Spotkałam
niedawno przypadkiem pewną staruszkę. Widziałam ją pierwszy i pewnie ostatni
raz w życiu, ale kilka zadań, które wymieniłyśmy silnie zawibrowały w mojej
duszy i obudziły mnóstwo uczuć i refleksji. A choć wokół trwał i wciąż trwa
wspaniały, listopadowy spektakl wyrazistych barw, radosnych promieni i
malowniczych przeistoczeń, to właśnie owo przypadkowe spotkanie najmocniej
zapadło mi w serce. Jesienna rozmowa o samotności, przemijaniu, bezradności i
nadziei…
Pośród złocistości
i oranżu brzozowo - dębowej alei zbliżała się do mnie maleńka, lekko przygarbiona
postać. Najpierw pomyślałam, że to dziewczynka. Tak była drobna, chudziutka
wręcz a przy tym o wiele ode mnie niższa. Ubrana w kremowy w odcieniu płaszcz i
niebieską czapeczkę, spod której wystawały bialutkie i zwiewne, podobne do
babiego lata kosmyki maszerowała powoli wystawiając twarz do słońca. Przyjrzałam
się bliżej i dostrzegłam, że to jednak stara, poznaczona siatką zmarszczek i
bruzd kobieta. Jednak oczy lśniły jej młodzieńczym nieledwie blaskiem. Dawno
takiego blasku u nikogo nie widziałam. Wydało mi się nawet, iż mam przed sobą
przebraną za staruszkę dziewczynkę.
- Och, jakie ładne psy! I dzień taki cudowny. Nie
pamiętam tak słonecznego początku listopada! – zagadnęła przystając obok. Psy i pogoda bywają
wszak najczęstszym pretekstem do zamienienia kilku zdań z obcymi sobie ludźmi.
- A skąd się takie śliczne pieski bierze? – zapytała uśmiechając
się z czułością do zajętych wąchaniem czegoś w trawie psów.
Opowiedziałam
jej pokrótce ich historię a ona słuchając uważnie kręciła głową z podziwem i
wzruszeniem.
- Przydałaby mi się taka psinka, jakaś żywa istota w
domu, bo nieraz ciężko tak samej… - westchnęła w końcu a jej pogodne dotąd
spojrzenie zamgliło się falą niechcianych łez.
- Pieska zawsze można przecież wziąć… – szepnęłam pełna
współczucia, domyślając się natychmiast, co mogło być przyczyną jej smutku.
Widać było wyraźnie, że kobieta pragnie zamienić kilka słów. Mówić cokolwiek,
byleby miała do kogo mówić. Wylać z siebie odrobinę uczuć, z którymi zmaga się na
co dzień. Nie chciałam pytać o dzieci czy wnuki. Często jest to przecież
drażliwy temat. Jeśli ta kobieta będzie chciała, to sama coś o nich wspomni.
- Za stara już jestem na psa. Mam osiemdziesiąt jeden
lat. Serce nawala. Raz czuję się lepiej, raz gorzej. Bywają dni, że w ogóle nie
mam siły ani ochoty zwlec się z łóżka. I niestety, nie mogłabym zagwarantować
żywej, czującej istocie, że odpowiednio się nią zaopiekuję. Dzisiaj na ten przykład
jest ze mną nieźle. Mam wrażenie, że mogłabym tak iść i iść bez końca. Ale gdy
tylko wrócę do domu zmęczenie mnie powali i nic już więcej nie zrobię –
westchnęła zrezygnowana.
- Pani jest bardzo szczuplutka. Pewnie nie ma pani ochoty
do jedzenia? Przydałyby się jakieś witaminy, suplementy, środki na pobudzenie
apetytu. Może wtedy udałoby się nabrać siły? – spojrzałam serdecznie w jej błękitne,
otoczone siateczką drobnych zmarszczek oczy. A patrząc tak pojęłam, że kiedyś
to musiała być naprawdę piękna kobieta. Dotąd jej rysy zachowały w sobie
mnóstwo szlachetności i rzadkiej urody.
- Schudłam tak bardzo przez ostatnie cztery lata. Kiedyś
byłam nawet przy kości a teraz ważę niecałe czterdzieści kilo.
- Nie chce mi się jeść odkąd zostałam sama. Odkąd umarł
mój kochany mąż. Byliśmy razem ponad pięćdziesiąt lat… - zwierzyła się łamiącym
głosem. Serce mi się ścisnęło. Cóż można powiedzieć w takiej chwili. Nie ma
wszak słów, które mogłyby przynieść pocieszenie. Westchnęłam więc tylko i
pogładziłam z troską jej ramię.
- Ale cały czas próbuję! – oświadczyła nagle sztucznie
wesołym tonem.
- Gotuję tak, jak wtedy gdy on żył! Dzisiaj uwarzyłam
ziemniaczki z koperkiem. Do tego rolada wołowa i czerwona kapusta. Pycha! A na
deser cynamonowe ciasteczka! Pachniało na cały dom!
- To wspaniale! Na pewno wszystko było przepyszne! –
uśmiechnęłam się z ulgą, że najgorsze w tej rozmowie już za nami, że staruszka
potrafi jednak odnaleźć jeszcze w życiu jakieś blaski.
- Ale niewiele zjadłam… - odparła znów zgaszona.
- Znowu pewnie wszystko wyląduje w koszu – dodała i ni
stąd ni zowąd zaczęła ściskać nerwowo czy może bezradnie swoje chudziutkie
dłonie i palce.
- Po obiedzie jak zwykle wzięłam się za zmywanie naczyń. I stało się coś strasznego. Ześlizgnęła mi się
z palca obrączka i gdzieś przepadła. Jak mogłam być taka nieostrożna? Szukałam,
szukałam jej wokół wszędzie i nie znalazłam. Przepadła jak kamień w wodę…
- A może to znak od niego? Może zabierze mnie do siebie
już niedługo? – kobieta szybko przeszła od rozpaczliwego smutku do nagłej,
rozświetlającej ją od wewnątrz nadziei. Potem spojrzała gdzieś przed siebie, w
jakąś odległą, lecz pełną upragnionych obietnic dal apo jej policzku potoczyła się srebrzysta,
lśniąca w świetle listopadowego popołudnia łza. A wreszcie ni stąd ni zowąd
uśmiechnęła się promiennie.
- Cieszę się, że mogłyśmy się spotkać i porozmawiać
chwilę. Od razu człowiekowi lepiej jak ma do kogo usta otworzyć! – oświadczyła.
- I już nie będę się martwić tą obrączką. Tak widocznie
miało być… - stwierdziła spokojnie uniósłszy głowę i zerknąwszy mi głęboko w
oczy. Błękitna czapeczka przekrzywiła jej się zawadiacko a w białe włosy staruszki
zaplątało się raptem kilka złotych, brzozowych listków. Wyglądało to tak, jakby
listopadowy wiatr chciał ozdobić ją tym, co miał najlepszego. Listeczki mieniły
się złociście i drżały pośród jej kosmyków niczym najwspanialsze klejnoty.
- I ja się cieszę! – odrzekłam zgodnie z prawdą. Przepełniało
mnie wzruszenie i uczucie wdzięczności, że dane mi było zajrzeć w duszę tej
kobiety, prawie jakbym w swoją zaglądała. W przyszłość, która kiedyś i mnie
dotknie po swojemu. Czas ma przecież swoje własne, tajemnicze plany, ale ich
zapowiedzi i znaki spotyka się często wcześniej na swojej drodze.
- Nic nie dzieje się przypadkiem! – oświadczyłam spontanicznie
a maleńka staruszka pokiwała głową a potem obdarzając mnie oraz psy pogodnym wejrzeniem
pogładziła me dłonie i zaskakująco dziarskim
krokiem odeszła w przeciwnym kierunku znikając szybko pośród żółto-rudego deszczu
opadającego zewsząd jesiennego listowia…
* Ileż już
wierszy stworzono o jesieni! Ile ja sama napisałam! A mimo to znowu zamieszczam
tu kolejny. Chęć napisania jesiennego wiersza ogarnia mnie o podobnej porze jak
silna fala z zewnątrz i jak mocno rezonująca z nią wewnętrzna potrzeba.
Wszystko już było…A jednak póki życie trwa, póki mogę widzieć, słyszeć, czuć i
doznawać, póty chce mi się o tym pisać, robić nowe zdjęcia. Nawet wtedy, gdy
zdaję sobie sprawę, jak wiele podobnych tekstów i fotografii jest już na tym
blogu. Mam bowiem wrażenie, że chociaż
wszystko się powtarza, to przecież nigdy do końca nie jest takie samo…
Wokół bujna i piękna wiosna, pora odrodzenia i powitania. Ale tylko pozornie, bo to czas tak samo dobry jak każdy inny na pożegnania...I co dzień się to dzieje, choć wiosenna bujność i zielona żywotność pozwala nie myśleć o kresie, o wieczności...Po co więc znów przypominam o tych poważnych, bardziej jesiennych niż wiosennych tematach? Bo są, bo powtarzają się, bo świat ma wiele wymiarów i odcieni a w tym samym czasie ktoś się śmieje a ktoś inny smuci...I dzieje się tak niezależnie od pory roku...A świat się dalej toczy...
P.S.
Od jakiegoś czasu mam problemy z komentowaniem na niektórych blogach. Nawet na swoim też mi to nie zawsze wychodzi. Wiem, że i Wy macie podobne kłopoty. Blogger wciąż coś majstruje w systemie, niby ulepsza a w efekcie psuje. Mam nadzieję, że wkrótce to przeminie.Bo prędzej czy później wszystko przecież mija...
Ostatni komentarz Marytki pod poprzednim moim postem wywołał u mnie mnóstwo refleksji nad mijającym czasem, nad zmianami jakie we mnie, w każdym z nas chcąc nie chcąc zachodzą, nad tym jak sami siebie postrzegamy i jak widzą nas inni. Marytka dostrzegła w starych moich tekstach inną Olę, niż zna ją obecnie. A przecież zmiany te zaszły tylko w czasie siedmiu lat blogowania! Zmiany nieuchronne, bo człowiek stale podlega przeistoczeniom. Wciąż wykluwa się z poczwarki z motyla a nieraz nawet cofa się i z motyla znowu przekształca się w poczwarkę. Zmieniają się jego oczekiwania. Zmienia się też jego stosunek do wielu spraw, do ludzi, do radości i zmartwień. Zresztą z troskami i powodami do zadowolenia tak to już jest, iż jedne z nich odchodzą a od razu następne pojawiają się na ich miejsce. Coś się w naszych głowach rozjaśnia, coś zaciemnia a znowu inne sprawy na długo okrywają się mgłą niepewności i zagubienia, czekając na błękitne niebo czy mały chociaż promień słońca...
I idzie człowiek w tę mgłę po omacku, wierząc, że jakoś to będzie, a na wiele spraw po prostu nie ma wpływu...I zdaje mu się, że kiedyś mógł i chciał więcej, że miał zawsze przed sobą taką gwiazdę przewodnią, że nie bał się żadnej mgły. Jednak zdaje mi się, że po latach miewa się skłonności do koloryzowania i wyolbrzymiania pewnych rzeczy a jednocześnie do zapominania tego, co niewygodne, wstydliwe, obnażające to, co powinno pozostać w ukryciu...
Jednak wszyscy chcemy się nadal cieszyć życiem. Niezależnie od wieku i położenia widzieć w nim blask i nadzieję. Mieć nowe marzenia i cele. Nie poddawać się przemijaniu, starzeniu, marazmowi, zniechęceniu do stawania w szranki z kolejnymi wyzwaniami. Każdy także dąży ku znalezieniu swojego oparcia i bezpieczeństwa, swojej strefy komfortu a znalazły chciałby przytrzymać ją na zawsze. I mieć kolejne powody do tego by chcieć rano wstać z łóżka a wieczorem kłaść się do niego z myślą, że jutro będzie dobry, spokojny dzień...
Jednak nic w życiu nic nie jest na zawsze. Samo życie nie jest na zawsze, choć bywają chwile, które tak się dłużą jakby trwały całą wieczność...Ale w końcu wszystko mija. Jakże ten fakt jest pocieszający i zatrważający zarazem...
Podczas gdy w porze letnio-wiosennej kolorów jest aż nadto, to znowu późną jesienią czy bezśnieżną zimą trzeba się dobrze nachodzić by pośród jednolitej szarzyzny i ogarniającej naturę apatii odnaleźć wyrazistą barwę, coś co po dawnemu ożywia serce i rozpala uśmiech w oczach.
W późnojesienne, pochmurne i zamglone dni wszystko zdaje się godzić z
nieuchronnością przemijania. Pochyla pokornie głowę przed nadchodzącą
zimą. Marnieje, blednie, zanika. I cudem wówczas jest znalezienie na łące, w lesie, parku czy w ogrodzie jakiejś rośliny, która buntuje się przeciw tej wszechwładnej, narastającej martwocie i niczym zwycięski sztandar nieugięcie powiewa pośród dogorywających i już poległych istnień. Takiej, która wciąż lśni mocnym, mocniejszym nawet niż latem kolorem, na przekór ogólnym trendom, obyczajom czy porze roku...Nie daje się, nie daje! Tak jakby wołała ludzkim głosem: "Jeszcze w zielone gramy. Jeszcze nie umieramy!". Albo "Bój to jest nasz ostatni!" I może właśnie późną jesienią mnie, tak niepozorną dotąd roślinkę, stać na więcej niż wiosną i latem? Może właśnie teraz pośród ogólnego bezwładu czy niemocy uda mi się zalśnić nareszcie swoim blaskiem? Nie bać się byle czego, tak jak w porę wiosennej młodości, ale pokazać pełnię swoich możliwości bo przecież nie mam nic do stracenia? Bo tyle się o sobie przez przeszłe pory nauczyłam i wiem, że na wiele mnie stać! Być może to tylko łabędzi śpiew, ale niech wybrzmi, niech się niesie.Wszak lepiej się na coś odważyć, niż nigdy nie zaryzykować! Odszukać w sobie siłę, znaleźć natchnienie oraz zapał i żyć, mimo wszystko jeszcze trochę żyć! Czy tak właśnie myślą te różowo-zielono-rude liście krwawnika unoszące się pośród przygniecionych wilgocią traw? Czy o tym śpiewa ostatni, złocisto-bordowy dziurawiec na łące? A czy o tym duma dzika róża, która mieniąc się kroplami deszczu lśni śmiałym pąsem?
Cały czas coś się w nas zmienia. Coś odchodzi na zawsze, ale i rodzi się nowe. Ale jak zawsze najważniejsze jest to, co teraz. Bo tylko na to, co właśnie się dzieje mamy jakikolwiek wpływ. To my decydujemy, czy stać będziemy w miejscu z lęku przed bólem mogącym czaić się za zakrętem, czy też ruszymy naprzód, choćby i w tajemniczą mgłę, bo gdzieś tam przecież właśnie wstaje słońce...
Jest w nas nostalgia za tym co było. Któż nie wspomina, nie roztrząsa, nie tęskni, nie żałuje, nie smuci się, że coś odeszło bezpowrotnie, że nie ma w nas już tego, co było. Ale czasem ta nostalgia zajmuje zbyt dużo miejsca nie pozwalając dojść do głosu obecnej rzeczywistości albo temu by nareszcie ujrzeć wyraźnie i docenić siebie obecnych oraz to, co jest, póki nie zmieni się w przeszłość i znowu zostanie nam tylko żal za tym, co minęło...
W związku z powyższymi rozważaniami przypomniała mi się piosenka śpiewana przez Edytę Geppert: "Czy pamiętasz, jak to było". Często ją sobie z Cezarym nucimy, bo i melodia cudna i słowa jakże prawdziwe...
Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Kiedy jeszcze bez wahania ludziom się wierzyło.
Gdy świat bywał taki prosty, jak elementarze
Gdy się w złoto obracało każde z naszych marzeń.
Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Gdy nas świt do snu prowadził w pościel bladosiwą.
Gdy do szczęścia brakowało przyjaciół i wina
Gdy świat się za oknem kończył tam, gdzie się zaczynał.
Ech, złudzenia, jak na skrzydłach prosto w jutro niosły
Chcieliśmy za wszelka cenę wkroczyć w świat dorosłych.
Dzisiaj tylko sny zostały, ale kto je kupi
Jak przysłowia się sprawdzają - młody to i głupi.
Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Kiedy dzień był jak stulecie, a kalendarz chwilą.
Kiedy drzwi się wyważało otwarte na oścież
Piękne słowa były chlebem, a dłoń każda mostem
Ech, złudzenia, jak na skrzydłach prosto w jutro niosły
Chcieliśmy za wszelka cenę wkroczyć w świat dorosłych.
Dzisiaj tylko sny zostały, ale kto je kupi
Jak przysłowia się sprawdzają - młody to i głupi.
Gdyby można po cichutku, kiedy człowiek zaśnie
Cofnąć życie tak jak zegar o lat kilkanaście...
„Kalinowe noce,
kalinowe dni, kalinowe serce, które weźmiesz mi…”Jakiś czas temu zbierając w
mym ogrodzie owoce kalin na sok nuciłam sobie starą piosenkę Kaliny
Jędrusik.Sok ten dobry jest na bóle
gardła i przeziębienia. Kora natomiast łagodzi bóle miesiączkowe i hamuje
krwawienia. Rozrósł nam się przepięknie kalinowy krzew, owocami dorodnymi tej
jesieni obrodził. Grzechem byłoby ich zatem nie wykorzystać, tym bardziej, iż poza
czarnym bzem ten rok poskąpił nam wielu innych owoców. Jednak aby należycie
wykorzystać kalinę należy ją pierwej przemrozić. Dopiero w takim stanie pozbywa
się ona nieprzyjemnej goryczki. Pakując w woreczki foliowe te pąsowe koraliki i
ładując je do zamrażarki przypomniałam sobie jeden z odcinków serialu „Jan
Serce”. Główny bohater rozpaczliwie poszukiwał w nim krzewu kaliny, usłyszał
bowiem od kogoś, że to jedyne remedium na chorobę jego matki. Szukał też od
dawna ukochanej dziewczyny Mgiełki a w końcu odkrył, że jest ona pielęgniarką
na tym samym oddziale szpitalnym, gdzie leżała właśnie jego matka. Wreszcie
znalazł kalinowy, cudowny krzew i wytęsknioną Mgiełkę, która na dodatek dziwnym
zbiegiem okoliczności miała na imię Kalina. I wszystko dobrze się skończyło. Zdrowie
wróciło, zapanowała miłość i szczęście. W życiu jednak nie zawsze tak bywa.
Życie to nie serial ani bajka i choć bardzo się chce, to nie znajduje się
cudownego leku na to, co nieuniknione, na starość, ból i przemijanie…A myśląc o
tym wspominam nasze wrześniowe odwiedziny u tutejszych przyjaciół…
Wojtek i Eulalia
zza lasu żyją w zgodnym, małżeńskim stadle już wiele, wiele lat. Wpadamy do
nich kilka razy do roku a i oni wizytują nas niekiedy w Jaworowie. Chciałabym
napisać, że zmieniają się tylko zewnętrznie, gdyż wiek robi swoje, natomiast
ich dusze nadal są pełne blasku i siły żywotnej. Ale nie, jednak nie…Owo
przemijanie a zwłaszcza związane z nim cierpienia nieustannie rzeźbią wnętrza każdego
człowieka. A zmiany owe dostrzec można tym bardziej, im rzadziej się kogoś
spotyka. Po kilku miesiącach od ostatniego naszego widzenia zauważam z troską,
że Eulalia i Wojtek poszarzali jakoś, przycichli a nawet zmaleli. Widoczne w ich
sylwetkach przygarbienie, jakiś rodzaj znużenia i utrudzenia, specyficzna mgła
łagodnej rezygnacji ma swoje odbicie także w oczach naszych przyjaciół a
zapewne dostrzec je można i w naszych spojrzeniach. Wszak czas każdego z nas przepuszcza
przez swoją maszynkę. W tematach rozmów coraz więcej jest narzekania na stan
zdrowia, lęku przed przyszłością, bezradnością w zetknięciu z twardą
codziennością, w której trzeba sobie jakoś radzić choć i sił coraz mniej do
tego i ochoty...
Zajadamy razem kupione przez nas w pobliskiej
piekarni chrupiące ciasteczka. Popijamy je gorącą, mocną kawą. Próbujemy
wspaniałej ćwikły z chrzanem dopiero co przez Eulalię przygotowanej. Siedzimy w
ciepłej, pachnącej suszonymi grzybami kuchni i nie chce się nam stamtąd
wychodzić.Czujemy się w towarzystwie
tych ludzi swobodnie i spokojnie. Możemy mówić ze sobą o wszystkim, nie
cenzurując w żaden sposób swych wypowiedzi, nie lękając się fałszywego osądu
albo popełnienia jakichś niezręczności. Możemy też milczeć i ciszę przetykać
tylko pełnymi porozumienia westchnieniami. Zapatrzamy się w przekwitające za
oknem róże, w pąsowiejące na krzewach kaliny, w las pełen pohukiwań jeleni, w
mgły ścielące się ponad horyzontem. Nieraz ta wspólna cisza lekka jest, słodka
i czuła, jak wspomnienia smaku waty cukrowej z dzieciństwa a nieraz ciężka i
uporczywa, jakby była potworem zawłaszczającym struchlałe serca…Ale po kilku
chwilach, zazwyczaj, znowu pada jakiś dowcip, coś się komuś z nas zabawnego
przypomina i niedawne milczenie odpływa w dal. Iskierki uśmiechu, rubasznego
żartu, czy wesołego wspomnienia rozładowują atmosferę. Wojtek i Eulalia
potrafią śmiać się długo i zaraźliwie, mimo iż dręczy ich chorobliwy kaszel
oraz igiełki bólu umiejscowione w najbardziej newralgicznych częściach ich
schorowanych organizmów. Tak się to wszystko przeplata, tak sobie wzajem coś o
życiu dopowiada…
Nieco
pokrzepieni spotkaniem z przyjaciółmi zza lasu a jednocześnie zmartwieni ich
pogarszającym się stanem zdrowia ruszamy dalej…W planie mamy bowiem odwiedziny
pół roku temu owdowiałej naszej przyjaciółki,
Stefci. Wieziemy jej kilkudziesięciokilogramowy worek paszy dla kur. Poruszająca
się z trudem po rekonstrukcji stawu biodrowego i znękana arytmią serca oraz reumatyzmem
ponad siedemdziesięcioletnia Stefcia nie dość, że samodzielnie obrabia swoje
poletko i warzywnik, nie dość, że zajmuje się psem, kotem - przybłędą i
stadkiem kur, to jeszcze wzięła niedawno pod opiekę drób poszkodowanego w ciężkim
wypadku, samotnego sąsiada. Tenże od kilku tygodni w łóżku już leży, nogi mając
po przygnieceniu traktorem połamane. Małomówny a często i zmierzły nie ma
nikogo, kto by chciał do niego zajrzeć. Tylko Stefcia poczuwa się do obowiązku.
No bo jakże to samotnego sąsiada w biedzie zostawić? Przecieżi on kilka razy jej pomógł po śmierci męża. A
to pole zbronował, a to ziemniaki wykopał a to ogromnego buka z paryi dla niej
wyciągnął. A że nieprzyjemny w obyciu? I cóż z tego?! Małoż to do czynienia
miała z podobnym osobnikiem? Wszak jej mąż także do aniołów nie należał. Ciężki
żywot miała z nim Stefcia. Jednak jej zdaniem obecna samotność jest o niebo od
tamtego małżeńskiego piekiełka dotkliwsza…Dlatego kobiecina drepcze codziennie
do unieruchomionego na łożu boleści sąsiada. O zdrowie zapyta. Chwilę przy nim
posiedzi. Jakąś zupę doniesie, smalcem swojskim się podzieli, czy konfiturami z
malin poczęstuje. I co najważniejsze, drób jego liczny nakarmi. I po to właśnie
był jej konieczny ów przywieziony przez nas worek paszy. Mieszkająca na dnie
głębokiej doliny Stefcia, dla siebie samej stara obywać się byle czym bo też
niewielką ma rencinę i potrzeby na starość coraz mniejsze. Nie sposób jednak
żywiny czymś przynajmniej raz dziennie nie nakarmić. Tym bardziej, że ponoć
ostra zima idzie a wszelkie stworzenia boże czując to mocno jedzą teraz dwa
razy więcej niż wprzódy…
Zastajemy
Stefcię krzątającą się po kuchni w towarzystwie swej młodszej siostry,
mieszkanki miasta wojewódzkiego, co to na kilka dni w odwiedziny do niej wpadła.
Obie dwoją się i troją przy kuchni. Wieszają na nitkach pokrojone w grube
plasterki prawdziwki, kończą gotowanie rosołu i kompotu z rabarbaru, wałkują ciasto
na makaron, dokładają drewienek do ognia, częstują herbatą, o wieści z naszego
gospodarstwa dopytują…I choć słowa te i czynności zdają się całkiem zwyczajne
dostrzegam jednak w ich spojrzeniach jakąś dziwną nerwowość, wyczuwam drzazgę,
która spokoju nie daje. I rozumiem już, iż całe to intensywne działanie jest
tylko przykrywką dla okrutnego smoka, co tylko się czai by z głębi poranionej
duszy wychynąć.
Wreszcie Stefcia
przysiadła przy mnie na wysłużonej, kuchennej kanapie i ciężkie westchnienie
wyrwało się raptem z jej piersi. A zaraz potem szloch, co długo powstrzymywany
wybuchł ze zwielokrotnioną siłą i omalże jak wycie zabrzmiał. Siostra Stefci
przycupnęła na maleńkim taboreciku przy piecu, jej ramiona ogarnął dygot a
broda mocno zaczęła drżeć…
- Stefciu, Stefciu kochana! Co się dzieje? – pytam
przepełniona lękiem i współczuciem. Spoglądam w stronę Cezarego, który zwykle
tak pełen żartów zamilkł teraz zmieszany i bezradny. Nie widzieliśmy jeszcze
naszej przyjaciółki w podobnym stanie. Wszak nawet żałoba po śmierci męża, choć
pełna była smutku, samotności i bolesnego rozpamiętywania nie wywoływała u niej
takich jak obecny paroksyzmów rozpaczy.
- Syneczek mój kochany wczoraj umarł… - wyjąkała
kobiecina i ukrywszy twarz w dłoniach załkała rozpaczliwie.
- On od dawna na raka już chorował. Źle się już czuł na
pogrzebie ojca, ale była jakaś nadzieja, Stefcia się tej nadziei za wszelką
cenę trzymała i mówić o swoim zmartwieniu dlatego nikomu nie chciała, bo
przecież kiedyś już jednego syna straciła. A teraz…Teraz już nie ma się czego
trzymać – wychrypiała Wiesia, jej siostra i głośno wysiąkała nos a potem wstała
i bez wcześniejszej werwy przemieszała bulgoczący apetycznie rosół.
Tuliłam Stefcię
i słowa nie umiałam wykrztusić. Jak tu znaleźć słowa pocieszenia w takiej
chwili? Jak powiedzieć coś, co nie zabrzmi głupio i banalnie? Znikąd
nadziei…Nie istnieje przecież żadna magiczna, żywa woda. I owoce kaliny też nie
pomogą…Nie ma nic prócz okrutnych, nieodwołalnych faktów…Coś tam w końcu zaczęłam szeptać, że rozumiem
dobrze, co ona czuje, bo przecież sama też przed rokiem doznałam ogromnej
utraty, że czas złagodziw końcu ten
ból…Tak szeptałam, ale myślałam przy tym z goryczą, iż mijający czas wcale nie
zesłał pocieszenia. Niewiele w mojej duszy zelżało. A zdaje się, iż tęsknota
nawet przybrała na sile.I ta
bezradność, że już nigdy nie usłyszę ukochanego głosu, nie poczuję ciepłego
dotyku i niepowtarzalnego, maminego zapachu…
Stefcia oparła
się mocno o mnie. Ja oparłam się o nią. Tkwiłyśmy tak splecione wspólnym przeżywaniem,
jednocześnie bardzo sobie bliskie, ale i dalekie. Bo mimo wszystko każdy jest
samotny w swym smutku, choćby był on bliźniaczo do cudzych smutków podobny. I
każdy musi sobie jakoś sam dać sobie z nim radę, pozwolić mu się do końca
wybrzmieć, choć czasem dobrze jest się wypłakać przy kimś bliskim, bólem swoim
podzielić, lustro w czyichś oczach znajdując…
- A ja to bym chętnie tego waszego smakowitego rosołu
spróbował, bom głodny niczym niedźwiedź na wiosnę! – ozwał się nagle sztucznie
ożywionym głosem Cezary a ze zgromadzonych w pokoju kobiet jakby w jednej
chwili opadł jakiś zły czar. Wiesia poderwała się z taboretu i szczodrze
suszonego lubczyku do zupy dosypała. Stefcia pokuśtykała do sieni po cedzak do
odcedzenia makaronu. A ja spojrzałam z wdzięcznością na męża…
-I tak to właśnie jest… - wzdychałam kilka dni
potem gotując w sokowniku owoce kaliny i przelewając cierpliwie z niego sok do
garnka stojącego na zlewie.
-Na szczęście zwyczajna materia życia
zwycięża, przeważa, dalej się mimo wszystko plecie, choć wciąż coś się bezpowrotnie
pruje i coraz więcej oczek brakuje w jej prostym wzorze…Smak życia to ten
pyszny, choć podlany łzami swojski rosół z makaronem. To ten słodko-gorzki sok
kalinowy. To uśmiech nawet wtedy, gdy w środku mocno coś boli. To przyjaciele,
którzy są na każdą biedę i na każdą radość. To prawda o najzwyklejszej
codzienności, z którą każdy musi się zmierzyć po swojemu i ocalić w niej dla
siebie jakiś najdrobniejszy choćby sens…
Nagle moje
rozmyślania przy sokowniku przerwał dzwonek telefonu. Dzwoniła Stefcia z pytaniem jak zrobić
sok z kaliny, bo bardzo jej ona w tym roku obrodziła a pamięta, że kiedyś dałam
jej butelkę owego karminowego specyfiku i ogromnie jej on wówczas na kaszel
pomógł. Zimą wszak takie domowe specyfiki bardzo się na wsi przydają. Zaskoczona
niezwykłym zbiegiem okoliczności, czy też przejawem czarodziejskiej wręcz
telepatii dotyczącej kaliny, ucieszona, że mogę się swą wiedzą podzielić, z radością podałam jej przepis. Nie
rozmawiałyśmy długo, ale wystarczyło by zauważyć, że Stefcia jest znacznie
spokojniejsza niż ostatnio. Opowiadała o sąsiedzie, który już znacznie lepiej się
czuje. Pytała o sprawy codzienne i błahe…Takie, które swoją zwyczajnością
najlepiej ratują ducha przez bólem i rozpaczą, przed pytaniami o sens…
Skończyłyśmy
rozmowę a w mej duszy pojawiła się jakaś ulga, jakiś leciutki uśmiech zagościł
na ustach. Tracąca powoli swój intensywnie czerwony kolor kalina pyrkotała monotonnie w sokowniku a jej walerianowy
zapach ogarniał cały dom i zsyłał mi marzenie o długim, mocnym śnie. Tymczasem w ogrodzie, obsiadłszy kwitnące wspaniale fioletowe marcinki, roje kolorowych motyli ciesząc się życiem korzystały z ostatnich dni babiego lata...
…I jeszcze a propos tego sensu. Prowadzimy z mężem tego
bloga od pięciu lat. Widać na nim jak zmienia się nasze życie, jak zmieniamy
się my sami. Nieraz słowa płyną tu jak wartki potok. Chce się nam dzielić z
Wami naszymi radościami i smutkami. Chce się nam płynąc w te internetowe głębie i szukać
zwierciadła w Waszych oczach. A nieraz nurt zamiera, coś się zacina, chowamy się
przed światem, oddajemy się zwykłemu życiu, sens pisania gdzieś umyka, czas nie
chce być poganiany…
Spoglądam na
kartki z mojego ściennego kalendarza. Jaka myśl przewodniawidnieje tam dzisiaj?
„Podzielone
cierpienie w ogóle jest połową cierpienia, podzielona zaś radość jest radością
podwójną” – Max Scheler.
No
tak…Po to ma się przyjaciół oraz bliskich aby dzielić się z nimi tym, co dla
nas najważniejsze. Radością i troską, uśmiechem i łzą. Dzielić też wspólnie
nieuniknioność przemijania i oswajać ją prozą oraz poezją codzienności…
Serdecznie dziękujemy,
że byliście z nami przez te pięć lat!♥
I na koniec
jeszcze przepiękna, znaleziona na YT piosenka o kalinie, która rosła w lesie,
nad potokiem. Śpiewała mi ją kiedyś Mama. I ja ją sobie czasem w czasie naszych
wędrówek nucę. Poniżej można tę pieśń usłyszeć w melodyjno-kresowym wykonaniu
Marii Krupowies, folklorystki i pieśniarki zwanej na Litwie "doktorką dusz".