Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemijanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemijanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2024

Staruszka…

 


 

   Spotkałam niedawno przypadkiem pewną staruszkę. Widziałam ją pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu, ale kilka zadań, które wymieniłyśmy silnie zawibrowały w mojej duszy i obudziły mnóstwo uczuć i refleksji. A choć wokół trwał i wciąż trwa wspaniały, listopadowy spektakl wyrazistych barw, radosnych promieni i malowniczych przeistoczeń, to właśnie owo przypadkowe spotkanie najmocniej zapadło mi w serce. Jesienna rozmowa o samotności, przemijaniu, bezradności i nadziei…

 


   Pośród złocistości i oranżu brzozowo - dębowej alei zbliżała się do mnie maleńka, lekko przygarbiona postać. Najpierw pomyślałam, że to dziewczynka. Tak była drobna, chudziutka wręcz a przy tym o wiele ode mnie niższa. Ubrana w kremowy w odcieniu płaszcz i niebieską czapeczkę, spod której wystawały bialutkie i zwiewne, podobne do babiego lata kosmyki maszerowała powoli wystawiając twarz do słońca. Przyjrzałam się bliżej i dostrzegłam, że to jednak stara, poznaczona siatką zmarszczek i bruzd kobieta. Jednak oczy lśniły jej młodzieńczym nieledwie blaskiem. Dawno takiego blasku u nikogo nie widziałam. Wydało mi się nawet, iż mam przed sobą przebraną za staruszkę dziewczynkę.

- Och, jakie ładne psy! I dzień taki cudowny. Nie pamiętam tak słonecznego początku listopada!  – zagadnęła przystając obok. Psy i pogoda bywają wszak najczęstszym pretekstem do zamienienia kilku zdań z obcymi sobie ludźmi.

- A skąd się takie śliczne pieski bierze? – zapytała uśmiechając się z czułością do zajętych wąchaniem czegoś w trawie psów.

   Opowiedziałam jej pokrótce ich historię a ona słuchając uważnie kręciła głową z podziwem i wzruszeniem.

- Przydałaby mi się taka psinka, jakaś żywa istota w domu, bo nieraz ciężko tak samej… - westchnęła w końcu a jej pogodne dotąd spojrzenie zamgliło się falą niechcianych łez.

- Pieska zawsze można przecież wziąć… – szepnęłam pełna współczucia, domyślając się natychmiast, co mogło być przyczyną jej smutku. Widać było wyraźnie, że kobieta pragnie zamienić kilka słów. Mówić cokolwiek, byleby miała do kogo mówić. Wylać z siebie odrobinę uczuć, z którymi zmaga się na co dzień. Nie chciałam pytać o dzieci czy wnuki. Często jest to przecież drażliwy temat. Jeśli ta kobieta będzie chciała, to sama coś o nich wspomni.

- Za stara już jestem na psa. Mam osiemdziesiąt jeden lat. Serce nawala. Raz czuję się lepiej, raz gorzej. Bywają dni, że w ogóle nie mam siły ani ochoty zwlec się z łóżka. I niestety, nie mogłabym zagwarantować żywej, czującej istocie, że odpowiednio się nią zaopiekuję. Dzisiaj na ten przykład jest ze mną nieźle. Mam wrażenie, że mogłabym tak iść i iść bez końca. Ale gdy tylko wrócę do domu zmęczenie mnie powali i nic już więcej nie zrobię – westchnęła zrezygnowana.

- Pani jest bardzo szczuplutka. Pewnie nie ma pani ochoty do jedzenia? Przydałyby się jakieś witaminy, suplementy, środki na pobudzenie apetytu. Może wtedy udałoby się nabrać siły? – spojrzałam serdecznie w jej błękitne, otoczone siateczką drobnych zmarszczek oczy. A patrząc tak pojęłam, że kiedyś to musiała być naprawdę piękna kobieta. Dotąd jej rysy zachowały w sobie mnóstwo szlachetności i rzadkiej urody.

- Schudłam tak bardzo przez ostatnie cztery lata. Kiedyś byłam nawet przy kości a teraz ważę niecałe czterdzieści kilo.

- Nie chce mi się jeść odkąd zostałam sama. Odkąd umarł mój kochany mąż. Byliśmy razem ponad pięćdziesiąt lat… - zwierzyła się łamiącym głosem. Serce mi się ścisnęło. Cóż można powiedzieć w takiej chwili. Nie ma wszak słów, które mogłyby przynieść pocieszenie. Westchnęłam więc tylko i pogładziłam z troską jej ramię.

- Ale cały czas próbuję! – oświadczyła nagle sztucznie wesołym tonem.

- Gotuję tak, jak wtedy gdy on żył! Dzisiaj uwarzyłam ziemniaczki z koperkiem. Do tego rolada wołowa i czerwona kapusta. Pycha! A na deser cynamonowe ciasteczka! Pachniało na cały dom!

- To wspaniale! Na pewno wszystko było przepyszne! – uśmiechnęłam się z ulgą, że najgorsze w tej rozmowie już za nami, że staruszka potrafi jednak odnaleźć jeszcze w życiu jakieś blaski.

- Ale niewiele zjadłam… - odparła znów zgaszona.

- Znowu pewnie wszystko wyląduje w koszu – dodała i ni stąd ni zowąd zaczęła ściskać nerwowo czy może bezradnie swoje chudziutkie dłonie i palce.

- Po obiedzie jak zwykle wzięłam się za zmywanie naczyń.  I stało się coś strasznego. Ześlizgnęła mi się z palca obrączka i gdzieś przepadła. Jak mogłam być taka nieostrożna? Szukałam, szukałam jej wokół wszędzie i nie znalazłam. Przepadła jak kamień w wodę…  

- A może to znak od niego? Może zabierze mnie do siebie już niedługo? – kobieta szybko przeszła od rozpaczliwego smutku do nagłej, rozświetlającej ją od wewnątrz nadziei. Potem spojrzała gdzieś przed siebie, w jakąś odległą, lecz pełną upragnionych obietnic dal a  po jej policzku potoczyła się srebrzysta, lśniąca w świetle listopadowego popołudnia łza. A wreszcie ni stąd ni zowąd uśmiechnęła się promiennie.

- Cieszę się, że mogłyśmy się spotkać i porozmawiać chwilę. Od razu człowiekowi lepiej jak ma do kogo usta otworzyć! – oświadczyła.

- I już nie będę się martwić tą obrączką. Tak widocznie miało być… - stwierdziła spokojnie uniósłszy głowę i zerknąwszy mi głęboko w oczy. Błękitna czapeczka przekrzywiła jej się zawadiacko a w białe włosy staruszki zaplątało się raptem kilka złotych, brzozowych listków. Wyglądało to tak, jakby listopadowy wiatr chciał ozdobić ją tym, co miał najlepszego. Listeczki mieniły się złociście i drżały pośród jej kosmyków niczym najwspanialsze klejnoty.

- I ja się cieszę! – odrzekłam zgodnie z prawdą. Przepełniało mnie wzruszenie i uczucie wdzięczności, że dane mi było zajrzeć w duszę tej kobiety, prawie jakbym w swoją zaglądała. W przyszłość, która kiedyś i mnie dotknie po swojemu. Czas ma przecież swoje własne, tajemnicze plany, ale ich zapowiedzi i znaki spotyka się często wcześniej na swojej drodze.

- Nic nie dzieje się przypadkiem! – oświadczyłam spontanicznie a maleńka staruszka pokiwała głową a potem obdarzając mnie oraz psy pogodnym wejrzeniem pogładziła me dłonie i  zaskakująco dziarskim krokiem odeszła w przeciwnym kierunku znikając szybko pośród żółto-rudego deszczu opadającego zewsząd jesiennego listowia…



wtorek, 26 września 2023

I znów jesień…

 



 

Wiosenne marzenia

I nowe wspomnienia

Wciąż się przeplatają

Choć mają swe miejsce

Pierwsze i ostatnie

Wszystkie zachwycenia

Chwile, które tętnią

Pracą, myślą, sercem

Ledwo lato mignęło

W lipowej alejce

Gdzie lśniło i tańczyło

W błękitnej sukience

A już astrów fala

Puszy się, wygina

Lśni po deszczu z dala

Czerwona kalina

 


Kolejne migawki

Prozą albo wierszem

Odpryski i skrawki

Starania najszczersze

Zwycięstwa, porażki

Ulgi i tęsknoty

Ostatni lot ważki

Mija wrzesień złoty

 


Aż wreszcie  czas znużenia

Piosnkę kresu niesie

Z ulgą nuci ziemia

Jesień, jesień, jesień…

 


 

  * Ileż już wierszy stworzono o jesieni! Ile ja sama napisałam! A mimo to znowu zamieszczam tu kolejny. Chęć napisania jesiennego wiersza ogarnia mnie o podobnej porze jak silna fala z zewnątrz i jak mocno rezonująca z nią wewnętrzna potrzeba. Wszystko już było…A jednak póki życie trwa, póki mogę widzieć, słyszeć, czuć i doznawać, póty chce mi się o tym pisać, robić nowe zdjęcia. Nawet wtedy, gdy zdaję sobie sprawę, jak wiele podobnych tekstów i fotografii jest już na tym blogu. Mam  bowiem wrażenie, że chociaż wszystko się powtarza, to przecież nigdy do końca nie jest takie samo…

 


 

niedziela, 12 czerwca 2022

A świat się dalej toczy...

 


 

A świat się dalej toczy, nie odchodzi w nicość

Bezwstydnie, bez umiaru żyje w swoim rytmie

Wschodami, zachodami płynie dawną siłą

Choć czyjeś światło zgasło poza kresem istnień

 

Co dzień się dla kogoś coś kończy na zawsze

Lecz to nic nie zmienia, życie ma swe prawa

Grają nowy spektakl w codziennym teatrze

Ktoś dostaje gwizdy a ktoś inny brawa

 

Wrze, bulgocze, dudni w tyglu codzienności

Kolejnych nadziei migoczą rozbłyski

Cele się zmieniają na targu próżności

A czas szybko płynie, przemija dla wszystkich

 

Jedna róża kwitnie a inna przekwita

Jutro nowe pąki zastąpią poprzednie

Nic nie stoi w miejscu, żegna się i wita

Dzień co się odradza, ale wkrótce więdnie

 

Nic nie jest na wieczność, mamy tylko chwilę

By rozpostrzeć skrzydła i frunąć ku słońcu

Jak łątki jednodniówki czerpać z życia tyle

Ile jest nam dane, nie myśląc o końcu

 

Gdzie sens tego lotu? Oddala się stale

Jak miraż się zjawia, potem zaraz pierzchnie

Bez gwiazdy przewodniej trzeba frunąć dalej

Póki jeszcze skrzydła trzepocą na wietrze…

 



   Wokół bujna i piękna wiosna,  pora odrodzenia i powitania. Ale tylko pozornie, bo to czas tak samo dobry jak każdy inny na pożegnania...I co dzień się to dzieje, choć wiosenna bujność i zielona żywotność pozwala nie myśleć o kresie, o wieczności...Po co więc znów przypominam o tych poważnych, bardziej jesiennych niż wiosennych tematach? Bo są, bo powtarzają się, bo świat ma wiele wymiarów i odcieni a w tym samym czasie ktoś się śmieje a ktoś inny smuci...I dzieje się tak niezależnie od pory roku...A świat się dalej toczy...

P.S.

Od jakiegoś czasu mam problemy z komentowaniem na niektórych blogach. Nawet na swoim też mi to nie zawsze wychodzi. Wiem, że i Wy macie podobne kłopoty. Blogger wciąż coś majstruje w systemie, niby ulepsza a w efekcie psuje. Mam nadzieję, że wkrótce to przeminie.Bo prędzej czy później wszystko przecież mija...

 

 

 

wtorek, 19 listopada 2019

Czy pamiętasz jak to było...




    Ostatni komentarz Marytki pod poprzednim moim postem wywołał u mnie mnóstwo refleksji nad mijającym czasem, nad zmianami jakie we mnie, w każdym z nas chcąc nie chcąc zachodzą, nad tym jak sami siebie postrzegamy i jak widzą nas inni.  Marytka dostrzegła w starych moich tekstach inną Olę, niż zna ją obecnie. A przecież zmiany te zaszły tylko w czasie siedmiu lat blogowania! Zmiany nieuchronne, bo człowiek stale podlega przeistoczeniom. Wciąż wykluwa się z poczwarki z motyla a nieraz nawet cofa się i z motyla znowu przekształca się w poczwarkę.  Zmieniają się jego oczekiwania. Zmienia się też jego stosunek do wielu spraw, do ludzi, do radości i zmartwień. Zresztą z troskami i powodami do zadowolenia tak to już jest, iż jedne z nich odchodzą a od razu następne pojawiają się na ich miejsce. Coś się w naszych głowach rozjaśnia, coś zaciemnia a znowu inne sprawy na długo okrywają się mgłą niepewności i zagubienia, czekając na błękitne niebo czy mały chociaż promień słońca...



   I idzie człowiek w tę mgłę po omacku, wierząc, że jakoś to będzie, a na wiele spraw po prostu nie ma wpływu...I zdaje mu się, że kiedyś mógł i chciał więcej, że miał zawsze przed sobą taką gwiazdę przewodnią, że nie bał się żadnej mgły. Jednak zdaje mi się, że po latach miewa się skłonności do koloryzowania i wyolbrzymiania pewnych rzeczy a jednocześnie do zapominania tego, co niewygodne, wstydliwe, obnażające to, co powinno pozostać w ukryciu...


 Jednak wszyscy chcemy się nadal cieszyć życiem. Niezależnie od wieku i położenia widzieć w nim blask i nadzieję. Mieć nowe marzenia i cele. Nie poddawać się przemijaniu, starzeniu, marazmowi, zniechęceniu do stawania w szranki z kolejnymi wyzwaniami. Każdy także dąży ku znalezieniu swojego oparcia i bezpieczeństwa, swojej strefy komfortu a znalazły chciałby przytrzymać ją na zawsze. I mieć kolejne powody do tego by chcieć rano wstać z łóżka a wieczorem kłaść się do niego z myślą, że jutro będzie dobry, spokojny dzień...


   Jednak nic w życiu nic nie jest na zawsze. Samo życie nie jest na zawsze, choć bywają chwile, które tak się dłużą jakby trwały całą wieczność...Ale w końcu wszystko mija. Jakże ten fakt jest pocieszający i zatrważający zarazem...



 Podczas gdy w porze letnio-wiosennej kolorów jest aż nadto, to znowu późną jesienią czy bezśnieżną zimą trzeba się dobrze nachodzić by pośród jednolitej szarzyzny i ogarniającej naturę apatii odnaleźć wyrazistą barwę, coś co po dawnemu ożywia serce i rozpala uśmiech w oczach.






   W późnojesienne, pochmurne i zamglone dni wszystko zdaje się godzić z nieuchronnością przemijania. Pochyla pokornie głowę przed nadchodzącą zimą. Marnieje, blednie, zanika. I cudem wówczas jest znalezienie na łące, w lesie, parku czy w ogrodzie jakiejś  rośliny, która buntuje się przeciw tej wszechwładnej, narastającej martwocie i niczym zwycięski sztandar nieugięcie powiewa pośród dogorywających i już poległych istnień. Takiej, która wciąż lśni mocnym, mocniejszym nawet niż latem kolorem, na przekór ogólnym trendom, obyczajom czy porze roku...Nie daje się, nie daje! Tak jakby wołała ludzkim głosem: "Jeszcze w zielone gramy. Jeszcze nie umieramy!". Albo "Bój to jest nasz ostatni!" I może właśnie późną jesienią mnie, tak niepozorną dotąd roślinkę, stać na więcej niż wiosną i latem? Może właśnie teraz pośród ogólnego bezwładu czy niemocy uda mi się zalśnić nareszcie swoim blaskiem? Nie bać się byle czego, tak jak w porę wiosennej młodości, ale pokazać pełnię swoich możliwości bo przecież nie mam nic do stracenia? Bo tyle się o sobie przez przeszłe pory nauczyłam i wiem, że na wiele mnie stać! Być może to tylko łabędzi śpiew, ale niech wybrzmi, niech się niesie.Wszak lepiej się na coś odważyć, niż nigdy nie zaryzykować! Odszukać w sobie siłę, znaleźć natchnienie  oraz zapał i żyć, mimo wszystko jeszcze trochę żyć! Czy tak właśnie myślą te różowo-zielono-rude liście krwawnika unoszące się pośród przygniecionych wilgocią traw? Czy o tym śpiewa ostatni, złocisto-bordowy dziurawiec na łące? A czy o tym duma dzika róża, która mieniąc się kroplami deszczu lśni śmiałym pąsem?





   Cały czas coś się w nas zmienia. Coś odchodzi na zawsze, ale i rodzi się nowe. Ale jak zawsze najważniejsze jest to, co teraz. Bo tylko na to, co właśnie się dzieje mamy jakikolwiek wpływ. To my decydujemy, czy stać będziemy w miejscu z lęku przed bólem mogącym czaić się za zakrętem, czy też ruszymy naprzód, choćby i w tajemniczą mgłę, bo gdzieś tam przecież właśnie wstaje słońce...


 Jest w nas nostalgia za tym co było. Któż nie wspomina, nie roztrząsa,  nie tęskni, nie żałuje, nie smuci się, że coś odeszło bezpowrotnie, że nie ma w nas już tego, co było. Ale czasem ta nostalgia zajmuje zbyt dużo miejsca nie pozwalając dojść do głosu obecnej rzeczywistości albo temu by nareszcie ujrzeć wyraźnie i docenić siebie obecnych oraz to, co jest, póki nie zmieni się w przeszłość i znowu zostanie nam tylko żal za tym, co minęło...



    W związku z powyższymi rozważaniami przypomniała mi się piosenka śpiewana przez Edytę Geppert: "Czy pamiętasz, jak to było". Często ją sobie z Cezarym nucimy, bo i melodia cudna i słowa jakże prawdziwe...

Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Kiedy jeszcze bez wahania ludziom się wierzyło.
Gdy świat bywał taki prosty, jak elementarze
Gdy się w złoto obracało każde z naszych marzeń.

Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Gdy nas świt do snu prowadził w pościel bladosiwą.
Gdy do szczęścia brakowało przyjaciół i wina
Gdy świat się za oknem kończył tam, gdzie się zaczynał.

Ech, złudzenia, jak na skrzydłach prosto w jutro niosły
Chcieliśmy za wszelka cenę wkroczyć w świat dorosłych.
Dzisiaj tylko sny zostały, ale kto je kupi
Jak przysłowia się sprawdzają - młody to i głupi.

Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Kiedy dzień był jak stulecie, a kalendarz chwilą.
Kiedy drzwi się wyważało otwarte na oścież
Piękne słowa były chlebem, a dłoń każda mostem

Ech, złudzenia, jak na skrzydłach prosto w jutro niosły
Chcieliśmy za wszelka cenę wkroczyć w świat dorosłych.
Dzisiaj tylko sny zostały, ale kto je kupi
Jak przysłowia się sprawdzają - młody to i głupi.

Gdyby można po cichutku, kiedy człowiek zaśnie
Cofnąć życie tak jak zegar o lat kilkanaście... 

Wykonanie piosenki: Edyta Geppert, muzyka: Andrzej Rybiński, słowa: Bogdan Olewicz. Posłuchajcie, proszę!:-)

niedziela, 1 października 2017

Radości i smutki na pół - kalinowa opowieść jesienna…




   „Kalinowe noce, kalinowe dni, kalinowe serce, które weźmiesz mi…”Jakiś czas temu zbierając w mym ogrodzie owoce kalin na sok nuciłam sobie starą piosenkę Kaliny Jędrusik.  Sok ten dobry jest na bóle gardła i przeziębienia. Kora natomiast łagodzi bóle miesiączkowe i hamuje krwawienia. Rozrósł nam się przepięknie kalinowy krzew, owocami dorodnymi tej jesieni obrodził. Grzechem byłoby ich zatem nie wykorzystać, tym bardziej, iż poza czarnym bzem ten rok poskąpił nam wielu innych owoców. Jednak aby należycie wykorzystać kalinę należy ją pierwej przemrozić. Dopiero w takim stanie pozbywa się ona nieprzyjemnej goryczki. Pakując w woreczki foliowe te pąsowe koraliki i ładując je do zamrażarki przypomniałam sobie jeden z odcinków serialu „Jan Serce”. Główny bohater rozpaczliwie poszukiwał w nim krzewu kaliny, usłyszał bowiem od kogoś, że to jedyne remedium na chorobę jego matki. Szukał też od dawna ukochanej dziewczyny Mgiełki a w końcu odkrył, że jest ona pielęgniarką na tym samym oddziale szpitalnym, gdzie leżała właśnie jego matka. Wreszcie znalazł kalinowy, cudowny krzew i wytęsknioną Mgiełkę, która na dodatek dziwnym zbiegiem okoliczności miała na imię Kalina. I wszystko dobrze się skończyło. Zdrowie wróciło, zapanowała miłość i szczęście. W życiu jednak nie zawsze tak bywa. Życie to nie serial ani bajka i choć bardzo się chce, to nie znajduje się cudownego leku na to, co nieuniknione, na starość, ból i przemijanie…A myśląc o tym wspominam nasze wrześniowe odwiedziny u tutejszych przyjaciół…


   Wojtek i Eulalia zza lasu żyją w zgodnym, małżeńskim stadle już wiele, wiele lat. Wpadamy do nich kilka razy do roku a i oni wizytują nas niekiedy w Jaworowie. Chciałabym napisać, że zmieniają się tylko zewnętrznie, gdyż wiek robi swoje, natomiast ich dusze nadal są pełne blasku i siły żywotnej. Ale nie, jednak nie…Owo przemijanie a zwłaszcza związane z nim cierpienia nieustannie rzeźbią wnętrza każdego człowieka. A zmiany owe dostrzec można tym bardziej, im rzadziej się kogoś spotyka. Po kilku miesiącach od ostatniego naszego widzenia zauważam z troską, że Eulalia i Wojtek poszarzali jakoś, przycichli a nawet zmaleli. Widoczne w ich sylwetkach przygarbienie, jakiś rodzaj znużenia i utrudzenia, specyficzna mgła łagodnej rezygnacji ma swoje odbicie także w oczach naszych przyjaciół a zapewne dostrzec je można i w naszych spojrzeniach. Wszak czas każdego z nas przepuszcza przez swoją maszynkę. W tematach rozmów coraz więcej jest narzekania na stan zdrowia, lęku przed przyszłością, bezradnością w zetknięciu z twardą codziennością, w której trzeba sobie jakoś radzić choć i sił coraz mniej do tego i ochoty...
   Zajadamy razem kupione przez nas w pobliskiej piekarni chrupiące ciasteczka. Popijamy je gorącą, mocną kawą. Próbujemy wspaniałej ćwikły z chrzanem dopiero co przez Eulalię przygotowanej. Siedzimy w ciepłej, pachnącej suszonymi grzybami kuchni i nie chce się nam stamtąd wychodzić.  Czujemy się w towarzystwie tych ludzi swobodnie i spokojnie. Możemy mówić ze sobą o wszystkim, nie cenzurując w żaden sposób swych wypowiedzi, nie lękając się fałszywego osądu albo popełnienia jakichś niezręczności. Możemy też milczeć i ciszę przetykać tylko pełnymi porozumienia westchnieniami. Zapatrzamy się w przekwitające za oknem róże, w pąsowiejące na krzewach kaliny, w las pełen pohukiwań jeleni, w mgły ścielące się ponad horyzontem. Nieraz ta wspólna cisza lekka jest, słodka i czuła, jak wspomnienia smaku waty cukrowej z dzieciństwa a nieraz ciężka i uporczywa, jakby była potworem zawłaszczającym struchlałe serca…Ale po kilku chwilach, zazwyczaj, znowu pada jakiś dowcip, coś się komuś z nas zabawnego przypomina i niedawne milczenie odpływa w dal. Iskierki uśmiechu, rubasznego żartu, czy wesołego wspomnienia rozładowują atmosferę. Wojtek i Eulalia potrafią śmiać się długo i zaraźliwie, mimo iż dręczy ich chorobliwy kaszel oraz igiełki bólu umiejscowione w najbardziej newralgicznych częściach ich schorowanych organizmów. Tak się to wszystko przeplata, tak sobie wzajem coś o życiu dopowiada…


   Nieco pokrzepieni spotkaniem z przyjaciółmi zza lasu a jednocześnie zmartwieni ich pogarszającym się stanem zdrowia ruszamy dalej…W planie mamy bowiem odwiedziny pół roku temu owdowiałej  naszej przyjaciółki, Stefci. Wieziemy jej kilkudziesięciokilogramowy worek paszy dla kur. Poruszająca się z trudem po rekonstrukcji stawu biodrowego i znękana arytmią serca oraz reumatyzmem ponad siedemdziesięcioletnia Stefcia nie dość, że samodzielnie obrabia swoje poletko i warzywnik, nie dość, że zajmuje się psem, kotem - przybłędą i stadkiem kur, to jeszcze wzięła niedawno pod opiekę drób poszkodowanego w ciężkim wypadku, samotnego sąsiada. Tenże od kilku tygodni w łóżku już leży, nogi mając po przygnieceniu traktorem połamane. Małomówny a często i zmierzły nie ma nikogo, kto by chciał do niego zajrzeć. Tylko Stefcia poczuwa się do obowiązku. No bo jakże to samotnego sąsiada w biedzie zostawić? Przecież  i on kilka razy jej pomógł po śmierci męża. A to pole zbronował, a to ziemniaki wykopał a to ogromnego buka z paryi dla niej wyciągnął. A że nieprzyjemny w obyciu? I cóż z tego?! Małoż to do czynienia miała z podobnym osobnikiem? Wszak jej mąż także do aniołów nie należał. Ciężki żywot miała z nim Stefcia. Jednak jej zdaniem obecna samotność jest o niebo od tamtego małżeńskiego piekiełka dotkliwsza…Dlatego kobiecina drepcze codziennie do unieruchomionego na łożu boleści sąsiada. O zdrowie zapyta. Chwilę przy nim posiedzi. Jakąś zupę doniesie, smalcem swojskim się podzieli, czy konfiturami z malin poczęstuje. I co najważniejsze, drób jego liczny nakarmi. I po to właśnie był jej konieczny ów przywieziony przez nas worek paszy. Mieszkająca na dnie głębokiej doliny Stefcia, dla siebie samej stara obywać się byle czym bo też niewielką ma rencinę i potrzeby na starość coraz mniejsze. Nie sposób jednak żywiny czymś przynajmniej raz dziennie nie nakarmić. Tym bardziej, że ponoć ostra zima idzie a wszelkie stworzenia boże czując to mocno jedzą teraz dwa razy więcej niż wprzódy…

   Zastajemy Stefcię krzątającą się po kuchni w towarzystwie swej młodszej siostry, mieszkanki miasta wojewódzkiego, co to na kilka dni w odwiedziny do niej wpadła. Obie dwoją się i troją przy kuchni. Wieszają na nitkach pokrojone w grube plasterki prawdziwki, kończą gotowanie rosołu i kompotu z rabarbaru, wałkują ciasto na makaron, dokładają drewienek do ognia, częstują herbatą, o wieści z naszego gospodarstwa dopytują…I choć słowa te i czynności zdają się całkiem zwyczajne dostrzegam jednak w ich spojrzeniach jakąś dziwną nerwowość, wyczuwam drzazgę, która spokoju nie daje. I rozumiem już, iż całe to intensywne działanie jest tylko przykrywką dla okrutnego smoka, co tylko się czai by z głębi poranionej duszy wychynąć.

   Wreszcie Stefcia przysiadła przy mnie na wysłużonej, kuchennej kanapie i ciężkie westchnienie wyrwało się raptem z jej piersi. A zaraz potem szloch, co długo powstrzymywany wybuchł ze zwielokrotnioną siłą i omalże jak wycie zabrzmiał. Siostra Stefci przycupnęła na maleńkim taboreciku przy piecu, jej ramiona ogarnął dygot a broda mocno zaczęła drżeć…

- Stefciu, Stefciu kochana! Co się dzieje? – pytam przepełniona lękiem i współczuciem. Spoglądam w stronę Cezarego, który zwykle tak pełen żartów zamilkł teraz zmieszany i bezradny. Nie widzieliśmy jeszcze naszej przyjaciółki w podobnym stanie. Wszak nawet żałoba po śmierci męża, choć pełna była smutku, samotności i bolesnego rozpamiętywania nie wywoływała u niej takich jak obecny paroksyzmów rozpaczy.
- Syneczek mój kochany wczoraj umarł… - wyjąkała kobiecina i ukrywszy twarz w dłoniach załkała rozpaczliwie.
- On od dawna na raka już chorował. Źle się już czuł na pogrzebie ojca, ale była jakaś nadzieja, Stefcia się tej nadziei za wszelką cenę trzymała i mówić o swoim zmartwieniu dlatego nikomu nie chciała, bo przecież kiedyś już jednego syna straciła. A teraz…Teraz już nie ma się czego trzymać – wychrypiała Wiesia, jej siostra i głośno wysiąkała nos a potem wstała i bez wcześniejszej werwy przemieszała bulgoczący apetycznie rosół.
   Tuliłam Stefcię i słowa nie umiałam wykrztusić. Jak tu znaleźć słowa pocieszenia w takiej chwili? Jak powiedzieć coś, co nie zabrzmi głupio i banalnie? Znikąd nadziei…Nie istnieje przecież żadna magiczna, żywa woda. I owoce kaliny też nie pomogą…Nie ma nic prócz okrutnych, nieodwołalnych faktów…  Coś tam w końcu zaczęłam szeptać, że rozumiem dobrze, co ona czuje, bo przecież sama też przed rokiem doznałam ogromnej utraty, że czas złagodzi  w końcu ten ból…Tak szeptałam, ale myślałam przy tym z goryczą, iż mijający czas wcale nie zesłał pocieszenia. Niewiele w mojej duszy zelżało. A zdaje się, iż tęsknota nawet przybrała na sile.  I ta bezradność, że już nigdy nie usłyszę ukochanego głosu, nie poczuję ciepłego dotyku i niepowtarzalnego, maminego zapachu…
   Stefcia oparła się mocno o mnie. Ja oparłam się o nią. Tkwiłyśmy tak splecione wspólnym przeżywaniem, jednocześnie bardzo sobie bliskie, ale i dalekie. Bo mimo wszystko każdy jest samotny w swym smutku, choćby był on bliźniaczo do cudzych smutków podobny. I każdy musi sobie jakoś sam dać sobie z nim radę, pozwolić mu się do końca wybrzmieć, choć czasem dobrze jest się wypłakać przy kimś bliskim, bólem swoim podzielić, lustro w czyichś oczach znajdując…

- A ja to bym chętnie tego waszego smakowitego rosołu spróbował, bom głodny niczym niedźwiedź na wiosnę! – ozwał się nagle sztucznie ożywionym głosem Cezary a ze zgromadzonych w pokoju kobiet jakby w jednej chwili opadł jakiś zły czar. Wiesia poderwała się z taboretu i szczodrze suszonego lubczyku do zupy dosypała. Stefcia pokuśtykała do sieni po cedzak do odcedzenia makaronu. A ja spojrzałam z wdzięcznością na męża…


 -  I tak to właśnie jest… - wzdychałam kilka dni potem gotując w sokowniku owoce kaliny i przelewając cierpliwie z niego sok do garnka stojącego na zlewie.
 -  Na szczęście zwyczajna materia życia zwycięża, przeważa, dalej się mimo wszystko plecie, choć wciąż coś się bezpowrotnie pruje i coraz więcej oczek brakuje w jej prostym wzorze…Smak życia to ten pyszny, choć podlany łzami swojski rosół z makaronem. To ten słodko-gorzki sok kalinowy. To uśmiech nawet wtedy, gdy w środku mocno coś boli. To przyjaciele, którzy są na każdą biedę i na każdą radość. To prawda o najzwyklejszej codzienności, z którą każdy musi się zmierzyć po swojemu i ocalić w niej dla siebie jakiś najdrobniejszy choćby sens

   Nagle moje rozmyślania przy sokowniku przerwał dzwonek telefonu. Dzwoniła Stefcia z pytaniem jak zrobić sok z kaliny, bo bardzo jej ona w tym roku obrodziła a pamięta, że kiedyś dałam jej butelkę owego karminowego specyfiku i ogromnie jej on wówczas na kaszel pomógł. Zimą wszak takie domowe specyfiki bardzo się na wsi przydają. Zaskoczona niezwykłym zbiegiem okoliczności, czy też przejawem czarodziejskiej wręcz telepatii dotyczącej kaliny, ucieszona, że mogę się swą wiedzą podzielić,  z radością podałam jej przepis. Nie rozmawiałyśmy długo, ale wystarczyło by zauważyć, że Stefcia jest znacznie spokojniejsza niż ostatnio. Opowiadała o sąsiedzie, który już znacznie lepiej się czuje. Pytała o sprawy codzienne i błahe…Takie, które swoją zwyczajnością najlepiej ratują ducha przez bólem i rozpaczą, przed pytaniami o sens
   Skończyłyśmy rozmowę a w mej duszy pojawiła się jakaś ulga, jakiś leciutki uśmiech zagościł na ustach. Tracąca powoli swój intensywnie czerwony kolor kalina pyrkotała monotonnie w sokowniku a jej walerianowy zapach ogarniał cały dom i zsyłał mi marzenie o długim, mocnym śnie. Tymczasem w ogrodzie, obsiadłszy kwitnące wspaniale fioletowe marcinki, roje kolorowych motyli ciesząc się życiem korzystały z ostatnich dni babiego lata...





…I jeszcze a propos tego sensu. Prowadzimy z mężem tego bloga od pięciu lat. Widać na nim jak zmienia się nasze życie, jak zmieniamy się my sami. Nieraz słowa płyną tu jak wartki potok. Chce się nam dzielić z Wami naszymi radościami i smutkami. Chce się nam płynąc w te internetowe głębie i szukać zwierciadła w Waszych oczach. A nieraz nurt zamiera, coś się zacina, chowamy się przed światem, oddajemy się zwykłemu życiu, sens pisania gdzieś umyka, czas nie chce być poganiany…

   Spoglądam na kartki z mojego ściennego kalendarza. Jaka myśl przewodnia  widnieje tam dzisiaj?
„Podzielone cierpienie w ogóle jest połową cierpienia, podzielona zaś radość jest radością podwójną” – Max Scheler.


  No tak…Po to ma się przyjaciół oraz bliskich aby dzielić się z nimi tym, co dla nas najważniejsze. Radością i troską, uśmiechem i łzą. Dzielić też wspólnie nieuniknioność przemijania i oswajać ją prozą oraz poezją codzienności…

    Serdecznie dziękujemy, że byliście z nami przez te pięć lat!♥

   I na koniec jeszcze przepiękna, znaleziona na YT piosenka o kalinie, która rosła w lesie, nad potokiem. Śpiewała mi ją kiedyś Mama. I ja ją sobie czasem w czasie naszych wędrówek nucę. Poniżej można tę pieśń usłyszeć w melodyjno-kresowym wykonaniu Marii Krupowies, folklorystki i  pieśniarki zwanej na Litwie "doktorką dusz".


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost