Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2019

Spoza szyby…





   Spoglądam w okno. Porywisty wiatr wściekle przegina drzewa i krzewy. Bawi się nimi niby trawkami.  Nasłuchuję poświstów i jęków dochodzących z komina, klekotania blach na dachu. Na naszej stareńkiej lipie nie ostał się już ani jeden listek. Coraz mniej kolorów na okolicznych łąkach. Przyroda szykuje się do zwyczajnego o tej porze roku przeistoczenia. Tylko modrzew nadal zielony, jakby nie czuł jeszcze zbliżającej się zimy albo jakby oznajmiał wszystkim, że jeszcze nie pora na  wielkie ochłodzenie. Jakby buntował się przeciw tym zmianom, którym tak posłusznie poddają się inne rośliny. Jednak i on w końcu zżółknie. Opadną jego mięciutkie igiełki i nagi stawić będzie musiał czoła mrozom, dujawicom oraz śnieżycom, pogodzić się z tym, co nieuniknione…


      W jednym z komentarzy pod poprzednim postem wspomniałam o ukochanej książce mego dzieciństwa, „Dziewczynce spoza szyby” Jadwigi Ruth  - Charlewskiej.  Dawno temu Mama, siedząc przy moim łóżku czytała mi ją w długie, zimowe wieczory. Byłam chorowitym, wciąż zapadającym na dolegliwości układu oddechowego albo na zapalenia uszu, anemicznym dzieciakiem. Mama na pociechę wypożyczała wówczas dla mnie z biblioteki najpiękniejsze baśnie i opowieści. A gdy otwarto na naszym osiedlu księgarnię jednym z pierwszych zakupów Mamy była właśnie owa „Dziewczynka spoza szyby”. Przypominam sobie jak obie pochylałyśmy się nad zawartymi w niej czarno-białymi, rysowanymi delikatną kreską ilustracjami.  Jak sięgałam potem po ołówek i nieporadnie próbowałam rysować wielkookie, poważne twarze dziecięce. W późniejszych latach z zapartym tchem, po wielekroć przewracałam strony tej lektury sama. Wzruszała mnie opowieść o mieszkającej w Krakowie, chorej na Heinego-Medina Elżuni, która dzięki pomocy harcerzy oraz mądrym wsparciu pisarza, pana Andrzeja odzyskuje wiarę w siebie, zaczyna inaczej spoglądać na otaczających ją ludzi, nabiera siły by zmienić swą codzienność, by stać się radosnym, samodzielnym, nie lękającym się świata dzieckiem.
   Przypomniawszy sobie o tej opowieści nabrałam chęci by przeczytać ją ponownie. Przekonać się, czy nadal będą mnie interesować dzieje tej kalekiej dziewczynki, czy trafi do mnie styl historii, której akcja toczy się w surowych, powojennych latach, czy spodoba mi się prostota języka, jakim była napisana, czy dostrzegę w niej coś, czego nie zauważałam jako dziecko. Chciałam też na moment przywołać ten nastrój ciepłego, wspólnego wieczoru z Mamą. Ożywić czas, który bezpowrotnie minął. Musnąć go chociaż poprzez dotyk kartek tej starej lektury…Przekonana byłam, iż znajdę książeczkę na którymś regale, że bez trudu wypatrzę jej charakterystyczną, niebieską, mocno podniszczoną okładkę. Ale choć dokładnie przejrzałam półkę po półce, nie znalazłam upragnionego tomiku. Pewnie nie wzięłam go z domu rodzinnego, pewnie i tam go już nie ma. A szkoda…


   Przeszukując bibliofilskie, internetowe strony znalazłam kilka ciekawych recenzji książki J.Ruth – Charlewskiej. Znalazłam też fragment pochodzący z jej ostatniego rozdziału.  To oszczędny w słowach, lecz bardzo trafiający mi do serca opis nastroju przyjaciela Elżuni, samotnego pana Andrzeja. Kiedyś ów fragment nie wywierał na mnie tak dużego wrażenia. Przede wszystkim obchodziły mnie wówczas losy wychodzącej na prostą dziewczynki. Teraz jednak na wiele rzeczy patrzę inaczej. Wiem już, że nie zawsze da się zwyciężać, że bolesne utraty są nieodłączną częścią życia i zawsze przebywa się poza się za jakąś nieprzekraczalną szybą.  Że los przynosi człowiekowi nie tylko pociechę, nadzieję i tryumf nad ułomnościami, ale także żal, bezradność, gorycz, gniew  a w końcu smutne pogodzenie…Że pozostają wspomnienia, które im bardziej serdeczne są i słodkie, tym bardziej potrafią ranić oraz boleć...Jednak jak dobrze, że są. Dobrze, że są...


   Owładnięta wzruszeniem przeczytałam ów fragment po wielekroć a potem z westchnieniem spojrzałam za okno, gdzie listopadowy wiatr uparcie miotał gałęziami drzew a szarzejące niebo zapowiadało niebawem deszcz…

„Pana Andrzeja ogarnął smutek. Podparł głowę dłońmi. Zamyślił się. Cisnęły się wspomnienia natrętne – dręczące. Kiedyś nie był sam. Był dom, żona, i najmilsza, ukochana córeczka. Lilka lubiła zimę. Pamięta jej różową buźkę, pamięta słowa:
- Tatuś, przewieź mnie na sankach. Taki śnieg.
Z warszawskich Bielan wracali roześmiani, rozbawieni.
Wieczorem, przed snem, Lilka prosiła: - Opowiedz jakąś historię. Ale musi być długa, bardzo długa.
Nie wróci tamten czas.
Wkrótce Boże Narodzenie.
Lata minęły od jej śmierci, ale zapomnieć trudno.
 Jadwiga Ruth-Charlewska, „Dziewczynka spoza szyby”, Wydawnictwo literackie, 1970.
  
  

środa, 2 listopada 2016

Zwykłe kobiety...




   Dzisiaj Zaduszki. Właśnie mija miesiąc od śmierci mojej Mamy...Choćbym nie wiem jak uciekała przed tematem tęsknoty i żalu, to i tak mnie to dopada. Wszystko jeszcze we mnie takie świeże... Kilka lat temu napisałam na bloga tekst o zwykłych kobietach z mojej rodziny. Teraz uzupełniwszy go o nowe  fakty oraz kilka wspomnień publikuję ów tekst ponownie. Bo dzisiaj taki dzień...Bo nie mogę spychać kłębiących się we mnie uczuć w niebyt i udawać czegoś przed sobą...Bo są to w większości dobre wspomnienia...



    Różne losy, kilka podobieństw, kilka różnic...A najważniejsza w tym wszystkim Miłość. To przede wszystkim właśnie ona kształtowała życie tych istot, których historie przeczytacie. Zwykłe kobiety, jakich pełno wokół nas. Niewidzialne na co dzień. Schowane w domowym zaciszu i tam przeżywające swoje pełne drobnych radości i zmartwień Życie. Któż by o nich pamiętał? Któż by o nich chciał pisać? A przecież są, były, będą…

                  Pierwsza z nich - Basia Naiwna. Urodzona przed wojną w biednej, robotniczej rodzinie. Naiwnie ufająca w odmianę losu. Naiwnie wierząca ludziom. Zaczytana w baśniach i romansach. Pisząca własne historie w grubym zeszycie w kratkę. Ilustrująca je lekkimi pociągnięciami ołówka. Więziona w czasie wojny przez Niemców ciężko to odchorowuje. Jedno z jej płuc na zawsze przestaje pracować. Mimo to po wyzwoleniu odzyskuje wiarę w ludzi, w swe marzenia. Spontanicznie biegnie za pierwszą miłością, chcąc uciec przed zaborczą, apodyktyczną matką Zofią. Na zdjęciach z tego okresu wygląda, jak osoba szczęśliwa. Ma śliczne, błyszczące oczy i kunsztownie upiętą fryzurę, modną w latach czterdziestych. Pierwsza miłość jej życia odchodzi jednak i zostawia ją z małą córeczką, Hanią. Nie mając gdzie się podziać Basia wraca do matki. Razem wychowują  Hanię. Hania trochę boi się tęgiej, cholerycznej z usposobienia babci Zofii, ale i uwielbia ją jednocześnie.  Babcia zawsze ma słój pełen smalcu ze skwarkami. I przymyka oczy, udając że nie widzi gdy łakoma wnuczka małymi paluszkami dokopuje się do skwarków. I trzyma też babcia Zofia zawsze na parapecie cytrynę - produkt zagraniczny i luksusowy. A przy pomocy tej cytryny i ulubionej herbaty Assam zaparza wieczorami dla ich trójki przepyszny, aromatyczny napój. Siedzą wówczas razem przy piecu i spiewają stare, chwytające za serce piosenki...

    Sielanka nie trwa jednak długo. Gdy Hania ma siedem lat Basia odchodzi do nowej miłości. Nowa miłość spogląda na Basię z zachłanną namiętnością i kobieta świata poza nią nie widzi. Rzuca wszystko i pędzi, gdzie tylko on sobie zażyczy. Rodzą się bliźnięta. Amant zamienia się w alkoholika i domowego sadystę. Przerażona Basia, po kilkunastu latach udręki ucieka z dziećmi z powrotem do matki. Po jakimś czasie wreszcie wychodzi na prostą, odzyskuje wolność i mieszkanie, znajduje dobrą pracę, traci jednak pogodę ducha i ufność w dobry los... 

                

    Druga – Hania Promienna. Pasją pulchnej, czarnowłosej Hani było zawsze pisanie, rysowanie, czytanie książek oraz budowanie na podwórku cudownych zamków z piasku, kolorowych szkiełek, kamieni i patyczków. W jednoizbowym mieszkaniu babci Zofii nie za bardzo dało się bawić. Tam albo odbywało się szorowanie piaskiem drewnianej podłogi albo trwało pranie w ogromnej balii i zewsząd buchały nieznośne  kłęby pary. Często też  zbierały się  w ich maleńkim mieszkanku na plotki i na wspólne skubanie pierza sąsiadki - wdowy. Wtedy Hania cichutko siadała w kąciku ze swą książką i przysłuchiwała się wspaniałym historiom o tym, jak to beztrosko i dostatnio żyło się przed wojną. Ale to długo nie zajmowało myśli, bo oto za oknem kolejna pora roku zapraszała do wyjścia, do dzikiej gonitwy z płatkami śniegu, jesiennymi liśćmi albo z wiosennym deszczem...
   Dziewczynka ma paczkę przyjaciół, z którymi biega po chaszczach, zarastających powojenne ruiny i wyśpiewuje na cały głos ulubione, radzieckie piosenki. Jednego razu skacząc radośnie  po majowych kałużach wpada jedną nóżką między pręty przerdzewiałej studzienki kanalizacyjnej. A im mocniej usiłuje się wyswobodzić, tym bardziej klinuje sie w raniącym skórę żelastwie. Uwięźnięta płacze z bólu i strachu przed zdążającą właśnie w jej kierunku srogą babunią. Babcia Zofia nie zwykła przecież nigdy rozczulać się nad skłonną do ulegania co i rusz różnym wypadkom wnuczką.

- Utrapienie tylko z tą małą! Zamiast bawić sie grzecznie w domu to włazi tam, gdzie nie trzeba!Ileż to się nakrzyczałam na tę żywą jak srebro Hanię. Oj, będzie następne lanie! Trudno!  - gderała zawsze w takich razach babka Zofia.
   I oto korpulentna Zofia wezwana na pomoc przez podwórkowych urwisów nadciąga popędzając przed  sobą znajomego hydraulika.Po kilkunastu minutach piłowania przerdzewiałych prętow Hania jest wolna. Od razu dostaje kilka mocnych klapsów od babci. Jednak chwilę potem zasmarkana i brudna jak nieboskie stworzenie, ale bardzo szczęśliwa tonie w szorstkim uścisku swej zatroskanej opiekunki.

- No nic, do lekarza trzeba natychmiast iść żeby Ci się jakaś infekcja nie wdała! - mówi wreszcie swym zwykłym, zrzędliwym głosem Zofia i prowadzi wnuczkę do starego, znanego jeszcze sprzed wojny doktora. Ten opatrzywszy zranioną nóżkę Hani spogląda z uwagą w oczy babci.
- To dziecko będzie miało w przyszłości duże problemy z nogami. Proszę na nią uważać. Wcześnie mogą pojawić się żylaki albo i co poważniejszego...

   Hania zapamiętuje ostrzeżenie doktora na zawsze. Przyszłe jej życie pokaże, niestety, jak te jego słowa były prorocze...Ale na razie ta śliczna, kruczowłosa dziewuszka jeszcze jest mała, beztroska, ufna i pełna marzeń. Jeszcze wszystko przed nią. Teraz właśnie głośno zaburczało jej w brzuszku. A przecież w domu, w kamionkowym słoju czeka na parapecie smalec ze skwarkami. Obok stoi dzbanuszek z gęstą smietaną a na piecu zostało trochę pachnącego kompotu z jabłek...Mniam!

   Tak toczy się zwyczajne życie i trwa przeplatanka dobrych i złych chwil. Dziewczynka rozpaczliwie tęskni za matką. Nawet za cenę szykan i prześladowań ze strony ojczyma odwiedza ukradkiem Basię. Chowa się pod łóżkiem, gdy ojczym wraca do domu. Ucieka, gdy ten zmożony kolejnymi kieliszkami wódki zasypia z głośnym chrapaniem. Kiedyś wyszła spod tego łóżka za szybko. Nigdy nie zapomni tego, co się wówczas stało…

   Kilkunastoletnia Hania pewnego pogodnego dnia spotyka w tramwaju Henryczka - swego księcia z bajki, pochodzącego z Kresów dobrego, przystojnego chłopca. Tenże z miejsca zachwycił się jej promiennością, szczerością, cygańską urodą a nawet nieco zbyt obfitymi kształtami. Zakochani w sobie bez reszty szybko się pobierają i razem budują swój maleńki, szczęśliwy świat. Stanowczy i zapobiegliwy Henryczek dba o młodziutką żonę i o dwoje dzieci, które wkrótce przychodzą na świat. Kilka lat później Hania dopieszcza ich pierwsze wspólne, małe mieszkanie. W lodówce stoi ulubiony przez wszystkich smalec ze skwarkami. W szufladce kuchennego stołu Hania trzyma niepozorny zeszyt w kratkę a gdy wszyscy wieczorem już zasną otwiera go i uśmiecha się do siebie rozmarzona...Pisze wiersze, kreśli delikatne szkice. Zbiera najciekawsze numery czasopism.
   Z radością sprząta, gotuje, prasuje i pierze w swej supernowoczesnej pralce - Frani. Dużo czyta i śpiewa. Nareszcie czuje się pewnie. Nareszcie u siebie. Tylko nocami czasem budzi się z płaczem. Śni się jej ojczym, który siłą wyciaga ją spod łóżka...

    Dla dzieci Hania jest najbliższą osobą i powiernicą. Miękka i wrażliwa często się wzrusza, przeżywając ciężko każde ostrzejsze słowo męża, każde szkolne niepowodzenie dzieci. Codziennie z lękiem żegna swego ukochanego Henryczka, gdy ten wyrusza na szychtę do kopalni. Tyle tam niebezpieczeństw, tyle wciąż strasznych wypadków się zdarza...Najgorsze są nocki, gdy go nie ma w domu. Wówczas Hania długo nie kładzie się spać. Krąży po kuchni. Sprząta. Wpatruje się niewidzącym wzrokiem w ekran telewizora. Po raz kolejny otwiera lodówkę. Zajada swoje lęki. Coraz bardziej tyje a pokryte żylakami, spuchniete nogi z trudem dźwigają jej ciężkie ciało...

    Hania jest najlepszą przyjaciółką syna oraz małomównej córki, nadwrażliwej Doroty. Troszczy się także o swoje przyrodnie rodzeństwo, zauważając w nim ze smutkiem wiele cech ojczyma. Co roku dla najbliższej rodziny i przyjaciół wyprawia w swym małym mieszkanku radosne, wspólne z mężem imieniny. Pełno na nich domowej roboty smakołyków (ach, te jej pieczone kurczaki, niezapomniane placki ziemniaczane czy sałatki jarzynowe!) wspólnego śmiechu, wspomnień, głośnych rozmów i śpiewów.Wszyscy dobrze czują się w towarzystwie tej serdecznej gospodyni. Mimo dużej ilości obowiązków Hania zawsze znajduje czas by porozmawiać z każdym na osobności, wysłuchać zwierzeń, coś doradzić, przytulić...

   Basia, jej matka jest bardzo częstym gościem domu Hani.  Jedyne, czego Hania nie potrafi zaakceptować to skłonności Basi do nieustannego udzielania rad. Do wtrącania się w jej małżeństwo. 

- Dlaczego sama nie słuchałaś rad babci, gdy ostrzegała Cię byś nie wychodziła za tego sadystę? Dlaczego wolałaś jego zamiast mnie? – woła pewnego dnia Hania, urażając tym do żywego matkę i sprawiając, że na jakiś czas ich kontakty ulegają ochłodzeniu. Potem, na szczęście, wszystko wraca do normy. Basia spędza u Hani coraz więcej czasu, grzejąc się w cieple jej domowego ogniska i nie próbując już wywierać nacisku na sprawy tego domu.

   Razem opiekują się babką Hani – Zofią. Jest prawie osiemdziesięcioletnią staruszką i nic już w niej nie zostało z dawnej tuszy, werwy oraz apodyktyzmu. Babka choruje na sklerozę. Węszy wokół siebie spisek.  Brzydzi się zjeść cokolwiek, co przygotuje jej córka czy wnuczka. Tylko męża Hani, jako nieźle zarabiającego górnika jeszcze poważa.. Jednak bez opamiętania trwoni jego w trudzie i znoju zarobione na kopalni pieniądze. Powoli traci kontakt z rzeczywistością. Nie poznaje córki i wnuczki. Nocami wymyka się z domu i krąży po mieście. Pewnego dnia chce zabrać ze sobą małego prawnuczka. Hania o drugiej w nocy widzi, jak jej babka ciągnie gdzieś ze sobą jej synka, który półżywy od senności nawet nie oponuje. Od tej chwili wszystko musi się zmienić. Zofia zostaje przewieziona do szpitala psychiatrycznego. Tam, nagle odzyskuje pamięć i rozsądek. Płacze – Zabierzcie mnie stąd! – woła – Ja nie chcę tu być. Błagam!

   Hania i Basia wychodzą z sali szpitalnej ze ściśniętymi, pełnymi wyrzutów sumienia sercami. Przecież obie bardzo kochają Zofię. Są jej wdzięczne za wszystko, za całą pomoc, jakiej obie od niej w życiu doznały. Rozmawiają z lekarzem. Ten radzi poczekać. Trzeba podleczyć babkę. Trzeba odpocząć od tego wiecznego młyna w domu, który im ostatnio wciąż rozkręcała.

   Tydzień potem Zofia ucieka ze szpitala. Nie wiadomo, w jaki sposób dociera do odległego o czterdzieści kilometrów domu Hani. Płacze, skamle wręcz, by jej nie odsyłać. Zostaje, ale kilka dni potem kołomyja się powtarza. Jest jeszcze gorzej niż wcześniej. Zofia kradnie schowane na czarną godzinę pieniądze swej wnuczki. Pali je w łazience, jako narzędzie szatana. Wybucha pożar. Na szczęście, szybko daje się go ugasić. Znowu karetka pogotowia zabiera ją do znajomego szpitala. W niedługi czas potem Zofia umiera na zapalenie płuc…
   Hania i Basia ciężko przeżywają to zdarzenie. Nie potrafią się wyzwolić od wyrzutów sumienia. Wciąż rozmawiają o tym, że babka na pewno by żyła, gdyby jej jednak nie oddawać do szpitala.


     Kilkanaście lat później pojawia się w życiu Basi Naiwnej późna, jesienna, ostatnia miłość. Wraz z nią przychodzi oparcie, spokój i najcenniejsza rzecz pod słońcem – przyjaźń. Mąż jest spełnieniem jej marzeń. Jest odpowiedzią na prośby małej Basi o prawdziwe uczucie i spokój rodzinny. Jednak żadna baśń nie trwa wiecznie. Mąż Basi, namiętny palacz tytoniu, umiera po krótkiej, wyniszczającej chorobie płuc. Basia nie potrafi odzyskać już blasku i napędu do działania. Coś tam jeszcze pisze, coś tam rysuje, lecz nic do końca nie zapełnia jej myśli. Jest kochaną przez dzieci i wnuki babcią, lecz przy tym samotną osobą. Straszliwie samotną, gdyż tęsknota za ukochanym mężem zamiast gasnąć nasila się…Zaczyna się u niej depresja. Pojawia się dziwny rodzaj zapominania słów, imion i znaczenia czynności. Serce Basi trzepocze lękliwie, niemiarowo. Jedyne czynne po ciężkich przeżyciach wojennych płuco coraz mniej ma sił by odżywiać tlenem niknące w oczach ciało.

   Jej córka Hania Promienna robi wszystko, co może, by zadbać o matkę. Jednak zrobić można niewiele, gdyż choroba postępuje bardzo szybko. W chwilach przejaśnień, w tych rzadkich momentach, gdy Basia pamięta, kto jest kim i wraca jej dawny charakter oraz miły nastrój siadają razem w kuchni i nucą rzewne piosenki, pamiętane z dzieciństwa. Te same, które niegdyś spiewała z nimi babka Zofia. "O mój rozmarynie, rozwijaj się...", "Na Podolu biały kamień, Podolanka siedzi na nim...". I te nowsze, których słowa przenikają do sedna duszy - "Człowieczy los", "Och, życie kocham Cię nad życie"...
   Córka Hani, Dorotka siaduje razem z nimi. Przytula się do mamy i babci. Nuci razem z nimi. Szczęśliwa i niepragnąca niczego więcej, ponadto by ta chwila trwała, by ta cudowna jedność trzech pokoleń kobiet nigdy się nie skończyła. Czuje się w tej kuchni tak bezpieczna, tak spokojna…

   Minęły lata. Nie ma już Basi Naiwnej. Dorota jest matką dorosłej córki Aldony. Hania Promienna choruje. Już nie ma siły, by pomagać komukolwiek. Teraz sama potrzebuje pomocy. Przewlekłe, wrzodziejące zapalenie podudzi sprawia, że musi się faszerować coraz większymi dawkami leków przeciwbólowych. Potem dołączają się inne, na pozór błahe dolegliwości. Mimo to Hania nadal dużo czyta, ogląda namiętnie seriale telewizyjne, interesuje się światem, dla każdego ma dobre słowo i uśmiech. Sama już nic nie pisze, lecz dopinguje do pisania córkę Dorotę i wnuczkę Aldonę. Wierzy w nie bardziej niż one w siebie same. Ofiarowuje im bezustannie swe ciepło, zrozumienie i bezgraniczną miłość. Kocha zwierzęta i zawsze przy jej fotelu czy łóżku czuwa jakiś uwielbiający ją kot albo pies. Ale Hania cierpi, coraz bardziej cierpi i słabnie z każdym dniem. Już nie cieszy jej późnowrześniowe słońce...


Post scriptum.

   Wreszcie pewnej pogodnej, październikowej niedzieli cierpienie Hani się kończy. Jej umęczona bólem twarz wygładza się. Zrozpaczonym bliskim zdaje się nawet, że po śmierci pojawił się na ustach Hani cień uśmiechu. Promiennego jak nadzieja i ulga. Jak prawdziwa miłość, która nie umiera nigdy...

   A świat pędzi naprzód. Życie przynosi nowe troski, radości, blaski i smutki. Wszystko się zmienia, choć na pozór wszystko jest takie samo a historia zwykłych kobiet z tej rodziny, tych które pozostały, mimo wszystko toczy się nadal…

   Wszystkie imiona w tej opowieści są wymyślone. Także niektóre opisane zdarzenia nie do końca odpowiadają rzeczywistości. Opowieści o Henryczku, mężu Hani można przeczytać na pomarańczowej zakładce u góry bloga... 



I jeszcze na koniec wiersz. Napisałam go wczoraj...


Wiatr zaszumiał, zapłakał
Okno w sypialni trzasnęło
Z fałdów zielonego ręcznika
Wyfrunęła spłoszona ćma
Tyle jest znaków...
Czy to Ty Mamo?
Ćma chroni się w półcieniu
Nie boi się mnie wcale
Czy to Ty Mamo?
Dokoła gęsta mgła... 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost