Dzisiaj Zaduszki. Właśnie mija miesiąc od śmierci mojej Mamy...Choćbym nie wiem jak uciekała przed tematem tęsknoty i żalu, to i tak mnie to dopada. Wszystko jeszcze we mnie takie świeże... Kilka lat temu napisałam na bloga tekst o zwykłych kobietach z mojej rodziny. Teraz uzupełniwszy go o nowe fakty oraz kilka wspomnień publikuję ów tekst ponownie. Bo dzisiaj taki dzień...Bo nie mogę spychać kłębiących się we mnie uczuć w niebyt i udawać czegoś przed sobą...Bo są to w większości dobre wspomnienia...
Różne losy, kilka podobieństw, kilka różnic...A
najważniejsza w tym wszystkim Miłość. To przede wszystkim właśnie ona kształtowała życie tych istot,
których historie przeczytacie.
Zwykłe kobiety, jakich pełno wokół nas. Niewidzialne na co dzień. Schowane w
domowym zaciszu i tam przeżywające swoje pełne drobnych radości i zmartwień Życie.
Któż by o nich pamiętał? Któż by o nich chciał pisać? A przecież są, były, będą…
Pierwsza z nich - Basia Naiwna. Urodzona przed
wojną w biednej, robotniczej rodzinie. Naiwnie ufająca w odmianę losu. Naiwnie
wierząca ludziom. Zaczytana w baśniach i romansach. Pisząca własne historie w
grubym zeszycie w kratkę. Ilustrująca je lekkimi pociągnięciami ołówka. Więziona w czasie wojny przez Niemców ciężko to odchorowuje. Jedno z jej płuc na zawsze przestaje pracować. Mimo to po wyzwoleniu odzyskuje wiarę w ludzi, w swe marzenia. Spontanicznie biegnie
za pierwszą miłością, chcąc uciec przed zaborczą, apodyktyczną matką Zofią. Na
zdjęciach z tego okresu wygląda, jak osoba szczęśliwa. Ma śliczne, błyszczące
oczy i kunsztownie upiętą fryzurę, modną w latach czterdziestych. Pierwsza miłość jej
życia odchodzi jednak i zostawia ją z małą córeczką, Hanią. Nie mając gdzie
się podziać Basia wraca do matki. Razem wychowują Hanię. Hania trochę boi się
tęgiej, cholerycznej z usposobienia babci Zofii, ale i uwielbia ją jednocześnie. Babcia zawsze ma słój pełen smalcu ze
skwarkami. I przymyka oczy, udając że nie widzi gdy łakoma wnuczka małymi
paluszkami dokopuje się do skwarków. I trzyma też babcia Zofia zawsze na parapecie
cytrynę - produkt zagraniczny i luksusowy. A przy pomocy tej cytryny i
ulubionej herbaty Assam zaparza wieczorami dla ich trójki przepyszny, aromatyczny
napój. Siedzą wówczas razem przy piecu i spiewają stare, chwytające za serce piosenki...
Sielanka nie trwa jednak długo. Gdy Hania ma siedem lat Basia
odchodzi do nowej miłości. Nowa miłość spogląda na Basię z zachłanną
namiętnością i kobieta świata poza nią nie widzi. Rzuca wszystko i pędzi, gdzie
tylko on sobie zażyczy. Rodzą się bliźnięta. Amant zamienia się w alkoholika i domowego
sadystę. Przerażona Basia, po kilkunastu latach udręki ucieka z dziećmi z
powrotem do matki. Po jakimś czasie wreszcie wychodzi na prostą, odzyskuje wolność i mieszkanie, znajduje dobrą pracę, traci jednak pogodę ducha i ufność w dobry los...
Druga – Hania Promienna. Pasją pulchnej, czarnowłosej Hani było zawsze pisanie, rysowanie, czytanie
książek oraz budowanie na podwórku cudownych zamków z piasku, kolorowych
szkiełek, kamieni i patyczków. W jednoizbowym mieszkaniu babci Zofii nie za bardzo dało się
bawić. Tam albo odbywało się szorowanie piaskiem drewnianej podłogi albo trwało
pranie w ogromnej balii i zewsząd buchały nieznośne kłęby pary. Często
też zbierały się w ich maleńkim mieszkanku na plotki i na
wspólne skubanie pierza sąsiadki - wdowy. Wtedy Hania cichutko siadała w
kąciku ze swą książką i przysłuchiwała się wspaniałym historiom o tym, jak to
beztrosko i dostatnio żyło się przed wojną. Ale to długo nie zajmowało myśli, bo oto za oknem kolejna pora roku zapraszała do wyjścia, do dzikiej gonitwy z płatkami śniegu, jesiennymi liśćmi albo z wiosennym deszczem...
Dziewczynka ma paczkę przyjaciół, z którymi biega po
chaszczach, zarastających powojenne ruiny i wyśpiewuje na cały głos ulubione,
radzieckie piosenki. Jednego razu skacząc radośnie po majowych kałużach wpada jedną nóżką między pręty przerdzewiałej studzienki kanalizacyjnej. A im mocniej usiłuje się wyswobodzić, tym bardziej klinuje sie w raniącym skórę żelastwie. Uwięźnięta płacze z bólu i strachu przed zdążającą właśnie w jej kierunku srogą babunią. Babcia Zofia nie zwykła przecież nigdy rozczulać się nad skłonną do ulegania co i rusz różnym wypadkom wnuczką.
- Utrapienie tylko z tą małą! Zamiast bawić sie grzecznie w domu to włazi tam, gdzie nie trzeba!Ileż to się nakrzyczałam na tę żywą jak srebro Hanię. Oj, będzie następne lanie! Trudno! - gderała zawsze w takich razach babka Zofia.
I oto korpulentna Zofia wezwana na pomoc przez podwórkowych urwisów nadciąga popędzając przed sobą znajomego hydraulika.Po kilkunastu minutach piłowania przerdzewiałych prętow Hania jest wolna. Od razu dostaje kilka mocnych klapsów od babci. Jednak chwilę potem zasmarkana i brudna jak nieboskie stworzenie, ale bardzo szczęśliwa tonie w szorstkim uścisku swej zatroskanej opiekunki.
- No nic, do lekarza trzeba natychmiast iść żeby Ci się jakaś infekcja nie wdała! - mówi wreszcie swym zwykłym, zrzędliwym głosem Zofia i prowadzi wnuczkę do starego, znanego jeszcze sprzed wojny doktora. Ten opatrzywszy zranioną nóżkę Hani spogląda z uwagą w oczy babci.
- To dziecko będzie miało w przyszłości duże problemy z nogami. Proszę na nią uważać. Wcześnie mogą pojawić się żylaki albo i co poważniejszego...
Hania zapamiętuje ostrzeżenie doktora na zawsze. Przyszłe jej życie pokaże, niestety, jak te jego słowa były prorocze...Ale na razie ta śliczna, kruczowłosa dziewuszka jeszcze jest mała, beztroska, ufna i pełna marzeń. Jeszcze wszystko przed nią. Teraz właśnie głośno zaburczało jej w brzuszku. A przecież w domu, w kamionkowym słoju czeka na parapecie smalec ze skwarkami. Obok stoi dzbanuszek z gęstą smietaną a na piecu zostało trochę pachnącego kompotu z jabłek...Mniam!
Tak toczy się zwyczajne życie i trwa przeplatanka dobrych i złych chwil. Dziewczynka
rozpaczliwie tęskni za matką. Nawet za cenę szykan i prześladowań ze strony ojczyma odwiedza
ukradkiem Basię. Chowa się pod łóżkiem, gdy ojczym wraca do domu. Ucieka, gdy
ten zmożony kolejnymi kieliszkami wódki zasypia z głośnym chrapaniem. Kiedyś
wyszła spod tego łóżka za szybko. Nigdy nie zapomni tego, co się wówczas stało…
Kilkunastoletnia Hania pewnego pogodnego dnia spotyka w tramwaju Henryczka - swego księcia z bajki, pochodzącego z Kresów dobrego, przystojnego chłopca. Tenże z miejsca zachwycił się jej
promiennością, szczerością, cygańską urodą a nawet nieco zbyt obfitymi kształtami.
Zakochani w sobie bez reszty szybko się pobierają i razem budują swój maleńki, szczęśliwy świat. Stanowczy i zapobiegliwy Henryczek dba o młodziutką żonę i o dwoje dzieci, które
wkrótce przychodzą na świat. Kilka lat później Hania dopieszcza ich pierwsze
wspólne, małe mieszkanie. W lodówce stoi ulubiony przez wszystkich smalec ze
skwarkami. W szufladce kuchennego stołu Hania trzyma niepozorny zeszyt w kratkę a gdy
wszyscy wieczorem już zasną otwiera go i uśmiecha się do siebie rozmarzona...Pisze wiersze, kreśli delikatne szkice. Zbiera najciekawsze numery czasopism.
Z radością sprząta, gotuje, prasuje i pierze w swej supernowoczesnej
pralce
- Frani. Dużo czyta i śpiewa. Nareszcie czuje się pewnie. Nareszcie u siebie.
Tylko nocami czasem budzi się z płaczem. Śni się jej ojczym, który siłą
wyciaga ją spod łóżka...
Dla dzieci Hania jest najbliższą osobą i powiernicą. Miękka i wrażliwa często się wzrusza, przeżywając
ciężko każde ostrzejsze słowo męża, każde szkolne niepowodzenie dzieci. Codziennie z lękiem żegna swego ukochanego Henryczka, gdy ten wyrusza na szychtę do kopalni. Tyle tam niebezpieczeństw, tyle wciąż strasznych wypadków się zdarza...Najgorsze są nocki, gdy go nie ma w domu. Wówczas Hania długo nie kładzie się spać. Krąży po kuchni. Sprząta. Wpatruje się niewidzącym wzrokiem w ekran telewizora. Po raz kolejny otwiera lodówkę. Zajada swoje lęki. Coraz bardziej tyje a pokryte żylakami, spuchniete nogi z trudem dźwigają jej ciężkie ciało...
Hania jest najlepszą
przyjaciółką syna oraz małomównej córki, nadwrażliwej Doroty. Troszczy się także o
swoje przyrodnie rodzeństwo, zauważając w nim ze smutkiem wiele cech ojczyma. Co roku dla najbliższej rodziny i przyjaciół wyprawia w swym małym mieszkanku radosne, wspólne z mężem imieniny. Pełno na nich domowej roboty smakołyków (ach, te jej pieczone kurczaki, niezapomniane placki ziemniaczane czy sałatki jarzynowe!) wspólnego śmiechu, wspomnień, głośnych rozmów i śpiewów.Wszyscy dobrze czują się w towarzystwie tej serdecznej gospodyni. Mimo dużej ilości obowiązków Hania zawsze znajduje czas by porozmawiać z każdym na osobności, wysłuchać zwierzeń, coś doradzić, przytulić...
Basia, jej matka jest bardzo częstym gościem domu Hani. Jedyne, czego Hania nie potrafi zaakceptować
to skłonności Basi do nieustannego udzielania rad. Do wtrącania się w jej
małżeństwo.
- Dlaczego sama nie słuchałaś rad babci, gdy ostrzegała Cię byś nie wychodziła
za tego sadystę? Dlaczego wolałaś jego zamiast mnie? – woła pewnego dnia Hania, urażając tym do żywego matkę i sprawiając, że na jakiś czas ich
kontakty ulegają ochłodzeniu. Potem, na szczęście, wszystko wraca do normy.
Basia spędza u Hani coraz więcej czasu, grzejąc się w cieple jej domowego
ogniska i nie próbując już wywierać nacisku na sprawy tego domu.
Razem opiekują się babką Hani – Zofią. Jest prawie osiemdziesięcioletnią
staruszką i nic już w niej nie zostało z dawnej tuszy, werwy oraz apodyktyzmu. Babka
choruje na sklerozę. Węszy wokół siebie spisek.
Brzydzi się zjeść cokolwiek, co przygotuje jej córka czy wnuczka. Tylko
męża Hani, jako nieźle zarabiającego górnika jeszcze poważa.. Jednak bez opamiętania trwoni jego w trudzie i znoju zarobione na kopalni pieniądze. Powoli traci kontakt z rzeczywistością. Nie poznaje
córki i wnuczki. Nocami wymyka się z domu i krąży po mieście. Pewnego dnia chce
zabrać ze sobą małego prawnuczka. Hania o drugiej w nocy widzi, jak jej babka
ciągnie gdzieś ze sobą jej synka, który półżywy od senności nawet nie oponuje. Od
tej chwili wszystko musi się zmienić. Zofia zostaje przewieziona do szpitala
psychiatrycznego. Tam, nagle odzyskuje pamięć i rozsądek. Płacze – Zabierzcie mnie
stąd! – woła – Ja nie chcę tu być. Błagam!
Hania i Basia wychodzą z sali szpitalnej ze ściśniętymi, pełnymi
wyrzutów sumienia sercami. Przecież obie bardzo kochają Zofię. Są jej wdzięczne za
wszystko, za całą pomoc, jakiej obie od niej w życiu doznały. Rozmawiają z lekarzem.
Ten radzi poczekać. Trzeba podleczyć babkę. Trzeba odpocząć od tego wiecznego
młyna w domu, który im ostatnio wciąż rozkręcała.
Tydzień potem Zofia ucieka ze szpitala. Nie wiadomo, w jaki sposób dociera
do odległego o czterdzieści kilometrów domu Hani. Płacze, skamle wręcz, by jej
nie odsyłać. Zostaje, ale kilka dni potem kołomyja się powtarza. Jest jeszcze
gorzej niż wcześniej. Zofia kradnie schowane na czarną godzinę pieniądze swej
wnuczki. Pali je w łazience, jako narzędzie szatana. Wybucha pożar. Na szczęście,
szybko daje się go ugasić. Znowu karetka pogotowia zabiera ją do znajomego
szpitala. W niedługi czas potem Zofia umiera na zapalenie płuc…
Hania i Basia ciężko przeżywają to zdarzenie. Nie potrafią się wyzwolić od
wyrzutów sumienia. Wciąż rozmawiają o tym, że babka na pewno by żyła, gdyby jej
jednak nie oddawać do szpitala.
Kilkanaście lat później pojawia się w życiu Basi Naiwnej późna, jesienna,
ostatnia miłość. Wraz z nią przychodzi oparcie, spokój i najcenniejsza rzecz pod
słońcem
– przyjaźń. Mąż jest spełnieniem jej marzeń. Jest odpowiedzią na prośby
małej
Basi o prawdziwe uczucie i spokój rodzinny. Jednak żadna baśń nie trwa
wiecznie. Mąż Basi, namiętny palacz tytoniu, umiera po krótkiej, wyniszczającej chorobie płuc. Basia
nie
potrafi odzyskać już blasku i napędu do działania. Coś tam jeszcze
pisze, coś
tam rysuje, lecz nic do końca nie zapełnia jej myśli. Jest
kochaną
przez dzieci i wnuki babcią, lecz przy tym samotną osobą. Straszliwie samotną,
gdyż tęsknota za ukochanym mężem zamiast gasnąć nasila się…Zaczyna się u niej
depresja.
Pojawia się dziwny rodzaj zapominania słów, imion i znaczenia czynności.
Serce Basi trzepocze lękliwie, niemiarowo. Jedyne czynne po ciężkich
przeżyciach wojennych płuco coraz mniej ma sił by odżywiać tlenem
niknące w oczach ciało.
Jej córka Hania
Promienna robi wszystko, co może, by zadbać o matkę. Jednak zrobić
można niewiele,
gdyż choroba postępuje bardzo szybko. W chwilach przejaśnień, w tych
rzadkich
momentach, gdy Basia pamięta, kto jest kim i wraca jej dawny charakter
oraz
miły nastrój siadają razem w kuchni i nucą rzewne piosenki, pamiętane z
dzieciństwa. Te same, które niegdyś spiewała z nimi babka Zofia. "O mój
rozmarynie, rozwijaj się...", "Na Podolu biały kamień, Podolanka siedzi
na nim...". I te nowsze, których słowa przenikają do sedna duszy - "Człowieczy los", "Och, życie kocham Cię nad życie"...
Córka Hani, Dorotka siaduje razem z nimi. Przytula się do mamy i babci. Nuci razem z nimi. Szczęśliwa i
niepragnąca niczego więcej, ponadto by ta chwila trwała, by ta cudowna jedność trzech
pokoleń kobiet nigdy się nie skończyła. Czuje się w tej kuchni tak bezpieczna,
tak spokojna…
Minęły lata. Nie ma już Basi Naiwnej. Dorota jest matką dorosłej córki
Aldony. Hania Promienna choruje. Już nie ma siły, by pomagać
komukolwiek. Teraz sama
potrzebuje pomocy. Przewlekłe, wrzodziejące zapalenie podudzi sprawia,
że musi się faszerować coraz większymi dawkami leków przeciwbólowych.
Potem dołączają się inne, na pozór błahe dolegliwości. Mimo to Hania nadal dużo czyta, ogląda namiętnie seriale telewizyjne,
interesuje się światem, dla każdego ma dobre słowo i uśmiech. Sama już
nic nie pisze, lecz dopinguje do pisania córkę Dorotę i wnuczkę Aldonę.
Wierzy w nie bardziej niż one w siebie same. Ofiarowuje im bezustannie swe ciepło, zrozumienie i bezgraniczną miłość. Kocha zwierzęta i zawsze
przy jej fotelu czy łóżku czuwa jakiś uwielbiający ją kot albo pies. Ale Hania cierpi, coraz bardziej cierpi i słabnie z każdym dniem. Już nie cieszy jej późnowrześniowe słońce...
Post scriptum.
Wreszcie pewnej pogodnej, październikowej niedzieli cierpienie Hani
się kończy. Jej umęczona bólem twarz wygładza się. Zrozpaczonym bliskim zdaje się
nawet, że po śmierci pojawił się na ustach Hani cień uśmiechu.
Promiennego jak nadzieja i ulga. Jak prawdziwa miłość, która nie umiera
nigdy...
A świat pędzi naprzód. Życie przynosi nowe troski, radości,
blaski i smutki. Wszystko się zmienia, choć na pozór wszystko jest takie samo a historia zwykłych kobiet z tej
rodziny, tych które pozostały, mimo wszystko toczy się nadal…
Wszystkie imiona w tej opowieści są wymyślone. Także niektóre opisane zdarzenia nie do końca odpowiadają rzeczywistości. Opowieści o Henryczku, mężu Hani można przeczytać na pomarańczowej zakładce u góry bloga...
I jeszcze na koniec wiersz. Napisałam go wczoraj...
Wiatr zaszumiał, zapłakał
Okno w sypialni trzasnęło
Z fałdów zielonego ręcznika
Wyfrunęła spłoszona ćma
Tyle jest znaków...
Czy to Ty Mamo?
Ćma chroni się w półcieniu
Nie boi się mnie wcale
Czy to Ty Mamo?