotny na bazie miodu ze sprawdzonej pasieki. Popija go sobie rano. Przyrządza się ów napój bardzo prosto. Wystarczy wieczorem zalać przegotowaną, chłodną wodą łyżkę owego miodu.

2.       Stardust przyrządza zdrowotny eliksir Fire Cider, który wzmacnia odporność. Oto jej przepis na ów cudowny specyfik. Poniżej cytuję Star w całości, ponieważ nawet sposób w jaki pisze wprawia człowieka w dobry humor. A dobry nastrój, to przecież podstawa zdrowia!:-)

Oczywiście przepis jest z czasów kiedy Amerykanie głównie leczyli się domowymi sposobami i to było naprawdę super no ale jak wiemy, wszystko co super to się kończy. Magiczna mikstura nazywa się Fire Cider.
Składniki: korzeń chrzanu, czosnek, cebula, korzeń imbiru - to są podstawowe składniki.
Jak ktoś ma i lubi może dodać niewielka ostrą paprykę, korzeń kurkumy, ewentualnie jakieś zioła (rozmaryn, tymianek, szałwia...
Te podstawowe składniki siekamy i w równych ilościach wrzucamy do słoika, dodajemy te drugorzędne, które mogą być w ilościach, ze tak powiem niekontrolowanych:))) Zalewamy to wszystko octem jabłkowym, ale takim wytworzonym albo w domu albo przez zaufaną firmę, ten ocet ma być mętny.
Dodajemy miód oczywiście z prywatnej zaufanej pasieki. Zakręcamy to wszystko i odstawiamy na 3-4 tygodnie żeby się przeżarło* (??? mądrzejsze polskie słowo nie przychodzi mi do głowy, a zerkałam już do słownika 4 razy wiec mi się nie chce). Po tym czasie, odcedzamy to wszystko i mamy zdrowe lekarstwo na przeziębienia.
Przechowywany w ciemnej butelce/słoiku oraz w ciemnym pomieszczeniu płyn może przetrwać dwa lata.
Ja już w pierwszym roku kiedy to robiłam zakupiłam słoiki i butelki z ciemnego szkła, dodatkowo mam spiżarnię, która owszem ma światło ale się go zaświeca sporadycznie czyli jest doskonałym miejscem do przechowywania takich mikstur. Polecam tak słoiki, butelki jak i miksturę.
Jak tylko przychodzi grudzień to ja sobie serwuję dużą łyżkę takiego płynu przed pójściem do lóżka i żadna cholera mnie nie bierze:))) z drugiej strony na co cholerze dodatkowa cholera:))))

 * Droga Star! Świetny przepis! I tu jeszcze malutka podpowiedź ode mnie. Bardzo podoba mi się określenie „przeżarło”, ale w języku polskim istnieje inne słówko dla określenia tego procesu, gdy się wszystko porządnie ze sobą zmiesza i nabiera mocy. Mówi się wtedy, że coś się ze sobą „przegryzło”. Słowniki najwidoczniej nie znają tego wyrażenia!:-)))

3. Agniecha podała taki oto przepis na imbirową herbatkę na przeziębienie:

"Imbir obrany ze skóry (przy uprawie imbiru używa się wielu niezdrowych pestycydów, one zostają w skórce), zalewam wrzątkiem i czekam aż se porządnie naciągnie a woda ostygnie do ciepłej. Albo zalewam ten imbir niezbyt dużą ilością gorącej wody a jak naciagnie to dolewam zimnej. Następnie dodaję miód ze znajomej pasieki (ostatnio od Tupajowego chłopa), sok z cytryny najchętniej eko lub własnej produkcji ocet jabłkowy. I gotowe"

4. Teresa także podała przepis na napój imbirowy, ale trochę inny, niż ten powyższy.

   "Moim codziennym porannym napojem - herbatką jest imbir. Teraz akurat jest w sprzedaży bardzo świeży korzeń imbirowy, dodatkowo kupuje organic z nadzieja że bez chemikali. Oczywiście obieram, kroję w cienkie plasterki, zalewam wrzątkiem, kubek trzymam pod przykryciem 5 minut i pije. Uwielbiam jak lekko drapie w gardle, no i tak odświeża. W ciągu dnia jeszcze kilka razy te same plasterki zalewam wrzątkiem"

 5. Maria poleca syrop z cebuli zrobiony z cebuli, miodu i soku z cytryny.  Można tez go robić z dodatkiem octu jabłkowego.

 

piątek, 20 września 2019

Skarby zielonego Pogórza…






    
    Oj, zimnica prawdziwie jesienna już na dworze, choć kalendarzowe lato jeszcze przez parę dni ma prawo królować w całej pełni. Zaczęły się już jednak przebarwiać liście jeżyn, brzóz, dzikiego wina a także kaliny. Kolejna pora roku zbliża się wielkimi krokami. Poranne mgły opadły i kropelki rosy widoczne są na trawie, liściach i kwiatkach. Wygląda to bardzo ładnie w promieniach słońca przebijających się co jakiś czas zza chmur. Jednak to późno wrześniowe słonko tylko łudzi swym blaskiem a odczuwalnego ciepła, niestety, już nie daje. Trzeba się zatem ubierać na cebulkę a także palić w piecach by ów ziąb nie przenikał przez ściany i nie przyprawiał człowieka o dygot albo przeziębienie. Od kilku dni rozpalam co rano w moim kuchennym piecu. I do wieczora dorzucam doń po parę drewienek żeby stale się w nim żarzyło i przyjemnym ciepłem nas obdarzało. Przy okazji robię też różne przetwory na zimę, co przy takiej pogodzie jest przyjemnością a nie katorgą, jak w czas upału. Prawie wszystko co się dało zamknąć na zimę w słoikach i butelkach, już zamknęłam. Mam wobec tego obecnie więcej czasu i ochoty, by nareszcie odkurzyć oraz tchnąć kolor i życie w blogowe łamy.



   Półki mojej spiżarki jak zwykle uginają się pod mnogością przetworów. Nie mieszczą się już tam i zawłaszczają niemal wszystkie wolne regały w domu. Miałam wszak sporo zapasów z zeszłego roku i sprzed dwóch lat a tu jeszcze doszły nowe. Wprawdzie tego lata nie obrodziły ani jabłka, gruszki i śliwki ani też maliny, za to mnóstwo było buraków oraz pomidorów a przede wszystkim czarnego bzu i kaliny. Nie potrafię pozwolić zmarnować się tym darom natury, tym cudownym lekom z bożej apteki, więc co roku dokupuję nowe słoiczki i buteleczki a potem pozwalam działać kuchennej magii i wyczarowuję soki, dżemy albo konfitury, które nie dość, iż bardzo nam smakują, to jeszcze posiadają wiele prozdrowotnych właściwości. 


   Odlewając kolejne porcje soku z sokownika parowego albo mieszając wielką łyżką ciemnobordowe konfitury wierzę, że poza nami przydadzą się one jeszcze komuś i będą miłym prezentem dla najbliższych znajomych oraz rodziny a może także uda się sprzedać trochę poznanym przez bloga, zaprzyjaźnionym czytelnikom. Tak dzieje się co roku i cieszę się, mogąc podzielić się z innymi tym, co najlepsze, tym, co jest prawdziwym skarbem pogórzańskiej, wolnej od miejskich zanieczyszczeń, porośniętej bujnie dziką zielenią ziemi. I właśnie o tych skarbach traktować ma mój dzisiejszy tekst, bo choć kilka razy pisałam już tutaj o czarnym bzie, kalinie koralowej oraz żywokoście lekarskim, to myślę, że nigdy dość wiedzy o tych pożytecznych roślinach i o ich leczniczych własnościach. Moje wiadomości na temat tychże roślin opieram na własnym doświadczeniu, wieloletnim, praktycznym stosowaniu oraz na obserwacjach ich działania. Natomiast wiedzę teoretyczną czerpię z Internetu a także z książek o ziołolecznictwie ( np.„Leki z bożej apteki” M. Treben  oraz z gromadzonych kiedyś dla mnie latami przez moją śp. Mamę dodatków do gazety codziennej tworzących opasłe leksykony pt. „Uzdrawiająca moc natury” czy „Zioła dla zdrowia i urody”. Dziękuję Ci za nie kochana Mamusiu!***


   Czarny bez jest pospolicie występującym na terenie całej Polski krzewem kwitnącym na biało-kremowo w czerwcu a owocującym na czarno-bordowo od sierpnia czasem aż do późnej jesieni. Są tacy, którzy uznają dziki bez za wysoce dokuczliwy, plenny i wyjątkowo trudny do usunięcia chwast. Zwalczają go wobec tego jak tylko mogą i dziwią się a nawet pukają w czoło, gdy tacy jak my próbują opowiadać im o zaletach tej rośliny oraz o możliwościach jej wykorzystania. Niestety, większości z tych ludzi nie da się przekonać do niczego nowego a jako ostateczny, koronny argument przeciwko czarnemu bzowi przytaczają mrożącą krew w żyłach opowieść o poważnym zatruciu, biegunce i wymiotach, które dopadły jakiegoś z ich znajomych po spożyciu czarnych owocków bzu albo po wypiciu zrobionego na ich bazie wina. Nie trafia do nich, niestety, informacja, że aby czarny bez pozbawić niepożądanych właściwości ( toksycznych związków zwanych sambunigryną oraz prunazyną) wystarczy poddać go krótkiej obróbce termicznej. A wówczas zamienia się on we wspaniały surowiec, z którego można przyrządzać soki, syropy, dżemy, wina czy nalewki. Gwoli ścisłości należy jeszcze wspomnieć o istnieniu całkowicie niejadalnej, jeśli chodzi o owoce odmiany bzu zwanej bzem hebd (tylko jego kwiaty mają podobne właściwości jak kwiaty zwyczajnego, dzikiego bzu). Różni się on głównie tym od bzu czarnego, iż jego baldachy z owocami w fazie mocno dojrzałej nadal są sztywno skierowane do góry a nie zwisają jak baldachy zwykłego bzu. W moim ogrodzie bez hebd nie rośnie, nie spotkałam go też nigdzie w swoich wędrówkach po Pogórzu Dynowskim. Znalazłam w Internecie bloga, gdzie można obejrzeć wyraźne zdjęcia bzu hebd oraz poczytać więcej informacji na jego temat. Oto link do niego: http://niepodlewam.blogspot.com/2016/09/dziki-bez-czarny-i-bez-hebd-jak.html



   Cóż takiego pożytecznego znajduje się w dzikim, czarnym bzie i w razie jakich problemów zdrowotnych można użyć bzowych przetworów?
   Czarny bez jest bogatym źródłem witaminy C oraz A, antyoksydantów, śluzów roślinnych i flawonoidów, kwasów organicznych, steroli i garbników, pektyn i glikozydów antocyjanowych.
Napar z kwiatów czarnego bzu rozgrzewa, obniża gorączkę, działa m.in. wykrztuśnie, napotnie i moczopędnie.  Poprawia też trawienie. Podobnie działa syrop z jego kwiatów. Zatem najczęściej kwiaty czarnego bzu mają zastosowanie w przeziębieniach i grypach czy w problemach z układem moczowym. Wystudzony napar czy też odwar z kwiatów można stosować jako płukankę na chore gardło albo do przemywania zaczerwienionych, przemęczonych spojówek i trudno gojących się ran.
Owoce czarnego bzu działają antybakteryjnie i antywirusowo a także przeciwbólowo, wzmacniają odporność i ograniczają w organizmie ilość wolnych rodników. Obniżają poziom cholesterolu i trójglicerydów we krwi. W formie pysznych soków, dżemów, nalewki czy wina można stosować je zarówno profilaktycznie, jak i przy ich pomocy zmniejszać oraz niwelować istniejące już stany chorobowe takie jak np. grypa, zapalenie gardła, niestrawność, zgaga, nerwica, reumatyzm i anemia. Czarny bez działa niczym naturalny antybiotyk i w znacznej mierze ogranicza konieczność przyjmowania syntetycznych leków.
   Oboje z Cezarym od lat popijamy pozyskany z czarnego bzu sok i wykonane na bazie owego soku wino, zajadamy się również bzowymi konfiturami a odkąd raczymy się tymi specjałami nie ima się nas żadne poważniejsze przeziębienie ani jakiekolwiek zapalenie. Ostatnio przyjaciele zza lasu poczęstowani u nas proziakami posmarowanymi białym serkiem oraz bzowymi konfiturami nazachwycać się nie mogli tym oryginalnym zestawieniem. Na odchodnym dostali więc ode mnie przepis na proziaki oraz kilka słoiczków tychże konfitur. Niech im idą na zdrowie!:-)
   Oto jedna z ciekawszych stron na temat czarnego bzu, jaką znalazłam w Internecie:  https://farmaceuta-radzi.pl/owoce-bzu-czarnego-sklad-dzialanie-zastosowanie/



Kalina to kolejny, powszechnie występujący na terenie naszego kraju krzew, kwitnący w podobnym czasie co czarny bez, czyli w maju i w czerwcu a owocujący późnym latem i jesienią. Jego kwiaty zebrane są w duże, kuliste lub okrągłe, lecz płaskie kwiatostany. Surowcem leczniczym jest kora kaliny, kwiaty oraz jej owoce. Podobne do czerwonych korali, pachnące walerianą cierpko-gorzkie owoce nadają się do spożycia po pierwszych przymrozkach albo po kilkudniowym przemrożeniu w domowej zamrażarce. Wówczas można z nich zrobić sok, syrop, nalewkę, przecier albo galaretkę. Da się je też ususzyć by następnie móc robić z nich lecznicze napary. W kalinowych przetworach już tylko lekko daje się wyczuć naturalną goryczkę. Są tacy, którzy uważają, że dodaje im ona niepowtarzalnego, wytrawnego charakteru. Owoce są bogate w pektyny, cukry, kwasy organiczne, garbniki, karoten, witaminy C i P oraz pochodne kumaryny i substancję gorzką. Przetwory oraz napary z owoców kaliny stosuje się przy takich problemach zdrowotnych jak: przeziębienia, stany zapalne gardła, choroby żołądka i dwunastnicy, hemoroidy, nerwice, bolesne miesiączki, mięśniaki oraz krwawienia macicy. Zawarte w korze i owocach kaliny składniki działają uspokajająco, obniżająco ciśnienie, przeciwskurczowo, przeciwzapalnie, przeciwbólowo i moczopędnie. 


   Co roku robię sporo soku z kaliny, ponieważ w moim ogrodzie rośnie duży krzew a w razie, gdy potrzebuję więcej jej owoców wybieram się po nie do sąsiadów albo na przechadzkę po dzikich bezdrożach w moich okolicach. Ów sok dobrze smakuje pity zarówno na zimno z wodą, jak i na gorąco z herbatą. Kiedyś robiłam także przeciery z kaliny, ponieważ ich wielką admiratorką była wówczas moja córka. Kalinowych przecierów z uwagi na dużą zawartość pektyn niczym nie musiałam zagęszczać a odpowiadały mej latorośli głównie dlatego, że ich konsystencja była bardzo gładka, delikatna i jednorodna a smak wyraźnie kwaskowaty. Zjadła ich wówczas tak dużo, że w końcu się jej przejadły i od tej pory nie muszę już ich robić! I bez nich przecież moja spiżarka pęka w szwach!:-)
   Oto link do strony zielarza,  dr H.Różańskiego na temat zdrowotnych właściwości kaliny koralowej:



Żywokost lekarski to bylina wieloletnia rosnąca pospolicie na wilgotnych łąkach, w rowach i na podmokłych terenach. Ma piękne, fioletowo-purpurowe kwiaty, które kwitną od maja do końca lata. Surowcem leczniczym jest korzeń i ziele żywokostu. Żywokost zawiera m.in. alantoinę, śluzy, krzemionkę, kwasy, skrobię, asparaginę, garbniki, cholinę, żywicę oraz gumy. Z jego korzeni robi się maści, maceraty oraz nalewki. Preparaty te mają właściwości gojące, przeciwzapalne, przeciwbólowe i regeneracyjne.
    O niesamowitym działaniu maści żywokostowej przekonaliśmy się właściwie dopiero w tym roku, ponieważ dopiero kilka miesięcy temu mój narzekający na bóle stawów i kręgosłupa mąż zdecydował, iż najwyższa pora by znaleźć na te dolegliwości jakiś porządny, naturalny lek. Przypomniał sobie wówczas o rosnącym w ogrodzie oraz tuż za naszym płotem żywokoście. Obuci w gumofilce, uzbrojeni w łopaty i zaopatrzeni w kosze wyruszyliśmy oboje na żywokostowe wykopki. Robota była to męcząca, bowiem żywokostowe korzenie sięgają głęboko a ziemia na łące wyjątkowo twarda się nam zdawała i ciężka. Po godzinie udało nam się ukopać pół kosza różnej grubości czarnych korzeni. Potem Cezary umył je, wysuszył na słońcu i pokroił w cienkie plasterki. Następnie wziął się za przyrządzanie maści żywokostowej na smalcu oraz nalewki na wódce. Z tej ilości korzeni wyszły mu zaledwie dwa małe słoiczki maści oraz jeden słoiczek nalewki.  Bardzo szybko okazało się, iż maść działa wprost rewelacyjnie na obolałe stawy i kręgosłup. Już po jednokrotnym zastosowaniu wyraźnie zmniejszała ból, napięcie mięśniowe i opuchliznę. Zachwycony jej cudownym działaniem mój domowy szaman stosował ją zatem codziennie. Także i mnie smarował plecy ilekroć coś mnie w nich boleśnie zakłuło. Wkrótce stało się jasne, iż te marne dwa słoiczki maści nie starczą nam nawet na miesiąc. A tym bardziej, iż Cezary szczodrze smarował nią także przybywających w odwiedziny do nas, jeszcze bardziej obolałych niż my przyjaciół. Musieliśmy więc raz jeszcze udać się na łąkę aby wykopać nieco więcej niż ostatnim razem korzeni i wyprodukować kolejne słoiczki cudownego specyfiku. Umęczeni, bowiem pracowaliśmy podczas wilgotnej, wręcz tropikalnej pogody wydobyliśmy z ziemi kolejną porcję przydatnych korzeni. I znowu Cezary zrobił kilka słoiczków maści, z których jedną cześć przeznaczył dla nas a i drugą dla naszych usilnie błagających o nią tutejszych znajomych. Z ich entuzjastycznych relacji wnosimy, że maść bardzo im pomaga, co bardzo nas oboje a zwłaszcza zielarza Cezarego cieszy.  Na kilka miesięcy (a przynajmniej do przyszłej wiosny maści powinno nam wystarczyć). Całe szczęście, bo nie mamy już ani siły ani ochoty by znowu trudzić się kopaniem. Zachęciliśmy jednak znajomych by póki trwa pogoda poszukali w pobliżu swoich domów wielkich liści żywokostu i by samodzielnie zrobili sobie trochę maści. Prawie wszyscy skorzystali z naszej rady!


   I Wy, drodzy czytelnicy, którzy cierpicie na boleści kostno-stawowo-mięśniowe a wciąż nie możecie znaleźć na to żadnego skutecznego leku spróbujcie wyruszyć na pola i łąki w Waszej okolicy by znaleźć żywokost lekarski. A jeśli nie uda się Wam go nigdzie odszukać, to przynajmniej kupcie sobie w sklepie zielarskim suszony korzeń żywokostu lekarskiego albo gotową maść żywokostową. I stosujcie, stosujcie kochani, albowiem żywokost naprawdę pomaga, naprawdę leczy. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze my i nasi znajomi i dlatego z czystym sercem możemy tę wspaniałą roślinę polecić.
Poniżej podaję adres strony, gdzie można znaleźć więcej ciekawych wiadomości na temat działania i zastosowania żywokostu lekarskiego.




    Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam nieco informacje o czarnym bzie, kalinie koralowej oraz żywokoście lekarskimi i że tak jak my zechcecie skorzystać z ich niezwykłej mocy. Gorąco do tego zachęcam!:-)

  Przypominam, iż jeśli mielibyście ochotę na soki i konfitury z czarnego bzu albo na kalinowy sok, to chętnie podzielę się nimi z Wami. Nadal mam spory ich zapas w spiżarce! Zainteresowanych tymi przetworami proszę o maila na adres: wanderers 147@gmail.com


   Oboje z Cezarym pozdrawiamy Was serdecznie z okrytego malowniczymi chmurami Pogórza Dynowskiego!:-))

sobota, 27 lipca 2019

Blisko natury…



  I oto lipiec pomału dobiega już końca. Upłynął on nam pod znakiem czekania na deszcz, spoglądania z nadzieją na stada kłębiastych obłoków oraz cieszenia się z choćby krótkich, lecz mimo to reanimujących spragniony ogród opadów. Jakby na przekór znikomej ilości wody roślinność jakoś sobie radzi. Jest w niej widocznie większa moc i wytrzymałość, niż mogłoby się zdawać nam, zatroskanym ogrodnikom. Coraz więcej dojrzewa ogórków a i pomidory powoli zaczynają pokrywać się leciutkim rumieńcem. Na ziołowym klombie w kształcie łezki pięknie żółci się już wrotycz, obok czerwienieją owoce kaliny, nieprzerwanie od czerwca pojawiają się i rozkwitają amarantem pąki dzikich róż a pyszniące się nieopodal kwiaty dyni przekształcają się w zawiązki owoców. Na łąkach też pojawiają się nowe kwitnące bujnie zioła. Cały czas jest co podziwiać, czym się zdumiewać i zachwycać.










   Już nie wiem po raz który natura zaskakuje mnie swoją siłą, uporem i mądrością. Pięknem, co odradza się co roku, mimo wszelkich pogodowych przeciwności, mimo krzywd doznawanych przez nią na skutek głupoty, krótkowzroczności czy nieudolności ludzkiej. Miejmy nadzieję, iż tak będzie nadal, że jeszcze wielu żyjącym po nas pokoleniom dane będzie cieszyć się bogactwem, urodą i życiodajną mocą zielonej przyrody.



   Lipiec pobudził w Cezarym chęci do oddania się pasji stolarskiej. Pochwaliłam się już na blogu dwoma modrzewiowymi wytworami mojego męża, ławą oraz stoliczkiem. Pokażę też trzecie jego dzieło i ostatnie chyba w tym miesiącu. To mała rzecz a cieszy, bo bardzo jest dla mnie, jako gospodyni domowej przydatna.  Wyniósłszy parę dni temu na świeże powietrze swój warsztacik stolarski Cezary dorobił do słupka podtrzymującego sznurki na bieliznę zgrabną, obrotową półeczkę, na której mogę teraz stawiać miednicę z praniem i stamtąd wygodnie brać je sobie i rozwieszać. Do półeczki zamocował haczyk, na którym zawieszam koszyczek z klamerkami.  To dla mnie naprawdę wygoda, bo nie muszę już schylać się jak dotąd, do miednicy postawionej na niskim pieńku, usadowionym obok dzikiej czereśni, z której stada mrówek  czy pająków zawsze ochoczo wędrowały na mokre ubrania.  Teraz wieszanie prania i jego zdejmowanie to sama przyjemność. A  ładna w kolorze półeczka dodatkowo cieszy oko oraz ozdabia ogród. Nie mam nic przeciwko temu, by stolarskie zapędy Cezarego przeciągnęły się także na sierpień a może i dalej. Tylko desek trzeba będzie jakowyś dokupić, bo modrzewiowe, niestety, już się skończyły.








  Drugą pasją mego męża stało się samodzielne wytwarzanie leczniczych maści oraz ziołowo-octowych mikstur odstraszających gryzące owady i kleszcze. W zeszłym roku na bazie oleju kokosowego zrobił smarowidła z dodatkiem krwawnika, glistnika i wrotyczu (dobre przeciw różnym stanom zapalnym skóry, czy zwyczajnej pokrzywce). Tego roku poszerzył swój asortyment i przy użyciu smalcu wykonał maść z dużą ilością korzeni żywokostu lekarskiego. Dla zapachu i większej mocy rozgrzewającej dodał do niej mięty oraz glistnika. Maść ma łagodzić bóle stawów i mięśni związane z przesileniem albo reumatyzmem. Dodatkowo jeszcze mój domowy szaman pokusił się o zrobienie nalewki żywokostowej, mającej ponoć jeszcze lepsze działanie. Na razie nalewka stoi na oknie i dojrzewa. Przekonamy się za parę tygodni, jakie będzie miała działanie. Natomiast maść już jest w użyciu i zdaje się, iż rzeczywiście zmniejsza bóle kręgosłupa czy kolan. 



   Zgodnie z pewną teorią w pobliżu człowieka rosną takie zioła, które najlepiej mogą przysłużyć się jego zdrowiu, pomóc na różne dolegliwości. Trzeba tylko poszerzać stale swoją wiedzę o leczniczych roślinach i ich właściwościach, zbierać je, suszyć i przetwarzać a potem należycie spożytkowywać. Oboje z Cezarym staramy się tak właśnie robić, bo skoro żyjemy w czystym środowisku, tak blisko natury, to głupotą byłoby chyba nie skorzystanie z jej darów.

   Lipcowa susza i upały spowodowały, iż w okolicznych lasach zupełnie nie ma grzybów. Nie tracimy wiary, że po większych deszczach albo już jesienią pojawi się trochę prawdziwków i kozaków. Póki co, ot tak, dla przyjemności, chodzimy z psami na spacery a z braku grzybów, miast pod nogi często spoglądamy przed siebie albo w niebo i w bujne korony drzew.  










    Od czasu wiosennych odwiedzin wilka tuż za płotem naszego ogrodu nie zapominamy o tym, że w gąszczu czaić się mogą drapieżcy. Wędrujemy uważnie i zawsze mamy przy sobie na wszelki wypadek petardy, których huk mógłby zażegnać ewentualny atak dzikich zwierząt. Las po dawnemu wydaje się spokojny i niewinny, ale dawne moje poczucie zupełnego w nim bezpieczeństwa jest już chyba na dobre zachwiane. Z jednej strony żal mi dawnej beztroski a z drugiej wiem teraz, że taka surowa lekcja była mi potrzebna bym nareszcie zrozumiała, czym w istocie jest otaczająca mnie przyroda. Bym odczuwała należny jej respekt. Zdałam sobie sprawę, iż to nie tylko zielona przestrzeń, światło i czyste piękno, ale także dzikość, żywioł, nieokiełznanie, nieprzewidywalność, walka o przeżycie a czasem mrok i groza. Ważne by o tym pamiętać i się do tego dostosowywać. Zresztą, jak się okazuje wcale nie trzeba iść do lasu, by spotkać drapieżcę. Kilka dni temu wilk podkradł się tuż przed północą pod dom naszej zaprzyjaźnionej sąsiadki i w okamgnieniu pożarł jej kilkunastoletniego pieska. Zostało po nim tylko odrobinę sierści oraz ogromny smutek odczuwany przez jego opiekunów a do tego bolesna samotność i tęsknota drugiego, ocalałego po wilczym napadzie psa. Wilk równie nagle jak się u nich pojawił, tak samo błyskawicznie zniknął i nie wiadomo, gdzie jeszcze zechce mu się zapolować. W związku z tym oboje z Cezarym oddychamy z ulgą, że jaworowe siedlisko otoczone jest płotem i w razie czego nasze przepadające w okresie letnim za spaniem czy zabawą w ogrodzie psy będą bezpieczne.






   Przy okazji leśnych przechadzek udało nam się wypatrzeć ciekawe płaskorzeźby i rysunki, które na pniach buków umieszcza ręka samej matki natury. Człowiek skłonny jest dopatrywać się wśród nich znajomych kształtów, dziwić się, że las mógł stworzyć coś tak jednoznacznie kojarzącego się ze światem ludzi, z wytworami jego kultury. Czy pełna kreatywności natura chce nam coś w ten sposób uświadomić? A może to sekretne znaki przekazywane drzewom, ptakom, chmurom i duchom lasu? Cóż, jeśli nawet te rysunki nic nie znaczą człowiek lubi dopatrywać się we wszystkim jakichś szyfrów, tajemnej mowy, którą chciałby zrozumieć i znaleźć w niej podpowiedź dla swej zagubionej duszy, zaplątanej w wierne troski czy natrętne, egzystencjalne obawy.












  Jakże często zapominamy o tym, że jesteśmy częścią natury i tak jak ona potrafimy poradzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach. Wytrwać, przetrzymać, iść dalej choć nogi bolą, choć niepewność spowija myśli niby pajęczyna a zmęczone serce szamocze się boleśnie. Co nas w takich chwilach podtrzymuje na duchu? Co dodaje sił? Myślę, iż najczęściej jest to sama wędrówka. Codzienna powtarzalność tych samych czynności oraz odpowiedzialność za tych, którzy są nam bliscy, których kochamy, których samopoczucie i los zależą w dużej mierze od nas. Pomaga coroczne pojawianie się kolejnych pór roku, czy nawet długo wyczekiwanego deszczu. Koi widok odradzającej się wciąż zieleni. A niekiedy wystarczy czyjeś dobre słowo, życzliwy gest,  pełne zrozumienia spojrzenie. Wzrusza pojawiający się znikąd promień, olśniewa nowa nadzieja, odżywa też ufność w głębszy sens bytu a może i w naszą ważną rolę do odegrania w teatrze życia? Martwić może, ale i jednocześnie dziwnie uspokajać świadomość zbliżającego się końca spektaklu, w którym od dnia narodzin występujemy. Nic nie może przecież wiecznie trwać.  Ani smutki ani radości. Dlatego pozostaje nam poddać się nurtowi i płynąć razem z rzeką życia do wielkiego, kosmicznego oceanu….


   Zaczęłam ten miesiąc wraz z melodią „Moon River” pochodzącą z filmu „Śniadanie u Tiffaniego”. Towarzyszyła mi ona przez cały lipiec i doczekała się napisanych przeze mnie słów, które wraz z linkiem do podkładu muzycznego zamieszczam poniżej. Może ktoś z Was zanuci sobie pod koniec lipca tę „Księżycową piosenkę”?


Księżycowa rzeka

Gdzieś drogą mleczną rzeka mknie
I chyba o tym wie, że ja
Tu w dole czekam
Jej blask z daleka
Dostrzegam, gdy ona się wije
Wśród gwiazd

Przeminą chwile dobre, złe
Złudzenia znikną hen we mgle
A tajemniczy kot otrze się
Wymruczy imię swe
I zaprowadzi mnie nad rzekę
W jej czar

Gdy srebrny, księżycowy nurt
Ogarnie kiedyś mnie wśród chmur
Spleceni w jedno
Wpłyniemy w ciemność
By za nią się rozlać
W tęczowy snu świat

Przeminą chwile dobre, złe
Złudzenia znikną hen we mgle
A tajemniczy kot otrze się
Wymruczy imię swe
I zaprowadzi mnie nad rzekę
W jej czar…
 


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost