piątek, 28 kwietnia 2017

Opowiastka o płocie...





Cezary pisze...

   Płot, jak to płot niedbale i pośpiesznie zamocowany na przypadkowo zdobytych palikach przewrócił się i tak pozostał. Przeleżał na ziemi, częściowo stojąc, częściowo kładąc się dla niepoznaki, a tu i tam przerośnięty wybujałą trawą powoli wydawał odrażający smród pokrywający poletko przeznaczone pod uprawę wiosenno-letnich warzyw i samowolnie wyrastających chwastów, które były tolerowane z wiadomych względów. Zdecydowanie skazany na powolną zagładę gnił od najniższego poziomu. Zasysał wilgoć z ziemi, która w innych okolicznościach byłaby zbawienna dla przetrwania. Bywały momenty wskazujące na chęć zakwitnięcia i porostu, okazania wspaniałości. Wtedy wierzyłem, że pokryty zielonością będzie nie tylko ozdobą, lecz także czymś kojącym, łagodnym w obejściu. 
   Myślałem też o glinianych garnkach rozwieszonych na kołkach, takich zwyczajnych dnem do góry. Piękny miał to być widok, wtapiający się w towarzyszący pejzaż i nie odstający od pozostałych elementów krajobrazu. Płot nie zdążył zgnić permanentnie, a tymczasem na podtrzymujących go słupkach pojawiły się nieśmiałe pędy i zielone listki. Dziwne! I wtedy po analizie wydarzeń okazało się, że były to młode wierzby przystosowane do nowej słupkowej roli. Słupki strzelały prosto do nieba i chyba jedynie siłą woli podtrzymywały powiązane paliki. Ich falowanie niekiedy budziło zachwyt, a czasem obawy przed rozwaleniem się i nieuniknionym losem. 

   Płot zgodnie z gwarancją producenta miał przetrwać dziesięć lat. Długi to czas. Zależy, pomyślałem. Jako świadek wydarzeń, zmian pogody liczył też przepływające nad nim chmury. A te, jak to chmury raz łagodne, raz o granatowym obliczu i co ciekawe, niektóre z nich przybierały rozczerwienioną postać nadętych policzków, grożąc niewiadomym wybuchem lada moment. Chłopska cierpliwość nakazywała czekać na sprzyjające warunki. Wreszcie nadeszła wymagana chwila. Przeniesienie płotu do środka obejścia zajęło chwilę, dosłownie chwilę. Połączone kołki podwójnym drutem zostały zwinięte w olbrzymi rulon, a właściwie w dwa. I tak ciągnąc je po zielonej trawie daliśmy radę dojść w obręb ogrodu. Co za ulga! Płotek w nowym miejscu miał zastąpić stary z plastikowej siatki, którym zachwycaliśmy się przez jeden sezon, po którym to zbladł, zszarzał i popękał w wielu miejscach. Wiązany sznurkiem niby spełniał swoją rolę, ale jakoś bez entuzjazmu. Stare słupki na wpół żywe, na wpół martwe miały wystąpić w nowej roli. Ciągle wierzyłem, że ukorzenią się i dadzą nowe życie. Zobaczymy…

   Przymocowywanie płotu do wkopanych już słupków okazało się nie lada wyczynem ze względu na niepasowanie do wymogów nowego miejsca. A przecież płot to płot i wszędzie, w każdym miejscu powinien być tylko płotem. I wtedy okazało się, że kołki pomiędzy sobą porozumiewają się szeptem. Szczególnie nocą, a najwyraźniej w blasku księżyca. Postanowiłem podsłuchać…
   
   Kołek z podgnitym końcem żalił do okazałych sąsiadów – otoczyliście mnie w milczeniu i w ogóle nie zwracacie uwagi, że gniję od spodu, coraz szybciej i szybciej, aż w końcu zniknę bezpowrotnie. Totalne milczenie potęgowało grozę sytuacji, a poboczne kołki puszczały do siebie oczka. Domyślam się, że też miały chłopską cierpliwość i dokładnie wiedziały, że zapoczątkowanie bezwzględnym początkiem się skończy. Oczywiście kołki, jak to kołki sądziły według siebie. W płocie z leszczyny było też kilka dorodnych kołków i w otoczeniu przeciętności doznawały podobnego traktowania. Skazane przez nich na śmierć przez zmowę milczenia zbytnio nie przejmowały się takim stanem rzeczy. Czyżby wiedziały, że przetrwają ponad przeciętność? Oczywiście chodzi o przedłużony okres rozkwitu. Już sam nie wiem! Przecież każdy kołek ma swoje miejsce w płocie i określony czas życia na przysługującym mu poziomie. I nie ma tu miejsca na szok, tak było, tak jest i tak będzie. Żal ścisnął moje gospodarskie serce i postanowiłem ustawić kołki w zaplanowanej kolejności. A, że można było je wysuwać z wiążących drutów, to pozamieniałem ich kolejność. Okazałe przy okazałych, przeciętne do przeciętnych, podgnite w jednym szeregu i te popękane i połamane razem w jednej grupie. I o dziwo, skończyły się nocne szepty, narzekania. Te zbutwiałe i połamane zdawały się rozkwitać na nowo, tak jakby Stwórca płotu dał im nowe życie. Izolacja daje niespodziewane rezultaty i najczęściej obraca się przeciwko izolującym. A poza tym każdy płotek ma furtkę…


wtorek, 25 kwietnia 2017

Spotkania z misiami koala...





   W związku z poprzednim tekstem o Australii zostałam zapytana przez Maksiuputkową o misie koala i obiecałam, że napiszę o nich kolejny tekst. Cezary wyszukał w naszym komputerowym archiwum mnóstwo zdjęć koali i na ich podstawie zaczęliśmy sobie przypominać najciekawsze nasze spotkania z tymi słodko wyglądającymi torbaczami. 


   Wcale nie tak łatwo jest je zobaczyć w naturze, bowiem stworzenia te prowadzą raczej nocny tryb życia(potrafią w ciągu doby przespać nawet 20 godzin!) a resztę czasu przeznaczają na poszukiwanie najsmaczniejszych liści eukaliptusa i na ich łakome pożeranie (koale potrafią zjeść dziennie nawet do kilograma tych specjałów). To niezbyt duże zwierzaki. Osiągają najwyżej do osiemdziesięciu cm długości a ważą do piętnastu kilogramów. Zazwyczaj preferują samotny tryb życia, dlatego ciężko dostrzec na raz kilka tych osobników, no chyba że jest się w zoo albo rezerwacie, gdzie na małej przestrzeni przebywa ich więcej.


   Koale żyją tylko na wschodnim wybrzeżu Australii, w stanach: Queensland, News South Wales i w Victorii. Pierwszy raz zobaczyłam na żywo te miśkopodobne futrzaki na Phillip Island – wyspie leżącej ok. 140 km od stolicy Victorii, Melbourne. Mieści się tam park dzikiej natury, który zwiedzać można przez wiele godzin oglądając w naturalnym środowisku żyjące na wolności koale, walabie, oposy i kolczatki. Niestety, jak dla mnie, stanowczo za dużo było w tym parku ludzi. Spacerowanie w rozgadanym tłumie i gromadne wypatrywanie między gęstymi liśćmi eukaliptusów szarych figurek koali było dość frustrujące. Nie dało się skupić na samych koalach, bo wszyscy tam chcieli sobie z nimi pstrykać zdjęcia i śmiejąc się oraz nawołując głośno przepychali się ku upatrzonym drzewom, na których tkwiły znudzone i senne misie za nic mające zafascynowane ich widokiem hałaśliwe, dwunożne stworzenia biegające w dole. Takoż i my z Cezarym przecisnąwszy się przez ciżbę ludzką sfotografowaliśmy kilka tych nieruchawych osobników a na koniec uwieczniliśmy mnie w objęciach wielkiej figury koali tkwiącej przy wejściu do parku. Niezbyt byłam wówczas usatysfakcjonowana tym pierwszym spotkaniem z koalami. Łaknęłam zobaczenia ich w prawdziwym, dzikim buszu, w naturalnym środowisku, z dala od tłumu turystów i ich natrętnych fleszy. 





   Wkrótce potem udało mi się wypatrzeć jednego jedynego koalę w Point Leo, miejscowości leżącej na półwyspie Mornington, gdzie bywaliśmy dość często i za każdym razem udawało się nam zobaczyć coś ciekawego. A to prześliczne, wielobarwne muszle, a to młodziutką fokę na skale, a to rzadkie gatunki ptaków a to piękny zachód słońca. Koala żył tam absolutnie w pojedynkę. Siedział zawsze nieruchomo na jednym z kilku wielkich eukaliptusów.  Ilekroć go spotykałam zawsze współczułam mu, że tak nudny i samotny żywot wiedzie. Ale może było mu tak zupełnie dobrze? Był przecież niepodzielnym władcą niezbyt gęstego w tamtej okolicy eukaliptusowego buszu. Nie niepokojonym przez swych pobratymców. Skupionym wyłącznie na tym, co sprawiało mu największą przyjemność – czyli na spaniu i jedzeniu. Ot, taki był z niego pogodzony z losem pustelnik, spoglądający na zabiegany ludzki świat z jakże spokojnym dystansem a może nawet i ironią…?





   Większą ilość tych wspaniałych torbaczy mogliśmy spotkać, gdy podróżując Great Ocean Road i zwiedzając przyległe do niej miejscowości wędrowaliśmy po porośniętych bujnie wieloma gatunkami eukaliptusów górach Otway, w których w tamtym czasie żyło tysiące tych unikalnych zwierząt. Wystarczyło wejść głębiej w busz i zobaczyć je przytulone do pni eukaliptusów albo wędrujące powoli wysoko w gęstwinie liści. Niektóre trwały w koronach drzew uczepione gałęzi. Inne wspinały się tuż nad nami. A jeden z koali ni stąd ni zowąd tuż przy nas przebiegł szybko po ziemi i zanim zdążyliśmy zrobić mu zdjęcie wlazł na najbliżej rosnący eukaliptus i olewając nas zupełnie siknął tak mocnym strumieniem moczu, że musieliśmy się szybko odsunąć by nie zostać spryskanymi tym bardzo wyraziście pachnącym płynem! Potem stojąc w bezpiecznej odległości długo przypatrywaliśmy się tym nieprzytomnie spoglądającym na nas torbaczom. Naczytałam się wcześniej o nich sporo i wiedziałam, że liście eukaliptusów, którymi żywią się te zwierzątka nie dość, iż są ciężko strawne, to na dodatek mocno toksyczne a także wywołujące u nich stany omalże narkotyczne. Właśnie dlatego były one stale śpiące i lekko otumanione. Gdzieś wysoko, wysoko, ledwie z dołu widoczna tkwiła na drzewie koala - matka z przyczepionym do jej grzbietu dzieciątkiem. Ciąża koali trwa około miesiąca. Misie rodzą się maleńkie (ważą do kilku gramów), ślepe i nieowłosione i przez sześć miesięcy przebywają bezpiecznie w torbie swej rodzicielki. W tym czasie żywią się jej mlekiem oraz częściowo przetrawionym pokarmem z jej jelita. Żałowałam, że nie udało nam się  zobaczyć z bliska matki z dzieckiem i zrobić tej słodkiej parze zdjęcie, ale rozumiałam dobrze, że matczyny instynkt każe jej się trzymać z dala od ludzi i że będzie się tak troszczyć o swe maleństwo prawie przez dwa lata, do czasu aż stanie się ono tak duże jak ona sama i opuści ją by odbyć krótki okres godowy a potem żyć tak, jak reszta osobników jego gatunku – samotnie, nieruchawo i sennie. Zadowolić się więc wówczas musieliśmy widokiem kilku przytulonych do gałęzi dorosłych osobników i w ciszy kontemplować ich spokojny, senny świat.


   I tutaj dygresja, przed którą nie mogę się wzdragać, gdyż to, o czym teraz opowiem mocno mnie obchodzi. W 2015 roku władze stanu Victoria w tajemnicy przed Australijczykami zdecydowały się zabić prawie 700 sztuk koali z gór Otway. Uczyniły to podobno w trosce o los tych zwierząt, które tak bardzo rozmnożyły się w tamtym rejonie, że pożarły większość nadających się do jedzenia eukaliptusów i masowo zaczęły padać na skutek głodowej śmierci. Koale zostały przeniesione w tamte strony w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku i mając świetne do życia warunki rozmnożyły się ponad miarę. Na jeden hektar powinna przypadać jedna sztuka, natomiast w górach Otway na jednym hektarze zamieszkiwało kilkanaście koali, którym już po dwudziestu latach zaczęło brakować żywności. Właściciel znajdującego się w tamtym rejonie campingu opowiadał, że codziennie znajdował w okolicy mnóstwo wychudzonych, martwych koali leżących pokotem u stóp objedzonych doszczętnie drzew. W buszu unosiła się ciężka do wytrzymania woń rozkładających się w upale ciał padłych misiów. Dlatego właśnie odpowiedzialny za środowisko naturalne resort podjął decyzję o ich odstrzale. A z obawy przed reakcją opinii społecznej fakt ten przez jakiś czas władze ukrywały. I nie dziwota! Wszak koale i kangury są symbolem narodowym Australii. Naturalnie występują tylko w tej krainie a ponieważ do połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku masowo na nie polowano ich ilość drastycznie się zmniejszyła i w wielu parkach znajdują się pod całkowitą ochroną. Władze tłumaczyły się, że zabito je dla ich dobra, że nie dało się ich nigdzie przenieść, bo niewiele jest już w Australii miejsc, gdzie masowo rośnie ulubiony przez koale gatunek eukaliptusów, manna gum. Ponadto ewentualne przenosiny wiązałyby się z ogromnym stresem dla tych zwierząt, którego większość i tak by nie przeżyła…
   I to tyle dygresji. Przykro mi tylko, gdy pomyślę, że ten rozbrykany koala – zwany przez nas sympatycznie sikunem mościckim najprawdopodobniej też nie przetrwał. A może jednak zaszył się gdzieś w dzikszych partiach gór i tam daje radę żyć spokojnie, płodząc kolejnych potomków i śniąc swe tajemnicze, na poły narkotyczne sny…?











   Kolejne, tym razem dłuższe i pogodniejsze nasze spotkanie z koalami miało miejsce na Raymond Island (zwanej także wyspą koali) położonej na jednym z jezior Gippslandu w miejscowości Paynesville, w leżącej około 300 km od Melbourne, stolicy stanu Victoria. Kursujący tam prom przewiózł wówczas nas i naszego wiernego jeepa na porośniętą gęsto eukaliptusami wysepkę zamieszkałą przez setki koali, kangurów i kukubar. Miało się wrażenie, iż to wyspa bezludna ponieważ nielicznie pobudowane tam domy mieszkalne były tak dobrze wtopione w roślinność, iż omal zupełnie w niej ukryte, co sprawiało, iż bytujące tam zwierzęta czuły się zapewne swobodnie i naturalnie. Jeżdżąc po wijących się w buszu pełnych kurzu niteczkach dróg mogliśmy podziwiać koale w przyjaznym środowisku i fotografować wszystko do woli. A że było wówczas bardzo gorąco po kilku godzinach takiego zwiedzania kompletnie zmęczeni i zakurzeni z radością odkryliśmy zupełnie bezludną, białą plażę, gdzie zdjąwszy buty z przyjemnością pochodziliśmy po chłodnych wodach przejrzystego jeziora a potem siedząc w drogocennym cieniu i racząc się przezornie zabraną ze sobą wodą mineralną nasłuchiwaliśmy kojącego szumu fal oraz śmiesznych pokrzykiwań kukubar i ostro brzmiących nawoływań panów koali, którzy przeżywali wtedy widocznie fazę intensywnych godów.















   Oj, dobrze było nam tak siedzieć i nigdzie się nie spieszyć. Mieliśmy wrażenie, iż znajdujemy się w jakimś ziemskim raju i wcale nie chciało się nam stamtąd odjeżdżać…Mamy nadzieję, że widziane tam przez nas koale nadal żyją sobie syte i spokojne a wielkie eukaliptusy rosnące na wyspie Raymond zapewniają im wszystko, co tylko tym niezwykłym zwierzętom do szczęścia jest potrzebne…
  
  


  



sobota, 22 kwietnia 2017

Odkurzając dobre wspomnienia…




- Gdzie jest duster z piór strusia emu? – zapytał o poranku Cezary ujrzawszy na swym komputerze szarą warstwę kurzu. Siorbnąwszy mocnej kawy spojrzałam na niego nieprzytomnie. Potarłam w zamyśleniu czoło. Za oknem deszcz stukał monotonnie o parapety a lodowaty wiatr za nic mając kwietniową zieleń i kwitnienie szyderczo poświstywał w kominie.
- Masz na myśli zmiotkę do kurzu? – odrzekłam nieco słabowicie a Cezary pokiwał tylko głową. Mimo siedmioletniego przebywania w ojczyźnie nadal często używał angielskich słów, wstawiając je gdzie popadnie, a zwłaszcza w  bliską mu tematykę komputerową. Nabyta na niedzielnym targu w South Australii pierzasta zmiotka z niejasnych przyczyn niezbyt często była w naszym domu używana. Najczęściej brało się po prostu lekko wilgotną szmatkę i w tradycyjny sposób walczyło z pyłem, którego zalegało wciąż u nas mnóstwo za sprawą wnoszących go na nogach psów oraz traktorów i innych pojazdów przejeżdżających po stykającej z naszą posesją drodze gruntowej. Z głębokim westchnieniem wlazłam na krzesło i zdjęłam z szafy rzeczoną zmiotkę a wykonawszy ten wysiłek klapnęłam przy swoim laptopie i kierując się impulsem włączyłam piosenki australijskie, mające moc ożywiania ciała i ducha. I już po chwili popłynęła z głośnika pogodna, patriotyczna pieśń w wykonaniu zespołu Seekers: I am, You are, We are Australian…


   Spojrzeliśmy na siebie z Cezarym z pełnym wzruszenia uśmiechem i odłożywszy na bok odnalezionego „dustera” zaczęliśmy nucić, porwani melodią i budzącymi się natychmiast pod jej wpływem wspomnieniami z czasów, gdy byliśmy w krainie kangurów...

A oto pełna wersja tej pieśni. Ulubiona przez Cezarego!:-)



 Kiedyś napisałam polskie słowa do tej pieśni i chyba udało mi się oddać choć w przybliżeniu ducha tego utworu…



Australia to mój dom

Jestem tutaj ze snów, marzeń
I wędruję w szkarłat dróg
Czyste serce niosę w darze
Strzegę mocy ognia, słów
Na skalistym brzegu stoję
I na statki patrzę w tle
Oto całe życie moje, Australio, czuję Cię

Przypłynęłam jako więzień

Wcale tu nie chciałam żyć
Obca ziemia przerażała
Wszechobecny upał, pył
Lecz znalazłam tu swe miejsce
A w bezkresie wolność swą
Dziś spokojem tętni serce
Bo Australia to mój dom

Jestem  córką prostych ludzi              
We mnie jest pokoleń ślad
Siła życia wciąż mnie budzi
W dalszą drogę pcha znów wiatr
We mnie smutek i samotność
I dążenie hen do gwiazd
Ja wędrowiec, który wolność

Widzi tam, gdzie słońca blask

Ja i Ty, my wszyscy tutaj
Wiatr nas przywiał z tylu różnych ziem
Nucimy na tę samą nutę
Australia to nasz dom wspólny jest


Opowiadam wam historie
Śpiewam, gra didgeridoo
Piękno buszu wciąż maluję
Eukaliptus kwitnie znów
Mknę na koniu w stepu bezkres
Chcę wyzywać stale los
O Matyldzie nuci serce
Australii daję głos

Jestem wiatrem z żaru pustyń
Jestem suchą ziemią dróg
Jestem górą i doliną
Deszczem, skałą, szczytem gór
Jestem wielkim oceanem
Rzeką, co wysycha znów
Żyje we mnie duch Australii
Magii przestrzeń trwa bez słów


Ja i Ty, my wszyscy tutaj
Wiatr nas przywiał z tylu różnych ziem
Nucimy na tę samą nutę
Australia to dom nasz wspólny jest...
                                                                                   

                                                                                            
                                                                        


 

- Wiesz, co mi się bardzo w Australijczykach podobało? Ich radosny patriotyzm, jakże inny od polskiego, przepojonego martyrologią i odniesieniami do wiary – zagaiłam, gdy tylko przebrzmiały ostatnie słowa naszej ulubionej pieśni.
- No tak, ich patriotyzm może być taki, bo jakże inne od naszych są dzieje Australii. A przy tym zauważ jak krótkie te dzieje, bo niewiele ponad dwustuletnie w porównaniu z naszą  ponad tysiącletnią historią. Naszą tożsamość kształtowały liczne wojny, powstania, zabory, bogata literatura, kultura, skomplikowana polityka a ich… sama wiesz – westchnął mój mąż.
- Osiemnasto i dziewiętnastowieczne angielskie statki z więźniami i zesłańcami, zależność od brytyjskiej monarchii, gorączka złota i opali, trudny los Aborygenów, ogromne pożary buszu, wielkie hodowle owiec, upały i susza w interiorze albo powodzie i huragany w Północnej Australii, rozbójnik Ned Kelly, zespół Bee Gees, AC DC i Kylie Minoque – wymieniłam jednym tchem wszystko to, co najbardziej mi się z historią i kulturą tego kraju w tym momencie skojarzyło.
- A do tego jeszcze ogromna siła propagandy! Silne i jednoznaczne formowanie opinii społecznej przez polityków i media. Australijczyk powinien być uparty, twardy, wytrwały i zadowolony. Powinien bez sprzeciwu przyjmować najbardziej bzdurne nakazy władzy, biurokracji i polityki. Trochę kojarzy mi się to z czasami socrealizmu w Polsce. Wtedy też śpiewano radosne pieśni, choć rzeczywistość skrzeczała – odrzekł z przekąsem z nieco większym zazwyczaj niż ja realizmem (czy może pesymizmem!) patrzący na rzeczywistość Cezary.
- Ale przecież rzeczywistość australijska wcale tak bardzo nie skrzeczy! Kraj bogaty, bezrobocie niskie, pogoda piękna! – zawołałam z oburzeniem.
- Kraj bogaty, ale wielu ludzi biednych, na całe życie wprzęgniętych w kredyty i w wyścig szczurów. Korporacje, w których rękach jest prawie cały handel i przemysł. Problemy z falą emigracji i wynikająca z niej porażka polityki multi kulti. Depresja zbierajaca swe żniwo pośród osób samotnie żyjących z dala od cywilizacji. Można by tak jeszcze długo wymieniać, ale mi się nie chce, bo mnie głowa rozbolała – pożalił się mój mąż i zwiesiwszy smętnie obolałą łepetynę spojrzał z niechęcią na szare chmury wiszące groźnie na pogórzańskim niebie.
- Ciśnienie jest chyba bardzo niskie, bo i ja mam wrażenie obręczy na czole! I zimno mi jakby to styczeń był a nie kwiecień. Ale wiesz co? Zrobię nam pysznej, mocnej herbatki i parę dobrych kanapeczek to zaraz się nam polepszy. Ty napal przez ten czas w piecu a potem pooglądamy trochę australijskich zdjęć.  To nam zawsze dobrze robi na bóle i słoty! – zarządziłam i pół godziny później rozgrzani i zadowoleni popijaliśmy gorący napój i oglądaliśmy w komputerowym archiwum fotografie zrobione dziesięć lat temu, w kwietniowy, ciepły dzień. Spacerowaliśmy wówczas po parku rzeźby usytuowanym w Langwarrin, na obrzeżach Melbourne i podziwialiśmy niezwykłe dzieła autorstwa współczesnych rzeźbiarzy australijskich. Oglądaniu towarzyszyły, rzecz jasna, sączące się z komputera ulubione piosenki australijskie. I sami już nie wiedzieliśmy, co nas tak w nich porusza? Czy działała na nas tylko siła propagandy a może zawarta w tych pieśniach najczystsza prawda o tym kraju  i związane z nim odkurzone znowu wspomnienia...?
















...A tymczasem za oknem deszcz ustał i nieśmiałe promienie słońca zaczęły przedzierać się poprzez skłębione chmury. Nabraliśmy zatem nadziei, że wkrótce uda nam się wyjść w domu aby kontynuować w ogrodzie budowę płotków odgradzających grządki od niszczycielskiej i nieokiełznanej siły naszych kochanych piesków...

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia