Mara, bohaterka książki „Legenda” Grażyny Jeromin – Gałuszki żyje w świecie ocalałym po czasach zagłady i chaosu. W świecie, w którym istnieją osobne wyspy dla dzieci, kobiet i dla mężczyzn. Gdzie podstawą oraz sensem surowej i monotonnej egzystencji jest opowiadana kolejnym pokoleniom legenda o siedemdziesięciu siedmiu praprzodkach, którzy dawno, dawno temu na skrzydłach wielkiego ptaka wyruszyli na poszukiwanie jakiegoś nadającego się do życia lądu. I znaleźli, ale wkrótce ulegając swoim popędom i instynktom znowu go stracili. A potem ponownie w znoju i bólu budowali kolejny swój świat od początku, uznając, iż skoro wszelkie uczucia prędzej czy później stają się destrukcyjne, to najbezpieczniej będzie dla nich żyć każdemu dla siebie, za wszelką cenę starając się przetrwać, nie wychodząc przy tym nigdy ze stanu zapewniającej im spokój obojętności.
Czy łatwo żyć w takim świecie? Może i powinno się zdusić w sobie wszelkie emocje, skoro uleganie im zazwyczaj przynosi tylko cierpienie i chaos? Jednak czy ktoś bez uczuć nie staje się bardziej podobny do manekina albo cybernetycznego, humanoidalnego robota, niż do człowieka? Przecież jeśli nie wolno odczuwać złości, to zabroniona jest również miłość, czymś nagannym jest nienawiść i gniew, ale i radość, wdzięczność, przyjaźń, przywiązanie do kogoś, troska o drugą istotę, niepożądane jest też uczucie wspólnoty i odpowiedzialności za czyjś los. Dzień staje się podobny do dnia. I płynie monotonny i nijaki, bliźniaczo podobny do poprzednich i następnych dni. Mija nie wypełniony niczym znaczącym czas, nie przynosząc żadnych zmian, nie dając żadnych perspektyw ani poczucia celowości takiego istnienia.
Bo żyć tylko po to, by przeżyć za wszelką cenę to chyba trochę za mało. Zaczyna to w końcu docierać do Mary, która choć tak bardzo wierzyła w przesłanie legendy i przestrzegała wynikających z niej zasad, tak ogromnie starała być podobna do wszystkich innych, zaprzęgniętych w kierat ponurej codzienności kobiet na wyspie, to coś w środku niej stale szeptało a w końcu krzyczało i łkało, że musi być coś jeszcze, że ona sama jest inna, że pamięta (choć pamiętać nie chce), jakiś dawny czas, gdy odczuwała z kimś cudowną bliskość, gdy nie czuła się tak bardzo samotna, bezradna, odarta z wszelkiej nadziei jak teraz…
Realia w jakich toczy się „Legenda” są surowe, przytłaczające i przeważnie ponure. Każdy żyje osobno w małym, skalistym, prymitywnym schronieniu. Lata zbyt gorące a zimy zbyt zimne. Za mało jedzenia i słodkiej wody do picia. Za dużo lodowatego wiatru, nagich, ostrych kamieni i przepaści oraz zakazanych miejsc, gdzie ze strachu nikt nie chodzi. Niewiele rozmawia się ze sobą, bo rozmowa to zazwyczaj rodzaj wymiany myśli oraz bliskiego kontaktu a ten jest wszakże zabroniony.Każdy tam zmuszony jest nosić na obliczu duszącą maskę wyuczonej obojętności. Każdy troszczy się o to, co posiada na własność a posiada niewiele. I robi wszystko by tego nie stracić. Kobiety podzielone są na grupy, z których każda ma inne zadanie do spełnienia. Te produkują żywność, inne potrzebne rzeczy. Tamte łowią ryby. Inne opiekują się dziećmi. A jeszcze inne je rodzą. Nad nimi wszystkimi sprawuje pieczę ich mądra i oddana Stwórcy przywódczyni Hera. W zachowaniu porządku pomagają jej odziane w białe chusty despotyczne strażniczki „Przewodnie”. Ważną role odgrywają też pojawiające się wszędzie istoty zwane Cieniami. To kobiety ubrane w szare suknie i kaptury, pilnie szpiegujące wszystkich. Nic nie umknie ich oczom ani uszom. Doniosą komu trzeba. I każde odstępstwo wobec normy będzie ukarane. A najsroższą i ostateczną karą jest wyprawienie winowajczyni na tratwie gdzieś w bezkres oceanu tak by jedynym ratunkiem dla niej mogło być znalezienie jej przez mitycznego Wielkiego Ptaka…
Ta dystopijna, postapokaliptyczna rzeczywistość, w której przyszło egzystować Marze choć toczy się w poświście wszechobecnego wichru i w poszumie oceanu wywiera na czytelniku wrażenie ponurego więzienia bez krat, świata bez nadziei i sensu. Mimo wszystko i tam zdarzają się pogodne, radosne chwile, napotkać też można iskierki dobrego humoru a do tego sporo zachwycających opisów natury. I tam bohaterowie w tajemnicy przed innymi doświadczają głębokich, uskrzydlających ich wzruszeń, zachwytów i olśnień. Jednakże tym trudniej im po krótkim momencie takiego radosnego, swobodnego lotu wrócić do rozpaczliwej egzystencji uziemionej w swych ciasnych realiach marnej mrówki. Tym większą torturą wydaje się potem taki byt, gdzie stłamszone istoty ludzkie, bezwolne i potulne, mają nad sobą cały system zakazów i nakazów, których nieprzestrzeganie zawsze źle się dla nich kończy. Gdzie w imię przetrwania dostosowywać się muszą do najbardziej nawet okrutnych praw i absurdalnych zaleceń a pochyliwszy głowy przyjmować posłusznie wszelkie wmawiane im od lat mity oraz prawdy objawione. I robić swoje. Dla siebie. Zawsze to samo. Byleby przeżyć kolejny dzień. I kolejny. I kolejny…
A cóż człowiekowi po życiu, jeśli nie da się a nawet nie wolno się nim cieszyć, zmieniać go i ulepszać. Cóż istocie ludzkiej po egzystencji, w której żyje się tylko dla siebie? Do takich wniosków dochodzi główna bohaterka książki Mara, w której powoli rodzi się niechęć oraz niezgoda wobec tak odhumanizowanej, lodowatej emocjonalnie codzienności, przesyconej sztucznie podsycanymi zabobonami, wynikającym z nich strachem oraz postępującą apatią. Obserwując zachodzące w niej przemiany, czując nabrzmiewający w Marze bunt wobec takiego stan rzeczy a jednocześnie bojąc się o jej los, czytelnik czeka na jakieś zdecydowane działanie z jej strony, na odważne postawienie się tym, którzy pilnują porządku w jej świecie. Czy Mara weźmie w końcu sprawy w swoje ręce? Czy da radę sprzeciwić się tradycji i prawu, naruszyć tabu, a przede wszystkim zaryzykować wszystko, uznawszy, iż nie ma nic do stracenia? Czy aby zachować się w ten śmiały, wręcz desperacki sposób musi dojść do jakiegoś dna upokorzenia i absurdu, którego po prostu już się nie da znieść i wszystko wydaje się lepsze, niż to beznadziejne, zabijające siłę ducha i ciała położenie? Jako czytelnicy wiernie towarzyszymy Marze na ścieżce jej samoświadomości utożsamiając się z nią, martwiąc o jej los i kibicując we wszelkich jej działaniach.
Moim zdaniem „Legenda” to bardzo pasująca do obecnej, coraz dziwaczniejszej rzeczywistości wciągająca i przykuwająca uwagę opowieść. Pełna symboli i metafor, nieśpiesznego odkrywania tajemnic jej świata, a przede wszystkim sekretów ludzkich serc. W swej mrocznej dystopijności podobna nieco do „Nowego, wspaniałego świata” Huxleya oraz „Roku 1984” Orwella, ale inna poprzez pewien rodzaj magii, którą jest przepojona, nastroju w jakiś sposób zbliżonego do andersenowskiej „Królowej Śniegu”. „Legenda” swym przesłaniem wpisuje się idealnie w nasze dziwne czasy, w których jednostka ludzka zdaje się nic nie znaczyć a ogromna ilość gwałtownych przemian oraz złych wiadomości ze świata obezwładnia ją, przeraża i niszczy nadzieję na szybką poprawę sytuacji.
Dlaczego pewne książki trafiają do nas bardziej niż inne? Odpowiedź na to pytanie nie jest taka prosta. Najprawdopodobniej coś w tych opowieściach mocno do nas przemawia, trąca jakieś wrażliwe struny w duszy, zaspokaja pewne tęsknoty, wydobywa na wierzch ukryte głęboko uczucia i myśli. Niektóre lektury pomagają uporać się ze smokami traum i fobii, które zazwyczaj chowamy w sobie i uciszamy, zamiast się z nimi zmierzyć. Książki potrafią stać się rodzajem naszego katharsis, substytutem wykrzyczenia na głos tego, co chowamy w sobie, zaprzeczamy w imię zachowania świętego spokoju. Inne zaś koją, wyciszają, oddalają od spraw, z którymi zmagamy się na co dzień. Jeszcze inne są po prostu rozrywką, wielobarwnym dodatkiem i uzupełnieniem naszej rzeczywistości.
Odmienne wrażenie wywierają lektury, gdy nasze położenie diametralnie odbiega od położenia bohaterów owych książek, gdy ich problemy i lęki wydają się dalekie, nas absolutnie niedotyczące, wręcz futurystyczne. Czytany niegdyś "Rok 1984" Orwella zaciekawiał i przerażał wizją ponurej ale mało realnej, dystopijnej rzeczywistości. Zdecydowanie czymś innym jest czytanie Orwella podczas gdy czujemy się bezpiecznie w naszej zwyczajnej rzeczywistości a czymś innym, gdy wiele z jego mrocznych wizji zaczyna się spełniać, gdy wszystko wokół zaczyna wywracać się do góry nogami a każdy dzień przynosi kolejne, dziwne wieści i zmiany, które już wpływają albo na pewno wpłyną wkrótce na nasze tak spokojne, uregulowane dotąd życie.
I cóż...„Legendę”, opowieść o wrażliwej i rozumnej, lecz wtrąconej w trudne do życia realia kobiecie każdy może sobie zinterpretować po swojemu, u każdego pewnie ta książka wywoła inne skojarzenia, ale chyba najważniejsze by nie pozostawiła czytelnika obojętnym…
I jeszcze jedna, tym razem optymistyczna refleksja na koniec mych niezbyt pogodnych rozważań. Otóż najciemniej przeważnie jest przed świtem...Może zatem świt już blisko...?!:-)
*„Legenda”, Grażyna Jeromin-Gałuszka, Prószyński i S-ka, Warszawa, 2017; 440 stron.






