Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odchudzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odchudzanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 maja 2021

Majowe radości i troski…

 

 



…Kilka ostatnich majowych dni przyniosło nam bardzo duże ocieplenie a wraz z nim wspaniałą bujność wszelkiego życia w ogrodzie. Ucieszyło to ogromnie zarówno nas, jak i rośliny od dawna niecierpliwie już czekające na stosowny moment do wychynięcia spod ziemi, zazielenienia się oraz zakwitnięcia. Niebo nareszcie przybrało nieskazitelnie błękitną barwę a słońce zaświeciło tak mocno, że oboje z Cezarym jesteśmy już nieźle opaleni, a właściwie spieczeni tym pierwszym, majowym słonkiem,  przygrzewającym nam szczodrze podczas licznych prac ogrodowych. Dzięki tej nieomal letniej pogodzie mogę nareszcie wywieszać pranie na sznurkach w ogrodzie i wszystko schnie błyskawicznie a pachnie potem lepiej niż najdroższe perfumy, bo to  woń pogórzańskiego wiatru, bezkresnych przestrzeni i krystalicznego powietrza.  W przydomowym stawiku woda mieni się szmaragdowo i turkusowo. Daje życie porastającym brzegi oczka wodnego roślin. Poi licznych skrzydlatych wędrowców. Pozwala pluskać się się w nim beztrosko żabom, które wieczorami dają nam kumkające koncerty. Natomiast pełen wiosennej energii natrętny kret uparł się by ryć korytarze i dziury w naszym nowym, przystrojonym kamieniami kwietniku, na skutek czego jedna z ostatnio posadzonych tam róż zdaje się już ledwo zipać…


 


    Dzisiaj dla odmiany nieco chłodniej i zanosi się na deszcz, czy nawet burzę a zatem możemy spowolnić tempo naszych zajęć na zewnątrz i trochę odpocząć przed kolejną falą ciepła oraz czekającej na nas roboty.

 


   Końcówka ubiegłego tygodnia to nagłe pogorszenie stanu zdrowia Zuzi, naszej najstarszej, bo prawie już jedenastoletniej, ukochanej suni. W ubiegły piątek czuła się jeszcze wspaniale. Radośnie baraszkowała ze swą psią rodzinką. Biegała pełna energii i zaczepiała nas do zabawy albo namolnie napraszała się o pieszczoty. Ale w piątkową noc kilkukrotnie zwymiotowała a nazajutrz osowiała leżała na progu domu albo chowała się za studnią, dygotała jak w febrze i spoglądała na nas ze smutkiem. 



 

   Odczekaliśmy parę godzin licząc, że jej się polepszy. Jednak było z nią coraz gorzej więc po południu pojechaliśmy do weterynarza, który w naszym miasteczku przyjmuje pacjentów nawet w soboty, niedziele i święta. Okazało się, że Zuzia ma wysoką temperaturę i coś ją bardzo boli po prawej stronie brzucha. Popiskiwała i wyrywała się, ilekroć stary doktor chciał ją w tamtym miejscu dokładniej zbadać. Lekarz wypytał o jej wypróżnienia ( były najzupełniej normalne) a także o to, co ostatnio jadła (surowe kości wieprzowe). Długo zastanawiał się nad możliwą przyczyną jej dolegliwości. Dywagował czy to zatrucie pokarmowe, czy uwięźnięcie niestrawionej kości gdzieś w jelitach? Wykluczył jakąś wirusową chorobę zwierzęcą czy odkleszczową, ale najbardziej niepokoiło go, co tam tak Zuzieńkę w brzuchu bolało. Nie mógł tego zbadać, gdyż w jego skromnym, wiejskim gabinecie nie ma możliwości wykonania USG. Podał jej więc kilka zastrzyków w tym antybiotyk, steryd i środek przeciwbólowy a następnie zalecił aby przyjechać do niego nazajutrz gdyby nie było żadnej poprawy. 


 

   Na szczęście tego samego dnia wieczorem psinusia nabrała odrobinę energii. Bardzo dużo piła wody a nawet wychłeptała parę łyków swojej ulubionej, wątrobianej zupki. I każdego dnia było z nią nieco lepiej, co obserwowaliśmy z mieszaniną nadziei i obaw, martwiąc się bardzo o tę słodką, łagodną i mądrą psinę, która jest nieodłączną częścią Jaworowa a pośród reszty psów zajmuje najważniejsze miejsce w naszych sercach. Dzisiaj zdaje się, że już jest z nią wszystko w porządku, ale odnosimy wrażenie, że w ostatnim czasie mocno nam się sunia postarzała. Jakby jej choroba wcisnęła jakiś wyłącznik w jej ciele, jakby jakaś iskra w niej zgasła…

 



   Cóż, wiosna przynosi nie tylko pełne optymizmu odrodzenie, ale i zwiastuny końca. Żadna pora roku nie jest od nich wolna. Zauważyliśmy to także wędrując naszym lasem po ubiegłotygodniowych nawałnicach i wichurach. Mnóstwo drzew zostało powalonych wraz z korzeniami i  bezradnie wyciągając ku niebu martwe ramiona ponuro tkwiło pośród swych żyjących nadal i szumiących pieśń życia pobratymców, pośród zieleniejącej się młodziutkiej, majowej trawy…

 



   Tymczasem my z Cezarym jak zawsze na wiosnę pragniemy odnowienia sił żywotnych. Chcemy oddalić od siebie widmo starzenia się i coraz mniejszej wydolności, odbudować zdrowie a przede wszystkim porządnie schudnąć bez powtarzającego się co roku efektu jo-jo. I oto po kilku tygodniach naszych intensywnych starań powoli zaczyna być już widać i czuć pozytywne efekty naszych działań, silnych postanowień i wprowadzonych przez nas nowości. Jak przypuszczam dzieje się to za sprawą nie tylko wiosennej pogody oraz związanej z nią większej aktywności na zewnątrz, ale przede wszystkim dzięki totalnej zmianie diety. Myślę, że wiele z Was słyszało o tej diecie a pewnie i niektórzy ją stosowali lub dotąd stosują. To wysokotłuszczowa dieta ketogeniczna. Dużo o niej czytałam i tak naprawdę trudno mi było sobie wyobrazić ten sposób odżywiania, w którym zjada się tyle tłuszczu. No bo jak fizycznie można osiągnąć w posiłkach tak dziwne proporcje składników pokarmowych, jak 80 procent tłuszczy, 20 procent białek i tylko 10 procent węglowodanów? Czy na okrągło trzeba opijać się olejem, objadać masłem, smalcem oraz tłustym boczkiem? I jak można zupełnie wyrzec się chleba i wszystkich pokarmów mącznych a także ziemniaków? Co tak naprawdę można jeść? I co z naszymi słodkimi przetworami, powidłami, konfiturami, sokami i dżemami, których tak wiele przygotowałam jesienią i które tak przyjemnie jest zjadać jako dodatek do potraw albo słodkie przekąski? Czy trzeba się ich zupełnie wyrzec?

 

rosół z mięsem w słoikach do przechowywania w zamrażalniku

   Jakiś czas temu byliśmy z wizytą u sąsiada, który na obiad zaserwował nam kilka przepysznych dań, stale goszczących w jego menu od kiedy jest na diecie ketogenicznej (dzięki której czuje się wyśmienicie, nareszcie się wysypia i bez żadnego wysiłku zgubił już dobrych kilka kilogramów).  To po pierwsze był pyszny rosół do picia, a właściwie esencjonalny wywar z wielu gatunków dobrych jakościowo mięs. Po drugie pieczona na parze tłusta ryba z sałatką zawierającą cykorię, rukolę, awokado, oliwki i pomidory oraz sos z oliwy, cytryny i octu balsamicznego. Po trzecie gotowany kalafior posypany obficie przypieczonymi na maśle orzechami włoskimi.  Po obiedzie wypiliśmy kawę z trzydziestoprocentową śmietanką osłodzoną naturalnym i nieszkodliwym zamiennikiem cukru – erytrolem.  Bardzo nam to wszystko smakowało i wracaliśmy do siebie nie dość, że  najedzeni to jeszcze w świetnych humorach. Wędrując poprzez pokryte jeszcze wówczas śniegiem i lodem drogi dyskutowaliśmy o tym, że warto byłoby i u nas wprowadzić podobne menu. Na własne oczy bowiem zauważaliśmy pozytywne zmiany w wyglądzie (schudniecie) i zachowaniu sąsiada(odzyskany optymizm i wigor). Od tamtej pory temat zmiany diety pojawiał się w naszych rozmowach coraz częściej a wreszcie po kolejnym impulsie, kiedy jedna z zaprzyjaźnionych czytelniczek bloga napisała mi, że stosowała ten sposób odżywiania i nie dość, że bez trudności schudła, to jeszcze podczas stosowania tejże diety czuła się wyśmienicie i nigdy nie chodziła głodna – klamka zapadła!

 

obiad: zupa na wywarze mięsnym z kapustą kiszoną, porem, kawałkiem selera i marchewki

- Czas spróbować tego sposobu żywienia i nam!  - zdecydowałam - Jak się nam nie spodoba, jak będziemy się kiepsko czuć zawsze przecież można wrócić do konwencjonalnej diety. Jak nie teraz, to kiedy?  Mogą inni, możemy i my! – dodałam czekając niecierpliwie na reakcję męża.

 Na szczęście Cezary odniósł się do tego pomysłu bardzo entuzjastycznie.

- Razem robimy przecież wszystko, to i jeść będziemy razem to samo – orzekł i szelmowsko podkręcił wąsa spoglądając z uśmiechem w me oczy.

 


   Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy na pierwsze, „ketogeniczne” zakupy. W naszym koszyku znalazły się m.in.: różne mięsiwa konieczne do uwarzenia esencjonalnego rosołu, kilka rodzajów sałat, ogórki zielone, awokado i pomidory, ser feta, mascarpone oraz cheddar, jajka, trzydziestoprocentowa śmietanka, masło orzechowe, olej kokosowy i oliwa z oliwek. A przed Internet nabyliśmy kilka rodzajów orzechów, mąkę kokosową oraz sól kłodawską. Wiele przydatnych produktów mieliśmy już w domu wcześniej i teraz były jak znalazł. Na półkach w spiżarni stały słoiki z ogórkami kiszonymi i kapustą, suszone pomidory w oleju oraz warzywne sosy własnej roboty. Tak przygotowani mogliśmy rozwinąć skrzydła i zacząć po nowemu komponować codzienną dietę bez monotonii i znużenia. Poniżej możecie zobaczyć kilka zdjęć naszych dań, które nie tylko prezentują się kolorowo, ale i są pyszne, sycące oraz zgodne z zasadami ketogenicznego odżywiania.

 

obiad: gotowany brokuł posypany usmażonymi na maśle orzechami włoskimi z jajkiem i ogórkiem kiszonym

   A co do słodkich, jaworowych przetworów, to myślę, że za jakiś czas będziemy mogli pozwolić sobie na małe co nieco. Jednak jesienią w głównej mierze postawię na kiszonki i sałatki a owocowe konfitury zrobię z dodatkiem erytrytolu, ksylitolu lub stewii. Te słodziki są wprawdzie o wiele od zwyczajnego cukru droższe, ale dla nas ważne jest, iż są zdrowsze. No i nie muszę przecież przygotowywać tyle przetworów, co zazwyczaj. We wszystkim lepszy jest umiar i rozwaga.

 

kolacja: smażony na oleju kokosowym schab z  polaną oliwą i octem jabłkowym sałatą, ogórkiem, czosnkiem niedźwiedzim, białą rzodkwią i awokado

   Nadal zbieram informacje o diecie ketogenicznej, stale się dokształcam, oglądam filmiki na YT, czytam blogi innych osób, ją stosujących i jak na razie dostrzegam w niej same plusy. Cieszę się, że na tej diecie można jeść dużo zieleniny i warzyw a także niektóre owoce.  W związku z tym posiałam w warzywniku, ogórki, sałatę, rukolę, szpinak i bazylię. Zieleni się szczypiorek oraz czosnek niedźwiedzi. Kwitną truskawki, poziomki, porzeczki i agrest. Coraz bujniej rosną krzaki malin. Wspaniałym kwieciem obsypały się wiśnie i jeżyny. Sporo jest pełnej witamin i mikroelementów pokrzywy, bluszczyka kurdybanka oraz mniszka lekarskiego. Na łące widać już pierwsze kępy chrzanu, szczawiu i żywokostu. Rozrasta się mięta, melisa, wrotycz i skrzyp polny, z których herbatki tak zdrowo jest popijać. Ech, tyle jest i będzie w najbliższych miesiącach cudowności dookoła! Tylko korzystać!:-)

 

śniadanie: sałatka z kapusty pekińskiej, ogórka, cebuli, jajek i awokado

   Mam nadzieję, że uda nam się wraz mężem w ten nowy sposób odżywiać przez długi czas i że będziemy się czuć coraz lepiej, zdrowiej, młodziej a przede wszystkim sprawniej. Przed nami wszak ogrom prac gospodarskich, które z roku na rok coraz trudniej nam wykonywać. Poza tym chcemy mieć siłę i ochotę aby bawić się z psami, chodzić z nimi na długie spacery, wybierać się na przejażdżki rowerowe, w pełni móc się cieszyć naszym bliskim naturze, pogórzańskim żywotem. Przed nami przecież, o ile los pozwoli, jeszcze wiele wiosen. A życie pomimo  wielu zachmurzeń, mimo trosk i nagłych zmartwień bywa po prostu piękne. Trzeba więc robić wszystko by mogło trwać jak najdłużej. By móc czerpać z niego to, co najlepsze. A tak dużo przecież zależy od nas samych…

 

 
Oboje z Cezarym pozdrawiamy Was serdecznie życząc pogodnej a nade wszystko życzliwej wiosny!:-)

  

wtorek, 29 lipca 2014

Ostatnie dni lipca…





   Ponieważ w walce z chwastami na moim warzywniku poległam na całej linii chodzę tam już tylko po to by zrywać ogórki, pomidory, fasolkę, szczypiorek, cukinie i inne warzywa, którym jakoś totalne zachwaszczenie nie przeszkadza. Nie mam już siły w taki upał prażyć się na polu. Wszystko, co żyje przecież chowa się do cienia albo wody. Kury siedzą w wigwamie, lub pod wielkimi krzewami czarnego bzu. Zagrzebują się w piasku albo w popiele z ogniska, chłodząc w ten sposób brzuszki i pozbywając się przy okazji pasożytów. Kozy nosa nie chcą ze stajni wystawiać. Tam mają chłód i przewiew, jednak paskudne gzy nawet w drewutni je dopadają, wobec czego kozule zirytowane pobekują i podskakują nerwowo, chcąc odgonić bzyczących intruzów. Na pociechę przynoszę im więc świeżego siana, suchych bułek albo gałęzi do skubania a Cezary spryskuje je wyprodukowanym przez siebie ziołowym specyfikiem odstraszającym owady. Ale nadal meczą! Widać lubią!


   Takie gorące, jak ostatnio dni świetnie nadają się do zbierania ziół.  A ponieważ łąk wokół mnie dostatek wybieram się często na wędrówki po nich. I zawsze wypatrzę coś ciekawego. A to kwiatek, a to ziele, a to jakiegoś ładnego owada czy też inny widok godzien uwiecznienia aparatem fotograficznym. Przy drogach dojrzewają już krzewy kaliny. W ogrodzie natomiast pięknie kwitną teraz nasturcje, groszki pachnące i malwy. Wielka obfitość w tym roku skrzypu polnego, wrotyczu i dziurawca. Widać też na ugorach wonną, liliową macierzankę. Wszystkie zebrane zioła suszę potem na gorącym strychu a po mniej więcej trzech dniach chowam do papierowych torebek albo do małych powłoczek na poduszki.



    Zaczął się czas intensywnego przetwarzania warzyw i owoców. Robię kompoty, dżemy, przeciery i sosy. Kiszę cukinie w wielkich słojach. Maceruje się od kilku tygodni nalewka na kwiatach czarnego bzu.

   Jak się kisi cukinie? Tak samo jak ogórki! Czyli przegotowaną, osoloną i ostudzoną woda zalewa się pokrojoną w grube kawałki, nieobraną cukinię. Dodaje się sporo kopru, czosnku, kawałek razowego chleba i zostawia w spokoju na około trzy dni (przykrywa się słoje kawałkiem jakiejś tkaniny, szmatką czy serwetką żeby miały w czasie kiszenia dostęp powietrza). Większość tego dobra zjadamy na bieżąco a jak mamy nadwyżkę to pakuję ukiszoną cukinie wraz z zalewą w mniejsze słoiki i pasteryzuję kilkanaście minut w temperaturze. ok. 90 stopni. Dokładnie tak samo przyrządzam jesienią dynie. Można też to robić z kabaczkami i patisonami.


    Cezary też nie próżnuje. A to z kosiarką biega po ogrodzie, bo trawa przy tej wilgoci powietrza rośnie jak zwariowana. A to drzewa do palenia na zimę natnie. A to traktorek naprawi. A to nowy kawałek betonu przy budynku gospodarczym wyleje. Ostatnio, między jedną a drugą burzą wykonał piękny stół, jako komplet do ławy, kiedyś już na blogu pokazywanej. Widzę, iż stolarska robota sprawia mu mnóstwo przyjemności, choć w jej trakcie nieraz przeklnie szpetnie, gdy coś mu nie pasuje albo gdy się jakieś narzędzie gdzieś zagubi. Ale po wykonaniu dzieła dumny i zadowolony z siebie wciąż doprasza się o pochwały. Zachwycam się, ile tylko mogę a on uśmiecha się popalając papierosa i planuje już następne przedsięwzięcia. 



   A ponieważ siedzisk i stołów u nas teraz dostatek, to i miłych gości jest gdzie posadzić a korzystając z obfitości warzyw czymś dobrym poczęstować. W takie upały zresztą to nie jedzenie, ale picie jest najważniejsze. Gotuję więc nieomal codziennie wielki gar kompotu ze śliwek, porzeczek czy jabłek. Robię napary z mięty, lipy i rumianku. Rozcieńczam sok z czarnego bzu.  A jak już widać dno w dzbanie ze słodkim napojem zawsze jeszcze zostaje pyszna, zimna woda ze studni. Popijam ją zresztą od rana zamiast kawy czy herbaty. To mi dobrze robi na trawienie i chudnięcie przy okazji.

   No właśnie, co z moim chudnięciem? Powoli, ale od przodu! Jemy z mężem same zdrowe rzeczy. Własne warzywa i owoce to podstawa naszej diety. Na mięso nadal nie mam ochoty (bo Cezary czasem jednak się skusi na jakąś wędlinę). Ważę o osiem kilogramów mniej niż niecałe dwa miesiące temu. Czuję się bardzo dobrze. Nie mam wrażenia, iż się czegoś wyrzekam, bo nie chodzę głodna a jak mam ochotę na coś słodkiego, to po prostu chrupię jabłko czy parę śliwek. Kiedy znowu przekąsiłabym coś ostrego i wyrazistego przyrządzam cukiniowe leczo, duszę grzybki z cebulką, czy po prostu zjadam kawałek chleba razowego z pomidorem i czosnkiem. Miałam też parę razy smaka na loda lub jagodziankę, ale zjadłam te słodkości bez wyrzutów sumienia, bo przecież lato jest także i po to, by sobie takie drobne, niewinne przyjemności sprawiać. No a najbardziej mnie cieszy, iż znowu wchodzi na mnie mnóstwo ciuchów, które wciśnięte były dawno temu na samo dno szafy bez nadziei na ujrzenie światła dziennego. 

   Cezary powiada, że odmłodniałam i więcej mam w sobie energii oraz optymizmu. Słysząc takie pochwały z jego ust (a wcale nie tak skłonny do ich wypowiadania jest mój niedobry małżonek) czuję się jeszcze bardziej uskrzydlona i cały świat porwałabym w ramiona z radości. Zamiast tego jednak lecę kozom świeżych gałęzi do pobliskiego młodniaka naciąć albo do warzywniaka by pomidorów i cukinii na leczo przynieść. Innym razem znowu pędzę w lasy albo na łąki i pola, żeby znowu coś okiem aparatu fotograficznego upolować, światem pełnym kolorów oraz miodowo-kwietnych aromatów się zachwycić i zanucić tę cudną, nie odstępującą mnie od dłuższego już czasu piosenkę napisaną do muzyki z filmu „Noce i dnie”…


Nim las,
nim kłos,
nim noc dojrzeje,
ktoś wygra los,
ktoś porzuci nas.
Nasz dom,
nasz ląd zniknie gdzieś,
odpłynie w dal biała wieś,
będziemy snem, zorzą zórz, morskim dnem i gwiazdą.
Pokochaj mnie z całych sił,
pokochaj mnie na sto lat.
Pokochaj mnie, jakbyś był
tak młody, jak był dawniej świat.
Już zielenieje sad po burzy, nim roztopimy się w
podroży.
Ty kochaj mnie od nocy, do nocy, aż po noc.
Nim kłos,
nim las,
nim noc dojrzeje,
masz jeszcze czas,
by pokochać mnie.
Bo jak to jest,
jak to tak,
że więdnie bez, cichnie ptak,
zegary tak śpieszą się,
biegną dnie i noce.
Pokochaj mnie, lesie mój,
kochajcie mnie, ranne mgły,
darujcie mi biały strój,
tak mało już nocy i dni.
Znów zielenieje sad po burzy,
nim roztopimy się w podroży,
ty kochaj mnie od nocy, do nocy, aż po noc…”




czwartek, 5 czerwca 2014

Czas na plan "B"...


   Już kiedyś pisałam chyba coś o tym na blogu, że jeśli się czymś mocno ucieszę i odważę pochwalić się tym publicznie, to zaraz jakaś złośliwa siła zrobi wszystko by zetrzeć mi ten radosny uśmiech z buzi. I jak tu nie wierzyć w złe czary?! No i stało się!Wczoraj po południu zaczęły mnie ni stąd ni zowąd dręczyć tak przeszywające bóle żołądka, iż zgięta w pół siedziałąm tylko na fotelu, pojękiwałam a ciało me oblewał zimny pot. Czyżby zaszkodziła mi kawa zbożowa wypita o poranku? A może po tygodniu głodówki mój organizm zbuntował się i dał mi wyraźny sygnał, że co za dużo, to nie zdrowo?

   Między atakami bólu szykowaliśmy z Cezarym mały kurnik dla dwóch kwok z kurczętami. Trzeba było już koniecznie przenieść je z małych, zamkniętych pomieszczeń w dużym kurniku i dać więcej wolności oraz dostęp do świeżego powietrza, możność grzebania w ziemi i wygrzewania się na słońcu. A pogoda wczoraj była cudna! Momentami wręcz bardzo gorąca. Po kilku godzinach pracy, polegającej na docinaniu żerdek, bramek, zasłonek i przepierzeń oraz na wymoszczeniu nowego, kurzego domku sianem przeniesliśmy tam ćwierkające towarzystwo. Radości było co niemiara! Tak przyjemnie było popatrzeć na rozkoszujące się słońcem kurczęta i pogdakujące obok z ogromnym zadowoleniem ich matki. Wyszły na wielki świat. Zakończyły etap zamknięcia. Poczuły sie wolne i wiedzą już, że życie może byc piękne!

   A ja tymczasem zrobiłam się tak słaba i niezdolna do żadnej roboty, że powlokłam się do domu, owinęłam w koc i usiłowałam podrzemać. Ale gdzie tam! Skurczowe bóle w żoładku nie dawały mi najmniejszej szansy na to. Wstałam. Łyknęłam no-spę. Popiłam szkalnką prawie gorącej wody. Po godzinie nie było żadnego rezultatu. Trzęsąc się jak staruszka  i pojękując ugotowałam sobie odrobinę kleiku ryżowego i zjadłam go w nadziei, że gdy zatkam pustkę w żołądku poczuję się lepiej. Bo może z tego wszystkiego żołądek zaczął zjadać już sam siebie? Tym samym przerwałam głodówkę, ale nie mam zamiaru zapierać sie przy niej jak osioł skoro widzę, że już mi nie służy. Tydzień to i tak dużo. Kto tego nie rozumie, niech sam spróbuje pogłodować.

   A więc zjadłam ten kleik. Na moment zrobiło mi się lepiej. Ale tylko na moment. Potem zaczęły mnie dręczyć kwasy żoładkowe. Miałam ich pełne usta. Odbijało mi się przykro. A bóle trwały jak gdyby nigdy nic. Zrozpaczona powlokłam się do kuchni, przypomniawszy sobie, że mój wujek z nadkwasotą i wrzodami żoładka kiedyś leczył się wypijaniem rozpuszczonej w wodzie sody. Wypiłam więc i ja szklankę tego ohydnego roztworu. Po chwili zrobiło mi się ciut lepiej. Bóle zelżały i nie pojawiały sie już z taką częstotliwościa, co nie znaczy, że opuściły mnie zupełnie. Do teraz czasami mnie rżnie w brzuchu. Ale można już to wytrzymać.
   Na wznak ( bo tylko tak mnie nie bolało) spałam do trzeciej. Potem ścierpł mi już tyłek, ale przy każdej zmianie pozycji zaczęły mnie męczyć skurcze żołądka. Wreszcie o piątej wstałam. Zaparzyłam sobie rumianku. Ugotowałam odrobinę kleiku z kaszy jaglanej i jakoś dochodzę do siebie.

   Trudno! Czas więc teraz na plan "B". To znaczy nadal będę się odchudzać, mało jedząc, ale już w żadnym razie się nie głodząc, bo widocznie długotrwała głodówka nie jest jednak dobra dla każdego. Skorzystam z cennej rady Amelii (dziekuję Ci kochana***) i bedę gotować sobie rosołki warzywne z kaszy jaglanej oraz popijać wodę z sokiem cytrynowym. Poza tym mam zamiar jeść warzywa, owoce i wszelkie inne kasze. Wszystko to w rozsądnych ilościach, bez tłuszczu, cukru, z niewielką ilością soli. Nie chciałabym za nic zaprzepaścić osiagnięć pogłodówkowych, to znaczy tych utraconych już czterech kilogramów.Mam nadzieję, że bóle żoładka w końcu mi miną. A jak nie to w poniedziałek wybiorę się do lekarza.

  Piszę o tym wszystkim tu tak szczerze, przyznając się tym samym do porażki. Nie jest to przyjemne uczucie, bo każdy lubi być jednak choć troszkę podziwiany. Jednak niczego nie chcę udawać ani robić dobrej miny do złej gry. Zrobiłam, co mogłam.Widocznie czasami silna wola nie wystarczy. Trzeba jeszcze słuchać uważnie mowy swego ciała i robić wszystko, by sobie nie zaszkodzić.

   Ale wiecie co mnie w obecnym stanie rzeczy cieszy? Jednak uda mi się spróbować truskawek w tym sezonie!:-))
  

środa, 4 czerwca 2014

Najtrudniej jest zacząć!




Każdy z nas czasem tak ma, że chociaż wie, iż coś koniecznie powinen zrobić, mimo wszystko nie robi tego. Odkłada. Ociaga się. Boi i wynajduje tysiące przeszkód i niemożności. Próbuje zapomnieć a wciąż natrętnie pamięta. W życiu doświadczyłam wielu takich stanów, w których wstydziłam się własnej niemocy i trwania w dziwnym kokonie nicnierobienia w nadziei, że coś samo się za mnie zrobi. Ale nie! Zawsze okazywało się, iż odkładanie czegoś, chowanie na dno szafy niczego nie załatwia a tylko pogarsza moje samopoczucie i samoocenę.

   Oczywiście istnieją też problemy z gruntu beznadziejne, za które ma ma po co się brać, bo z góry wiadomo, że się nie uda. Są też tak straszliwie trudne sprawy, że zdaje się, iż zupełnie przerastają nasze możliwości i wytrzymałość psychiczną. Często w moim życiu bywało tak, że gdy czułam się zgnębiona własną niemocą w jakiejś sprawie musiałam poprawić sobie szybko samopoczucie w inny sposób. Sprawić, że odzyskam wiarę w siebie i szacunek. Udowodnić sobie, że coś jednak potrafię i jakąś dziedziną mojej egzystencji władam. Zapracować sobie na jakiś erzatz w dużym stopniu mnie zadowalający. Zrekompensować sobie jakąś dotkliwą niemożność innym sukcesem osiągniętym dzięki swej sile ducha i ciała. 

   Przykład? Kiedyś bardzo długo nie mogłam znaleźć pracy. Sytuacja była kryzysowa a ja po wielu rozmowach kwalifikacyjnych i odmowach zaczęłam w końcu wierzyć, że sie do niczego nie nadaję, że jest mnóstwo lepszych ode mnie potencjalnych pracowników. Z tego wszystkiego zaczęłam szukać sobie jakiegoś odrywającego mysli od swego bezrobocia zajęcia. I wciągnęłam się w szkole mej córki w przygotowywanie dekoracji w jej klasie, w wykonywanie przeróżnych pomocy dydaktycznych. Stałam się omalże etatową mamą - opiekunką. Jeździłam z dzieciakami na wszystkie wycieczki. Spędziłam kilka pięknych, majowych miesięcy na zielonej szkole. Dzięki temu jakoś doszłam do siebie. Odpoczęłam. Odzyskałam nadszarpnięte ego. Co więcej, zdarzył się cud i wkrótce potem dawna koleżanka licealna poleciła mnie w swojej firmie. Wreszcie znalazłam upragnioną pracę!

   Gdy trzeba jestem osobą upartą i twardą a przy tym surową w ocenie samej siebie. To sprawia, że po dniach zawieszenia i samookłamywania odnajduję w sobie wreszcie siłę, konieczną do zrobienia tego, co mogę i co powinnam w danej sytuacji zrobić. Tak stało się i tym razem. Patrząc na siebie, na przybywające mi w zastraszajacym tempie kilogramy, na pogarszajacą sie wydolność organizmu oraz przeróżne dolegliwości, których ilość zaczęła się ostatnio drastycznie powiększać, wreszcie powiedziałam samej sobie - stop Olu! Tak dalej być nie może! Musisz coś ze sobą zrobić żeby dać radę żyć jeszcze długo, zdrowo i pracowicie. Musisz sporo schudnąć i udowodnić sobie, że nie jesteś jakąś łódeczką dryfującą bezwładnie po oceanie, lecz osobą o silnej woli i mocnym charakterze, która powinna coś dla siebie zrobić. Czas się za siebie wziąć i już!


   I wzięłam się. Od pierwszomajowego czwartku jestem na głodówce. Ścisłej. To znaczy, że nic nie jem a tylko piję przeróżne rzeczy: zbożową kawę, wodę, ziołowe herbatki oraz rozcieńczone soki. Trzy pierwsze dni głodowania przebiegły bezproblemowo. Trochę mi w brzuchu burczało, trochę głowa bolała i tyle. Najgorzej było czwartego dnia. Odczuwałam przeróżne bóle i kłucia w całym ciele.Jednak nie niepokoiłam się tym wiedząc z wielu książek poradnikowych oraz specjalistycznych stron w Internecie, że to objawy odtruwania organizmu. Po prostu w różnych częściach ciała odkładają się każdemu złogi, śmieci, sól i kamienie. Im jest się starszym, tym tego wiecej. U mnie najwięcej dolegliwosci skupiło sie na części krzyżowej i międzypiersiowej kręgosłupa oraz w jelitach. Bolało tak, że wiele razy w ciągu dnia musiałam się położyć i odpocząć, bo nie czułam się zdolna do żadnego wysiłku. Na  szczęście to była pochmurna niedziela, więc nie musiałam iść na pole ani w ogóle wiele robić. Byłam bardzo słaba i ogólnie jakaś otępiała. Podrzemywałam, ale budziło mnie łupanie w skroniach i przejmujace zimno, które odczuwałam mimo opatulenia w dwa koce. Nie chciało mi się ruszyć ani ręką ani nogą.Jednak mimo wszystko zwlekałam się od czasu do czasu z łoża boleści aby zrobić cokolwiek, bo przecież przez mój post zwierzaki nie powinny cierpieć. Im głodówka najzupełniej niepotrzebna!


   Pod wieczór zaczęły mnie gnębić marzenia o czymś słodkim. Na myśl o biszkopcie z kremem, galaretką i truskawkami kręciło mi się w głowie a usta były pełne śliny. Potem ni w pięć ni w sześć unaocznił mi się piernik z marmoladą i czekoladą. Poczułam wręcz jego upajający, korzenny zapach. Moje jelita ścisnęły się boleśnie a ja by się jakoś ratować napiłam się gorącej ziołowej herbaty z sokiem i położywszy się znów pod kocyk wzięłam się za książkę M.Tombaka "Jak żyć długo i zdrowo". Zatopiłam się zupełnie w tej mądrej lekturze i na szczęście, zapomniałam o zmorze słodyczy.

   Jednak kolejnego dnia, gotując dla Cezarego grochówkę z lubczykiem poczułam się bardzo smutna, gdyż zrozumiałam jak wiele smakołyków mnie omija i omijać przez pewien czas będzie... No trudno! Robię to wszak dla swojego dobra. To tymczasowa tortura na własne życzenie. Muszę teraz traktować jedzenie niczym nałóg, w trakcie leczenia którego jestem. Żadna krzywda mi sie przecież nie dzieje - tak mówia wszelkie poradniki. To tylko urlop od jedzenia. Daję memu organizmowi czas na odpoczynek od trawienia oraz na oczyszczenie się z tego, co w nim zbędne.Schudnę, poczuję się lepiej fizycznie i psychicznie, no i rzecz jasna postaram sie pilnować potem swej diety by znowu nie doprowadzic się do wyglądu pulpecika. Za kilka tygodni będzie już pewnie można zbierać jakieś warzywa z naszych grządek, pojawią się czereśnie i jabłka a więc zdrowe, pyszne jedzonko będę miała zapewnione!

   Od początku głodówki Cezary bardzo wspiera mnie we wszystkim, troszczy sie o mnie i pomaga więcej niż zwykle w obowiązkach gospodarskich. Oznajmił mi także, że jeśli nadal wszystko pójdzie mi tak dobrze, jak do tej pory, to i on się za siebie weźmie, bo też trzeba mu parę kilo zrzucić oraz pozbyć się bólów w stawach. Mąż codzienne patrzy na mnie wnikliwie i zauważa, iż tu i ówdzie wyraźnie mnie ubyło. Twarz nie jest już tak okrągła. I w pasie mniej już tłuszczyku. Podziwia mnie w mym karkołomnym postanowieniu, ale jednocześnie martwi się bym sobie jakoś nie zaszkodziła. A od czasu do czasu zajadając kanapkę z pachnącym pasztetem czy oszałamiająco wonnym ogórkiem pyta, czy się nie skuszę? W odpowiedzi uśmiecham się tylko i wypijam szklankę herbatki miętowej albo bzowej. A potem dalej robię swoje.


   Ile czasu mam zamiar głodować? Myślę, że tyle, ile wytrzymam. Przede wszystkim jednak chcę zrzucić tyle kilogramów, by mieścić się znowu w ulubionych spodniach. To od początku odchudzania taki mój prowizoryczny miernik, bo miałam przez pewien czas problem ze znalezieniem wagi łazienkowej. Nie działała, wiec kilka tygodni temu gdzieś ją schowałam. Po dwóch dniach postu znalazłam ją wreszcie. Skupiłam się mocno i wówczas naszło mnie przypomnienie, iż swego czasu wyniosłam wagę do naszej rupieciarni, czyli na strych. Przyniosłam ją, przetarłam a potem poprosiłam męża o natychmiastową wymianę baterii. Zważyłam się bojąc się ujrzeć na wyswietlaczu jakąś przerażającą liczbę, ale ucieszyłam się zaraz, gdyż okazało się, że nie jest ze mną aż tak źle! Do optymalnej dla mnie i zupełnie zadowalającej wagi brakuje mi około dziesięciu kilo. To przecież nie tak dużo! Zdopingowana tą pozytywną informacją poczułam się uskrzydlona i radosna a wszelkie problemy z głodówką odeszły, jak ręką odjął.


   Doszłam teraz w mojej głodówce do momentu, gdy jestem pełna sił, nic mnie nie boli, czuję się pogodna i wolna oraz mam wrażenie, że mój mózg działa sprawniej. Niczym się nie denerwuję i ze stoickim spokojem patrzę na rzeczy, które przedtem przyprawiały mnie o nerwicę i problemy ze snem. Nawet zaczynam wierzyć, iż te nierozwiązywalne sprawy, które są jak kłębek zamotanych straszliwie nici uda mi się w końcu rozsupłać. Moze coś mądrego wpadnie do tej mojej pracującej teraz na pełnych obrotach głowy i znajdę sposób na wyjście z impasu? I taka pełna jestem pozytywnych myśli, taka odmłodzona...Troszkę mi tylko żal, że ominie mnie coroczna uczta truskawkowa. Przecież teraz sezon na te owoce w pełni...



   A poniżej wierszyk, który napisałam wiele lat temu, gdy byłam w trudnej sytuacji i codziennie zmagałam się z przygnębiającymi myślami o własnej niemocy. Zbeształam wówczas siebie mocno tymi słowami i wreszcie popchnęłam się do czynu! 


                                                                      

Rusz się, rusz duszo niepozbierana
Zrób, co masz zrobić nareszcie
Nie tkwij w martwocie i rusz się zaraz
Wciągnij odważniej powietrze
Sama się w dołek swych obaw wkopałaś
Teraz się z niego wygramol
Bo czas ucieka, Ty tylko biadasz
I wciąż powtarzasz to samo
A że się boisz, a że nie umiesz
Dorosła a ciągle jak dziecko
Odnajdź nareszcie w swoim rozumie
Chwilę do startu konieczną
I działaj, działaj wbrew wszystkiemu
Bo strach jest gorszy niż dzianie
Wyzwól się wreszcie z jarzma lęku
Co się ma stać, niech się stanie!

P.s.
Do tej pory schudłam cztery kilo!:-)) 



 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost