Cezary pisze…
Cieńżkawe te
dzionki łostatnio, albotyć łupały nie do derogacyji, ać nastempująca zimnawka trzensawkom
się rozłazi po grzbietowych łokolicach. Przysiadła se kobicina moja przy jaworowym
zapiecku i gdybała; alem się naczytała, kozule na wszyćkich blogerskich blogach
zeżarły juści zimowe im należności i co to bendzie, co to bendzie i tak do
przodka i do zadka niby to interpelacyja. A toć kobite mojom znać mi nadeszło
niepomiernie. Co my jechali podle sonsiada łonki, toć łona spod bryli
spozierała na sterczonce trawska po biedra, a co drugim po pazuchę. I tak, jak
ciasto zamieszuje i wałkuje, to mie urabiała bezliczebne godziny. Wreszciem się
splaskacił i wyszło na kobiecine intencyje. Bida, bida z kosiarzami, ać mi
kosom nie licuje, boć to nie te lata i zamachu z rozpendu nie stoji.
Z wieczora juści bywało, ażci traktorzyna znienacka z przyrzondem do łomocenia łonki jedzie. Niecom się znarowił, portki w kułak chycił i dali w dyrdki za rozwiązaniem wyłonaconej zgryzoty przez mojom przez serducho połowicom. Alem sie nadywagował zapłaty za łomocenie łonki. Chłop bywał twardy, jako co łorzech i co chwila dembem mi stawał. Aliści my targu dobili.
A wteda słonko chadzało se wysoko i dymało jakoby ktosik się powiesił. Pan Bozia widać cuwa, coby Jaworom siano nie sprzaśniało. I myśta raz po raz wywijali spodkiem siana do góry. I tak ze trzy dni my wyrobili. Świeże toć bywało, choć stareńkie i mocy było, jako cieńkusz jaki po dziesiontej wodzie.
Z wieczora juści bywało, ażci traktorzyna znienacka z przyrzondem do łomocenia łonki jedzie. Niecom się znarowił, portki w kułak chycił i dali w dyrdki za rozwiązaniem wyłonaconej zgryzoty przez mojom przez serducho połowicom. Alem sie nadywagował zapłaty za łomocenie łonki. Chłop bywał twardy, jako co łorzech i co chwila dembem mi stawał. Aliści my targu dobili.
A wteda słonko chadzało se wysoko i dymało jakoby ktosik się powiesił. Pan Bozia widać cuwa, coby Jaworom siano nie sprzaśniało. I myśta raz po raz wywijali spodkiem siana do góry. I tak ze trzy dni my wyrobili. Świeże toć bywało, choć stareńkie i mocy było, jako cieńkusz jaki po dziesiontej wodzie.
To był czwartek i my z samego ranka się wzienli, coby zwózkę poczynić, bo koło dnia połowy miało być ze trzydzieści gradusów. Ufff…
Capka żem łobejrzał, przyczepem żem zaprzong bolcem do capkowego zadka i jazda. Szum w uszach, a we włosach wiatr. Takośmy pendzili za pierwszym razem. Olga, jako pomocnik ładowacza kupki siana lokowała na wóz ino śmigało. Jak bywało juści wysokunio, toż łona jak ta kozula wskakiwała na wierzch i łupu cupu przygniatała łonkrogłymi biedrami i czymśik tam jeszcze, aści same okrągłości. Ino furczało. Siano i wiatr we włosach wirowało, w łoczentach błysk i pomruk zadowolenia. Szło dobreniutko.
No i jazda nazad, coby siano wwidłować na sianowy stryszek. Olga we drzwiach na górze, a jamci widłami wywijał na trzy metry do góry. Po piontym obrocie se my siedli i zagadali, coby to wymyśleć jakieś zaklencie, żeby siano samo wskakiwało na wóz i samiusienkie ładowało się na strych. Dłogośmy myśleli nad popitką a to z czarnego bzu, a to kwaśnym mlikiem od naszych sianowych obżarciuchów. I co? I nic!
Tegoż dnia my obrócili dekadę razy i tylko raz westchnęliśmy o sensie naszej doli. Oczywiście w interwale, bo w czasie jazdy capek kiksował nasze przekazy swoimi głośnymi dowodzeniami.
Tegoż dnia wiało tak, żeśmy sie nie nadonżyli spocić, wszyćko schło juści przy skórze, a z sianem na widłach to my latali po całej łonce, jako dmuchawce. A z wiecora popatrzyli my na siebie; Olga cała carna i Cezary jak Olga. Szybkośmy się pomyli, coby nie wziento nas za migrantów z carnej Afryki. A gdyby tamte mieli marszrutę przez nasze pole i wzieliby po jednej trawce, to cała zwózka na nic by była.
Z rana dnia nastempnego kozule poszły paść sie na łonkem za ogrodem, a my zjedliśmy śniadanie z zawiniontka pod okapem z banera. Olga z przezorności przywionzała narowistego Jacusia do słupa i rzekła:
„… i nic nam się
nie stanie.”
I tak pojechaliśwa my na pole chronieni Olgowym zaklenciem. Inośmy z capka zleźc zdonżyli ano przyleciał Jacuś. Użwając magicznego zaklencia sam się chyba odwiązał. Zaklencie robiło na tyle, że nie pobiegł nasamprzód do kóz coby mleka se posmakować. Jak on to zaklencie pojmał?
I tak pojechaliśwa my na pole chronieni Olgowym zaklenciem. Inośmy z capka zleźc zdonżyli ano przyleciał Jacuś. Użwając magicznego zaklencia sam się chyba odwiązał. Zaklencie robiło na tyle, że nie pobiegł nasamprzód do kóz coby mleka se posmakować. Jak on to zaklencie pojmał?
Zwieźli my dwa załadowania i po dywagacyjach osondziliśwa, coby dało się wcisnonć jeszcze jednom furę. No i pojechaliśwa!
Jeszcze na polu nagle smród i tryskajoncy łolej z silnika, jak kozie z dójka. No to teraz ja dałem zaklencie; „masz dojechać capku jeden”. I ledwo dojechaliśwa obryzgani od gumofilców aż po capki onze się rozdupcył na ament.
To była trzynasta fura. I kto powie, że nie jest feralna. No kto?
A tak po prawdzie to Olga pierwym razem wypowiedziała je w czasie jazdy po plaży w South Australii, gdzieźwa się zakopali. Terozki niech lepiej po próżnicy nie gada!
*Capek – to taki
traktorek samoróbka.
*Zerknijta niżej na dodatek audio-video, któren na zycenie kobieciny Gosiankom Wrocławiankom zwanej oraz naszej somsiadki Pellegriny dołoncam!:-))
*Zerknijta niżej na dodatek audio-video, któren na zycenie kobieciny Gosiankom Wrocławiankom zwanej oraz naszej somsiadki Pellegriny dołoncam!:-))