Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2022

Pogórzańskie łąki i pola…

 



   Ostatnio wybraliśmy się w okoliczne tereny by nazbierać skrzypu polnego, który zazwyczaj w maju zaczyna gęsto porastać dzikie łąki, miedze oraz skraje pól. Uzbrojeni w wiklinowe koszyki i aparaty fotograficzne zanurzyliśmy się w wolne od zabudowy i bliskości człowieka rejony Pogórza Dynowskiego. 


 


   Okazało się, niestety, że w tym roku niewiele skrzypu rośnie w naszych ulubionych miejscach na wzgórzach z widokiem na Dynów i San. Tam, gdzie jeszcze w ubiegłych latach rozciągały się bezkresne ugory z bogactwem dzikich, polnych ziół i  łanów kwiatków dzisiaj ziemia jest dokładnie zaorana i obsiana pszenicą oraz żytem. Czasy takie, że z uwagi na stale rosnące ceny płodów rolnych oraz na niedobory zbóż i olejów sprowadzanych dotąd z Ukrainy opłaca się wykorzystywać potencjał ziemi uprawnej i hodować na niej co tylko się da. Powraca w te strony zatem jakaś dawno nie widziana tu normalność, czyli zaradność i pracowitość – cechy pamiętane jeszcze dobrze przez ludzi żyjących tutaj przed czasami wejścia do UE. Unia dużo bowiem nam dała, ale dużo też zabrała. W kwestii stosunku do ziemi nauczyła np. rolników brania dopłat za utrzymywanie w spokoju dzikich ugorów (często jako cennych dla natury) oraz za doroczne koszenie dzikich łąk. Natomiast obsiewanie pól, jako i hodowanie zwierząt gospodarskich stało się dla wielu nieopłacalne, zatem w dużej mierze zanikło. Od kiedy tu mieszkam i mam możność rozmawiania z żyjącymi tutaj ludźmi słyszę wzdychania i narzekania, że nie tak powinno rolnictwo wyglądać, że jeszcze w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku okoliczny pejzaż przedstawiał się zupełnie inaczej. O ziemię dbano, obsiewano co się dało i czym się dało. W najbardziej nawet stromych i trudno dostępnych terenach bujnie rosła pszenica, żyto, gryka, jęczmień, buraki, ziemniaki, brukiew i len. W większości gospodarstw hodowano krowy, świnie, owce i konie. Pozyskiwany dzięki tym zwierzętom naturalny nawóz skrzętnie zbierano i każdej jesieni rozsypywano po zaoranych przed zimą polach. Sztucznych nawozów stosowano wówczas niewiele, z uwagi na ich cenę i problemy z kupnem. Dzisiaj znowu wydaje się, że pola uprawne zaczynają wypierać łąki, co z jednej strony jest czymś naturalnym, pożądanym i pożytecznym dla ludzi, ale z drugiej strony niestety zubażającym dla dzikiej roślinności oraz dla zwierząt, które z niej dotąd swobodnie korzystały. Mam jednak nadzieję, że owe zwierzęta jakoś sobie poradzą a ja, jako domorosła zielarka i pasjonatka fotografii jak nie tu, to gdzieś dalej znajdę ciekawe, pełne dzikiej i bujnej roślinności miejsca, że będzie gdzie swobodnie wędrować i bezpiecznie spacerować z psami.

 




   Skrzypu polnego nazbieraliśmy zatem mało, ale na szczęście znacznie więcej udało nam się znaleźć na obrzeżach okolicznych lasów rosnącego tam obficie skrzypu leśnego. Pewnie w miesiącach letnich wyruszymy jeszcze w inne okolice w poszukiwaniu tej cennej zielarsko rośliny. A po cóż nam ten skrzyp? Otóż do różnych celów. Po pierwsze do sporządzenia skrzypowej gnojówki, która po rozcieńczeniu wodą świetnie nadaje się do podlewania warzyw i ich użyźniania, do spryskiwania ogórków i pomidorów oraz roślin kwitnących (zapobiega występowaniu chorób grzybowych i inwazji pasożytów). Po drugie do przygotowywania odwarów i do picia w ziołowych mieszankach leczniczych ( działa przeciwzapalnie, łagodzi bóle reumatyczne i nerwobóle) oraz do płukanek na włosy (zawarta w skrzypie krzemionka wzmacnia włosy i paznokcie).

 


   Załatwiwszy sprawę ze skrzypem  wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy w stronę Jawornika Polskiego, ponieważ tamtejsze okolice zawsze obfitowały w wielobarwne łąki a poza tym o tej porze roku można się tam było spodziewać malowniczego widoku obsianych rzepakiem pól. Czując niedosyt obcowania z dziką naturą mieliśmy nadzieję, że tam nasze zmysły zostaną nagrodzone, gdyż uda się wypatrzeć więcej kolorowych, łąkowych roślin.  I znowu przekonaliśmy się, że tamtejsze okolice gęsto i zachłannie wykorzystano do uprawy rzepaku a dla takich kwiatków jak przetacznik, firletka, macierzanka, jaskier i wrotycz zostały tylko obrzeża pól i nieliczne, małe kawałki ziemi.



 


 No cóż. Tak widocznie musi być. Rozsądni ludzie powinni w tych dziwnych i niepewnych czasach uruchomić swoje zasoby sił, zapobiegliwości i pomysłowości, muszą starać się zadbać o przetrwanie, o jakiś godziwy zarobek. Moim zdaniem tylko ziemia daje jakieś oparcie, jakieś poczucie względnego bezpieczeństwa, że przetrwa się złe czasy i doczeka lepszych.



 

   Fotografując owo jaskrawo żółte, rzepakowe królestwo i zachwycając się jego niewątpliwą urodą rozmyślałam także o tym, że choć zazwyczaj w mediach olej rzepakowy reklamuje się jako nie dość, że tani to jeszcze bardzo zdrowy dla człowieka tłuszcz, to jednak prawda o nim wydaje się inna i jak donoszą naukowe badania zwiększać on może ilość stanów zapalnych w organizmie, występowanie chorób serca, udarów i cukrzycy. Poniżej wklejam link do artykułu na ten temat.

 o szkodliwości oleju rzepakowego

   Obawiam się, że jak zwykle dla zwiększenia sprzedaży jakiegoś produktu sztucznie zwiększa się na niego popyt.  Któż z nas nie pamięta, jak jeszcze niedawno zachwalano wszędzie zdrowotne właściwości margaryny a jako szkodliwe odradzano używanie masła i smalcu.  I dopiero teraz okazuje się, że  jest z tym dokładnie na odwrót, że zawarte w margarynach tłuszcze trans mają wybitnie zły wpływ na nasze organizmy.  Zauważyłam np. iż obecnie wielu youtuberów mówi na swoich vlogach o cennych właściwościach oleju rzepakowego. Niestety niewielu spośród nich przyznaje się do tego, że tworzą tego typu programy na zlecenie producentów oleju rzepakowego i że sowicie płaci się im za taką reklamę. Interesująco mówi na ten temat w jednym z ostatnich swoich vlogów Beata Pawlikowska. 


 

   To samo dotyczy także środków ochrony roślin. Tak powszechnie stosowany do odchwaszczania glifosat, do niedawna reklamowany jako najzupełniej bezpieczny dla człowieka może mieć działanie rakotwórcze. Niestety, większość rolników tę wiadomość lekceważy i nadal wykorzystuje ten specyfik na swoich uprawach uważając, iż korzyści przewyższają ryzyko (swoją drogą, z czymś pewnie się  Wam kojarzy owo stwierdzenie). Często nawet nie wiedzą, że stosują roundup, gdyż ukrywa się on pod wieloma nazwami i występuje w składzie różnych mieszanek chemicznych ( w Polsce znaleźć go można  aż w 83 preparatach chwastobójczych).  Ech! Do niedawna cieszyłam się, że żyję w miarę ekologicznych i wolnych od zanieczyszczeń chemicznych okolicach. Wszak okolicznych łąk nikt dotąd roundupem nie polewał, bo i po co? Jednak w obecnym czasie, gdy tak dużo w tych stronach upraw, obawiam się, że takich czy innych glifosatów używa się w ilościach niebagatelnych (ograniczeniem może być jedynie cena tego typu środków, a z tego co wiem, są one w miarę tanie).  No i jak tu się cieszyć, że tyle sieje się teraz zbóż i roślin okopowych, skoro przy okazji pełne są one przeróżnych trucizn, które szkodzą zarówno ludziom jak i ptakom oraz innym zwierzętom żyjącym na Pogórzu?  Pamiętam, jak jakiś czas temu zatrzymaliśmy się na pewnej stacji benzynowej, gdzie jej odziany w plastikową przyłbicę pracownik obficie polewał roundupem jakieś rachityczne trawki wrastające w chodnik. Nieświadoma tego co się dzieje spokojnie siedziałam w samochodzie tuż obok. Nagle zaczęło mnie drapać w gardle, dusić i dławić. Oczy łzawiły jakby mi ktoś prosto w twarz gazem pieprzowym popsikał. Szybko zamknęłam okno.  To było moje pierwsze i ostatnie jak dotąd tak bliskie spotkanie z tym niebezpiecznym środkiem. 


 

   Płakać mi się chciało ostatnio, gdy niedawno pojawił się tu nowy właściciel terenu po dzikim lasku na górce, po drugiej stronie naszej drogi, tego samego, który wczesną wiosną wycięto. Otóż człek ten uzbrojony w kilkulitrowy rozpylacz spryskał czymś dokładnie porośnięte trawą i ziołami zbocza owej górki. Być może zamierza coś tu siać albo sadzić. Może nawet chce się pobudować? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że środek którego użył do spryskiwania był bardzo mocny i skuteczny jak na roundup przystało. Dziś wszystkie rośliny na owym zboczu są przywiędnięte. I tylko czekać aż spadnie deszcz i cała ta trucizna spłynie rowem na drugą drogi a potem wniknie do naszego ogrodu, do studni…

 


   Sądzę, iż człowiek powinien do wszystkich rozpowszechnianych przez media  informacji podchodzić ostrożnie i rozsądnie. Dziś zalecają mu to, jutro tamto. Dziś komuś opłaca się to, jutro tamto. Coś popularnego i niezbędnego jeszcze wczoraj, dzisiaj staje się niegodną wzmianki rzeczą, nieaktualną i zapomnianą wiadomością z czasów słusznie minionych. Jedne środowiska naukowe zaprzeczają drugim. Jedne koncerny żywnościowe wypierają z rynku drugie. I tylko coraz trudniej zwyczajnemu, dbającemu o zdrowie człowiekowi nie pogubić się w tym wszystkim i nie stracić zaufania do mediów, autorytetów oraz do nowych, niby to naukowych i pewnych odkryć. I coraz trudniej to zdrowie zachować, bo na tak wiele rzeczy nie ma się wpływu a coś jeść i pić przecież trzeba i oddychać takim a nie innym powietrzem…

 


   Stojąc na skraju jednego z tych rzepakowych pól raptem dojrzałam u swoich stóp coś znajomego i wyraźnie z dala błękitniejącego. Nie, nie był to przetacznik, bławatek, bluszczyk kurdybanek ani niezapominajka. Ot, ktoś porzucił w tym miejscu zużytą maseczkę chirurgiczną. Tkwiła tam jako śmieć zakurzona i wdeptana w grudę zeschłej na pieprz ziemi. Ot, taki niepotrzebny już i mam nadzieję pożegnany na zawsze znak naszych dziwnych czasów…

 



czwartek, 15 listopada 2018

Rezerwat światła…



   Kilka razy już na tym blogu pisałam o poznanych na Pogórzu Dynowskim ludziach. Są to osoby w bardzo różnym wieku, o prostych albo skomplikowanych drogach życiowych,  miejscowi albo osiedleńcy, jednak łączy ich wszystkich kilka bardzo ważnych dla nas cech – szacunek i miłość dla tej ziemi, pracowitość, otwartość oraz ciepło emanujące z ich serc.





   Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o mieszkającym parę kilometrów od naszego gospodarstwa Maćku, osiadłym w tych stronach rok wcześniej niż my, dużo młodszym od nas farmerze. Maciek na początku był dla nas dość tajemniczą, budzącą ciekawość personą. Widywaliśmy go niekiedy, gdy przejeżdżał obok naszego domu i wiózł na swoim zdezelowanym pickupie jakieś materiały budowlane, narzędzia, ziemię, worki pełne nasion albo inne niezbędne w świeżo urządzanym siedlisku rzeczy. Mijaliśmy się w pobliskim miasteczku. Pozdrawialiśmy z dala i biegliśmy do swoich zajęć. Maciek nie miał czasu do stracenia. Pędził aby zdążyć wykonać u siebie jak najwięcej robót zanim zmieni się pogoda albo zanim skończą się niezbędne fundusze. Dwoił się i troił aby wykarczować zbyt gęsto porosłe młodniaki,  założyć biodynamiczne uprawy, obsiać pola, doprowadzić wodę z potoku w dolinie do swej starej chaty, zbudować szklarnię i piwniczkę ziemną, zrobić przetwory, przygotować drewno na zimę. Maciek na zaledwie kilkanaście tygodni pojawiał się w naszych stronach a potem na parę długich miesięcy wyruszał do pracy za granicą. W dzisiejszych czasach bowiem trudno utrzymać się tylko z pracy na roli, choć  jest to marzeniem wielu młodych rolników.  Większość zamieszkałych na naszym Pogórzu farmerów wyjeżdżało w przeszłości i nadal wyjeżdża na saksy, by potem przez pozostałą cześć roku mieć za co żyć i spokojnie obrabiać swoje pola. Takoż i nasz młody sąsiad, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero wtedy, gdy w końcu przy jakiejś okazji zagadaliśmy do siebie i bliżej się poznaliśmy.




  Polubiliśmy się. Zaczęliśmy się wzajemnie odwiedzać. Spotykać na wieczornych ogniskach przy gitarze. Zajadać w naszej kuchni proste potrawy i popijać swojskie wino z czarnego bzu. Znaleźliśmy między nami pokrewne zainteresowania i mnóstwo ciekawych tematów do dyskusji. Ciągnęło nas do siebie choćby z tej racji, że i my i on byliśmy tu obcy a nasze gospodarstwa i ziemie potrzebowały takiego ogromu prac porządkowych, remontowych i rekultywacyjnych, że zajęcia wystarczyłoby dla armii wojska na długie lata. My tymczasem staraliśmy się ogarnąć wszystko własnymi rękami i w jak najkrótszym czasie.  Mieliśmy zatem podobne usposobienia, refleksje i potrzeby. Doradzaliśmy i pomagaliśmy sobie wzajemnie w wielu sprawach. Chcieliśmy jak najlepiej zagospodarować te nasze miejsca na ziemi, znaleźć dla siebie sposób na godne życie i przeżycie. My z Cezarym z racji tego, że mieliśmy do dyspozycji duży budynek gospodarczy i ogrodzony ogród wymyśliliśmy sobie prowadzenie hodowli zielononóżek kuropatwianych,  ale Maciek długo zastanawiał się nad tym jak mógłby najlepiej wykorzystać swoje kilkanaście hektarów łąk, lasów i malowniczych wzgórz. Pamiętam, że wiele razy rozmawialiśmy z nim na ten temat. Przychodziła nam do głowy hodowla koni albo owiec, uprawa ekologicznych warzyw albo ekoturystyka. Jednak nasz młody sąsiad wciąż szukał, wciąż łamał głowę nad tym, co zrobić by wreszcie nie musieć już wyjeżdżać do harówki zagranicę, ale móc zostać tu na stałe i każdą chwilę poświęcić swej ziemi, w pełni cieszyć się pogórzańskim żywotem osiedleńca.






   W końcu w zeszłym roku wykrystalizowała się Maćkowi ostateczna koncepcja i od tej pory robi wszystko by zrealizować swój śmiały plan. Pomaga mu w tym jego przyjaciółka, angielska psychoterapeutka i pisarka Sarah (artykuł Sarah pt. "Matki bliskie ziemi" i dzikie kobiety" ) . Razem tworzą niezwykłe wizje a potem wcielają je w życie wierząc, iż znajdą się ludzie chcący uczestniczyć czy też partycypować w kosztach realizacji ich wyjątkowego projektu. 





   Otóż Maciek wraz z Sarą postanowili stworzyć na swojej ziemi mały raj, miejsce, gdzie żyje się w zgodzie z naturą, gdzie przy uprawie warzyw i owoców nie używa się żadnej chemii. Mają zamiar wykopać studnie, postawić ekologiczną oczyszczalnię ścieków, założyć pole namiotowe wraz z sanitariatami i wybudować kilka chatek dla gości, osób chcących odpocząć w tak pięknych okolicznościach przyrody, odetchnąć od cywilizacji i znaleźć spokój ducha. Zapraszać ludzi gotowych prowadzić  szkolenia na tematy takie jak: rolnictwo ekologiczne, budowa domów z gliny i słomy,  zdrowe żywienie, bioenergoterapia, zielarstwo, muzyka, medytacja itp.

   W codziennej pracy naszemu sąsiadowi pomagają przyjeżdżający do niego z całego świata wolontariusze, którzy zachwyceni unikalną urodą Pogórza Dynowskiego, dziką przyrodą, czystym powietrzem, omalże bezludną okolicą z entuzjazmem pomagają mu w realizacji jego planów.


   Obecnie bardzo ważne jest dla Maćka wybudowanie porządnej drogi dojazdowej wiodącej do jego siedliska, ponieważ dotychczasowa, gliniasta i wyboista droga w okresie wiosennych albo jesiennych roztopów staje się całkowicie nieprzejezdna. Maciek zbiera na ten cel fundusze. Jest zdeterminowany by jeszcze przed zimą zebrać potrzebną sumę. Od tego czy uda mu się poprawić stan tej trzystumetrowej drogi zależy powodzenie dalszych, zaplanowanych przez niego projektów.


   Maciek wraz z Sarą założyli stronę internetową, na której opisują swoje wizje, dotychczasowe działania oraz plany.  Zachęcam do zajrzenia tutaj:( Terrealuma ). Można się tam dowiedzieć m.in. tego, ze poza pracą na ziemi pasją Maćka jest komponowanie muzyki i gra na gitarze a jednym z ulubionych zajęć Sarah śpiew oraz malowanie. Oboje jednak przede wszystkim cenią sobie spokój, niezależność i wolność a na zielonym, pełnym lasów bukowych i rozległych łąk Pogórzu Dynowskim można to wszystko znaleźć, można starać się  żyć po swojemu.


   Oboje z Cezarym kibicujemy Maćkowi w realizacji jego wspaniałych zamierzeń. Chcielibyśmy by tutejsza, zasługująca na wszystko co najlepsze ziemia mogła dawać wystarczające do godnego życia źródło dochodu jego mieszkańcom oraz przynosić radość, odpoczynek i powiew nadziei wszystkim odwiedzającym te okolice przyjezdnym ze świata. Urokliwe, położone w malowniczej dolinie siedlisko Maćka ma w sobie ogromny potencjał. Leży z dala od reszty wsi i głównych dróg. Panuje w nim niezwykły spokój. Pachnie czystym powietrzem, dzikimi łąkami i lasami. A sarny, jelenie, zające i lisy biegają swobodnie po tej ogromnej przestrzeni nie niepokojone przez rolników i myśliwych.


    Sarah i Maciek nazwali to swoje ukochane miejsce na ziemi TERREALUMĄ, czyli rezerwatem światła. Ilekroć odwiedzamy Maćkowe siedlisko i spoglądamy na niebo mamy wrażenie, że promienie słońca prześwietlając tutejsze, kryształowe powietrze wydobywają z otaczających je krajobrazów coraz to nowe piękno…



P.S.
Od dawna miałam już ochotę by napisać o Maćku, ale jest on skromną,  nie łaknącą żadnego rozgłosu osobą, więc ilekroć pytałam go o to, czy nie miałby nic przeciwko opisującemu go postowi na blogu wzruszał ramionami, nie widząc w tym jakiegoś większego sensu. W końcu jednak zgodził się a ja mam nadzieję, że ten tekst niczego nie zmieni w jego życiu a jeśli już, to na lepsze…

A  tutaj link do YT, gdzie można obejrzeć filmik o wiosennych pracach u Maćka (https://www.youtube.com/watch?v=CiUEvkBmW9Q



P.S.2
Jeśli ktoś z czytelników tego bloga chciałby pomóc Maćkowi w realizacji jego wspaniałych zamierzeń i wesprzeć go finansowo podaję poniżej linka strony, na której można dokonać wpłaty na rzecz rozwoju TERREALUMY. 

Projekt TERREALUMA 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost