Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2026

Psia starość...

 




...Niestety, prędzej czy później ta psia starość nieodwołalnie pokazuje swoje niewesołe oblicze. Psy, tak jak i my ludzie, doświadczają wszystkich dolegliwości i schorzeń związanych z podeszłym wiekiem. Pojawiają się prędzej czy później bóle w stawach, problemy z poruszaniem się, przewlekłe czy nagłe choroby, spadek sił i ochoty do zabawy, senność, brak apetytu, rezygnacja z tych aktywności, które do niedawna były zwyczajną codziennością. Co gorsza, u psów widać to wszystko wyraźnie, bo ma się porównanie widząc i pamiętając, jak jest i jak było kiedyś, zupełnie niedawno przecież. Przepełnia nas smutkiem fakt, że tak szybko przeleciało im u naszego boku całe ich życie. Zbyt szybko. Te kilkanaście lat minęło jak z bicza strzelił. I oto pewnego dnia zamiast tak wesołego dotąd, pełnego niezmożonej energii psiaka spogląda na nas posiwiały, posmutniały i wyraźnie zmęczony życiem stary pies.



   Piszę tu o naszym Jacusiu, który zamieszkał z nami już prawie jedenaście lat temu. Był wówczas radosnym psiakiem, potrafiącym godzinami biegać bez zmęczenia, uparcie starać się o względy naszej suczki Zuzi, polować na kury albo dokuczać kozom. I jak przystało na młodziutkiego psa mieć mnóstwo szalonych pomysłów na beztroskie dokazywanie i wygłupy. Bardzo zmienił się przez te lata. Dojrzał, zmądrzał, nauczył się ufać nam a także uśmiechać się po psiemu i bawić się z Zuzią a potem ze swoimi córeczkami Misią i Hipcią. Potrafił nas rozśmieszać, martwić i niepokoić, rozczulać i wzruszać. Zresztą większość z Was pamięta zapewne moje opowieści o Jacusiu. Dużo o nim kiedyś pisałam.





   Nie wiemy ile dokładnie ma on lat, bo gdy się u nas pojawił w 2015 roku równie dobrze mógł mieć dwa lata a mógł też mieć ich pięć. Tak czy siak to dzisiaj stary, kilkunastoletni pies, który ma prawo czuć się jak staruszek.




   I przyszło to, co miało przyjść. W Święta Bożego Narodzenia zaczął nam mocno niedomagać. Stracił apetyt, za to więcej pił wody. Widać było po nim, że coś go boli, bo przebiegało po nim charakterystyczne drżenie, podczas którego wydawał ciche pomruki. Najchętniej całe dnie by przesypiał a do ogrodu wychodziłby tylko na siku i zaraz wracał do domu. Zimno najwidoczniej mu nie służy. I tak jest także teraz. Ciepłe legowisko i spokój to jest to, czego Jacuś najbardziej pragnie a my staramy się mu to zapewnić. Od kilku dni jest pod opieką weterynarza. Dostaje antybiotyki i środki przeciwbólowe, ale nie bardzo wiadomo, co go właściwie boli. Wyniki krwi ma dobre. Nie stracił na razie na wadze. Nie ma podwyższonej temperatury ani właściwie żadnych poza tymi niewyjaśnionymi bólami i brakiem apetytu objawów chorobowych. Nadal miewa radosne, pełne entuzjazmu chwile. Nieraz jak gdyby nigdy nic wybiega do ogrodu z Hipcią i Misią by tam szczekać przy płocie i wpatrywać się w tajemnicze, leśne oddale. Po powrocie do domu najpierw dużo pije a potem podstawia grzbiet i pupę do głaskania. Uwielbia, gdy się go czesze, pieści, przemawia doń czule. Najbardziej jednak interesuje go po prostu długi, niezakłócony niczym sen...





   Nie wiem, czy będziemy jeszcze z Cezarym nadal próbować zgłębiać, co właściwie dolega Jacusiowi. Po pierwsze bardzo jesteśmy tu zależni od pogody. Może tak być, że gdy nas tu znowu śniegi zasypią, to nie damy rady dotrzeć do weterynarza. Od środy zapowiadają u nas ogromne śnieżyce. W razie czego mamy w domu tabletki rozkurczowe i przeciwbólowe, więc gdyby było z nim gorzej zawsze mogę mu je podać. Po drugie obawiam się, że jeśli zagnieździło się w Jacusiu jakieś podstępne raczysko, to w jego wieku wyleczenie może być już niemożliwe. Nie wiem, czy jest sens by niepotrzebnie męczyć pieska...Wciąż boleśnie przecież pamiętamy z Cezarym chorobę i śmierć naszej ukochanej suczki Zuzi, która po kilkumiesięcznej walce o nią, po męczarniach spowodowanych nieustępliwymi bólami nowotworowymi, nie doczekawszy operacji odeszła od nas w styczniu 2022 roku. Chcielibyśmy tego wszystkiego oszczędzić Jacusiowi. Ale chcielibyśmy także by był z nami jak najdłużej. To wszystko wymagać będzie od nas podejmowania na bieżąco różnych decyzji, może nawet tej najgorszej...




   Ale póki co Jacuś jest z nami. W chwilach, gdy nie śpi spogląda na nas z ufnością, podchodzi, macha ogonem, podstawia głowę do pieszczot i serdecznie reaguje na każde wypowiedziane doń słowo. Styczniowe słońce czule pieści jego śliczny, biały łebek i obiecuje kolejny pogodny dzień. A nasz kochany lawendowy Jacuś znowu układa się na swoim legowisku, wzdycha głęboko i spokojnie zasypia...







niedziela, 7 grudnia 2025

Co było a nie jest...

 




...”Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr” - głosi popularne powiedzonko. I pewnie sporo w nim prawdy, czyli podpowiedzi by żyć dniem dzisiejszym nie oglądając się przesadnie za siebie i nie przegapiając w ten sposób tego co jest. A jednak człowiek niekiedy się zapętla i spogląda w tył chcąc znaleźć tam przesłanie, wyjaśnienie po co to było i co z tym teraz począć. I chyba ja troszeczkę tkwię teraz w takim zapętleniu, pytając nie raz samą siebie, dlaczego właściwie ścieżka mojego życia na kilka tygodni zboczyła w tę dziwną, zupełnie nieoczekiwaną stronę? Było to trochę tak jakbym przez ten czas znalazła się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w odmiennej linii życia, gdzie poddawana byłam rodzajowi testu na wytrzymałość psychiczną, na umiejętność dostosowania się do tego, co się działo oraz na wyciąganie z tego wniosków na przyszłość, czyli nauki co do wagi i sensu dalszego ciągu istnienia.

   Nie mam pojęcia, czy udało mi się zdać ów test. I dlaczego ktoś zdecydował aby poddać mnie owemu testowi. Pewnie tak trzeba było. Może po to bym do głębi zrozumiała, jak niepewna, krucha i łatwopalna jest zwyczajna codzienność, bym ją bardziej doceniła i zwyczajnie potrafiła się cieszyć ową powtarzalną rzeczywistością, tym, co mam, co wokół mnie i we mnie. No tak, ale to pewnie tylko czubek góry lodowej tych wszystkich nauk, które można z takiego doświadczenia wyciągnąć. Dlatego próbuję wciąż sięgać niżej. Dokopać się do głębszych warstw tych znaczeń. Myślę, że to nie jest przejaw obsesji czy zupełnie niepotrzebnej dociekliwości a tylko otwartości na wyzwanie, z którym powinnam się zmierzyć oraz podejścia do fascynującej zagadki, którą chciałabym próbować chociaż w części rozwiązać.

   Tak czy siak mądry Los, czy może nieprzenikniony zamysł wszechświata pewnego późno letniego dnia skierował mnie na tą alternatywną ścieżkę, gdzie już na wstępie zionęła przede mną otchłań niepewności, grozy, lęku i bólu. A potem ni stąd ni zowąd przy końcu jesieni zawrócił mnie z owej ścieżki i pozwolił bezpiecznie wylądować tam, gdzie byłam przedtem. I niby wszystko jest tak, jak było. I ja taka sama i świat wokół. A jednak coś jest inaczej...Dzięki zajrzeniu w odmienną rzeczywistość doświadczyłam tylu przeróżnych uczuć i emocji, tyle się nowych rzeczy o sobie samej i innych dowiedziałam, że aż nie potrafię i długo chyba jeszcze nie będę umiała tego ogarnąć i nazwać słowami.

   Mógłby ktoś powiedzieć (i zapewne sporo miałby w tym słuszności): otrząśnij się wreszcie kobieto! Nie rozpamiętuj niepotrzebnie tego, co było i idź dalej bo czas ucieka! Ech! Gotowam przyznać temu komuś rację. Bo patrząc z boku tak to właśnie wygląda. Nic się przecież nie stało, o czym tu więc gadać? Na cóż te żmudne i czcze domysły? Nie byłabym jednak sobą, gdybym w ten sposób do tego, co mnie spotyka nie podchodziła. Gdybym nie rozmyślała, nie zastanawiała się, nie pytała...Zatem czy się to komuś podoba, czy też nie żyję znowu tak jak żyłam wprzódy, ciesząc się tym, co jest, ale jednocześnie nie potrafię i nie chcę bagatelizować tego, co mi się przydarzyło. Wierzę bowiem, że wszystko jest po coś, bo całe życie to nauka i muszę być gotowa na kolejne lekcje, na uważne ich zrozumienie oraz umiejętność wyciągania z nich wniosków w przyszłości.

   Wdzięczna jestem Losowi, iż zdecydował się mnie zawrócić z tej pełnej grozy, raniącej stopy i serce ścieżki, że dał mi szansę na kontynuowanie tego, co było przedtem. Bo przecież w tym samym czasie wiele osób nadal musi podążać tą złowieszczą, usianą kolcami drogą. Nikt ich nie odwraca z tej drogi przez mękę i nikt w żaden sposób nie gwarantuje im tego, iż w końcu dane im będzie dojść do jakiejś zbawiennej przystani czy oazy. Podczas gdy ja wybiegłam ze szpitala z taką lekkością w duszy i w ciele, jakby mi w cudowny sposób kilkadziesiąt lat ubyło, tam na miejscu zostało mnóstwo nieszczęśników, którym kolejne badania potwierdziły wstępną diagnozę i którym nic nie miało być oszczędzone. Wyfruwałam do zwykłego świata ubranych już świątecznie wystaw sklepowych, przyozdobionych w czapy świeżego śniegu skwerów, podążających w zaaferowaniu i nieodmiennym pośpiechu ubranych w kolorowe kurtki ludzi.... Leciałam spoglądając po raz ostatni w okna na pierwszym piętrze szpitala, gdzie w welurowej piżamie w kwiatki pozostała pani Teresa zbyt słaba, by móc wstać i pomachać mi przez okno, gdzie został pozornie dziarski, lecz podskórnie pełen obaw pan Antoni, u którego poprzedniego dnia wykryto złośliwego guza na oskrzelach, gdzie nadal tkwiła chudziutka pani Zosia, wiecznie zmarznięta i pogrążona w depresji po niedawnej resekcji jelita grubego a do tego trawiona nieoperacyjnym nowotworem płuc. Tymczasem ja pełna wdzięczności i optymizmu a jednocześnie wyrzutów sumienia i dziwnego żalu żegnałam ten świat, który w jednej chwili potrafił odebrać nadzieję i radość życia, po to by w kolejnej ni stąd ni zowąd ją przywrócić. 

   Nie, nie mam do nikogo z lekarzy pretensji mimo, iż przedwcześnie i nazbyt pochopnie stwierdzono u mnie złośliwy nowotwór płuc. Może też nazbyt szybko wyrobiono dla mnie kartę szybkiego leczenia onkologicznego DILO? Może niepotrzebnie od samego początku nakreślano przede mną plan operacji i chemioterapii po niej? Tak, to wszystko spadło na mnie tak nagle, tak mocno uderzyło mnie obuchem w głowę. Ale rozumiem, iż lekarze na co dzień stykają się z podobnymi do mojego przypadkami i dlatego kierowani pewnie rutyną i poczuciem obowiązku a także koniecznością pośpiechu starali się działać tak szybko, tak zdecydowanie jak się da, by uratować mnie i dać szansę normalnego życia. Bo mnóstwo wszak jest przypadków, gdy nowotwory wykrywa się zbyt późno, bo człowiek przegapia albo bagatelizuje objawy choroby a do tego kolejki do specjalistów ciągną się miesiącami i latami. Nie dziwota więc, że wiele osób do specjalisty trafia dopiero wtedy, gdy niewielkie są już szanse na wyleczenie a czasem nie ma ich wcale. W Polsce co roku na raka płuc umiera ok. 20 tys. osób. I ta liczba wciąż rośnie...

   A wracając do owego sobotniego popołudnia, gdy opuszczając mury szpitala szłam szybko u boku mając panią A., moją niedawną sąsiadkę z łóżka obok, której tak jak i mnie dane było uciec katowi spod topora...Ogromnie zbliżył nas do siebie ten szpitalny czas. Mam wrażenie, iż otworzyłyśmy się przed sobą bardziej, niż przed kimkolwiek, kiedykolwiek przedtem. Szpitalna codzienność oraz towarzyszące nam tam przeżycia i lęki sprawiły, iż rozumiałyśmy się wtedy lepiej, niż z kimkolwiek bliskim, kto nie doświadczał tego, co my. Na moment przecięły się nasze ścieżki, lecz oto zostawiałyśmy za sobą to wszystko i rozstawałyśmy się podążając tam, gdzie czekały na nas nasze rodziny i przyjaciele, gdzie pragnęło naszego powrotu zwyczajne, pełne wyzwań, wspomnień i marzeń życie. Jak sobie z tym wszystkim poradzimy? I czy jeszcze się kiedyś spotkamy? Małe są na to szanse, ale nie mam co do tego pewności. Wszak życie jest kompletnie nieprzewidywalne. A ta nieprzewidywalność jest z jednej strony piękna i fascynująca a z drugiej straszna i odpychająca. I nigdy nie wiadomo, z którą z nich będzie się miało do czynienia.

   A tymczasem wokół rozpościera się jak gdyby nigdy nic kolejny grudzień. Tuląc do piersi kotkę patrzę przez okno i zauważam, że znikła już zupełnie z okolicznych pól cała ta niedawna wspaniała, śnieżna biel. Została listopadowa szarość, srebrzysta mglistość, żółtość traw, nagie konary drzew i spowijający to wszystko wilgotny chłód. To surowa w formie, lecz nadal ujmująco piękna rzeczywistość. Spoglądam na stare zdjęcia. Okazuje się, iż w zeszłym roku było podobnie. I w jeszcze poprzednim też. A mimo to wciąż z niegasnącą nadzieją czekało się i nadal czeka na śnieg, na tę grudniową dziewiczą biel otulającą rzeczywistość nieco magiczną pierzynką. Bo przecież dobrze jest móc na coś czekać. Dobrze jest móc mieć nadzieję i jakiekolwiek marzenia...

   Oby ten grudzień przyniósł mnie, Wam i wszystkim naszym bliskim mnóstwo dobrych niespodzianek. A jeśli nawet zdarzą się te złe, to jest szansa, że i przez nie przejdziemy jakoś obronną ręką. Bo przecież do większości z nas Los wciąż wyciąga pomocną dłoń i pozwala byśmy mogli kiedyś odetchnąć wreszcie głęboko i tak po prostu stwierdzić: co było a nie jest, nie pisze się w rejestr...




środa, 5 listopada 2025

Szczęście w nieszczęściu...

 




   Dwa zdarzenia w ostatnim czasie mocno dały mi do myślenia o tym, iż Wszechświat w jakiś sposób czuwa jednak nad nami, daje coś do zrozumienia, a może i pomaga. Pierwsze miało związek z naszymi częstymi ostatnio wyjazdami do Rzeszowa, gdzie odwiedzałam pewną przychodnię specjalistyczną. Otóż po jednej z takich wizyt zajechaliśmy naszym autkiem pod wielki supermarket. Zaparkowaliśmy go na ogromnym parkingu i ruszyliśmy na rekonesans po przybytku, w którym już dobrych kilka lat nie byliśmy, bo jakoś nas wcale do niego nie ciągnęło. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po powrocie na parking okazało się, że nasz samochodzik odmawia sprawnej jazdy. Coś od spodu zaczęło w nim dziwnie szumieć, zgrzytać i sprawiać wrażenie jak gdyby jakieś ciało obce blokowało koła. Obejrzeliśmy je zatem z każdej strony spodziewając się, iż ktoś dla kawału włożył nam pod któryś z błotników plastikową butelkę. Ale nie, nic tam nie było. Dopiero pewien młody mężczyzna, który parkował obok zajrzał pod spód naszego rumaka a poświeciwszy sobie latarką z telefonu zawyrokował natychmiast, iż pękła sprężyna łącząca przednie koło z podwoziem. I dlatego owo koło wydawało tak dziwaczne zgrzyty.

  • Oj! To całe szczęście, że ta sprężyna urwała się państwu tu, na postoju a nie na ruchliwej szosie. Bo jakby koło się wam w trakcie jazdy urwało, to nie byłoby czego po was zbierać! - zawyrokował spoglądając na nas z podziwem niby na wyróżnionych przez los ocaleńców.

   Od razu do rozmowy dołączył się inny, stojący nieopodal mężczyzna i stwierdził, że nawet sam widział kiedyś tak straszliwy wypadek, gdy pędzące kilkadziesiąt km na godzinę autko nagle wpadło w poślizg i rąbnęło z całej siły w barierkę, a urwane koło poturlało się do rowu, na szczęście nie uderzając po drodze w inny pojazd. Co stało się z pasażerami feralnego auta? Tego ów mężczyzna nie wiedział, ale domyślał się, iż byli co najmniej mocno poranieni.

  • Tak, że naprawdę macie państwo szczęście! - potwierdził spostrzeżenie młodego człowieka i kręcąc z niedowierzaniem głową odjechał w sobie tylko znanym kierunku.

   Cóż. Po przemyśleniu całej kwestii oboje z Cezarym uznaliśmy zgodnie, iż rzeczywiście mieliśmy szczęście, bo czymże były problemy z drogo wycenionym przewiezieniem naszego autka lawetą czy zapłaceniem u mechanika kilku stówek za naprawę, skoro nam nic się nie stało. Skoro cali i zdrowi mogliśmy wrócić do domu, do naszych kochanych zwierzaków. Bo tak naprawdę, to liczy się tylko zdrowie i życie nasze oraz naszych bliskich. Cała reszta to tylko dodatki...


   A drugie zdarzenie? Otóż przez kilka ostatnich tygodni w związku z moim niedawnym zapaleniem płuc oraz z podejrzanymi cieniami wykrytymi na prześwietleniu rentgenowskim jeździliśmy do pulmonologa w Rzeszowie. Ostatecznie po tomografii okazało się, że owe cienie to niestety nowotwór płuca. Nowotwór jeszcze mały i nie dający na razie żadnych oznak ani dolegliwości. Na tyle mały, że o ile nie będzie żadnych przerzutów a mój stan zdrowia na to pozwoli będę mogła mieć wykonaną operację, w trakcie której zostanie mi wycięty płat płuca wraz z owym guzem.

   A gdzie w tym owo tytułowe szczęście w nieszczęściu? Otóż gdyby nie zapalenie płuc, to bym o owym nowotworze nic nie wiedziała a on rozwijałby się w moim organizmie bez żadnych przeszkód aż stałby się tak duży i groźny, tak zagarniający inne części ciała, że jego operacyjne usunięcie nie byłoby już możliwe. I zostawałaby wówczas tylko chemio oraz radioterapia a to, jak wiadomo, w wielu przypadkach nie przynosi oczekiwanych rezultatów.

   Od jakiegoś czasu w związku z powyższym żyję w stanie sporego rozedrgania psychicznego. Mam napady lęków i problemy ze snem, dlatego bywa, iż muszę się wspomagać środkami uspokajającymi. Wsłuchana w ciszę nocną rozmyślam intensywnie o tym, co mnie czeka, boję o to, co byłoby jeślibym odeszła, co wówczas z bliskimi... Nie chcę tak myśleć, ale myśli same pchają mi się do głowy i kraczą niby czarne ptaszyska...Zastanawiam się też skąd mi się ten nowotwór wziął, skoro żyję zdrowo, odżywiam się też zdrowo, nie przyjmowałam żadnych podejrzanych preparatów, używek ani suplementów, nigdy nie paliłam papierosów a do tego okolica, w której mieszkam słynie z krystalicznego, górskiego powietrza....


       - Czy jakoś przyczyniły się do tego zmartwienia, których ilość od końca zeszłego roku wciąz wzrasta? - dociekam, z ciężkim sercem wspominając chorobę brata a zaraz potem taty.

  • Może to bliskość wieży przekaźnikowej jakoś mi zaszkodziła? A może odwierty gazu ziemnego w pobliskim lesie? To wcale nie żadne głupie teorie spiskowe. Wszak kwestie wpływu na zdrowie przekaźnika i odwiertów gazu poruszyli ze mną lekarze - pulmonolodzy, którzy także podejrzewają, iż coś może tu być na rzeczy...

  • Być może zalęgnięcie się we mnie tego ósmego pasażera Nostromo było mi z jakichś powodów pisane, no bo jeśli wszystko dzieje się po coś, to i w tym jest jakiś sens, jakaś nauka...?

  • Ech! Nie da się tu dojść do żadnej jednoznacznej odpowiedzi! - stwierdzam w końcu i włączam w telewizji You Tuba aby zająć czymś znękany umysł. A czasem coś sobie w myślach nucę i wyobrażam sobie, że wędruję po moich ulubionych miejscach. Po lesie, po łąkach, po okolicznych bezdrożach i malowniczych dróżkach. Wówczas nieraz ogarnia mnie błogi, wewnętrzny spokój i doznaję przeczucia, iż będzie dobrze bo musi być dobrze, bo zdecydowanie jeszcze na mnie nie pora.

  • Rak to nie wyrok! – oświadczam przekonując samą siebie i próbując odganiać w ten sposób owe złośliwe ptaszyska.

  • Przecież jestem silna (i poza tym nowotworem zupełnie zdrowa), do tego pozytywnie nastawiona a wobec tego dam radę przetrwać i przezwyciężyć wszystko, co mnie teraz czeka a Wszechświat ma mnie jednak w opiece. W takich chwilach czuję więc wobec niego ufność a nawet wdzięczność. I wierzę a raczej mocno chcę wierzyć, że jeszcze nie raz wzejdzie dla mnie słońce...- dopowiadam te słowa w myślach niby jakąś mantrę.


   Jutro na kilkanaście dni idę do szpitala, gdzie wykonają mi pełną diagnostykę, która da ostateczną odpowiedź na to, jaki rodzaj nowotworu zagnieździł się w moich płucach, czy są przerzuty i w jaki sposób będę leczona. Mam nadzieję, że zakwalifikują mnie na operację, którą zrobią najszybciej jak tylko się da i która rzecz jasna się uda. Oczywiście obawiam się także owej operacji, ale jednocześnie wiem, że to będzie najlepsze dla mnie w tej sytuacji. I że będą szczęściarą, jeśli uda mi się ją pomyślnie przejść a potem w pełni zdrowia żyć tak, jak żyłam do tej pory. W troskliwej opiece Wszechświata, w bliskości dzikiej natury, w zgodzie, w przyjaźni i w miłości z ludźmi, którzy są mi bliscy...

Proszę, trzymajcie za mnie kciuki! Odezwę się (mam nadzieję!) jak już będzie po wszystkim!


czwartek, 15 lutego 2024

Cofnięci do średniowiecza…

 

  


  Ano stało się! Po wielu latach niezapadania na żadne grypy i przeziębienia, przyszła kryska na Matyska! Od niedzieli toczy mnie jakoweś choróbsko, co to się nie wiadomo jak i skąd przypałętało. Może to od tego łażenia po bezdrożach i śpiewania spotkała mnie taka kara boska na bieżąco? Trzeba było grzecznie w chałupie siedzieć a nie jak szalona rusałka czy południca nie wiadomo po co po polach lutowych latać.  Ale tak miło się latało…



   Najpierw dopadła mnie wysoka gorączka i lekki ból gardła. To tak ścięło z nóg, że prawie całą niedzielę i poniedziałek przespałam. Teraz dokucza mi niewielka temperatura, ale gardło boli tak, że łykanie czegokolwiek stanowi ogromne wyzwanie.  Jako, że w domu zawsze mamy sporo różnych medykamentów na wszelki wypadek od razu w ruch poszła polopiryna i witamina C, olejek z oregano, płukanie gardła solą, pędzlowanie onego gencjaną, popijanie ziółek czy gorącego mleka z miodem i czosnkiem albo herbatek z sokiem malinowym i cytrynowym, imbirem, cynamonem i miodem. A do tego najważniejszy zawsze naturalny medykament, czyli wygrzewanie się pod kołdrą, przesypianie większości dnia oraz czuła opieka zatroskanego męża.

   To wszystko powinno pomóc. Pomogło jednak na tyle, że gorączka już odpuściła, ale zostało osłabienie, czerwone jak po oparzeniu i bardzo bolesne gardło a do tego suchy, męczący kaszel i kłopoty z mówieniem. We wtorek zdecydowałam zatem, ze przydałaby się jednak pomoc lekarza. No bo może antybiotyk by się tu nadał albo coś równie mocnego? Od wielu lat nie zażywałam żadnych antybiotyków, bo po prostu byłam zdrowa i nie potrzebowałam ich. Do przychodni rejonowej też rzadko chadzałam, bo nie było po co. Człowiek szczęśliwy jak tam iść nie musi. Jednak nie chodząc, nie zdaje sobie sprawy jak ciężko się do lekarza teraz dostać. Okazuje się, że panie w rejestracji mogą danego dnia zarejestrować na wizytę lekarską ściśle określoną ilość pacjentów. I nie wolno im tej ilości przekraczać. Takie są procedury. Na dodatek listy chętnych do lekarza wolno im tworzyć tylko na dwa kolejne dni z rzędu. Jeśli brak na nich już miejsca trzeba próbować zapisać się na kolejną listę. Za dwa dni. Próbowałam po dwakroć ( wisząc na słuchawce prawie godzinę, bo tylu wydzwania do nich pacjentów) i niestety, nie załapałam się.  Przychodnie to dzisiaj istne twierdze. A co mają począć pozostawieni sami sobie pacjenci? Cóż. Udać się do apteki i zakupić cokolwiek, co da się bez recepty dostać. Ale bez gwarancji, że to pomoże, bo tak naprawdę przydałoby się by lekarz człowieka obejrzał i przepisał mu coś konkretnego. Tak stwierdziła mądrze znajoma pani farmaceutka, gdy chrypiąc i kaszląc kupowałam u niej tabletki do ssania, syrop i pastylki przeciwgorączkowe do rozpuszczania w wodzie.  Cóż. Zgadzam się ze stwierdzeniem miłej pani farmaceutki w zupełności, ale wiśta wio, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić!

   Dziś rano poczułam się wreszcie nieco lepiej, ale z kolei Cezary poczuł się gorzej. Znowu w ruch idą domowe środki leczenia oraz te wszystkie medykamenty, które mamy pod ręką. W średniowieczu wszak ludzie tylko tak się leczyli i jakoś się wszystko kręciło. No, ale wówczas można było jeszcze z porady jakiej mądrej babki czy znachorki skorzystać, o ile ich wcześniej na stosie nie spalono… Ha!  Dzisiaj cywilizacja pełną gębą! Cud, miód i malina! To może by do przychodni się umówić? Szkoda gadać! Po godzinie oczekiwania na sygnał zgłoszenia dowiedziałam się, że być może na początku przyszłego tygodnia zwolnią się jakieś miejsca. Trzeba dzwonić…Ech, to wszystko zdaje się niczym sen wariata albo fragment utopijnej powieści F. Kafki „Zamek”.

 


   W przystępie weny oraz wisielczego humoru napisałam zatem poniższą pioseneczkę. Nucę ją sobie rzecz jasna w myślach. Bo głośny śpiew w obecnym stanie mojego gardła absolutnie jest niemożliwy.

Słowa pasują do melodii szlagieru Maryli Rodowicz „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”.


Dziś prawdziwych lekarzy już nie ma…


Dziś prawdziwych lekarzy już nie ma

Do przychodni się dostać to cud

Pókiś zdrowy to obcy ci temat

Lecz w chorobie pomocy chcesz łut

Pókiś zdrowy to obcy ci temat

Lecz w chorobie pomocy chcesz łut

 

Ideały poszły w dal

Dziś w ich miejscu został szmal

Tylko ludzi, tylko ludzi

Tylko ludzi, chorych ludzi żal

Hipokrates – z grobu wstań

Bractwu w kitlach wykład daj

By ponownie zrozumieli

Że są po to aby służyć nam!

 

Dziś prawdziwych lekarzy już nie ma

Procedury zajęły ich tron

Biurokracji się szerzy gangrena

Służba zdrowia jest zimna jak szron

Biurokracji się szerzy gangrena

Służba zdrowia jest zimna jak szron…

 

Ideały poszły w dal

Dziś w ich miejscu został szmal

Tylko ludzi, tylko ludzi

Tylko ludzi, chorych ludzi żal

Hipokrates – z grobu wstań

Bractwu w kitlach wykład daj

By ponownie zrozumieli

Że są po to aby służyć nam!

 

Dziś prawdziwych lekarzy już nie ma

Lecz choroby do człeka wciąż lgną

Radzić sobie samemu więc trzeba

A medycy w swych twierdzach niech tkwią

Radzić sobie samemu więc trzeba

A medycy niech w twierdzach swych tkwią

 

Ideały poszły w dal

Dziś w ich miejscu został szmal

Tylko ludzi, tylko ludzi

Tylko ludzi, chorych ludzi żal

Hipokrates – z grobu wstań

Bractwu w kitlach wykład daj

By ponownie zrozumieli

Że są po to aby służyć nam!

 

                           

                                                            podkład muzyczny do samodzielnego śpiewania

                    

                                          

wtorek, 25 maja 2021

Przewaga trosk…

 



 

   Niestety, po kilku dniach poprawy stanu zdrowia naszej ukochanej psinki Zuzi znowu jej się diametralnie pogorszyło. Od tygodnia jeździmy z nią nieomal co dzień do weterynarza. A właściwie do różnych weterynarzy bo żaden nie wie dokładnie co jej jest i żaden nie umie znaleźć skutecznej terapii. Zrobiono jej badania krwi i wyeliminowano jakąkolwiek chorobę wirusową, czy odkleszczową. Po USG wyszło jej, że ma nieco powiększoną wątrobę i trzustkę oraz stan zapalny jelit, ale żadna z tych dolegliwości nie może być źródłem ogromnego bólu, którego Zuzieńka doznaje ilekroć przestają działać zastrzyki z pyralginą. Podałam jej przez ten czas 10 kroplówek z solą fizjologiczną, bo mimo tego, iż bardzo dużo pije wet orzekł, iż jest odwodniona. Nadal daję jej zastrzyki z antybiotykiem, środkiem przeciwbólowym oraz ze sterydem. Po sterydzie, przez jakiś czas biedaczka czuje się lepiej, wraca jej apetyt oraz żywsze spojrzenie. Jednak gdy tylko steryd i środek przeciwbólowy przestają działać, wówczas znów władzę na nią przejmuje przygnębienie, apatia, cierpienie oraz słabość. 

 



   Obawiam się, że USG prawdopodobnie nie wykryło jakiegoś guza, który może być źródłem jej złego samopoczucia i cierpienia. Sama już nie wiem, co mam o tym myśleć…Serce pęka, gdy się patrzy na jej bezradność, przygnębienie i ból. Pozostałe psy doskonale wyczuwają, że z Zuzią jest coś nie tak. Nie zaczepiają jej w żaden sposób, machają na jej widok ogonami, z nadzieją wąchają przewodniczkę stada co jakiś czas, lecz zaraz odchodzą zasmucone na bok. Myślę, że chory pies wydziela jakiś charakterystyczny zapach, wyczuwalny tylko dla innych psów. I między innymi dlatego Jacuś, Hipcia i Misia wiedzą, iż z Zuzią dzieje się coś złego. Tak czy siak walczymy o nią i walczyć będziemy póki tylko się da.


 


 

   Poza tym mamy sporo pracy z jodłowym drewnem rozpałkowym, które Cezary tnie na pile – cyrkularce, kiedy tylko pogoda na to pozwala. Oj, mnóstwo tego drewna czeka jeszcze do pocięcia ( w sumie 8 metrów). A tymczasem wczoraj mój mąż poważnie się przy tej pracy skaleczył. Piła omal nie ucięła mu kciuka. Strasznie to niebezpieczna robota. Chwila nieuwagi może się bardzo źle skończyć. Dzisiaj od rana burzowo i deszczowo,  drewno moknie a więc Cezary odpocznie trochę od pracy a jego palec odrobinę się podgoi. Kolejność prac gospodarskich mamy ściśle rozplanowaną. Kiedy tylko skończymy z drewnem rozpałkowym przyjdzie czas na drewno opałowe, którego kilkanaście metrów też trzeba będzie pociąć piłą spalinową, połupać elektryczną łuparką a następnie zwieźć pod wiatę by wyschło do zimy. Potem zamierzamy zająć się betonowaniem kamiennego murku, o którym tu niedawno pisałam oraz wieloma innymi pracami gospodarskimi, których, jak u każdego na wsi, zawsze jest bez liku.


 

   Nadal kontynuujemy naszą dietę ketogeniczną. Bardzo dobrze się oboje na niej czujemy. Zazwyczaj wystarczają nam dwa posiłki dziennie. Jadamy smacznie, zdrowo, różnorodnie i kolorowo. Łykamy suplementy ( magnes, potas, witamina D3, berberyna). Po miesiącu  stosowania tego sposobu żywienia oboje już sporo schudliśmy, nie głodując ani nie czując, że czegoś się wyrzekamy, że czegokolwiek nam brakuje. Na pewno więc będziemy przy tej diecie trwać.

obiad: tatar z sałatką warzywną z oliwą, pomidorami i awokado

 
 

obiad: leczo z wędzoną makrelą


kolacja: duszone warzywa z pieczarkami i żółtym serem

obiad:  pieczona golonka z zieloną sałatką z liści mlecza, szczypiorku, kapusty pekińskiej i ogórka

 

obiad: wędzona makrela z mieszanką sałat z oliwą i pomidorem

   A tymczasem w ogrodzie pięknie. Kwitną wspaniale i pachną upojnie fioletowe bzy. Zieleń wręcz bucha zewsząd. Prawie wszystko (poza ogórkami, kabaczkami i dyniami) wykiełkowało. Trwa cudny, wiosenny czas, którego nie zaburza nawet kapryśna pogoda. Tylko zmartwienia nie za bardzo pozwalają się tym cieszyć…


 


   Dlatego także sprawy bloga i wszelkie inne odeszły na razie na dalszy plan. Jak się coś u nas zmieni – napiszę. A na razie pozdrawiam Was serdecznie.

 

niedziela, 10 marca 2019

W czas wichury…




- Niby jest dzisiaj ładnie, ale na dworze wietrzysko tak potępieńczo wyje jakby koniec świata zwiastowało! – stwierdziliśmy oboje z Cezarym siedząc przy kuchennym oknie i zajadając na śniadanie gorącą grochówkę ze skwarkami.


    Widok jaskrawo błękitnego nieba, kilku malowniczych chmurek oraz wyraziście świecącego słońca mógłby zmylić człowieka i zachęcić do wyjścia z domu, gdyby nie dziki poświst i jęk wichrzycy w kominie, nieustępliwe klekotanie blach na dachu oraz szalony taniec bezbronnych wobec wichury drzew, krzewów i suchych traw na łące.  



- Zdecydowanie bezpieczniej dla wszystkich będzie dzisiaj nie wychylać nosa z chałupy! W taką pogodę lepiej sobie odpuścić przechadzki! – skonstatowaliśmy zerkając na psy śpiące smacznie w przyległym do kuchni pokoju i nawet nie proszące się o spacer. My z mężem tym bardziej się do tego nie paliliśmy. Po ponad tygodniowym przeziębieniu, które wycisnęło z nas litry potów i kataru, lejącego się z nosa przy każdym pochyleniu głowy nadal czuliśmy się osłabieni i nie chcieliśmy ryzykować nawrotu choroby albo złapania jakiejś grypy.

- Trzeba uważać na siebie. Człowiek coraz starszy i słabszy, coraz bardziej podatny na infekcje. Ale jeszcze zdążymy się nachodzić, napracować, nacieszyć lepszą pogodą i lepszym zdrowiem – sapnął Cezary, znowu kichnąwszy potężnie i ocierając załzawione oczy.


- Mam nadzieję, że zdążymy – odrzekłam – Człowiek tyle rzeczy odkłada na potem, wierząc, że ze wszystkim zdąży, że ma tyle czasu przed sobą a przecież los może mieć wobec niego całkiem inne plany! – spojrzałam ze smutkiem w oczy męża a on doskonale zrozumiał, co miałam na myśli. 

    Kilkoro naszych znajomych i bliskich w ostatnim czasie dopadły ciężkie, nieuleczalne choroby a wszelkie ich marzenia i zamierzenia nagle legły w gruzach. Przeżywaliśmy mocno to, co się z nimi działo i martwiliśmy się, że nijak pomóc im nie możemy. To, co działo się z nimi uświadamiało nam raz po raz jak bardzo wszystko jest niepewne i kruche a każda chwila, gdy człowieka nic nie boli bezcenna. Na dodatek nie opuszczało nas  wrażenie, że choćbyśmy nie wiem jak zdrowo żyli, nie wiem jak bardzo o siebie dbali i tak, to co jest nam przeznaczone nie minie nas...



- A czasem nie trzeba wcale działań losu, tylko zwyczajnej, ludzkiej bezmyślności by zepsuć to, co powinno być chronione! Zobacz, ci dwaj, co krążyli wczoraj po naszych okolicach  i wycinali piłami spalinowymi przydrożne chaszcze nie darowali nawet tym ślicznym sosenkom, co rosły ponad metr od drogi, nawet młodziutkiej kalinie na skraju pola, która nijak nie utrudniała widoczności przejeżdżającym w pobliżu kierowcom! – zdenerwował się Cezary, który poprzedniego dnia nakrzyczał mocno na dwóch najętych przez gminę pilarzy, bez pytania o zgodę wycinających grabowy żywopłot przy naszym płocie. Długo potem nie mógł się uspokoić, krążąc po domu jak lew po klatce i wyrzekając na bezmiar ludzkiej głupoty. 

- Dwóch szalonych Edwardów Nożycorękich! Wandali, tnących bez opamiętania co popadnie. A dopiero się cieszyłam, że jeszcze rok, dwa i będą owoce na tej kalinie. A dopiero co robiłam zdjęcia tym przydrożnym sosenkom. A teraz leży to wszystko pokotem, jak nikomu niepotrzebne śmieci…Ludzkie życie los też przecina tak nagle, tak bez sensu… - westchnęłam dostrzegając z oddali zielone iglaki, jeszcze przedwczoraj cieszące oczy a teraz  porzucone byle jak przy rowie.


- Nawet tu, na nasz skraj świata dociera ludzka nieodpowiedzialność, głupota i żądza zniszczenia. To jak ma być dobrze na świecie? – żachnął się Cezary.
- I co takimi pilarzami powodowało? Przecież łatwo można było odróżnić, co trzeba wyciąć a co nie! Na pewno urząd gminy nie kazał im wycinać wszystkiego. Zdaje mi się, że ci dwaj po prostu wyżywali się na biednych drzewach i krzewach za swoje niepowodzenia życiowe i za swoją codzienną frustrację. A tymczasem tutaj, z tymi warkotliwymi piłami mogli przez parę godzin udawać władców świata. Ciąć, niszczyć, zabijać, nie darować najmniejszemu krzaczkowi wierzby, głogu czy dzikiej róży… - westchnęłam z żalem, myjąc talerze po zupie oraz umieszczając je na suszarce.



- Tylko na moment się uspokoiło! – odezwałam się po chwili usiadłszy znowu przy stole i wsłuchując się w żałosny jęk wiatru - Posłuchaj jak znowu dmie w kominie. Jak coś świszcze złowieszczo w ogrodzie. Zobacz, jak gną się ramiona naszej starej lipy, ile gałązek leży na drodze… - odchyliłam firankę, by widzieć wyraźniej przestrzeń za płotem. 

- I w lesie też pewnie mnóstwo suchych gałęzi pospadało. Nawet niebezpiecznie byłoby dzisiaj tam wychodzić, żeby jakimś konarem w głowę nie oberwać – odparł Cezary, szykując nam jeszcze na przekąskę parę kanapek z masłem i cebulą.

- Ale przyroda da sobie jakoś ze wszystkim radę.  Wiele wichur już tu przecież oglądaliśmy. Coś ginie bezpowrotnie, ale i wciąż powstaje coś nowego. Zawsze tak było i będzie. Spójrz, jakie niebo niebieskie a słońce budzi już do życia trawki, młode pokrzywy i stokrotki.  Odrodzą się jak co roku. Czas przyniesie nowe zdarzenia, da nowe siły do działania. A świeża zieleń pokryje wszystko, ześle ulgę i zapomnienie. I będzie ładnie, prawda?… - uścisnęłam dłoń męża a on w odpowiedzi serdecznie odwzajemnił mój uścisk.



   Potem nic już więcej nie mówiliśmy, tylko zajadaliśmy nasze zdrowotne kanapki patrząc za okno, w pełną lasów, łąk i wzgórz dal, która trwała tu od wieków i pewnie będzie trwać, gdy nas dawno już na świecie nie będzie…



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost