Ósma to już nasza
jesień tutaj, na Pogórzu Dynowskim. Czas przynosi nam zmienność barw, obłoków i
nastrojów. Daje nagłe przejaśnienia, burze albo ciszę, uspokojenie i cień.
Czegoś uczy, coś uświadamia, ale wciąż nie daje odpowiedzi na wiele ważnych
pytań.
Nikt nie wie,
ile jeszcze jesieni dane mu będzie oglądać, przeżywać. Jak zmienią go kolejne
pory roku? Co zabiorą a co podarują? Co jest naprawdę ważne, a co nam się tylko
takim wydaje? Co zdarza się przypadkiem a co wynika z przeznaczenia? Jakie koleje
losu czekają za następnym zakrętem? Co się w nas zmieni a co pozostanie takie jak
przed laty?
A tymczasem
świat jesienny każdego roku przebarwia po swojemu. Nie czeka na nic. Ma swoją prawdę, sens i
rytm. Stroi się i przeistacza w zapamiętałym,
odwiecznym tańcu życia. Uśmiecha się ufnie do nieba a ono serdecznie odwzajemnia
ten szczery uśmiech. Widać, że dobrze się rozumieją. Są tu razem od zawsze…Znają
odpowiedzi na wszystkie chyba pytania, dzielą się nimi z nami, ludźmi, tylko że
my nie zawsze potrafimy je usłyszeć czy pojąć…
Dlatego dobrze jest
niekiedy móc oddalić się z miejsca, gdzie mieszka się na co dzień i spojrzeć na
świat z nieco innej perspektywy, doznać przejaśnienia myśli, przewietrzyć głowy.
Cudownie ciepła pogoda październikowa to najlepsza pora na wyprawy bliższe i
dalsze. Prawie wszystkie prace
gospodarskie pokończone. Pojawia się więc nareszcie sporo wolnego czasu, który
można nieco inaczej niż zazwyczaj zagospodarować. Wprawdzie im człowiek starszy, tym rzadziej
chce się mu ruszać ze spokojnego przysiółka na krańcu świata, tym niemniej
bywa, iż przywiany tu przyjaznym wiatrem dawny zew wędrowców porusza coś mocno
w sercu i znowu chce się podążyć za nim, zaciekawić światem, ludźmi i opowieściami,
co mieszkają za widnokręgiem…
… Do Przemyśla
mamy czterdzieści kilka kilometrów a bywamy tam dość często, bo właśnie tam
mieszczą się wszystkie ważniejsze urzędy, przychodnie specjalistyczne oraz
większe niż u nas sklepy. Podczas wyjazdów do tego pięknie położonego miasta zazwyczaj
nie mamy czasu ani siły na swobodne wędrowanie i podziwianie jego uroków.
Jednak wczoraj po szybkim załatwieniu ważnych spraw w centrum grodu
Przemyślidów zachciało się nam odetchnąć innym powietrzem i zobaczyć dokładniej
miejsce, które widzieliśmy ostatnio zimą. A tak było wówczas zimno i wietrznie,
że nie mieliśmy ochoty na dłuższą wędrówkę. Gęste mgły się unosiły się nad
okolicą i nie pozwalały na zobaczenie położonego w dole miasta ani wyrastających
z tyłu za nim gór i nizin. W powiewach mroźnego wiatru i siekącej po policzkach
śnieżnej zawieruchy czym prędzej wracaliśmy wtedy do ciepłego wnętrza
samochodu. Zupełnie inaczej było teraz. Spoceni, porozpinani, zachwycając się
po drodze kolorowym drzewostanem oraz starym cmentarzem wjeżdżaliśmy powolutku brukowaną,
krętą ulicą Przemysława ku najwyższemu, górującemu nad całym miastem punktowi
zwanemu Kopcem Tatarskim. Mieści się on na wzgórzu „Zniesienie” („zniesienie”
oznacza pokonanie, w tym miejscu bowiem, jak głosi legenda zwyciężono niegdyś Tatarów,
natomiast Tatarzy usypali podobno ten wielki kopiec jako mogiłę dla swego
chana).
Wysokość tego
kopca od jego podstawy wynosi tylko 10 metrów, jednak gdy człowiek wespnie się już
na jego szczyt odnosi wrażenie, iż znalazł się na samym czubku świata, bo widzi
stamtąd tak rozległą panoramę okolic, że aż w głowie mu się kręci i pragnie się
o coś oprzeć albo gdzieś usiąść żeby nie upaść. Na szczęście wzdłuż pieszego
traktu biegnącego u stóp kopca znaleźć można mnóstwo wygodnych ławeczek. Można
też pójść dalej, wzdłuż dziewiętnastowiecznych fortów twierdzy Przemyśl i
krzyża Zawierzenia z 2000 roku.
Wszystko to
piękne było i zachwycające, ale tym co najbardziej mnie w tamtym miejscu
urzekło nie były wcale widoki, ale cudowny zapach. Coś mi przypominał, jakąś
czułą nutę w sercu budził, gdzieś mi po zwojach mózgowych krążył nie chcąc dać
się złapać i nazwać. Pachniało mi coś z
dzieciństwa spędzonego na zielonym osiedlu robotniczym na Śląsku i coś z czasów
australijskich, gdy wędrowałam po pokrytych korą eukaliptusów alejkach na górze
Arthur Seat. Był to zapach słodki, niewinny, serdeczny i ciepły, pełen bezkresnej
wolności i czystego wzruszenia. Mieścił w sobie aromat świeżego siana i
jesiennych liści, cierpkości jarzębin i słodyczy malin, woń pożółkłych traw,
wody i kurzu…Ach! Gdybyż można było przechowywać na twardym dysku komputera
zapachy tak jak przechowujemy zdjęcia! Teraz otworzyłabym taki zapachowy plik i
podzieliłabym się nim z Wami, bo żadne słowa nie są w stanie oddać upojności
oraz magii tego niezwykłego zapachu…Odtąd chyba już zawsze Kopiec Tatarski z nim
właśnie będzie mi się kojarzył i budził dobre wspomnienia.
I a propos! Przypomniało mi się jeszcze w
jakich okolicznościach przed kilku laty dowiedziałam się o tym przemyskim kopcu.
Kiepsko się czując po wypadku samochodowym trafiłam do położonego przy ul.
Słowackiego szpitala, gdzie poznałam rodowitą Przemyślankę – sympatyczną Agnieszkę.
Leżałyśmy przy sobie łóżko w łóżko, zatem miałyśmy sporo czasu na długie rozmowy.
Ach, ileż ciekawych opowieści o zabytkach swego miasta miała w głowie ta mądra
dziewczyna! Dzięki niej popatrzyłam wtedy na to miejsce zupełnie inaczej niż do
tej pory. Agnieszka zasiała w mym sercu płomyczek szczerej sympatii i podziwu dla
miasta Przemyślidów. Opowiadała o
czasach panowania w nim Austriaków. O obronie twierdzy Przemyśl w czasie
pierwszej wojny światowej. O walkach między Rosjanami i Niemcami toczonymi tu w
1941 roku. O tym, jak się wszystko wspaniale
rozwijało, gdy miasto miało status wojewódzkiego i jak podupadło, po zmianach
administracyjnych…
Ponieważ opuszczałyśmy z Agnieszką szpitalne
mury tego samego dnia nic nie stało na przeszkodzie byśmy mogły udać się razem na
pobliski Kopiec Tatarski. Tym bardziej, iż pogoda była wówczas podobna do
obecnej a do odjazdu autobusu, mającego zawieźć mnie do domu, miałam jeszcze
sporo czasu. Oszołomiona widocznymi dookoła przestrzeniami dreptałam za moją
przewodniczką z zainteresowaniem słuchając jej zwierzeń o studenckich czasach,
gdy najlepiej uczyło jej się właśnie na jednej z położonych tutaj ławeczek. Tu
oddalała się od stresów, zmartwień i niepokojów. Zerkała na wszystko z góry i
nabierała właściwej perspektywy oraz siły do zmierzenia się z kolejnymi
wyzwaniami. Szłyśmy sobie między wielkimi krzewami głogu i jarzębiny, szepcząc
o swoich nadziejach i marzeniach, zamyślając się nad swoimi losami a delikatny
zefirek przynosił czarowną woń jesiennych drzew, suchych traw i pełnego
tajemnic bezkresu. Niestety, tenże łagodny zefirek bardzo szybko przekształcił
się porywisty, przenikliwy, chłoszczący nas po twarzach wiatr. Widocznie
znudził się naszą rozmową i zapragnął szalonej zabawy, miotania liśćmi,
unoszenia tumanów kurzu, wciskania się ostrym chłodem w każdą szparę. Szybko
więc zeszłyśmy z Agnieszką góry i pożegnawszy się serdecznie rozstałyśmy
obiecując sobie, że jeszcze kiedyś razem powędrujemy. Jednak nigdy więcej się już
nie spotkałyśmy i w ogóle urwał się nam kontakt. Cóż! Tak to już bywa, że czasem los na chwilę
stawia kogoś na naszej drodze a czasem na dłużej… Mam nadzieję, że ta mądra
dziewczyna nadal mieszka w swoim ukochanym mieście i jest szczęśliwa. Jestem jej wdzięczna za pokazanie kawałka
Przemyśla. Za ten kopiec, który już zawsze będzie mi się kojarzył z nią i tym nieokreślonym,
magicznym zapachem jesiennego wiatru…
…Wracam teraz
myślą, spojrzeniem i sercem na moje ukochane Pogórze. Wszystko tak blisko mnie. Bo przecież wystarczy tylko przez okno
spojrzeć, tylko do ogrodu wyjść, otworzyć furtkę, wystawić twarz do słońca
czy wiatru, pójść przed siebie i chłonąć to, co jest…
Od sześciu już
lat na tym blogu oboje z Cezarym pokazujemy Wam nasz świat, okolice bliższe i
nieco dalsze. W naszych opowieściach dzielimy się swymi wzruszeniami, przemyśleniami,
zachwytami, smutkami i nadziejami. Dziękujemy, za Waszą życzliwą obecność. Mamy
nadzieję, że przez te sześć lat pogórzański wiatr choć na chwilę zagościł
w Waszych sercach, zostawiając w nich jakieś maleńkie, ciepłe wspomnienie o dwojgu
osiadłych wśród lasów, gór i łąk wędrowcach…

















































