Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siano. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2015

I nic nam się nie stanie...






Cezary pisze…

   Cieńżkawe te dzionki łostatnio, albotyć łupały nie do derogacyji, ać nastempująca zimnawka trzensawkom się rozłazi po grzbietowych łokolicach. Przysiadła se kobicina moja przy jaworowym zapiecku i gdybała; alem się naczytała, kozule na wszyćkich blogerskich blogach zeżarły juści zimowe im należności i co to bendzie, co to bendzie i tak do przodka i do zadka niby to interpelacyja. A toć kobite mojom znać mi nadeszło niepomiernie. Co my jechali podle sonsiada łonki, toć łona spod bryli spozierała na sterczonce trawska po biedra, a co drugim po pazuchę. I tak, jak ciasto zamieszuje i wałkuje, to mie urabiała bezliczebne godziny. Wreszciem się splaskacił i wyszło na kobiecine intencyje. Bida, bida z kosiarzami, ać mi kosom nie licuje, boć to nie te lata i zamachu z rozpendu nie stoji.
    Z wieczora juści bywało, ażci traktorzyna znienacka z przyrzondem do łomocenia łonki jedzie. Niecom się znarowił, portki w kułak chycił i dali w dyrdki za rozwiązaniem wyłonaconej zgryzoty przez mojom przez serducho połowicom. Alem sie nadywagował zapłaty za łomocenie łonki. Chłop bywał twardy, jako co łorzech i co chwila dembem mi stawał. Aliści my targu dobili.
    A wteda słonko chadzało se wysoko i dymało jakoby ktosik się powiesił. Pan Bozia widać cuwa, coby Jaworom siano nie sprzaśniało. I myśta raz po raz wywijali spodkiem siana do góry. I tak ze trzy dni my wyrobili. Świeże toć bywało, choć stareńkie i mocy było, jako cieńkusz jaki po dziesiontej wodzie. 

    To był czwartek i my z samego ranka się wzienli, coby zwózkę poczynić, bo koło dnia połowy miało być ze trzydzieści gradusów. Ufff…
    Capka żem łobejrzał, przyczepem żem zaprzong bolcem do capkowego zadka i jazda. Szum w uszach, a we włosach wiatr. Takośmy pendzili za pierwszym razem. Olga, jako pomocnik ładowacza kupki siana lokowała na wóz ino śmigało. Jak bywało juści wysokunio, toż łona jak ta kozula wskakiwała na wierzch i łupu cupu przygniatała łonkrogłymi biedrami i czymśik tam jeszcze, aści same okrągłości. Ino furczało. Siano i wiatr we włosach wirowało, w łoczentach błysk i pomruk zadowolenia. Szło dobreniutko. 

    No i jazda nazad, coby siano wwidłować na sianowy stryszek. Olga we drzwiach na górze, a jamci widłami wywijał na trzy metry do góry. Po piontym obrocie se my siedli i zagadali, coby to wymyśleć jakieś zaklencie, żeby siano samo wskakiwało na wóz i samiusienkie ładowało się na strych. Dłogośmy myśleli nad popitką a to z czarnego bzu, a to kwaśnym mlikiem od naszych sianowych obżarciuchów. I co? I nic!
    Tegoż dnia my obrócili dekadę razy i tylko raz westchnęliśmy o sensie naszej doli. Oczywiście w interwale, bo w czasie jazdy capek kiksował nasze przekazy swoimi głośnymi dowodzeniami.

    Tegoż dnia wiało tak, żeśmy sie nie nadonżyli spocić, wszyćko schło juści przy skórze, a z sianem na widłach to my latali po całej łonce, jako dmuchawce. A z wiecora popatrzyli my na siebie; Olga cała carna i Cezary jak Olga. Szybkośmy się pomyli, coby nie wziento nas za migrantów z carnej Afryki. A gdyby tamte mieli marszrutę przez nasze pole i wzieliby po jednej trawce, to cała zwózka na nic by była.

    Z rana dnia nastempnego kozule poszły paść sie na łonkem za ogrodem, a my zjedliśmy śniadanie z zawiniontka pod okapem z banera. Olga z przezorności przywionzała narowistego Jacusia do słupa i rzekła:
„… i nic nam się nie stanie.”

    I tak pojechaliśwa my na pole chronieni Olgowym zaklenciem. Inośmy z capka zleźc zdonżyli ano przyleciał Jacuś. Użwając magicznego zaklencia sam się chyba odwiązał. Zaklencie robiło na tyle, że nie pobiegł nasamprzód do kóz coby mleka se posmakować. Jak on to zaklencie pojmał? 

    Zwieźli my dwa załadowania i po dywagacyjach osondziliśwa, coby dało się wcisnonć jeszcze jednom furę. No i pojechaliśwa!
    Jeszcze na polu nagle smród i tryskajoncy łolej z silnika, jak kozie z dójka. No to teraz ja dałem zaklencie; „masz dojechać capku jeden”. I ledwo dojechaliśwa obryzgani od gumofilców aż po capki onze się rozdupcył na ament.
To była trzynasta fura. I kto powie, że nie jest feralna. No kto?
    A tak po prawdzie to Olga pierwym razem wypowiedziała je w czasie jazdy po plaży w South Australii, gdzieźwa się zakopali. Terozki niech lepiej po próżnicy nie gada!

*Capek – to taki traktorek samoróbka. 

*Zerknijta niżej na dodatek audio-video, któren na zycenie kobieciny Gosiankom Wrocławiankom zwanej oraz naszej somsiadki Pellegriny dołoncam!:-))




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost